Posiadłość, niegdyś z pewnością imponująca, obecnie była częściowo pozbawiona dachu, wejście leżało w gruzach, po okalającym ją murze pozostały w większości gruzy, roślinność pięła się po kruszących się tu i ówdzie murach, po oknach nie pozostał choćby ślad. Zaklęcia, które kiedyś chroniły to miejsce pierzchły…
…pierzchły całkiem niedawno.
Na twarzy Charlotte ukazał się uśmiech. Kobieta miała na sobie jasną sukienkę, kapelusz przystrojony kwiatami, z szerokim rondem, ale zrezygnowała z ulubionych butów na obcasach na rzecz wygodnych trzewików o mocnej, za to płaskiej podeszwie. Wyglądała, jakby wybierała się na piknik.
Prawdę mówiąc, wybierała się na piknik.
Na piknik w nawiedzonym domu i czuła dreszcz ekscytacji na samą myśl. Łączyła tutaj trochę obowiązki służbowe z Komnaty Śmierci, trochę pasję i przyjemność, bo lubiła takie rzeczy, a trochę była to miła wycieczka z córką, idealny sposób na podtrzymywanie rodzinnych więzów z dorosłym już przecież dzieckiem. Dotarły tutaj najpierw się teleportując, potem siecią Fiuu do Hogsmeade, kolejna teleportacja i krótki spacer – wszystko zajęło nie więcej niż godzinę i było absolutnie warte podróży.
Zamierzała spędzić miło czas, dokonać badań, a potem ich wyniki przeanalizować w Komnacie Śmierci. Zresztą to tam dowiedziała się o tym miejscu...
– Ciasteczka są, kanapki są, lemoniada jest, wino… och, jest, bałam się, że zapomniałyśmy wina. Koce są, świece do wywoływania duchów zabrane, łom wzięty, zioła i sól zabrane, wytyczone pieczęcie są, zepsuta pieczeń… jest – oświadczyła, zaglądając do wielkiego koszyka piknikowego. Oczywiście, zepsuta pieczeń była trzymana w hermetycznym, zaklętym pojemniku, żeby przypadkiem nie zepsuła zapachu i smaku tych przysmaków, które były przeznaczone dla nich. – Możemy się rozłożyć o tam, pod tą dziką jabłonką, w pobliżu zniszczonej fontanny, zjemy, poobserwujemy, zobaczymy, czy jakiś duch da się skusić na tę pieczeń, zanim wejdziemy do środka… Gotowa, kochanie? – spytała i spojrzała na swoją córkę, zanim ostrożnie ruszyła ku budynkowi.