• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna

[jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
27.09.2024, 18:10  ✶  
- Panno... ...Panno?... ...Longbottom - odezwał się, wplatając w to kulturalne pytanie czy mógł ją tytułować panną jak mu się wydawało, czy też powinien ją określać panią, bo była młodą mężatką.
Teoretycznie wcale go to nie obchodziło, ale w ich świecie liczyły się konwenanse. Nawet, jeśli teraz to nie było przydatne to mogło mieć znaczenie później. Na przykład podczas wydarzeń towarzyskich, gdzie należało korzystać z właściwych zwrotów, żeby nie walnąć gafy. Oczywiście gafami również się nie przejmował, ale cenił tradycję. Jeśli powinien mówić do niej inaczej niż per panno, panienko i funkcjonariuszko to powinien to wiedzieć i odnotować.
- Moja rodzina nie zwykła współpracować z drwalami i drewutniami. Przynajmniej nie w znaczącym zakresie - przypomniał jej, bo teraz to ona popełniła gafę zakładając, że Greengrassowie mogli mieć znaczące koneksje z ludźmi kupującymi od nich drewno.
Nie było to całkiem mylne przeświadczenie. Czasami należało wyciąć niektóre drzewa albo ich fragmenty. Wtedy byli w stanie porozumieć się z rzemieślnikami pragnącymi kupić od nich cenne surowce. W większej mierze natomiast dbali o Knieję i o to, żeby nie dochodziło tu do procederów takich jak ten. Byli częścią lasu. Las był częścią nich. Nie sprzedawało się swojej rodziny na opał czy breloczki.
- Będę wdzięczny, jeśli dostarczy mi Panienka kopię tej listy - odezwał się, bo w obliczu systemu prawnego należało jasno określać prośby, życzenia a w tym przypadku głównie żądania. - Muszę ją wpiąć do naszych akt - dodał, żeby nie przeszło jej przez myśl, że ma zamiar ręcznie dochodzić do tego, który z handlarzy wszedł w posiadanie kradzionego drewna.
Może miał taki zamiar a może nie. Z jego twarzy nie dało się tego wyczytać. W gruncie rzeczy był bardzo oficjalny i kulturalny. Żeby nie powiedzieć: chłodny. Chciał jak najszybciej ukrócić ten proceder. Zamknąć sprawę. Tym bardziej, że on już miał wyjaśnienie. Doszedł do swoich wniosków. Nie sądził, że mogą się zmienić pod wpływem dochodzenia Panny Funkcjonariuszki Longbottom.
- To wciąż mój teren - zaznaczył. Nie w smak mu było kłócić się z kimś z Ministerstwa, ale był stanowczy. - Znam go lepiej niż ktokolwiek, kogo mogą Funkcjonariuszce przysłać. Mogę bez wahania wskazać coś, czego tu nie powinno być. Zapewniam Panienkę, że nie będę mieszać się w element przesłuchania -bo takiego nie będzie.
Diabły z Kosmosu może były głupie, ale sprytne. Za ich głupotą podążała wielka siła. Były tak głupie jak silne. Bez dwóch zdań.
- Może mnie Pani aresztować albo idziemy, bo tracimy tu czas - stwierdził z przekąsem oferując jej dwie opcje.
W przypadku obu jasno informował, że ma zamiar z nią iść. On nie pytał teraz o zgodę. Informował, że albo ją otrzyma, albo Panienka Funkcjonariuszka Brenna Longbottom dokona pierwszego aresztowania tego dnia pod zarzutem utrudniania śledztwa. Napyta sobie problemów, narobi sobie papierkowej roboty a mogliby skupić się na właściwych aresztantach.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#12
27.09.2024, 22:22  ✶  
– Moje przeprosiny, panie Greengrass. Założyłam, że to się zdarza – skwitowała krótko jak na siebie Brenna, hamując wzruszenie ramion. Powinna pamiętać, że Greengrassowie mieli jednak hopla na punkcie natury i pewnie próbowali ratować drzewa nawet, jeśli wydawało się, że przewróci je pierwsza lepsza wichura. Po prostu będzie musiała poszukać tego innymi źródłami, choćby zgłaszając się do Ollivanderów. – Oczywiście, po zamknięciu śledztwa wszystkie dokumenty zostaną państwu przekazane – odparła Brenna bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się do niego przy tym promiennie, i wyglądała z tym uśmiechem absolutnie jak dzieciak, który jeszcze chodził do Hogwartu. Tak absolutnie niewinnie, niemożliwe, żeby podkreślała to zamknięcie śledztwa, bo nie do końca dowierzała, co Ambroise zrobiłby z tą listą sam, gdyby dostała się w jego ręce wcześniej, prawda?
– Znajomość terenu niewielkie ma znaczenie, kiedy może dojść do walki, panie Greengrass. Poza tym też znam Knieję, nawet jeżeli nie umiem rozmawiać z okolicznymi drzewami – stwierdziła przekrzywiając głowę, odrobinę mocniej niż zrobiłaby to większość ludzi, odruch zakorzeniony w niej po części z powodu animagii. Greengrassowie należeli do Kniei, ale ona też krążyła po tym lesie, odkąd była małym dzieckiem. Nie znała imion, jakie nosiły drzewa: nie umiała nazwać każdego krzewu i każdej rośliny. Ale znała tu wszystkie ścieżki, umiała znaleźć rzeki i jeziora, i wiedziała, których fragmentów Kniei lepiej jest unikać.
Też była tutaj uparta, nie podobała się jej wizja kogoś, o kogo umiejętnościach nie miała pojęcia w potencjalnym starciu, nie mówiąc już o cywilu asystującym przy aresztowaniu, chociaż przewagą Greengrassa był fakt, że nie skończyła nawet dwudziestu lat. Za jakieś dwa, trzy lata Brenna miała stać się już osobą, która w takiej sytuacji zwyczajnie Ambroisa przykułaby do najbliższego drzewa, żeby mógł trochę się z nim pointegrować i nie pchał gdzieś, gdzie wchodzić nie powinien. Ale jeszcze nią nie była.
– Czy jeżeli teraz pójdę wezwać wsparcie, pan ruszy sam na południe? – spytała więc po chwili, w głębi ducha odczuwając pewną rezygnację. Bo zdecydowanie nie powinna pozwolić, aby Ambroise Greengrass wraz z nią ruszył w Knieję tam, gdzie mogli znajdować się podejrzani o popełnienie tutaj przestępstwa. Nie dopuszcza się ofiar w pobliże podejrzanych, bo i podejrzani mogli zrobić im krzywdę, i ofiarę mogły ponieść emocje. A dochodziło jeszcze to, że nie wiedziała, na ile tamci są niebezpieczni, a on był cywilem. Ale tym bardziej nie mogła dopuścić do tego, że Ambroise przypadkiem zdoła trafić do kryjówki drwali, kiedy tylko ona odwróci się do niego plecami. Bo kto wie, może drzewa faktycznie wyszeptają mu to i owo, skoro ona już wskazała kierunek i widział, w którą stronę wcześniej pobiegła…?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
28.09.2024, 15:17  ✶  
- Nie musi mnie Panienka przepraszać. Tak. To się zdarza, ale nieczęsto - skwitował, bo w papierach, które pewnie od niego chciała bywały adnotacje o sprzedaży fragmentów drzew albo całych okazów.
- Na to również mamy konieczne papiery. Może pokryją się z waszą listą, ale jak mówiłem. Chciałbym ją zobaczyć - stwierdził poważnie a odpowiedź Brenny w miarę go usatysfakcjonowała.
To był fakt, ale jak już wspominał - to działo się tak rzadko, że niemal nie było warte odnotowania. W razie czego zresztą prowadzili swoje rejestry. To były jawne informacje (w przeciwieństwie do kilku innych procederów mających miejsce na ich terenach). Ambroise współpracował między innymi z uwagi na te rejestry. Uważał, że najciemniej bywało pod latarnią. Jeśli pokazałby Ministerstwu wszystko czego od niego oczekiwano to nie miałby problemu z niepożądanym dalszym węszeniem.
Wystarczyło to, że już teraz Brygada musiała wkroczyć do ich lasu.
- Zapewniam, że potrafię sobie poradzić w konfrontacji siłowej - odpowiedział, bo to była oczywista oczywistość.
Jeśli Funkcjonariuszka Brenna chciała go zrazić do pójścia z nią (lub za nią; to jej wybór) do lasu to nie wybrała najlepszego argumentu. Ambroise wprost palił się do tego, żeby komuś przyfasolić. Może tak nie wyglądał. Bardzo dbał o to, żeby nie dać po sobie poznać, że to mogłoby go wręcz zachęcić do wejścia z butami w obozowisko Diabłów z Kosmosu. Zakładał, że jeśli tchórze nie uciekną (co było najbardziej prawdopodobne u tych małych chujków) to da radę je spacyfikować. Problem będą mieli dopiero później.
Kto wie pod jaki system prawny podlegała planeta, z której pochodziły? Czy powinni je sadzić wedle ziemskich praw a jeśli tak to czy tych w Wielkiej Brytanii? Czy inne kraje, w których Diabły najpewniej dokonały kradzieży mogły domagać się udziału w postępowaniu? A może mieliby również międzyplanetarny problem, bo gdzieś indziej też narobiły szkody?
- Wedle potrzeby zaklęciami również. Proszę się nie obawiać, Panno Longbottom - stwierdził.
Nie sądził, że to ją uspokoi, bo nie była zaniepokojona. Czuł się zobowiązany do tego, żeby wtrącać swoje uwagi, bo tak wynikało z dyskusji, którą prowadzili. Nie miałby szans postawić na swoim, gdyby milczał jak zaklęty i tylko ciskał w nią gromne spojrzenia. Zamiast tego wybrał otwartą komunikację. Nawet całkiem miłą, ale zdecydowaną.
- Ależ oczywiście - odpowiedział gładko bez dłuższego zastanowienia i jeśli spodziewała się, że jeśli gdzieś tam zaraz pojawi się uściślenie że nie to musiałby ją zaskoczyć szczerością.
Nie wyglądało, żeby to było konieczne. Ambroise dawał Brennie całkowicie jasną i prawdziwą odpowiedź. Tak. Słusznie założyła, że posunąłby się do czegoś takiego. Równie dobrze mogli sobie darować ewentualnie pościgi i prześciganie się w tropach. Czyż nie? Ona mu dała wskazówkę, on mógł się odwdzięczyć towarzyszeniem jej w dalszej drodze.
Nadal nie sądził, że wsparcie było konieczne. Tym bardziej, że najprawdopodobniej przysłano by im kogoś kto miał równie dużo doświadczenia co młoda funkcjonariuszka. Ba! Prawdopodobnie nawet mniej, biorąc pod uwagę to, że miała w rękawie asa pod postacią animagii. Tym zyskała w oczach Greengrassa, nawet jeśli jej o tym nie poinformował. Dużo chętniej współpracował z ludźmi wykazującymi inicjatywę popartą solidnymi i przydatnymi umiejętnościami. W starciu z kimkolwiek mogły to być bardzo przydatne talenty.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#14
28.09.2024, 20:46  ✶  
Brenna była trochę za młoda, aby ukryć powątpiewanie, jakie ją nawiedziło, gdy Ambroise Greengrass powiedział, że potrafi sobie poradzić w sytuacji siłowego starcia. Mogło to wyglądać śmiesznie, biorąc pod uwagę, że była parę centymetrów od niego niższa, i wciąż miała twarz nastolatki, ale prawda wyglądała tak, że on był uzdrowicielem i botanikiem, i to do tego szkolono go większość życia. Jasne, mógł wdawać się w bójki czy pojedynki, ale Brennę do tych trenowano, odkąd nauczyła się chodzić. Nie umiała zatrzymywać krwotoków, rozpoznać sekwoi, zabiłaby każdą magiczną roślinkę, którą miałaby hodować, ale mogłaby kopnąć go w twarz, mimo różnicy wzrostu. Nie potrafiła tak naprawdę niczego poza tym, co wiązało się z pracą dla Brygady – szukanie tropów, analizy materiałów dowodowych, przesłuchania, walka czy na zaklęcia, czy na pięści. Nawet te umiejętności, które inni wykorzystywali inaczej, jak widmowidzenie czy animagia, u niej służyły pracy i to ku tej były ukierunkowane.
Bardzo trudno było więc jej potraktować uzdrowiciela jako kogoś, kogo zabrałaby ze sobą na miejsce, w którym mogło dojść do wymiany ognia. Nawet jeśli potrafił się bić, to jednak było trochę coś innego.
Pociągnęła za kosmyk ciemnych włosów, przez ułamek sekundy zastanawiając się, ale przecież nie mogła pozwolić, by poszedł do tego lasu sam.
– Idzie pan za mną. Nie przede mną, nie obok mnie, za mną. Jeśli powiem, że się wycofujemy, to się wycofujemy: nie będziemy się tam pakować, jeśli okaże się na przykład… że jest tam dziesięć osób. Nie atakujemy pierwsi. Jeżeli pan coś odwinie, to go przykuję do najbliższego drzewa albo aresztuję i naprawdę chrzanię, jak duże problemy mogliby mi narobić za to Greengrassowie – poinformowała. Ton miała bardzo rzeczowy, bo grozić nawet nie potrafiła – nie była najlepsza w rzucaniu pogróżek. Jedynie jasno informowała o swoich zamiarach, bo nie miałaby żadnych oporów wobec wkopania Ambroisa do aresztu, gdyby rzucił się jej na drwali, którzy nie zaatakowaliby pierwsi.
I nie zamierzała choćby drgnąć, dopóki się nie zgodzi.
Całe szczęście, że te jego teorie o diabłach z kosmosu dalej brała za… dość dziwaczne gadanie i próby chyba zakpienia z niej, bo inaczej to może uznałaby, że trzeba go zaciągnąć do Lecznicy Dusz, a nie do obozowiska złodziei drzew.

Brenna poczekała grzecznie na odpowiedź. Jeśli szło o nią, to mogli tutaj stać i tak dyskutować cały dzień, chociaż na pewno nie przybliżało to nikogo do dorwania podrabianych Weasleyów z siekierami – ale była dość pewna, że istnieje najmniej kilka sposób na dotarcie do sprawców, nie musiała koniecznie iść za tropem już teraz. Jeżeli jednak Ambroise nie upierał się, że on to chce z przodu i tak dalej, ustąpiła: i chwilę później ponownie zamieniona w ciemną wilczycę, weszła w las.
Trop nie urywał się. Nie teleportowali się. Może nie byli w stanie przetransportować w ten sposób takiej ilości drewna. Wiódł głębiej w las, w przeciwną stronę niż sama wioska w Dolinie Godryka – nie było śladów na ściółce, ale Brenna podejrzewała, że po prostu usunęli je jakąś magią. Pod pewnymi względami byli absolutnymi głupcami, pod innymi wykazywali spryt, dzięki któremu zapewne nie zostali do tej pory złapani.
W końcu przemieniła się z powrotem, na skraju polany, porośniętej gęstymi krzewami, ale już nie drzewami.
– Prawdopodobnie są tutaj, może za jakimiś maskującymi zaklęciami. Proponuję, żeby pan grzecznie poczekał, kiedy ja spróbuję z nimi porozmawiać.
Sądząc po tonie wątpiła, żeby te rozmowy dały rezultat. A sądząc po tym, co szybko dodała, wątpiła też, by propozycja Greengrassowi się spodobała.
– Jeśli zaczną coś kombinować, dobrze, żeby na początku nie znali pozycji nas obojga.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
30.09.2024, 15:20  ✶  
- Panno Longbottom, proszę mi nie umniejszać i nie traktować mnie jak idioty. Szczególnie, że nie dałem Panience powodu do wydawania mi tak obszernych instrukcji - skwitował sucho, obrzucając ją od góry do dołu swoim chłodnym, oceniającym spojrzeniem.
Nie lubił, gdy ktoś mówił do niego jak do nierozsądnego, porywczego dziecka. Szczególnie wtedy, kiedy ta osoba była od niego wyraźnie młodsza a on jak do tej pory zachowywał się całkiem dobrze, zwłaszcza jak na siebie. Być może spojrzałby na to inaczej, gdyby pamiętał twarz Brenny i okoliczności ich pierwszego spotkania, ale tak nie było.
Dla niego była nazbyt ambitną młodą detektyw, która ewidentnie usiłowała zaznaczać swoją przewagę sił. Warto dodać, że na jego własnym terenie, ale zacisnął zęby, żeby nie skomentować tego w sposób cisnący mu się na usta. Naprawdę chciał mieć okazję zobaczyć tych złodziei. Szczególnie, że był święcie przekonany, że to jedyna taka okazja. Wierzył w to, kim były. Jego wiara jak dotąd pozostawała nienaruszona.
Wiedział, że może dyskutować z Brenną Longbottom i prawdopodobnie znacznie zmniejszyć swoje szanse na pójście z nią do obozu szabrowników albo tymczasowo (tylko tymczasowo!) zgodzić się na jej warunki i zakończyć ten etap rozmowy. Może był młody i gniewny, ale umiał dostrzec moment, w którym należało machnąć ręką i on tą ręką machnął.
Dał jej do zrozumienia, że zgadza się na ten układ. Nie mówił, do kiedy, bo w razie potrzeby miał go zerwać, ale na ten moment pokiwał głową. Okay nie wybrzmiało na głos, ale potwierdzenie było niezaprzeczalne.
Mógł się przez chwilę skłonić ku oferowanym rozwiązaniom. Toteż mogli ruszyć w las. Nie spodziewał się, że Brenna zechce tropić sprawców z poziomu przemiany w animaga, ale na to też przystał. Im mniej rozmawiali tym lepiej. Droga przebiegała mu spokojniej (o ile w ogóle mógłby być spokojny w obliczu tej sprawy), kiedy nie musiał komunikować się z kimś, kto trochę go drażnił. Niezbyt mocno, ale odczuwalnie. Rzeczywiście trzymał się kilka kroków za nią starając się dostosować tempo, co w tym wypadku oznaczało wkładanie wysiłku, żeby iść szybciej. Wilki miały cztery łapy. Ludzie tylko dwie nogi a on był dzisiaj na eliksirach z uwagi na swoją przypadłość.
Wreszcie stanęli na skraju jednej z polan a gdy Brenna przemieniła się w ludzką formę, prawie od razu potwierdziła to, co myślał. Była dużo bardziej tolerowalna w zwierzęcej formie.
- Panno Longbottom, nie uważa Funkcjonariuszka, że może to jest trochę nazbyt zachowawcze? - Musiał ją o to spytać, inaczej nie byłby sobą; dokładnie tak samo jak musiał spojrzeć na Brennę z widocznym brakiem powagi, bawiło go to, że chciała być jego osłoną.
A może osłoną kogoś przed nim? Niezależnie od tego co działo się pod jej ciemnymi włosami na głowie, Ambroise nie miał zamiaru dłużej prowokować BUMowczyni do zmiany zdania. W gruncie rzeczy się zgodziła. Osiągnął to, czego chciał. Mógł się zgodzić na pójście krok lub dwa za nią i przystanie w innym miejscu (patrzcie jak kulturalnie współpracuje!), bo w razie czego nie miał problemu, żeby zmniejszyć ten dystans i zrobić coś, co należy uczynić. W żadnym momencie nie obiecał, że tego nie zrobi. Dał jej to do zrozumienia - jasne, ale nie odpowiadał za jej subiektywne interpretacje.
Korzystał z tej strefy niedopowiedzeń. Był urodzonym kombinatorem i czarusiem, choć w tym drugim przypadku ich pierwsza interakcja (ta, o której nie pamiętał w przeciwieństwie do niej) wystarczyła, żeby trochę osłabić jego urok osobisty. Zresztą teraz też nie starał się jej czarować. Miał ją za kogoś, z kim łączył go tymczasowy wspólny cel. Poza tym była śmiesznie młodą Panią Detektyw, którą nieśmiesznie przysłano do poważnego problemu.
W zasadzie to nie była jej wina, ale patrzył na nią jak na ambitnego dzieciaka, który trochę mu zaimponował tą przemianą w zwierzę, ale to byłoby na tyle. Tak jak ona go miała za kompletnego świra, Ambroise miał ją za gówniarę machającą odznaką i ewentualnie średnio puszystym ogonkiem.
No, ale darowanemu animagowi nie zagląda się w zęby. Zresztą nie znał się na świecie zwierzęcym (nie tak jak na roślinnym i ewidentnie międzygalaktycznym), więc nie byłby w stanie sprawdzić Brennie kompletności uzębienia. Higiena jamy ustnej była prywatną sprawą. Zacisnął usta, powstrzymał prychnięcie i kiwnął głową.
- Mam nadzieję, że uczą was negocjacji na początku stażu - skwitował, bo zakładał, że była świeżą stażystką.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#16
30.09.2024, 15:48  ✶  
– Dał pan. Nie do traktowania go jak idioty, ale już do wydawania instrukcji owszem. Zadeklarował pan, że pójdzie tam sam, jeśli spróbuję ściągnąć wsparcie – odparła Brenna, ani trochę nie speszona jego chłodnym wzrokiem czy ostrymi słowami. Uzdrowiciel, pchający się sam do obozowiska drwali, gdzie mogły być potencjalnie cztery osoby, był dla niej przepisem na katastrofę i nie świadczył o rozsądku Greengrassa najlepiej.
Oczywiście, w tym wypadku była trochę hipokrytką, bo Brenna trochę podchodziła do takich rzeczy „no jasne, że mogę to zrobić, ale zaraz, ty nie, przecież to zbyt niebezpieczne!!!”. Ale dla niej Ambroise był cywilem, który koniecznie chciał pakować się gdzieś, gdzie absolutnie wchodzić nie powinien. A już gdyby podejrzewała, że o tych całych diabłach z kosmosu mówił poważnie, to chyba faktycznie spróbowałaby go przykuć do najbliższego drzewa. Bo jeszcze nie brała go za świra: sądziła, że jest po prostu zbyt pewny siebie i że sobie z niej kpi, pewnie z uwagi na różnicę wieku.
*

– Nie. To jest zgodne z procedurami. Jeśli zacznie się ciskać zaklęciami na dzień dobry, to niby na początku będzie bardzo fajnie, ale żaden sąd nie skaże ich za kradzież, oni złożą skargę, pańska grzywna będzie pewnie wyższa od tej ich, w areszcie nie spędzą ani jednego dnia, ja dostanę naganę, a oni w finale będą mogli pójść kraść drzewo gdzie indziej – wyrecytowała Brenna, rozglądając się po okolicy i próbując dostrzec coś, co wskazywałoby na to, że tak, to tutaj jest kryjówka. Jasne, siłowe rozwiązywanie takich spraw było kuszące, ale Brenna z pewnym żalem zwykle z niego rezygnowała, bo niestety Przepisy I Tak Dalej. – Stażysty nie wysłaliby samego – rzuciła krótko, wzruszając ramionami. Na całe szczęście, nie zdawała sobie sprawy z tego, że chciał ich trzy kroki za nią, bo zupełnie nie o to jej chodziło. I nie tylko dlatego, że chciała być tą tarczą, bo owszem, cywil, obowiązek ochrony, ale… tamci dwa widoczne cele mogli zdjąć bardzo szybko, z jednym niewidocznym powinno pójść dużo gorzej, a poza tym skoro Ambroise ich widział, na jego widok mogliby zareagować nerwowo. A szkoda było tracić więcej czasu na kłótnie…
Ambroise był zaiste mężczyzną obdarzonym sporą dawką uroku osobistego, pewnie charyzmatycznym, i na pewno ludzie go lubili, a kobiety się za nim oglądały. Brenna jednak była trochę ślepa na takie rzeczy – ogólnie lubiła większość osób, a w tej chwili to skupiała się głównie na zmartwieniu, że jemu coś się stanie albo zrobi coś głupiego i drwalom coś się stanie, albo że naruszy się procedury i potem obrona to wykorzysta, i nikogo za to złodziejstwo w Kniei nie uda się ukarać.
Tak czy inaczej nie było co siedzieć w trawie – Brenna wstała i przeszła do przodu, odgarniając krzaki. Przez ułamek sekundy przystanęła, zirytowana, bo nagle przypomniała sobie o czajniku zostawionym na ogniu, omal nie zrobiła kroku w tył, zanim dotarło do niej, że raz, czajnik to z ognia zdjęłaby Malwa, dwa, nie robiła dziś rano herbaty ani kawy, trzy, że to było jedno z podstawowych zabezpieczeń ustawianych w takich kryjówkach.
Nieźli byli.
Zrobiła kolejne dwa kroki i przeszła przez granicę obozu – i chwilę później oboje mogli zobaczyć, że pośród krzewów skryty był niewielki namiot. Malunki, ale w świecie czarów o niczym to nie świadczyło. W jego pobliżu zaś piętrzyło się całkiem sporo drzewa: najwyraźniej to na terenie Greengrassów ścięto owszem, ale główne źródełko leżało gdzieś indziej, gdzie nadzór nie był tak wyraźny… Żadnych ludzi w pobliżu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, musieli być w środku.
Brenna zmięła w ustach przekleństwo i ruszyła w stronę namiotu. Machnęła różdżką.
Drobna sztuczka.
Za pomocą kształtowania stworzyła własną kopię, mocno niedoskonałą, ale taką, co miała w razie czego odwrócić uwagę i zasugerować obecność dwójki Brygadzistów.
– Brygada Uderzeniowa – powiedziała głośno i wyraźnie, stając w pobliżu wejścia, ale tak, by jeśli zaczną rzucać zaklęcia ze środka, nie trafiły w nią. Nie, zamiast tego na wprost wejścia stanęła ta „druga” Brenna. – Proszę wyjść z podniesionymi rękami.

Czy drwale od razu zaczną nawalać zaklęciami?
1 – tak, 2 – nie
Rzut 1d2 - 1

Czy czwarty drwal wylezie od tyłu, prosto na Ambroisa?
1 – tak, 2 – nie
Rzut 1d2 - 1


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
02.10.2024, 19:47  ✶  
- Równie dobrze mógłbym tego nie powiedzieć i po prostu to zrobić. Sądzę, że wtedy bylibyśmy w gorszym położeniu, Funkcjonariuszko - stwierdził bez większego przejęcia, obdarzając Brennę kolejnym chłodnawym spojrzeniem. - Sądzę, że po takim wyrazie chęci do współpracy może mi Panienka oszczędzić zbędnych pouczeń - dodał, niespecjalnie zwracając uwagę na to, że mógł być przy tym przesadnie oficjalny.
W przeciwieństwie do ich pierwszego spotkania, podczas którego wymienili kilka mniej lub bardziej ciętych uwag i nawiązali pewną dziwną nic porozumienia, teraz Ambroise zachowywał się dużo bardziej jak poważny właściciel ziemski. Być może podszedłby do tego choć trochę inaczej, gdyby pamiętał twarz dziewczyny i okoliczności, po których mógł ją kojarzyć, ale to nie było pewne. Najważniejsze, że teraz była dla niego po prostu młodą funkcjonariuszką.
Jej skłonność do cytowania (nawet luźnego) przepisów trochę Ambroisa irytowała, ale poza tym miał do niej względnie neutralny stosunek. Jak do tej pory nie zrobiła ani nie powiedziała nic, co sprawiłoby, że nie poszedłby jej na rękę i nie byłby względnie ugodowym rozmówcą. Wręcz przeciwnie, kiedy zaczęła mu wyjaśniać słabe strony strzelania zamiast pytania skinął głową na znak, że był w stanie wziąć to pod uwagę. Nie przez to, jaką karę miał ewentualnie ponieść - to niespecjalnie go hamowało, a przez to, że mogła mieć rację z tą pozostałą częścią.
Jasne, nadal niespecjalnie dowierzał w to, że drwale mogli nie być istotami z kosmosu. Nie to, że całkowicie wykluczał ludzki pierwiastek, ale po prostu nie był przekonany, że podrabiani Weasleyowie byli całkowicie zwykłymi czarodziejami. Jeśli tak natomiast było to chciał, żeby ponieśli adekwatną karę a nie, żeby przywalono nią jemu a tamtych puszczono wolno. To nawet do niego przemawiało. Bywał porywczy i miał swoje dziwactwa, ale nie był stuprocentowo nielogiczny. Siła argumentów potrafiła być taka, że brał ją pod uwagę. W tym wypadku nie skomentował całego wywodu, ale kiwnięcie głową było jednoznaczne. Za to na jej następne słowa uśmiechnął się z lekkim rozgoryczeniem.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie wierzę w standardy pracodawców Panienki - skwitował to neutralnym wzruszeniem ramionami, szczególnie że w gruncie rzeczy to wcale Brenny nie obrażał a wyłącznie pił do tego, co sam z siebie wyjaśnił jej chwilę później. - Jestem uzdrowicielem. Podlegamy pod ten sam system - a ten system był raczej oparty na kilku warstwach kartonu sklejonego smoczym łajnem.
Ani to było trwałe, ani stabilne. Ni nawet specjalnie funkcjonalne bądź chociażby reprezentacyjne. Szczególnie, że czarodzieje podchodzili raczej z przymrużeniem oka do standardów BHP i prawa pracy - szczególnie, jeśli nie za bardzo była jakaś wielka pula pracowników do wyboru. Wtedy nawet stażyści mogli nagle dostać jakieś bojowe zadanie. Jeśli tak nie było w Ministerstwie to najwyraźniej wszystkie statystyki bezpieczeństwa poszły właśnie tam i nie zostało ich dla żadnego innego miejsca choć trochę podlegającego pod system rządu.
Nie było czasu na to, żeby wdawać się w przesadnie głębokie dyskusje na temat stanu ich kochanego Ministerstwa. Zresztą wątpił, żeby tak młoda i ambitna osoba nie wierzyła ochoczo w system. Tak czy inaczej, został w tych krzakach i obserwował widok, jaki nagle odkryła przed nimi Brenna. Nie odzywał się, czekał na znak aż...
No i chuj bombki strzelił. Albowiem było raczej jasne i zrozumiałe, że w momencie, w którym to ktoś inny rozpoczął wymianę ognia nie należało tak po prostu stać z rękami w kieszeniach oczekując aż dostanie się Drętwotą albo czymś innym równie przyjemnym. Panienka Longbottom chyba musiała mieć to na uwadze. Szczególnie, że to nie Ambroise zaczął ciskać zaklęciami na dzień dobry. To zrobili ci ich drwale. Ewidentnie narwani jak gałęzie w ich obozie.
Zaatakowany bez ostrzeżenia przez jednego z nich i to na dodatek od tyłu, co było niedopuszczalnym tchórzostwem. Greengrass bez zastanowienia wyciągnął różdżkę, podrywając się na równe nogi z półprzykucu, ciskając w drwala pierwsze zaklęcie, którym sam przed chwilą prawie dostał.
- Drętwota! - Nie jego ulubione, ale w tym wypadku było najtrudniejsze do podważenia, bo miało zadać najmniej szkody.
Po prostu się bronił, co byłoby w razie czego względnie łatwo wyjaśnić komuś, kto nie był Brenną. Ona raczej sama też nie powinna stanąć z uniesionymi rękami.

Rzut N 1d100 - 14
Akcja nieudana

A sprawdźmy dla funu: czy trafiam w ruchomy cel z tyłu?
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#18
03.10.2024, 10:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.10.2024, 10:49 przez Brenna Longbottom.)  
Brenna zwykle bardzo lubiła gadać, ale że tym razem sytuacja należała do tych trochę poważniejszych, nijak już nie odpowiadała, chociaż w duchu to sobie pomyślała, że nie, wyraz do współpracy to był żaden – bo jakby nie było znał tylko mniej więcej kierunek, a ona mogła dosłownie wywęszyć obozowisko. Greengrass jawił się jej zasadniczo jako dość typowy czystokrwisty, który po prostu lubił robić, co chciał i niezbyt obchodziły go potencjalne konsekwencje, tak samo jak ona jawiła się mu jako szczeniakowata Brygadzistka, żółtodziób, którym w sumie przestała być w pracy dopiero niedawno. W końcu ledwo na początku lipca stuknął jej rok służby. Nie minęły dwa lata, odkąd przestała biegać po hogwarckich korytarzach w mundurku, półtora odkąd zamieniła szkolną szatę na szare umundurowanie Brygady i nagle z „dzieciaka” stała się oficjalnie „dorosłą”, w dodatku „funkcjonariuszem”.
*

Drwale nie zamierzali współpracować.
Mogliby tutaj najwyraźniej wysłać specjalistę ministerialnego od negocjacji, a i tak nic by nie uzyskał, bo zaklęcia posypały się, ledwo Brenna oświadczyła, że na miejscu pojawiła się Brygada Uderzeniowa. Weasleyowie, Tudzież Irlandczycy, Tudzież Diabły z Kosmosu, nie pofatygowali się nawet sprawdzić, ile osób pojawiło się na polanie, czy są to dwie osoby, czy może cały oddział. Zasłona na wejściu do namiotu uniosła się lekko i dwa zaklęcia pomknęły prosto ku „fałszywce”, obalając ją i sprawiając, że znikła ledwo pół sekundy później.
Gdyby Brenna tam stała, może zdążyłaby wypuścić tarczę, a może nie – tak czy inaczej w najlepszym razie znalazłaby się pod ostrzałem dwóch lub trzech osób.
Uniosła różdżkę, sama próbując wypuścić jedno ze swoich ulubionych zaklęć - opleść namiot sznurami, doprowadzając tym samym do jego obalenia. Krzywdy wielkiej to nie powinno zrobić, nawet jeżeli był powiększony, to raczej wątpiła, by kryła się tam cała Narnia, a istniała szansa, że dzięki temu zaplątają się trochę w poły materiału i utrudni im to działania.
Bo Ambroise miał rację, wcale nie zamierzała stać jak kołek i czekać aż tamci zrobią… no wszystko co im się akurat spodoba.
Rzut W 1d100 - 95
Sukces!


Gdzieś za sobą słyszała dźwięki świadczące o tym, że i tam trwa wymiana ognia, ale nie za bardzo mogła się w tej chwili odwrócić. Któryś z drwali najwyraźniej faktycznie był na zewnątrz i może rozpoznał Greengrassa, skoro postanowił na dzień dobry rzucić w niego ogłuszaczem. Mimo krótkich nóżek zdołał rzucić się na bok i uniknąć zaklęcia oszałamiającego, ciśniętego przez uzdrowiciela – to pomknęło dalej, trafiając jedno z drzew. Mężczyzna uniósł własną różdżkę i wycelował w Ambroise’a, najwyraźniej próbując rzucić w niego kolejne zaklęcie…


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
04.10.2024, 20:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2024, 20:09 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
No i Diabli, a tak właściwie to Diabli z Kosmosu wzięli w łeb jakiekolwiek gadki o prowadzeniu spokojnych negocjacji. Mógł się tego spodziewać, bo od samego początku domyślał się, że nie pójdzie im tak gładko i łatwo jak życzyła sobie tego młoda funkcjonariuszka. Drwale nie mieli wyjść z namiotu ze szkockimi czy tam irlandzkimi krakersami i pomarańczową oranżadą, którą poczęstowaliby ich na dzień dobry wyjaśniając im motywy zbrodni i podając na tacy ugodowe rozwiązania problemów do wyboru.
Nie. Tak właściwie to istniały naprawdę nikłe szanse na jakiekolwiek inne powitanie. Prawdopodobnie spodziewano się gości i dla rudzielców to była wyłącznie kwestia czasu, kiedy ktoś ponownie spróbuje się z nimi skonfrontować. Ambroise już raz przecież stanął z nimi oko w oko, co dawało dosyć jasny sygnał, że zostali zauważeni i nie mogli już dłużej dokonywać bezkarnej wycinki lasu. Przyspieszenie prac (na widok tak znacznych ilości drewna Greengrassowi skoczyła gula) wyłącznie dowodziło tego, że mieli poczucie gruntu palącego się pod nogami.
A co jak co, jeśli chodzi o zachowania ludzi w różnych dziwnych i stresujących sytuacjach to jako uzdrowiciel zdawał sobie sprawę, że spora część osób reagowała na to naturalnym odruchem walki lub ucieczki. Ci tutaj ewidentnie wybrali to pierwsze, choć tym samym wywołali u niego pewną konsternację. Raczej spodziewał się, że rzucą wszystko jak jest i postanowią wziąć nogi za pas. Czy to przy wykorzystaniu teleportacji, własnych krótkich i krzywych nóg, czy to mobilnych wrót kosmicznych piekieł, które mogły być gdzieś w pobliżu.
Niestety nie miał możliwości rozejrzenia się w ich poszukiwaniu. Został tchórzliwie zaatakowany od tyłu, kiedy to, na czym się skupiał było głównie z przodu. Traf chciał, że wyczuł obecność przeciwnika za plecami. Trzask gałązki, dziwne wrażenie, może nawet samego Ducha Kniei, który teoretycznie powinien chronić Greengrassów. Cholera wie, ale umknął przed zaklęciem rzucając swoje w kontrataku. Gdzieś tam przed nim również rozgrywała się podobna scena. Słyszał to, nawet jeśli wzrok miał skupiony na atakującym go mężczyźnie, który znów wystrzelił zaklęcie. Greengrass odskoczył w bok w ostatniej chwili unikając... ...kolejnego ogłuszacza. Najwidoczniej grali nieczysto, ale nie aż tak jakby mogli.
No cóż. Stanowiło to niewielkie pocieszenie w tej sytuacji. Szczególnie, że Ambroise nie wiedział o tym, co działo się u Brenny i czy udało jej się zgrabnie utrudnić drwalom wyjście.
Kiedy kolejna Drętwota! poleciała w jego stronę, raz jeszcze prawie go uderzając, zirytował się na tyle, że puścił dwie takie same odpowiedzi pod rząd przerywane niecenzuralnymi słowami.

Rzut N 1d100 - 39
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 65
Sukces!


Nie chciał zostawiać towarzyszki na pastwę losu, nawet jeśli radziła sobie bardzo dobrze bez jakiegokolwiek wsparcia. Nie chciał również zakrzyknąć do niej zza swoich krzaków, żeby nie dać pozostałym do zrozumienia, ile osób tak właściwie z nimi było.
Dopiero za drugim razem, kiedy zaklęcie nareszcie ugodziło jego ulubionego drwala, Greengrass upewnił się, że szaleniec miał trochę poleżeć sztywno i zaczął wycofywać się w stronę namiotu z uniesioną różdżką. Raczej w czas, bo związanie namiotu choć sprytne było też raczej krótkotrwałym rozwiązaniem. Zanim coś zrobił, spojrzał na Brennę. W końcu chyba współpracowali.
Był potargany bardziej niż zwykle, miał gałązki we włosach i na ubraniu i niemą kurwę na ustach, ale był skłonny do współdziałania, bo chciał to po prostu zakończyć.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#20
05.10.2024, 10:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2024, 11:01 przez Brenna Longbottom.)  
Rzucam sobie pod edycję, translokacja i af

Rzut N 1d100 - 74
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 68
Sukces!


Zaklęcie Brenny zadziałało iście popisowo – więzy spowiły cały namiot, obalając go na głowy drwali, a gdzieś z wewnątrz dobiegła soczysta KURWA!!!, wtórując tej, która zagościła na ustach Greengrassa. Brenna rzuciła spojrzenie przez ramię w stronę hałasów z tyłu, nie chcąc, aby ktoś potraktował ją zaklęciem w plecy, tudzież by okazało się, że ona tutaj będzie zajmować się dwoma przeciwnikami, gdy kilku kolejnych wyciera o ziemię Ambroisem.

Jej twarz pozostała nieporuszona, chociaż fakt, że spomiędzy drzew wyłonił Greengrass, przyjęła z ulgą. Żyje, rusza się, znaczy się, wszystko w porządku, co tam go spotkało między krzakami dokładnie, to się dowie później – w namiocie wciąż poruszały się dwie lub trzy osoby, tak co najmniej, rzucając głośnymi kurwami, a sądząc po tym przywitaniu czarami, nie zamierzały współpracować.

Zawahała się zaledwie na mgnienie oka, bo to co byłoby teraz najskuteczniejsze, zahaczałoby już o czarną magię. Ostatecznie zaryzykowała więc z dziedziną magii, w której jej zdolności były raczej dalekie od wybitności: translokacji.

- Najmniej dwóch w środku - rzuciła krótko do Greengrassa, nawet nie dlatego, że była niechętna do współpracy, jak już walczysz z kilkoma przeciwnikami, to nie marudzisz, że ktlś chce pomóc, ale ponieważ w tej chwili mieli góra parę sekund, zanim ich przeciwnicy odpowiedzą w ten czy inny sposób na atak i nie było czasu na żadne skomplikowane ustalenia, co robią. Zresztą, nawet nie znała jego możliwości, nie wiedziała, w jakich dziedzinach magii się specjalizował, żeby teraz łatwo było skoordynować działania inaczej niż "no to improwizujemy".

Czar Brenny zadziałał, wyrywając z namiotu jednego Weasleya, który potoczył się po trawie, a Brenna dopadła go sekundę później, w chwili, w której chciał unieść różdżkę. Mało delikatnie wygięła mu rękę do tyłu, i szczęknęły kajdanki, zaciskając się na nadgarstkach mężczyzny, chwilowo wyłączając go z równania.

Przy okazji odnotowała, tak mimowolnie, bo przecież nie miało to znaczenia, nie w tej chwili przynajmniej, że faktycznie włosy miał czerwone jak marchewka. Silny też był, ale szczęśliwie pierwsze miesiące służby Brenny to był ciąg interwencji w barowych bójkach, i skuła dostatecznie wielu agresywnych pijaczków, żeby to wykręcanie rąk mieć opanowane niemalże do perfekcji.

Dobrze, bo to wcale nie był koniec.

Ambroise mógł dostrzec, że druga osoba wygrzebuje się spod płachty. Zdawało się mu też przez chwilę, że poruszało się tam coś - ktoś - jeszcze, jakby trzeci osobnik, wybrzuszenie w tym miejscu jednak znikło. Przewidzenia, a może ten diabeł faktycznie okazał się bardzo sprytny?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (8014), Brenna Longbottom (6401)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa