• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.08.72] last dance | Geraldine & Ambroise

[18.08.72] last dance | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
01.10.2024, 11:59  ✶  

- Mhm. - Tyle, że chyba ona chciała do tego przywyknąć, zamknęła jednak paszczę i nie odezwała się ani słowem. Lepiej będzie jeśli faktycznie już niedługo ich drogi ponownie się rozejdą. To było tylko głupie zrządzenie losu, że znowu na siebie trafili, tego miała się trzymać. Nie wyobrażać sobie zbyt wiele, bo to nigdy nie przynosiło niczego dobrego. Nie liczyło się to, czego chciała, a to co powinna, tym razem właśnie tym miała się kierować.

Próbowała go zastąpić innymi mężczyznami, myślała o nich wszystkich jednak w zupełnie innych kategoriach, żaden nie mógł dorównać temu, co czuła kiedy znajdowała się w jego obecności, nie sądziła, że ktokolwiek byłby w stanie w pełni go zastąpić. Było to okropnie przykre, bo dla nich też nie było przyszłości, a przynajmniej on jej nie widział. Nie zamierzała niepotrzebnie wracać do tego, co było, bo bała się, że znowu by go straciła. Nie mogła bez przerwy wypuszczać go z rąk, bo to jej nie służyło. Rozdzierało jej serce. Tyle, że i bez tego czuła, że już nic nie będzie w stanie z nim zrobić, mało zostać rozkruszone na milion kawałków, i tyle. Musiała się z tym pogodzić.

Wybrała więc obojętność, która nie przynosiła niepotrzebnych emocji. Bezpieczna droga, którą nie do końca chciała podążać, ale zadecydowała się to zrobić. Potrafiła się dostosowywać, wiele razy musiała to robić, tak też robiła tym razem. Niczym kameleon wtapiała się w otoczenie.

- Tak, odhaczyłam już wszystko. - Zrobiła to sama, bez niego, bo nie chciała, żeby znowu razem dywagowali nad problemem. Robili to już nieraz i dokąd ich to zaprowadziło? No właśnie. Trzymała go od siebie z daleka, bo wiedziała, że inaczej znowu mogłaby się w tym zatracić, nie chciała tego. Musiała być ostrożna, musiała zadbać też o siebie.

- Nie musisz niczego robić w tym zakresie. - Dawała mu odpowiedź na każde pytanie. Nie zamierzała pozostawiać żadnych niejasności, nauczyła się, że to nie prowadzi do niczego innego. Próbowała być profesjonalna, tego się przecież oczekiwało od współpracowników.

Istota niepokoiła jej znajomych, ale nie tylko. Wyglądało na to, że bardzo chciała, żeby Yaxleyom przestano ufać. Dlatego chodziła i płaszczyła się przed całą resztą czystokrwistych (i nie tylko) i przepraszała za nieodpowiedzialnego brata, który nawet nie był jej bratem. Miała tego dość, nie chciała dłużej dostawać listów od tych wszystkich czarodziejów. Musiała posprzątać ten burdel nim w pełni zaczął wymykać się spod kontroli, tak właściwie to co wydarzyło się wczoraj było punktem zapalnym, bo kurwa zaatakował jej brata, a to było za dużo. Obcych ludzi miała w nosie, ale nie Astarotha, nie po tym, jak umarł na jej rękach.

- Cieszy mnie to, że to akceptujesz. - Wysiliła się nawet na uśmiech, jeden z tych fałszywych, nigdy nie był to jeden z tych uśmiechów przeznaczonych dla niego, ale teraz się to zmieniło. Grała przed nim, odkąd tylko się pojawiła w tym pomieszczeniu. Poświęcała naprawdę sporo, aby nie wybuchnąć, nie wstać z tej kanapy i nie wykrzyczeć mu wszystkiego o czym myślała podczas tej rozmowy.

- On wie, że zaczęłam węszyć, ale nie sądzę, że będzie się spodziewał ataku. - Zaczęła od tego, bo wydawało się jej być całkiem istotne. - Nadal pojawia się w Walii, nie wie, chyba, że mój ojciec od samego początku nie łykał tej historyjki z bratem bliźniakiem, chciałabym go zniszczyć tam, w domu. - W miejscu, którego unikała odkąd w pewną czerwcową noc istota nawiedziła ją we śnie, tym który do niej wracał niemalże co noc. Chciała odzyskać miejsce, w którym czuła się bezpiecznie, bo choć może aktualnie rzadko wracała do Walii to nadal tamta rezydencja kojarzyła się jej z bezpieczeństwem, niemalże z twierdzą, której nikt nie mógł zdobyć. Musiała ją odzyskać.

- Nie, nie mam wobec ciebie żadnych oczekiwań. - Chłód który pojawił się w jej tonie przenikał ją niemalże do samych kości. To było tak bardzo nie w jej stylu, że nie mogła uwierzyć w ogóle, że pozwalała sobie na takie zagrywki. Próbowała jednak zrobić wszystko, żeby ta rozmowa naprawdę pozostawała na neutralnym gruncie. Jak widać sama sobie z tym nie radziła. Wdepnęła w bagno, po raz kolejny i zdawała sobie z tego sprawę. Mogła trzymać go z daleka od tych pojebanych problemów, to nie musiałaby wtedy tutaj siedzieć i z nim rozmawiać, na niego patrzeć, zastanawiać się nad tym, czy kiedyś jeszcze by ją chciał. To było kurewsko upokarzające.

W końcu pojawiła się iskra w jej oku, taka jak dawniej, nie potrafił czasem się zamknąć. Yaxleyówna wstała, bo rozdrażniły ją te słowa. Stanęła tuż przed blatem przy którym siedział, jakby to była granica, której nie mogła przekroczyć, zresztą nie chciała tego robić. I tak niepotrzebnie pozwoliła mu się wyprowadzić z równowagi, ale pierdoliła to, niech widzi, jak ją wkurwia.

- Jesteś moim nikim Roise, bo tak zadecydowałeś. - Nie miała pojęcia dlaczego ją tak zirytowały te słowa, ale już trudno.

- Jeśli zaś chodzi o rolę, jaką masz mieć w tej wycieczce to sobie wybierz, na pewno znajdziesz sobie jakieś zajęcie, zawsze miałeś wiele pomysłów. - Nie zamierzała mu rozkazywać, przecież tego nie chciał, niech ma wybór, spróbuje się w tym odnaleźć, na pewno coś mu podpasuje.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
01.10.2024, 13:10  ✶  
Dokładnie tak jak się tego spodziewał. Skinął głową.
- Wyśmienicie - skwitował informację o tym, że już się wszystkim zajęła.
I tak miał zrobić własne rozeznanie. Dokładnie tak jak to sobie założył, natomiast może tak było lepiej, skoro nie musieli spędzać ze sobą zbyt wiele czasu. To mogłoby niepotrzebnie przypominać o zamkniętych rozdziałach z przeszłości. Nie ufał sobie na tyle, tak właściwie to wcale, żeby uważać to za dobry pomysł, choć jednocześnie czuł się urażony sposobem, w jaki Geraldine to wszystko rozgrywała.
- Wyśmienicie - nawet nie zwracał uwagi na to, że się powtarza i zacina się na wyśmienitości, której tam nie było.
Bo to była sterta smoczego łajna. Nie żałował, że dał się w to władować. To była jego świadoma decyzja. Ambroise brał odpowiedzialność za własne decyzje, nawet te najbardziej destrukcyjne.
- Mnie również. Dobrze mieć zgodność - wciąż pamiętał, że jedna jaskółka wiosny nie czyni.
Szczególnie, jeśli jest sroką i przewiduje smutek a nie nadejście ciepła po zimie. W jego duszy w tym momencie nie było miejsca na ciepło. Czuł się dokładnie tak jak wyglądał. Zimny i skuty lodem. Z tym, że o ile z zewnątrz dochodziła do tego warstwa pozornej obojętności to wewnątrz wcale nie czuł się obojętny. To byłoby zbyt łatwe a on chyba nie lubił mieć łatwego życia, skoro robił wszystko, żeby je rozwalić. Nawet wtedy, kiedy wszystko było dobrze, szczególnie wtedy.
- To prawdopodobnie całkiem odpowiednie miejsce. Twoja rodzina będzie w to zamieszana? W samo polowanie i zaganianie tam ofiary? - spytał rzeczowo.
Właśnie tak. To ten cały doppelganger miał być ofiarą, bo łowcy często się nimi nieświadomie stawali. Wiedział coś o tym. Prócz tego warto było, by wiedział, kogo mógł zastać na miejscu poza Geraldine i dwoma jej chłystkami.
- Wyśmienicie - zapewnił, po czym znów zacisnął usta, nieświadomie bawiąc się sygnetem na palcu, co było jedyną wyraźnie dostrzegalną oznaką nerwów i wybicia z rytmu.
Zawsze tak robił, kiedy się stresował. To się nie zmieniło, mimo że reszta postawy Greengrassa pozostała zdystansowana i ziejącą chłodem. Teraz to już chyba nawet mrozem - całkowitym przeciwieństwem ognia, który zawsze między nimi był i nigdy nie gasł do końca. Teraz wyglądało na to, że ktoś wreszcie zdmuchnął mały żałosny płomyczek niewystarczający, by ogrzać cokolwiek, więc naturalną koleją rzeczy było, że Ambroisa skuł jego własny lód.
Wszystko było wyśmienite. Wszystko było naprawdę kurewsko wybitne i jasne, zrozumiałe w jego uszach i ustach. Chyba się pomylił. Wtedy na cmentarzu, kiedy uprzedzał ją, że nie będzie jej najemnikiem chyba popełnił błąd w ocenie. Ewidentnie wyłącznie tego od niego chciała. Najemnictwa, wsparcia w problemach, ale na tyle rzeczowego i fizycznego, że nie było tam miejsca na zbytnie pytania.
Rzeczywiście był jak wściekły pies na jej łańcuchu. To, że ona tego tak nie widziała nie oznaczało, że nie był przez nią uwiązany i że nie czuł się tak, jakby zakładała mu kaganiec, żeby nie jazgotał pod kamienicą, gdy ona zajmowała się swoim nowym życiem. Wzięła go do siebie. Oswoiła. Wpuściła go na metaforyczną kanapę i do rzeczywistego łóżka. Mieli problemy z dotarciem się. Nie zawsze ochoczo podchodził do tego, że próbowała go trenować zgodnie ze swoim widzimisię. Bywało, że gryzł, ale nigdy do krwi. Uciekł raz na jakiś czas, ale zawsze wracał. Ona też nie zawsze pamiętała o tym, żeby go karmić i znikała z jego życia a potem wracała jak gdyby nigdy nic. Wreszcie jej się zerwał, ciągnąc za sobą łańcuch. Zniknął a ona już go nie szukała. Zaakceptowała jego nieobecność. Cieszyła się z niej po jakimś czasie, kiedy pierwszy szok minął? Chyba tak. Bo kiedy wrócił, nawet na krótką chwilę, co prawda złapała go za obrożę, ale traktowała go jak wściekłego psa przydatnego tylko do jednego.
Był narzędziem w jej rękach. To dusiło.
- Ambroise - poprawił ją, jak tak podkreślała, że są sobie obcy to raczej nie powinna używać zdrobnień. - I skoro tak to ujmujesz - mimo chłodnej oficjalności nie mógł powstrzymać odruchu rozmasowania szczęki palcami, tyle tylko, że to nic nie dało - nadal bolała go od sposobu, w jaki zaciskał usta w wąską linię i niemal ścierał zęby. - Wmawiaj sobie, co chcesz, Geraldine - stąpał po cienkim lodzie i dobrze to wiedział, ale może właśnie tego chciał?
Może próbował sprowokować w niej jakąkolwiek reakcję, która jasno dałaby mu do zrozumienia, co było prawdą a co pozorami i kłamstwem? Naprawdę wymazała to wszystko w tak łatwy sposób, że nie było między nimi już zupełnie nic - żadnej niedogumkowanej, nie do końca zatartej linii? Nawet nie kropki kończącej? Zupełnie nic?
Jasne. Zjebał. Miał swoje powody i nie cofnąłby tej decyzji a przynajmniej tak cały czas sobie powtarzał. Zrobił najlepszą możliwą rzecz, żeby zniwelować długotrwałe szkody. I chyba właśnie docierało do niego, że nie tylko te szkody zostały zmazane. Geraldine wymazała całą ich wspólną historię. Tak, żeby nic ich ze sobą nie łączyło. A to bolało niemal tak bardzo jak to, co zrobił rok wcześniej.
Nie było mu łatwo. Tak wtedy jak i teraz, choć to były dwa rodzaje bólu. Ten był piekący, rozlewający się po całym ciele. Tamten ogłuszał i otrumaniał, brał się z samego środka jego jestestwa, jakby zawsze krył się w jego piersi i tylko czekał, żeby go zagarnąć. Ten pochodził z zewnątrz od kogoś, kto zawsze umiał wbić mu szpilę i pociągać za te najbardziej ukryte struny. Swego czasu był na to gotowy, bo przecież nie raz nie dwa urządzali sobie piekło na własne życzenie. Często zupełnie bez logicznego powodu.
Mimo to czuł się duszony przez świadomość, że w tym oto momencie rozsypywały się jego ostatnie nadzieje. Jakaś część Ambroisa wolałaby, żeby nigdy nie przerwali ciszy między nimi. Nie spotkali się ponownie, bo wtedy mógłby łudzić się w momentach starannie maskowanej i duszonej (a także duszącej) słabości. Jednocześnie coś w nim wyło i rwało pazurami jak dzikie zwierzę uświadomione o tym, że nie musi się już hamować. Nic między nimi nie było.
To była brutalna świadomość rozdzierająca nadzieje na drobne strzępy, ale na swój sposób była też bardzo uwalniająca. Chciał tylko ostatni raz wybadać czy mógł jeszcze usłyszeć nawet ciche trzaśnięcie pękającego lodu. Czy była nim tak skuta, że żaden ogień nie naruszyłby tej skorupy.
- Ależ na pewno sobie znajdę. Tak jak mówisz: nie brak mi kreatywności - uniósł brew, instynktownie wychylając się do przodu, żeby zmniejszyć dystans do minimum.
Rozdzielał ich wyłącznie blat. No i może dziesiątki, setki, tysiące tych niefizycznych mil.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
01.10.2024, 21:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.10.2024, 21:11 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Nie mogła zwlekać, nie miała czasu na konsultacje. Sprawa była nagląca, kiedyś pewnie nie podejmowałaby decyzji sama, na pewno zapytałby go o zdanie, bo ceniła to, co miał jej do powiedzenia. To było kiedyś, wiele się od tego czasu zmieniło. Nie było już ich, zgodnie z tym, czego chciał stała się osobnym bytem, który nie musiał przejmować się zdaniem innych. To był jej problem, jej własne bagno do którego zgodziła się go wpuścić. Tyle. Poprosił ją o to i mu nie odmówiła, to nie było nic więcej. Ostatnia wspólna sprawa, którą mieli razem załatwić. Nawet nie do końca wspólna, bo była to tylko i wyłącznie jej sprawa, w którą postanowił się zaangażować przez głupi zbieg okoliczności. Gdyby nie to nie miałby pojęcia, o tym co działo się w jej życiu. Skutecznie udało im się od siebie odsunąć, tak jak chciał. Powinien jej wybaczyć to, że nie przywitała go znowu z otwartymi ramionami. Niestety krzywda którą jej wyrządził zabolała zbyt mocno. I powinna się spodziewać czegoś podobnego, bo zdarzało się im to wcześniej, jednak nigdy nie w momencie, w którym wspólne życie wydawało się sielanką, naprawdę wtedy wierzyła, że już nic nie jest w stanie im stanąć na drodze. Cóż, szybko musiała zweryfikować to wszystko, pogodzić się z tym, że wybrał ucieczkę. Niestety zaczęła zrzucać winę na siebie, ona była zepsuta i nie potrafiła odnaleźć się w stałości, to na pewno było w dużej mierze jej odpowiedzialnością, dlatego też nie chciała tym razem go szukać, nie chciała do niego wracać, lepiej by mu było bez niej, starała się to sobie wmawiać. Zmarnowała zbyt wiele lat jego życia, jak to mówią, jeśli kogoś kochasz, to puść go wolno. Cóż - dokładnie to zrobiła, chociaż kosztowało ją to wiele wylanych łez, serce pęknięte na milion kawałków i autodestrukcję. Chyba nigdy jeszcze nie znajdowała się na takim dnie jak teraz. Wyrzygiwał jej to nawet młodszy brat, twierdził, że się niszczy i zatraca w alkoholu i przygodnych, jednorazowych miłostkach - miał rację. W ten sposób próbowała odreagować, niestety to też nie działało.

Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wkurwiało ją to jego [i]wyśmienicie /i]. Wiedziała, że kłamał, nie podobało mu się to, że pominęła go w pewnych kwestiach. Taki już był, tak jak ona lubił stawiać na swoim, wynikało z tego wiele kłótni, bo zbyt bardzo byli do siebie podobni pod tym względem. Nie sądziła, że przez rok pozbył się tej cechy. Irytowało ją to strasznie, ale nie zamierzała nic z tym zrobić. Niech sobie dalej kiwa głową, nic więcej nie mogła z tym zrobić.

- Tak, nie spodziewałam się, że potrafimy być tacy zgodni, jak widać dystans nam służy. - Uśmiechnęła się złośliwie, a jakże. Nie mogła sobie odmówić komentarza. Pijana była zdecydowanie łatwiejsza w obyciu, wolała nie myśleć o tym, że ostatnio zachowywała się w stosunku do niego tak, jakby nic się nie zmieniło. Dzisiaj widziała, że jest źle. Kurwa, nigdy między nimi nie było aż takiego chłodu, nawet wtedy gdy mieli te niemal dwa lata pełne kąśliwych zaczepek. Czuła, że był między nimi ogień, żar, teraz wszystko diabli wzięli.

- Nie, moja rodzina nie będzie w to zamieszana, nikt nic nie wie i tak ma pozostać. - Opowie im o wszystkim po fakcie. Chciała się zająć tą sprawą sama, znaczy z małą pomocą, ale na pewno nie miała zamiaru informować o tym, co się działo nikogo z rodziny. Przed te trzy miesiące nie pisnęła słowem, nie podzieliła się z nimi wiadomością o tym, że jej życie jest w niebezpieczeństwie. Nie chciała ich martwić, typowa Geraldine, nigdy nie chciała być czyimś problemem.

- Nie wolisz paniczu Greengrass? - Skoro mieli już się do siebie zwracać oficjalnie, to nie lepiej by było, aby zostali przy nazwisku? Skoro tak mu przeszkadzało jak się do niego zwracała. Nie chciała tego, ale kurwa za bardzo namieszał jej w głowie (nie pierwszy raz), podkurwił ją ten komentarz o tym, że jest jej psem i wybuchła, nadal nie potrafiła w pełni trzymać w sobie emocji, a najchętniej raniła słowem, wiedziała, że odpowiednio użyte potrafią być ostrzejsze niż miecze, i zadawać rany, które były dużo od nich głębsze i pozostawiały ślad na dłużej. Właśnie dlatego powiedziała, że jest dla niej nikim, miało go to zaboleć i właściwie po jego reakcji stwierdziła, że faktycznie tak było, tyle, że wcale nie zrobiło jej się z tego powodu jakoś ciepłej na sercu, nie poczuła się lepiej. Nie znosiła go krzywdzić, ale to robiła.

- Tak, jak zawsze, ja sobie wmawiam, to za każdym razem jest moja wina, czyż nie? - Też często to słyszała, kurwa mać, miała dość, nie chciała ciągnąć tej rozmowy, szczególnie, kiedy ta jego śliczna buźka znajdowała się przed nią. Jak to możliwe, że ten demon, który ją zniszczył miał taką piękną twarz? Hmm. Nie miała pojęcia.

- Pierdole to. - Rzuciła jeszcze nim odwróciła się na pięcie i ruszyła szybkim krokiem w kierunku drzwi.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
01.10.2024, 23:53  ✶  
To nie była ta sama uszczypliwość, ale w końcu już pokazała mu, że nie była tą samą kobietą. Na niemal każdym kroku dawała mu do zrozumienia, że stała się kimś, kto nie chciał mieć z nim do czynienia. To, że ze sobą współpracowali było wyłącznie wynikiem przypadku i braku innych możliwości. Był jej ostatnim wyborem, ale poniekąd sam zmusił ją do podjęcia go na jego pozorną korzyść. W rzeczywistości była to żadna korzyść, lecz wynik troski. Tak. Nadal się o nią troszczył. Mogła uważać, co chciała. Usiłował być jej sojusznikiem. Nieważne, że chłodnym i oficjalnym, bo to była ich nowa rzeczywistość, z którą Ambroise nie próbował walczyć.
- Możliwe. Najwidoczniej tak jest - zgodził się z nią, a jakże.
Znacznie łatwiej było utrzymywać podjęte postanowienia i zachowywać się w ten sposób, kiedy całą swoją postawą udowadniała mu, że nim gardziła. Potrzebował tego. Szczególnie po ich całkiem pozytywnej (w całej tej negatywnej sytuacji) interakcji w barze na Carkitt Market. No, ale ona była wtedy zupełnie pijana a on zaskoczony. Teraz stali przed sobą (metaforycznie, bo on nadal nie ruszył się z krzesła) jako świadomi ludzie uzbrojeni we wszystkie systemy obronne. Przygotowani na konfrontację.
- Wyśmienicie - kiwnął głową słysząc o jej założeniach odnośnie nieangażowania rodziny.
Im mniej porywczych głupców tym lepiej. Już i tak był jedynym z nich i angażował się w całą sprawę. Odnośnie swojego zachowania w stosunku do osób grożących Geraldine był zadziwiająco samoświadomy. Nie bez przyczyny porównywał się do jej wściekłego psa. Tego, który teraz gryzł pańską rękę.
- Jeśli tak ci pasuje, panienko Yaxley - odgryzł się, ale jak gdyby brakowało w tym tej iskry, której w dawnych latach nie dało się nie wyczuć.
Teraz ziała tam pustka. Zupełnie taka, jakby ktoś z całej siły zdmuchnął palący się płomień. Ambroise wiedział nawet, kto. On. To on był tym kimś. A przynajmniej był w stanie tak twierdzić, żeby pozbawić tego wszystkiego każdego innego znaczenia, a więc także i ewentualnej mocy. Coś, co traktował jak efekt wyłącznie własnych świadomych czynów nie mogło mieć nad nim władzy. Nie kontrolowało go, więc nie musiał dawać temu swoich emocji. Mógł być lodowaty. W tym momencie brali udział w konteście i on chciał w nim wygrać. W końcu i tak twierdziła, że mu nie zależy.
To nie mogłoby bardziej mijać się z prawdą. Nie miało żadnego pokrycia w rzeczywistości. Inaczej nie chciałby dla niej ryzykować własnym życiem, tym bardziej, że mieli mieć do czynienia z mściwą, podstępną siłą. Nie rzuciłby się na Astarotha w obronie jej godności, co zrobił bez chwili zastanowienia, nawet jeśli go o to nie prosiła. Nie wysłuchałby jej wtedy w barze i nie obdarzałby Geraldine zapewnieniami, że jakoś sobie poradzą. Nie zrobiłby żadnej z tych rzeczy, gdyby rzeczywiście nie miała dla niego żadnego znaczenia. Choć może tak było lepiej, bo nie wiedziała, jaką władzę nad nim nadal posiada i nie mogła tego wykorzystać przeciwko niemu?
Cholera. Nawet jego odejście było związane z tym, że ze wszech miar starał się po prostu dać jej wszystko, co najlepsze. On tym najlepszym nie był. Nie dla niej. Ich podobieństwo wyłącznie wszystko komplikowało. Ciągnęło ich do siebie, nie mogli a wręcz nie potrafili nie orbitować wokół siebie nawzajem, ale zbyt wiele razy widział łzy w jej oczach. Za dużo było sytuacji, kiedy kryła przed nim to, że nie była wyłącznie wściekła na jego zachowania. Ona cierpiała z ich powodu. Zupełnie tak, jakby również był jakimś typem krwiopijcy tylko żerował na smutku i zranieniu najbliższej mu osoby. Kiedy zaczynał wyrzucać sobie swoje winy, wtedy zaczynał myśleć o tym, co mógł zrobić, żeby więcej nie musieć obserwować jej cichego żalu krytego pod głośnymi wyrzutami i latającymi talerzami.
Próbował coś naprawić. Naprawdę. Starał się dla niej i w końcu osiągnęli ten upragniony spokój. Mogłoby się wydawać, że wszystko zaczęło poruszać się po właściwym torze. Przez dłuższy czas Greengrassowi również tak się wydawało. Prawie odetchnął pełną piersią, niemal podjął decyzję, która teraz była jednym z jego demonów i prześladujących go gdyby. Może mógłby być szczęśliwym człowiekiem. Być może mogliby przetrwać próbę czasu albo po raz kolejny stanąć razem w nadciągającej burzy, którą możliwe, że przeżyliby bez większego wysiłku. Może tylko mu się wydawało, że ta burza nadchodziła a może...
...może po prostu należało stać się dla niej lepszym człowiekiem zamiast pozwalać jej ruszyć swoją drogą i znaleźć kogoś takiego?
Tego nie miał wiedzieć. Nie próbował tego roztrząsać, choć łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Szczególnie teraz, kiedy na powrót znajdowali się tak blisko siebie a jednak wiedział, że dzielą ich całe światy. Dwa różne. Ironiczne, że przez tyle lat wspólnej drogi nie zmienili się tak bardzo jak w przeciągu tego ostatniego roku. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że wcale tak nie było tylko oboje starali się stwarzać te pozory. Ambroise nie był tak samoświadomy. Szczególnie, kiedy nie chciał.
- W porządku. Jeśli sobie tego życzysz, to ja będę twoim czarnym charakterem - tym razem zmrużył oczy, jeszcze bardziej zaciskając szczękę.
Chciał być na nią wściekły. Usiłował sprawić, że to wszystko co czuje odejdzie. Łudził się, że tak będzie, bo wystarczy tylko, że znajdzie w Geraldine coś, co zrobi z niej równie czarny charakter w tej historii. Ale nie mógł. Usiłował mieć do niej wyrzuty, ale to nie ułatwiało mu niemal nic. Tak naprawdę wcale nie chciał, żeby w ich wspólnej historii występował ktokolwiek winny. Mimo że już go przecież wyłonili a potem jednoznacznie uznali relację za zakończoną i niegodną dalszych wspominek.
Chciała wyjść? Jasne. Tak było najłatwiej. Przecież coś o tym wiedział, więc jej na to pozwolił. Nawet nie patrzył w stronę kobiety, kiedy wychodziła. Jedynie wzdrygnął się na głuchy łoskot zamykanych z hukiem drzwi. Po prostu nadal siedział na krześle, sam nie wiedział, ile jeszcze.

koniec wątku

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (6684), Geraldine Greengrass-Yaxley (5310)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa