• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas

[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
10.10.2024, 02:44  ✶  
Westchnął z całkowitym brakiem powagi, tak po prostu kręcąc głową w milczeniu, bo jak miał skomentować podobne teksty? Thomas ewidentnie był dziś w formie. Zapewne skrzętnie zbierał granulat dla dowcipnisiów przez niemal cały rok a teraz połknął go na raz.
- Postrzeliła mnie z kuszy - odpowiedział wesoło, szczególnie jak na to, że w żadnym razie nie kłamał ani nie przeinaczał prawdy.
Został postrzelony ze starej całkiem antycznej kuszy. Jakimś cudem nie dostając zakażenia ani nie wymagając pilnej pomocy medycznej. Wręcz dotoczył się z pomocą do własnego mieszkania, gdzie samodzielnie zajął się odniesioną raną, bo odpowiadanie na niewygodne pytania byłoby znacznie gorsze.
- W nogę. Do tej pory żadne - tu najchętniej wystawiłby określenie cholerne, ale jeszcze w dalszym ciągu się pilnował - eliksiry ani maści nie poradziły sobie z blizną. Masz swoją odpowiedź - rozłożył ręce, bo jeśli to dla Thomasa było równoznaczne z oswajaniem to Ambroise chyba nie chciał wiedzieć jak mają się koty Figgów.
Prawdopodobnie mógłby (a może nawet powinien) dodać coś więcej o osobliwych okolicznościach wypadku sprzed grubo ponad sześciu miesięcy. Najpewniej to byłoby całkiem dobre posunięcie, bo mógłby przy okazji spytać o nurtujące go kwestie dotyczące rzekomych klątw i powiązanych opętań a także choćby rany jak ta, którą odniósł - czasami w dalszym ciągu dającej o sobie znać widmowym, fantomowym bólem.
Natomiast były pewne tematy, na które nie chciał rozmawiać. Nawet z kimś takim jak przyjaciel. Pewne kwestie były lepsze niedomknięte, nierozwiązane i nieporuszane. Detale dotyczące upolowania go należały do dokładnie takich, toteż miał już nawet gotowe wyjaśnienia dla ludzi mogących zadawać pytania. Miał nadzieję, że nie będzie ich dziś wyciągać. Był poweselały, ale szybko wrócił do głównego tematu, który mieli teraz na tapecie.
- Nie? - W głosie Greengrassa zabrzmiała niepewność; wpierw raczej teatralna, później jakby trochę zmieniona wraz z wyrazem jego twarzy.
- Choć mógłbym podejrzewać matkę - stwierdził po chwili zastanowienia, mrużąc oczy. - Kilka lat byłem uzdrowicielem rodziny - wyjaśnił powoli w dalszym ciągu brzmiąc, jakby mógł to przez chwilę rozważyć. - Riny nie... ...ona mieszka w Londynie... ...ale pozostałych członków rodu tak, a z tego, co mi wiadomo stara wiedźma miała coraz większe parcie na wydanie córki - sam był tego świadkiem podczas jednego z wydarzeń dla śmietanki towarzyskiej, które tak właściwie zapoczątkowało ich przejście z przyjaźni w coraz bardziej naturalnie przyjmowany długofalowy związek, chociaż nie miały na to wpływu zabiegi ze strony Jennifer.
No, może bezpośrednio, bo coś tam niby dały. Znał tę kobietę już nie tylko od zawodowej strony, nawet jeśli nie udało mu się uniknąć pełnienia funkcji przydomowego uzdrowiciela na wezwanie. Żartował, że tak będzie, ale rzeczywistość okazała się zatrważająco zbieżna z tym, co miało być dowcipem. Mówił również o amortencji i jej działaniu, o tym także dowcipkując z Geraldine i wprost bezczelnie sugerując jej, że podtruwała go eliksirem miłosnym. Oczywiście, znał się na tym tak, że raczej to wykluczał. Przynajmniej w wypadku młodszej Yaxleyówny, ale starsza...
...starsza mogła przynajmniej kilka razy spróbować zrobić coś takiego.
- Kur... ...ki złociutkie. Powiedziałbym, że to wobec tego jest całkiem możliwe, szczególnie, gdybym przyjmował czekoladki z likierem od pacjentów jak to robią co poniektórzy - zauważył ze zdziwieniem przypominając sobie co najmniej trzy momenty, w których Jennifer była dla niego niezwykle miła i usiłowała częstować go zagranicznymi słodyczami. Dwa z tych trzech razy były podczas epizodu z leczeniem Riny po ataku kelpie, stąd nie zwrócił na nie uwagi, bo był zbyt zajęty leczeniem. Zaś ostatni najpewniej też musiał być w jakimś momencie, kiedy naturalnie mógłby wpaść na jedyną córkę kobiety. To było zadziwiająco, zatrważająco logiczne.
Bez działania amortencji był szczęśliwy ze swoją osobliwą hybrydą, choć na słowa Thomasa parsknął pobłażliwie, jednakże zdarzało im się kłócić i spinać o rzeczy, których raczej nie zauważałby pod wpływem miłosnego narkotyku. Oficjalny wspólny debiut towarzyski również mieli już za sobą. Dwie kolacje i po jednym obiedzie z każdą z rodzin również. Tak właściwie to Figg był jedną z ostatnich osób, które Greengrass informował o zmianie niektórych okoliczności życiowych, ale to tylko z uwagi na to, że o takich rzeczach raczej nie zwykł pisać w listach. Tak właściwie to nie był człowiekiem słowa i miewał problemy z ubraniem w nie własnych przemyśleń. Jasne, próbował się chociaż trochę przemóc, ale jak do tej pory raczej średnio mu to wychodziło.
- Dla tych obiadków było warto wyspecjalizować się w zatruciach eliksiralnych - mimo tak kpiącej sugestii nie drgnął mu nawet mięsień na twarzy, jedynie błysk w oczach wskazywał na jawny żart. - Są pyszne nawet z bezoarem w gardle. Żałuj, że nie wpadasz na swoje - dopowiedział, tym razem posuwając się do tego, żeby samą miną zasugerować, że wie o czym mówi, bo jest częstszym gościem na obiadach u siostry przyjaciela niż sam Thomas.
- Choć Nora chyba tak tęskni, że też byłaby w stanie cię z tej tęsknoty zatruć, jeśli dzięki temu byś wrócił na dłużej - mimowolnie kiwnął głową.
Tak. Mimo że tego nie mówiła - z pewnością byłoby dużo łatwiej, gdyby miała przy sobie kogoś takiego jak brat. Tego nie dało się tak łatwo zastąpić, choć Ambroise starał się jak mógł. Nawet ewidentnie zostawał dla niej niańką małej Mabel, mimo kompletnego braku predyspozycji ku temu. Usiłował być na wezwanie, oferować swoje wsparcie i tak dalej, bo ją również bezwiednie zaczął traktować jak członka rodziny. Momentami bliższego niż ci faktyczni. Mimo to zdawał sobie sprawę z tego, że nie zawsze mógł być pomocny. Czasami chodziło o tę szczególną więź między ludźmi wychowanymi w tym samym domu i podobnych okolicznościach w otoczeniu tych samych osób.
- Skur... ...czybyczek - nawet w zamyśleniu usiłował się dalej pilnować - dostałby lepę, gdyby powiedziała, kto ją tak wmanewrował - stwierdził nagle, posyłając poważniejsze spojrzenie w kierunku małej czarownicy i wstrząsając głową. - Piękne słówka i ucieczka od odpowiedzialności. Zadziwiające, że wyszło z tego coś tak... ...delikatnego i wdzięcznego - dodał, przy czym znowu potrząsnął głową i tym razem dodatkowo wzruszył ramionami.
Był zmęczony. Ostatnio przechodził przez dziwny etap życia. Nic dziwnego, że miewał chwile nagłego zastanawiania się nad kolejami losu i sekretami tego, co szykowało dla nich życie. Całe szczęście cokolwiek to było, przynajmniej miał swoich ludzi a jego ludzie mieli jego. To była dziwna myśl, naprawdę.
- Czemu mnie to nie dziwi. Tak czy siak, liczę na to, że gdy przytrafią się takie okoliczności to znajdziesz dla mnie wygodne miejsce w zespole - stwierdził w końcu, jak gdyby nigdy nic powracając do lekkości w głosie i całkowicie wyluzowanej, wręcz rozleniwionej (szczególnie bez dziecka na kolanach) postawy.
- Mam nieskazitelne referencje. Zawodowo jestem wyjątkowym kandydatem - a przy tym jakże skromnym i obiektywnym w stosunku do swoich (licznych!) zalet. - Choć po namyśle wolę nie uciekać z kraju. Nora i tak by mnie dopadła a luba nie byłaby zadowolona. No, chyba że macie tam jakieś wartościowe potwory - dopowiedział, bo akurat z tym niedociągnięciem nie próbował się kryć.
Mimo naprawdę solidnych i wielokrotnie podejmowanych prób wbicia mu do głowy podstawowych informacji odnośnie magicznych zwierząt, mózg Greengrassa był raczej oporny (dziwne, co nie?) na przyswajanie tego typu wiedzy. Dla niego memortki w dalszym ciągu były memrotkami, ewentualnie mamrotkami a na widok testrala niemal przeskoczył przez płot, nie spodziewając się zastać go w miejscu, w którym zazwyczaj go nie było. To znaczy: był, ale nikt Ambroisa o tym nie uświadomił. Dopiero dobicie Williama Rosiera na początku sześćdziesiątego piątego najwyraźniej odbiło na Greengrassie tak duże piętno, że zaczął widzieć te upiorne konie, choć przecież wielokrotnie wcześniej widział oblicze śmierci. Tak czy inaczej, momentalnie pożałował tego widoku. Nie cierpiał znacznej większości magicznych stworzeń.
Do duchów również miał bardzo średnie nastawienie. Szczególnie po jednym naprawdę nieprzyjemnym opętaniu.
- To brzmi zdecydowanie jak zbyt małe poświęcenie - wzruszył ramionami, jakby był ekspertem w tym zakresie i niemalże codziennie składał z kogoś ofiarę; nie to, że zaledwie chwilę wcześniej dopytywał o intrygujące szczegóły dotyczące tego procesu - to był detal.
- Myślę, że nie warto tego robić. Znajdę inną ofiarę do złożenia na tym ołtarzu. Jedną za to dużą jak rzyć Gregory Macmillan z Ravenclawu - rzyć zamiast starej dobrej dupy bo chyba tego słowa mógł używać przy dzieciach, czyż nie?
Nie był tak całkiem beznadziejnie niecenzuralny, kiedy starał się trzymać język za zębami. Prawdę mówiąc, poza nielicznymi chwilami swobody w domu albo w sytuacjach towarzyskich, które mu na to pozwalały, uchodził raczej za poważnego i sztywnego człowieka, który wcale nie musiał powiedzieć komuś wprost spierdalaj. Potrafił zrobić to w tak wysublimowany sposób, że wskazana osoba nie tylko czuła paląca chęć przeżycia tej przygody, lecz także naprawdę ochoczo opuszczała pomieszczenie. To była głównie kwestia okoliczności. A te tutaj zaczęły sprzyjać rozprężeniu. Szczególnie, odkąd Mabel nie była już tak całkiem na głowie Ambroisa i w dodatku zaczęła usypiać.
- Mój magazyn jest przynajmniej poczytny i nie musi sobie sztucznie nabijać sprzedaży - odrzekł w bardzo zbliżonym tonie, unosząc wzrok w kierunku sufitu i wzdychając ciężko. - Ma bardzo dużo informacji z pierwszej ręki - obronił jeszcze swoje pisemko, które tak w rzeczywistości po prostu sprawiało mu satysfakcję.
Lubił czytać o Quidditchu. W ten sposób wracał pamięcią do starych dobrych szkolnych czasów sprzed Munga. Nie do końca łatwiejszych ani takich, w których faktycznie chciałby się znowu znaleźć, ale miło było co nieco powspominać. Tak samo jak spróbować przelać na kogoś dawne pasje. Niestety, zbyt małego, żeby to miało rację bytu.
- Daj znać, gdybyś zmienił zdanie. Mało się znam, ale sądzę, że niewypolerowany trzonek może niewygodnie leżeć w dupie. Podrzucę ci dobry artykuł opisujący to krok po kroku i pastę polerską - wzruszył ramionami.
Był pomocny, co nie? Prócz tego jako uzdrowiciel wiedział, że oddział wypadków przedmiotowych raz na jakiś czas (stanowczo zbyt często) leczył drzazgi w odbycie i nie było to nic przyjemnego dla żadnej ze stron. A jeszcze tak się malowniczo składało, że drobna i niska Nora mogła mieć niezłego cela wynikającego z tego, że bliżej jej było do pęknięcia na plecach Thomasa niżeli do czubka jego głowy. Ot co: siła i znaczenie detali.
- Co zaś tyczy się naszego drogiego kurołaka, będzie okazja przekonać się już za niecały miesiąc. Masz jakieś wskazówki, w jaki sposób zweryfikować istnienie klątwy? - Spytał, choć nie zamierzał odnotowywać tego w pamięci.
Miał już swoje przekonania odnośnie całej sytuacji, a jeśli to byłby faktyczny kurołak to całe szczęście podlegałby pod inny oddział - Prewetta albo Bulstrode, którzy mogliby podejść do tego z czymś w rodzaju pasji a nie pod Greengrassa, który wolał nie mieszać się w kwestie klątw, bestii i potworów.
To się u niego nie zmieniło. Wiele można było powiedzieć, ale to pozostawało stałe.
Widząc skutek usypiających umiejętności Thomasa (może to po prostu było wyjątkowe nudziarstwo?) powoli skinął głową, bo nie zamierzał ruszać się z miejsca.
Przynajmniej z początku, bo zanim przyjaciel zdążył wrócić, Ambroise pokusił się o to, żeby udać się do kuchni i wygrzebać stamtąd butelkę cydru, który sam nie tak dawno sprezentował Norze. No cóż, miał go odkupić podczas najbliższego pobytu w Dolinie Godryka w okolicach sadów.
Tymczasem zabrał do tego jeszcze dwa szkła i profilaktycznie od razu wypełnił je alkoholem. Lekkim, niskoprocentowym, bo przecież opiekowali się dzieckiem. Aż taki to nie był. Potrafił zachowywać się odpowiednio i odpowiedzialnie, ostatnio nawet całkiem szczególnie mocniej niż zwykle.
- Czy ja ci wyglądam jak skrzat domowy zafascynowany sprzątaniem? - Spytał po chwili milczącego słuchania z uniesionymi brwiami, obracając szklaneczkę w palcach, jakby to była ognista a nie półsłodki cydr z antonówek (oczywiście, zanim podniósł szklankę skinął głową w kierunku stolika, wskazując na obecność butelki).
- Czy to był jakiś ich prywatny Lovegood? - Spytał, parskając pod nosem, bo tak - to brzmiało jak klasyczny Lovegood, ewentualnie jakiś osobliwy Lockhart z przerostem ego i upodobaniem do koziny.
Good Boy
I've got a twisted way of making it all seem fine
wiek
30
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Wysoki na metr i dziewięćdziesiąt centymetrów co do milimetra - no więc wysoki, ale za to z drobną budową ciała. Czarne, kręcone włosy i ciemne oczy. Twarz pokryta kilkudniowym zarostem zdradza, że niezbyt dba o siebie.

Thomas Figg
#12
14.10.2024, 01:59  ✶  
- Z kuszy? - uniósł brei w zdziwieniu, ale przecież trzeba było płynąć z nurtem, karuzela  żartu nie mogła zwalniać. - Niebywałe, ja myślałem, że kupidyn lata z łukiem - ale na tym już poprzestał, nie chciał się pastwić nad Ambroise, co za dużo to niezdrowo. Westchnął i pokiwał głową na boki. Tak długo się mu rana babrze i jako uzdrowiciel nadal nie udał się z tym do kogoś kto mógłļy mu to zbadać?
- Gdybyś tylko znał kogoś kto zna się na klątwach i mógłby ci powiedzieć czy nie zostałeś zraniony przeklętym przedmiotem, chyba będzie musiał się w takim razie jeszcze nieco pomęczyć z tym - ciekaw był czy załapie te jakże niezbyt subtelne aluzje co do tego, ze mógłby mu zerknąć na to i ewentualnie coś poradzić. Bo to ewidentnie śmierdziało albo przeklętym przedmiotem, z którego otrzymał ranę, albo czarną magią, a jednak nie miał go za głupca i musiał mieć jakieś swoje powody dla których to nie robił z tym nic innego tylko próbował leczyć eliksirami i maściami.
Poczuł ukłucie zazdrości, każdy do czegoś dochodził, każdy powoli znajdował sobie kogoś i zaczynał nowe etapu swojego życia. A on? Wiecznie sam, siedząc u swojej siostry w domu, gdzie pomieszkiwał między kolejnymi wyjazdami z kraju. nigdzie nie zagrzewał na długo miejsca, niebudujący relacji z innymi, starych przyjaciół nie porzucał, ale ciężko było, kiedy sowy podróżowały tygodniami, a on zjawiał się raz na pół roku na tydzień lub dwa. A potem znów rzucał się w wir przygody ruszając na kolejne wykopaliska, gdzie mierzył się z pułapkami i klątwami, mając w przeświadczeniu, ze niedługo dołączy do tych klątwo łamaczy którym powinęła się noga. Ale nie przeszkadzało mu to, bo nie potrafił wyobrazić siebie samego starzejącego się, dożywającego czasu, kiedy usiądzie z herbatą na werandzie jakiegoś domku w szkockich górach i będzie mógł wspominać młodzieńcze czasy. Drgnął uświadamiając sobie, że znów to robi, znów pozwala swoim ciemnym myślą pochłonąć go i zaciągnąć w głębiny.
- Cóż, mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi i dam radę pojawić się na ślubie Zacznę chyba już teraz układać na niego przemowę - dodał, ale już bez tej zwyczajowej wesołości, nieco przygaszony. Nie chciał dalej ciagnąć go za język i utrzymywać tematu jego ukochanej, w tej chwili gdyby go kontynuowali to nie potrafiłby przestać myśleć jaką jest porażką i rozczarowaniem dla wszystkich wokół. Thomas miał piękny umysł, szkoda tylko, że tak zjebany, dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja to zmienił temat.
- Czy ty chcesz sprawić, zęby na twoją modłę jadał obiady z bezoarem ukrytym w policzku? - zachichotał, choć nieco wymuszenie, nie zawsze zdołał utrzymywać nieskazitelne maski. Mimo, ze Mabel nie było już z nimi i spała w drugim pomieszczeniu to musiał zwalczyć w sobie chęć zapalenia, nie mogli przecież wyjść na dwór i zostawić małej samej, a palenie domu odpadało. - Wiem, rozmawialiśmy o tym nie raz - zapadł się w fotelu nie patrząc na Greengrass a na swoje splecione dłonie na podołku. Ile razy chciał wrócić na stałe, nie wyjeżdżać już tylko pojawić się i oznajmić, że zostaje, ale nie potrafił. Nadal uciekał przed swoimi demonami, których nie potrafił ujarzmić, a kariera klątwo łamacza byłą idealną wymówką. Łatwiej udawać zadowolonego z życia i szczęśliwego przez pół miesiąca niż cały rok, bezwiednie rozmasował swoje nadgarstki, czyste i całe bez żadnych śladów, magia potrafiła być zbawienna.
- Myślę, że ma bardzo dobry powód, żeby nam nie mówić kto jest ojcem. Musimy uszanować jej decyzję, w końcu to jej życie i ma prawo sam decydować - czy faktycznie było mu z tym dobrze? Nie, uważał, że Mabel powinna mieć nie tylko matkę ale i ojca. Jednak znał Norę i wiedział, że dla młodej nieba uchyli i wszystkie gwiazdy z nieba jej podaruje, zresztą dla nich dwojga i on to zrobi. Nie naciskał na siostrę i po jednej rozmowie na temat tego, kto jest ojcem nie poruszał tego tematu nigdy więcej, szanował jej decyzję.
- Nie mamy tam potworów, zajmuje się miejscami, gdzie nie ma żywych stworzeń, są klątwy i pułapki. Ale jak będziemy poszukiwać jakiegoś łapiducha to się odezwę - cóż, zapewne nigdy się nie odezwie, był wolnym strzelcem bez stałej ekipy, to jego zazwyczaj dobierali do innych ekip, niż on dobierał sobie innych członków. Szczególnie dużo podróżował też z Anthonym, ale na tym akurat korzystali oboje, zarówno Figg jak i Shafiq.
Zaśmiał się, zbyt małe poświęcenie? Tak mógł tylko twierdzić lew salonowy, dla Thomasa dwoje przyjaciół było zdecydowanie zbyt wielkim poświęceniem. - Wiesz, że często silne rytuału nie potrzebują nie wiadomo jakiej ofiary? Chodzi o odpowiedni czas i miejsce, nie wszystko musi być tak dramatyczne jak w powieściach dla nastoletnich czarownic - dodał rozbawiony tak samo jego niezadowoleniem jak i faktem kogo by chciał poświęcać.
Rozbawiony pokiwał głową, nie zamierzał się spierać, który magazyn jest lepszy i jakie zabiegi są skuteczne, po prostu niech każdy czyta to co lubi.
- Tylko zdajesz sobie sprawę, że ja tego nie przeczytam? Nie przepadam za miotłą, wolę teleportację - jeszcze nie wiedział jak za kilka lat będzie na siebie wyklinał, że nie przyłożył się do nauki latania i nie potrafi nic poza podstawowym lataniem. Niczym stary dziadek udający się na sabaty raz na pół roku na miotle. Ale cóż, gdyby ktoś powiedział mu, że w przyszłości znajdzie cel w życiu to by go wyśmiał szczerze, dlatego też i w przekonywanie go do nauki latania na miotle nie dałby się nakłonić.
- Czyli jego tchórzostwo albo potwierdzało udawanie, albo faktycznie przyjął przywary kurczaka i w czasie konfrontacji najzwyczajniej w świecie spierdolił - powiedział bez ogródek, bo nie musieli już powściągać języka.
Przyjął szklankę z cydrem z lekkim wahanie, opiekowali się przecież dzieckiem, ale z drugiej strony, szklanka tak lekkiego alkoholu go nie zabije (Nora też nie powinna). A do tego nie musiał się obawiać, że nagle rozwiąże mu się język, szklanka cydru to nie butelka whiskey.
- A bo ja wiem, może ci się coś zmieniło i masz jakieś nowe hobby? Ludziom na starość różne rzeczy na mózg się rzucają - odpowiedział i wypił pierwszy łyk ze swojej szklanki w celu zwilżenia gardła. - Całkiem dobre, to z sadu Abottów? - zapytał i pokiwał przecząco głową na pytanie Ambroise.
- Nie, to był jakiś lokalny czarodziej i z Lovegood'ami miał tyle wspólnego co nic ,ale za nic nie powtórzę ci jego nazwiska, po samych próbach wymówienia go musiałbyś mi leczyć język z siedem razy - to byłą główna bolączka Thomasa, porozumiewanie się lokalnymi mieszkańcami, nie miał drygu do nauki języków. Zresztą podróżując między krajami nie było na to lekarstwa i musiał sobie radzić dzięki tłumaczom i robieniu list najpotrzebniejszych zwrotów z zapisem fonetycznym.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
18.10.2024, 16:39  ✶  
Parsknął cicho pod nosem, unosząc wzrok do sufitu i uśmiechając się niepoważnie.
- Z kuszy. Ewidentnie nie chciała czekać z tym na kupidyna. Rina zawsze bierze sprawy w swoje ręce. Jest w tym naprawdę upierdliwie spójna - stwierdził, wkładając w te słowa więcej tolerancyjnej czułości niż twierdzenia, że cholernie go tym irytowała.
Jasne. Czasami nie mógł z tym wytrzymać. Wkurwiała go tym, że z łatwością dawała mu lustro na jego własne zachowania i przywary. Mimo to trochę przy niej złagodniał. Miał nieco więcej ugodowości i wyczucia. Wciąż niewiele, ale nie tak mało jak wcześniej. Tworzyli jednorodnie chaotyczny związek. W opinii niektórych Merlinowi dzięki, że ściągając się wzajemnie z rynku matrymonialnego, bo teraz zajmowali się sobą a nie psuli klimat innym. A jak sam zdążył napomknąć, ich życie było całkiem skomplikowane.
- Wyśmienity sarkazm, ale to raczej nie coś, co można zawrzeć w listach - odpowiedział na własną obronę, bo jasne - zdarzyło mu się pomyśleć o tej możliwości, jednakże korespondencja na temat klątw nie była raczej czymś, co zbytnio by pomogło a mogło wręcz zaszkodzić; kto wie czy nie była kontrolowana - na, na pewno była. Ministerstwo skutecznie utrudniało ludziom życie.
- Poza tym nie mam tej kuszy. Cholera wie, gdzie tam została. Wszystko działo się szybko i jakby to powiedzieć... ...raczej nieoficjalnie - uniósł brwi, przesuwając językiem po zębach i wbijając raczej znaczące spojrzenie w swojego drogiego specjalistę od klątw.
Jasne. Miło byłoby się czegoś dowiedzieć. Najlepiej to już w ogóle zażegnać całą sytuację, ale raczej nie palił się do opowiadania o szczegółach a to było konieczne, prawda? Z drugiej strony nie chodziło o nic zdrożnego. To nie były jawnie nielegalne interesy. Wręcz nieudana akcja ratunkowa. Możliwe, że nie powinien z uporem maniaka robić z tego wielkiej tajemnicy, ale po prostu nie lubił pytań (o ironio jako uzdrowiciel zadający ich wiele swoim pacjentom).
- Jeśli zaczniesz to robić już teraz to jest szansa, że zdąży pokryć się kurzem. Teatralnie. Szanuję - skwitował wymownie unosząc brwi na tę zadziwiającą deklarację poświęcenia się i znalezienia nie tylko czasu w swoim napiętym grafiku, żeby pojawić się na przyjęciu, lecz także, aby wyprodukować coś, co najpewniej mogło wywołać mały skandal - czyli wyśmienitego. Drobne skandale były przepyszne.
- Warto, żebyś wiedział, że przy takich okazjach normą są również przyjęcia zaręczynowe. Musisz rozważnie dysponować posiadanymi anegdotami i ważyć uszczypliwości, żeby zostało ich trochę na później - nie wątpił, że Figg miał o czym opowiadać.
Czasy Hogwartu oraz późniejsze wręcz obfitowały w różnorodne sytuacje pasujące do tego, by wyciągnąć je w formie uszczypliwie zabawnych historyjek, składając to wszystko w całkiem zgrabny tekst. Pragnął za to nie tyle uprzedzić go o tym, jak wyglądały konwenanse (nie planował faktycznie się teraz żenić - było im dobrze tak jak teraz żyli, mieszkali ze sobą na kocią łapę i ignorowali niezadowolone spojrzenia) i że to nie była kwestia wyłącznie odhaczenia jednej imprezy. Co dać też poza słowami do zrozumienia, że w drugą stronę to również działało - liczba historyjek była podobna, należało, żeby Thomas dobierał je rozsądnie, bo mógł kiedyś dostać swoją porcję w odwecie.
Choć w tej kwestii był raczej dosyć zamknięty, przynajmniej obecnie odbijając pytanie o swój kawalerski stan. Może trochę zbyt gładko, żeby to nie zabrzmiało osobliwie.
- Świąteczny klimat, jak widać, bardzo ci się udziela - stwierdził bez pardonu, przy czym wzruszył ramionami, bo nie zamierzał ciągnąć Figga za język.
Oczywiście, że zauważył tę nagłą zmianę nastroju, nawet jeśli była wyłącznie chwilowa. Może Ambroise nie należał do najbardziej wrażliwych ludzi, raczej nie był odpowiednim człowiekiem, aby dyskretnie wypytywać kogoś o samopoczucie i jego osowiałość. Wręcz przeciwnie - taktu miał w sobie tyle ile troll jaskiniowy na zimowym balu: za knut. Raczej zwykł najzwyczajniej w świecie walić prosto z mostu, ale w tym wypadku postanowił tego nie robić. Wyłącznie posłał Figgowi badawcze spojrzenie, po czym wzruszył ramionami i przeniósł wzrok na małą, posyłając jej uśmiech.
Na ten moment przeznaczył wszelkie zasoby spokoju na to, żeby zapewnić jej dość poprawny i pozbawiony niepotrzebnych wrażeń wieczór. Nie warto było kończyć tego w żaden nieprzemyślany sposób. Mabel wymagała teraz większości uwagi, przynajmniej do czasu położenia jej spać albo powrotu Nory - może nawet obu na raz.
- Albo zaopatrzył się w zapas odtrutek. Przezorny zawsze ubezpieczony - zażartował również powracając do lekkiego tonu, lecz niemal od razu ponownie poważniejąc, gdy usłyszał kolejne słowa.
Tak. Coś było nie tak. Nie musiał być emocjonalnym orłem (i lekko mówiąc: nie był), żeby dostrzegać niektóre drobne rysy na szkle. Szczególnie po tym, co sam ostatnio przeszedł, niemal pół roku miotając się i klucząc między niedopowiedzeniami, złudzeniami, próbami analizowania tego, co było prawdą a co wyłącznie złudzeniem i życzeniem. Dało mu to pewien wgląd. Nie za duży, nadal miał empatię na poziomie grudki bezoaru, ale uczył się wyciągać wnioski i oceniać sytuację. Szczególnie, odkąd obiecał dbać o swoje bezpieczeństwo podczas załatwiania szemranych interesów, podczas których musiał monitorować zachowania ludzi.
- Tak tylko mówię - machnął uniesionymi rękami, przy czym posłał Thomasowi kolejne, jeszcze znacznie bardziej badawcze spojrzenie. - Nie zabijaj posłańca - całkiem gładko zszedł z tego tematu, dochodząc do wniosku, że nie należy go głębiej poruszać w takich okolicznościach.
Zamiast tego (o ironio) wcale nie wybrał sobie łatwiejszego nawiązania do tego, co działo się obecnie tu u nich w rodzinnych stronach pomiędzy bliskimi ludźmi. Mógł wybrać sto innych tematów, ale padło na ten również wielokrotnie poruszany. Głównie z uwagi na to, że choć nie przeszkadzało mu to zajęcie się Mabel przez kawałek popołudnia i wieczór to nieodmiennie nasuwała mu się myśl, że Nora powinna mieć też inne odpowiedzialne wsparcie. Nie wszystko mogło być cały czas na jej głowie. Nieważne jak bardzo wszyscy znajomi, członkowie rodziny i przyjaciele usiłowali ją odciążać.
- Zgadza się. To jej życie - przyznał poważnie, przy czym nieznacznie się skrzywił. - Mimo to nie zmienia to mojego postrzegania całej sprawy. Nie ma sytuacji nie do rozwiązania. Są tylko marne wymówki - no cóż, może nie znał szczegółów, ale sam sobie przyznawał prawo do uznawania, że okoliczności łagodzące najpewniej nie istniały.
Jeśli ktoś ją skrzywdził i stąd nie chciała o tym wszystkim mówić, ten człowiek w dalszym ciągu powinien ponieść konsekwencje. Srogie, naprawdę sromotne. Jeżeli chodziło o coś innego, jakąś przejściową miłostkę to i tak powinien odpowiadać za to, by wynagrodzić Norze trudy macierzyństwa - nawet ustawiając ją finansowo. Natomiast w przypadku tragicznej historii czy śmierci, wciąż istniały różne rozwiązania. Tajemnice miały przykrą tendencję do wypływania w najmniej oczekiwanym momencie. Coś o tym wiedział.
Mimo to był na tyle dyskretny, że nie poruszał tego tematu z nikim prócz Thomasa. Z nim raczej starał się być otwartym człowiekiem. Przynajmniej w zakresie, w którym mógł być.
- Doskonale, bo od potworów trzymam się z daleka. To działka Riny. Ja tylko leczę skutki głupoty poszukiwaczy przygód - uśmiechnął się z przekąsem, mając dokładnie to na myśli, co sugerował - że na wykopaliskach z pewnością miewali bardzo dużo rażących przypadków porywczości czy debilizmu.
Z pewnością znalazłby sobie równie dużo zajęć, co w Mungu, gdzie akurat nigdy nie brakowało atrakcji.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, ilu pacjentów spierdala z oddziału. Szczególnie wtedy, kiedy dajemy im dokumenty do podpisania - stwierdził machnąwszy ręką w wyrazie politowania. - Niektórym wydaje się, że przyjdą z ulicy, nie będą musieli się legitymować ani odpowiadać na żadne niewygodne pytania - dla kogoś na stałe pracującego w szpitalu to było naprawdę nie do pomyślenia.
Dla Greengrassa pewnie również by takie było, gdyby nie to, że często później spotykał te same osoby podczas świadczenia mniej oficjalnych usług medycznych. Oczywiście zazwyczaj nie rozpoznawały w nim tej samej osoby w uzdrowicielskiej szacie, z którą rozmawiały lub nie zanim podjęły decyzję o uniknięciu Munga i próbach przeczekania dolegliwości, żeby tylko nic nie podpisywać. Raczej starał się, żeby jak najmniej osób wiązało jego oficjalną personę z człowiekiem działającym w szarej strefie. Nosił się zupełnie inaczej - zarówno pod kątem ubrań, postawy jak i zachowania czy nawet modulacji głosu. Jasne. Rozpoznanie było nie do uniknięcia, ale wolał, żeby nie pamiętano go od razu z konkretnego miejsca.
Niestety nie miał szczęścia urodzić się jako mało charakterystyczny człowiek. Choć dla niego na ogół to była zaleta. Nie chciał być w żadnym razie przeciętny, ale musiał przez to bardziej dbać o dyskrecję. Tak czy inaczej bardzo często i tak leczył uciekinierów, tyle tylko, że wtedy napychali mu kieszenie swoimi galeonami, zazwyczaj byli już w dużo gorszym stanie (dzięki czemu mogli go nie skojarzyć, co traktował jako pozytyw w negatywnej sytuacji) i ziało od nich desperacją. W gruncie rzeczy świat medycyny był mały. Aż dziwne, że jeszcze nie trafił na tego ich kurołaka, choć pewnie to była kwestia czasu.
- Jeśli postanowię ześwirować to was wszystkich o tym uprzedzę - wykrzywił kącik ust w pobłażliwym grymasie, przy czym zaraz dodał. - Głównie po to, żeby któreś z was, moich najdroższych kompanów, mogło ukrócić moje męki. Zastrzelcie mnie, załatwcie zaklęciem. Wszystko tylko nie Lecznica Dusz - nie musiał odnosić wrażenia, raczej był całkowicie przekonany o tym, że Thomas może go pod tym względem zrozumieć.
Ambroise już teraz był... ...nietypowy. Przynajmniej według powszechnie przyjętych standardów zachowania. Miał swoje nawyki, naleciałości i przekonania, których nietrudno mu było bronić. Jasne. Pozornie dostosowywał się i zachowywał konwenanse, kiedy to było konieczne, ale w innych kwestiach raczej stronił od podążania utartą ścieżką typowego czystokrwistego czarodzieja. Z pozoru miał poukładaną, rozwijającą się karierę w Mungu. A teraz także stabilne życie mogące wyprowadzić go z kawalerskiej ścieżki. Natomiast nie w smak mu było zostawać dziedzicem Greengrassów, przejmować odpowiedzialność i interesy po ojcu - bez problemu zostawiał to Roselyn, licząc na to, że do tego czasu uda jej się wyrobić swoją pozycję lub znaleźć kawalera, który będzie jej oficjalną twarzą w stetryczałym towarzystwie elity.
On sam wybierał inną drogę. Nie mógł, nie chciał ani nie planował tego zmieniać. Zbyt mocno lubił uczucie adrenaliny i krwi buzującej w żyłach. Za bardzo lubił balansować na granicy ryzyka. Lubił mieć informacje z pierwszej ręki, dostawać cynki zanim coś się działo. Lubił poczucie kontroli (nawet takiej bardziej wątpliwej) i władzy nad swoimi poczynaniami. Nie czułby się spełniony w roli, którą zazwyczaj odgrywał przed ludźmi, których nie chciał mieszać w swoje sprawki - żeby ich nie skrzywdzić ani nie narobić sobie kłopotów. Lata praktyki pozwalały mu w jednej chwili swobodnie popijać cydr i bawić dzieci (choć to drugie było całkiem nowe i nieoczekiwane) a w drugiej stukać się szklaneczkami ognistej po przezornym uprzednim zażyciu antidotum na powszechne trucizny.
- Zgadza się - przytaknął, wychylając łyk cydru. - Znajome smaki, co? Wy pewnie na co dzień pijacie coś bardziej orientalnego - tak właściwie nie orientował się zbytnio, co pijało się w miejscach takich jak wykopaliska czy inne grobowce.
Zakładał, że nie wylewano za kołnierz. Szczególnie w obliczu tylu możliwości przytrucia się czymś, co alkohol by odkaził. Tak właściwie to czasami zastanawiał się nad ścieżką zawodową obraną przez Figga. Nie był to łatwy kawałek chleba, choć z pewnością angażujący i fascynujący. Kto wie, gdyby nie stan zdrowia być może załapałby się na coś takiego zamiast zostawać uzdrowicielem. Oczywiście, jeśli nie poszedłby w zawodową grę w Quidditcha, u której progu stał przed swoim upadkiem. Los bywał naprawdę przewrotny.
- Twojej niewyparzonej gęby nie da się wyleczyć - prychnął niepoważnie, unosząc wzrok w kierunku sufitu i cmokając pobłażliwie. - Czasami zastanawiam się, jakim cudem jeszcze nikt nie zapieczętował ci ust - szczególnie podczas tylu okazji, jakie pewnie występowały, gdy miało się do czynienia z różnorodnymi klątwami i pracowało się z ekspertami w dziedzinie zaklinania.
Z pewnością nie wszyscy ci ludzie byli przyjemni, łatwi w obyciu lub w ogóle mieli dobre intencje. Wręcz przeciwnie - w swojej karierze Greengrass poznał całą masę szemranych elementów, którzy z jednej strony chełpili się tym, ile dobrego zrobili dla nauki a z drugiej nie mieli najmniejszych problemów, by kogoś skrzywdzić lub wyeliminować konkurencję, jeśli zależało im na swoich interesach.
Czarodziejski świat robił się dziwny. Zawsze był nieco bardziej szary niż czarno-biały, ale ostatnio ta szarość zmierzała nieco bardziej w kierunku czerni niż bieli. Czasy stawały się ponure, ludzie stawali się ponurzy. Przyjmowali różne postawy, zakładali dogodne maski, ale pod tym wszystkim kryło się dużo różnorodnych emocji i motywów.
- A więc? - Nalał sobie więcej cydru, przyglądając się szklaneczce pod światło, ale w rzeczywistości skupiając się na tym, żeby odpowiednio dobrać słowa. - Nie jestem ślepcem ani twoją siostrą, żebyś mi mydlił oczy byciem wesolutkim podróżnikiem. Stara bieda czy coś więcej? - Pytał wprost, spoglądając na niego nie kątem oka tylko wręcz przeciwnie - jawnie zatrzymując na Thomasie badawcze spojrzenie zielonych oczu; teraz raczej świadczące o tym, że smocze łajno było niepotrzebne, wolał wiedzieć wprost czy powinien dalej drążyć temat.
Nie to, żeby planował odpuścić słysząc jakieś banialuki. Chciał wiedzieć, czym była tamta melancholia i czy powinien wyrażać zaniepokojenie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Good Boy
I've got a twisted way of making it all seem fine
wiek
30
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Wysoki na metr i dziewięćdziesiąt centymetrów co do milimetra - no więc wysoki, ale za to z drobną budową ciała. Czarne, kręcone włosy i ciemne oczy. Twarz pokryta kilkudniowym zarostem zdradza, że niezbyt dba o siebie.

Thomas Figg
#14
20.10.2024, 05:14  ✶  
Zaśmiał się po słowach Ambroise na temat jego narzeczonej i pokiwał głową na boki, jakby nie dowierzał w to co on mówił.
- Zapewne była już zmęczona czekanie na twój pierwszy krok, a jaki jest lepszy powód na zbliżenie się do drugiej osoby niż wyrządzenie mu krzywdy, bo potem przecież chcesz mu zadośćuczynić - powiedział z delikatnym chichotem. Ale z drugiej strony to brzmiało jakby trafił na... damską wersję samego siebie. Ciekaw był czy Greengrass zdawał sobie z tego sprawę, cóż on nie zamierzał go w tym uświadamiać, bo nie żal wszystkich faktów i mógł przecie jeszcze przestrzelić.
Westchnął wiedząc, że faktycznie, o niektórych rzeczach nie pisać w listach, szczególnie tych wysyłanych za granice, Ministerstwa lubiły sobie inwigilować takie korespondencje wysyłane sowami.
- Ale skoro teraz już jestem mogę ci z tym pomóc. Nie będę pytał o legalność wydarzeń, zapytam tylko o wygląd kuszy, bełtu i uczucie po zranieniu - wyliczył prostując trzy palce. - Aha no i oczywiście muszę zobaczyć ranę. Dlatego jak dostałeś w dupę to przykro mi, ale musisz radzić sobie sam. Nie chce oglądać twojego tyłka Greengras, bo stracę apetyt aż do Wielkanocy i Norze będzie przykro - rozciągnął usta w szerokim, bezczelnym uśmiechu. Czasami sam sobie się dziwił jakim cudem on jeszcze żył z tak niewyparzoną gębą. To chyba głownie dlatego, że słowne utarczki były chlebem powszednim jedynie z osobami, które znał i wiedział mniej więcej jak zareagują, to była forma pokazania, że jest z kimś blisko.
Zaśmiał się na odpowiedzi przyjaciela na temat jego pojawienia się na weselu i wygłoszenia przemowy. Choć nie mógłby przegapić tego dnia, to jednak wiedział, że dużo będzie zależało też od tego czy obecnie nie będzie pracował pod jakimś restrykcyjnym kontraktem magicznym. Nie zdarzało się to często, to jednak czasami tak - rok temu przecież nie mógł przez to wrócić na święta i zjawił się dopiero w lutym.
- Oh, o to się nie martw, mam tyle anegdot i uszczypliwości pod twoim adresem, że starczyłoby na trzy śluby - odpowiedział gładko, może i spędzali dużo czasu nie widząc się na oczy, ale to było jak rzucanie zaklęć, tego się nie zapominało, przekomarzać się mogli tak jakby widzieli się codziennie po kilka godzin. Nie szczędząc sobie tych złośliwości i jednocześnie nie obrażając się na siebie.
- No nie? Też mam ozdobę, jak choinka - powiedział rozbawiony i pokazał mu bardziej swoje prawe ucho, z którego zwisał prosty kolczyk. Czasami robił coś w przypływie chwili, żeby móc poczuć że żyje, jedna z tych rzeczy była właśnie ta ozdoba w uchu.
- Nie muszę, ufam swoim bliskim - odpowiedział ze wzruszeniem ramionami. Był prostym i ufnym człowiekiem, gdyby ktoś z jego najbliższych zatruł mu jedzenie lub napój to spożyłby to i tak, bo nawet by ich o coś takiego nie podejrzewał. Co prawda krąg osób, które darzył bezgranicznych zaufanie był bardzo wąski, ale to już inna kwestia.
- I mam chodzić z nimi w kieszeni? Będę wydawał z siebie dźwięki jak alkoholik próbujący ukryć swoje problemy - parsknął pod nosem, zdając sobie sprawę, że przy każdym kroku fiolki z odtrutkami by dzwonił niemiłosiernie z kieszeni. Thomas nie zamierzał jednak opuszczać swoich murów, za którymi się krył na co dzień. Dobrze wiedział, że są przyjaciółmi, ale nie chciał aby Ambroise przekazał cokolwiek jego siostrze, ale nie potrzebowała ona teraz dodatkowych zmartwień, dlatego chciał jej ich oszczędzić. Przecież to nic takiego, poradzić sobie z tym jakoś... Ostatnie czego chciał to żeby ktokolwiek się teraz o niego zamartwiał. Dlatego też uparcie ignorował badawcze spojrzenia przyjaciela, tak było prościej, niezadane pytania się przecież nie liczyły prawda? Zdecydowanie nie, bo nie było na co odpowiadać.
- Nie martw się jesteś bezpieczny posłańcze - powiedział rozbawiony, ale też dodał - Bo Nora wie, że tu byłeś i zadawałaby niewygodne pytania jeszcze - dodał z niewinnym uśmieszkiem na ustach.
Westchnął wiedząc jak ciężki temat rozmowy im przyszedł. Co prawda wolał już ten temat niż rozprawianie o samym sobie, to było zdecydowanie cięższe. A tak? Rozmowa o jego małej siostrzyczce nie byłą tak trudna jak mówienie o sobie.
Thomas nigdy nie kwestionował wyborów nory, czasami mógł ją zapytać o powód czy zapytać czy uważa to za najlepsze wyjście, jednak nigdy nie podważał jej decyzji, tylko stał za nią murem. Choć sam był wątły mentalnie i mało stabilny, to gdy przychodziło co do czego, dla siostry trwał niczym skała, będąc dla niej opoką kiedy tylko był w stanie.
Nie ma sytuacji nie do rozwiązania. Są tylko marne wymówki - powtórzył natrętny głosik w jego głowie i drgnął słysząc je ponownie, a przed oczami widział zbliżającą się ziemię, szósty rok w Hogwarcie i ten jeden majowy dzień, kiedy postanowił że już dłużej nie może. Nawet nie miał pojęcia dlaczego to tak zabolało. Opuścił powieki ciesząc się, że Mabel śpi w drugim pokoju, ale mimo to musiał zwalczyć w sobie chęć wykrzyczenia przyjacielowi jak bardzo się myli. Powoli uniósł powieki, kiedy już się opanował.
- Uwierz mi, że nie ma chyba nikogo kto chciałby, żeby byłą szczęśliwa i miała pomoc zawsze i we wszystkim, ale nie możesz tego wymusić, czasami musisz dać rzeczom toczyć się we własny, powolnym rytmie. Kijem rzeki nie przyspieszysz - powiedział spokojnie i zatopił się w kolejnym łyku cydru. Miał nadzieję, że to zakończy jednak ten temat. Nie miał pojęcia czemu Nora nie chciała powiedzieć kto jest ojcem Mabel, nigdy mu nie podała konkretnego powodu, ale nie naciskał. Ufał osądowi młodszej czarodziejki.
- Tylko nie mów jej tego, bo jeszcze zamiast na potwory to znowu zapoluje na ciebie - rzucił żartobliwie, skoro ona byłą poszukiwaczką przygód bo polowała na potwory, to raczej niech nie chwali się, że leczy głupotę takich jak ona. Mógłby znowu zarobić kuszą, a znają niewyparzoną gębę Ambroise to, gdyby jego narzeczona był porywcza to mógłby jeszcze skończyć jako jeż. Zachichotał na samo wyobrażenie: Ambroise Jeż Greengrass - puff, nagle zamiast jego przyjaciela, był jeż pigmejski. ZABAWNE.
- Cóż, pewnie nie chcą, żeby ich nazwisko trafiło do oficjalnego rejestru, skoro robili coś nielegalnego i wtedy nabawili się swoich przypadłości - stwierdził oczywistą rzecz, a raczej sparafrazował to co powiedział przyjaciel. - Kto by tak nie chciał. Idziesz do najlepszego szpitala i nikt nie zadaje niewygodnych pytań tylko leczy twoje dolegliwości. Sytuacja idealna - pokiwał głową z politowaniem, ludzie czasami naprawdę byli idiotami. Ale czy można ich było winić? Przez cały okres dojrzewania, siedem lat Hogwartu, kiedy szli to skrzydła szpitalnego nie dostawali zbyt wielu pytań. Tam dostawali pomoc, która przychodziła właśnie bez niewygodnych pytań.
- Mamy ukrócić twoje męki i rozpocząć swoje w Azkabanie? Tak źle nam życzysz? - zażartował ale dobrze wiedział o czym mówił Greengrass. Czas w Lecznicy Dusz, był okropny, o wiele bardziej pomogli mu przyjaciele i rodzina. Najbardziej właśnie Nora i Brenna. To wtedy też rozwinęło się w nim uczucie do młodej Longbottomówny, które początkowo mylił z zakochaniem, a zrozumiał niemal dopiero pod koniec swojej nauki w Hogwarcie, że po prostu stała mu się tak bliska, że kocha ją jak siostrę. Ale co wprawiło go dochodzenie do tego wniosku to jego.
- Wszystko zależy w którym kraju obecnie przebywam. Teraz siedziałem w Grecji, oni tam pija głownie wino, do tego wytrawne. Przez krótki czas to było nawet okej, ale nie dzień w dzień przez miesiące - choć z czasem szło przywyknąć do cierpkiego smaku wytrwanego wina, to jednak nadal za nim nie przepadał. Zdecydowanie nie był stworzony do picia takich trunków. - Dlatego dobrze jest posmakować oś znajomego i dobrego! - dodał popijając ze swojej szklanki.
- Bo widzisz, ja łamię klątwy osób, które już zazwyczaj nie żyją od długiego czasu. Tacy nie mogą się mścić i próbować mnie przekląć - wzruszył ramionami. - No i kwestia jest też taka, że trzeba wiedzieć jak i do kogo się odezwać, żeby nie oberwać zaklęciem czy pięścią w nos - dodał rozbawiony, bo w brew pozorom dogadywanie się z innymi ludźmi nie było dla niego trudne, jak już się przemógł i zaczął rozmawiać. Był jak kameleon, potrafił dostosować się do sytuacji. No i dużo w tym zasługi barier językowych, nie zawsze mógł swobodnie rozmawiać, bo choć zawsze był ktoś rozmawiający po angielsku, aby mógł ułatwić komunikację, tak tłumacz służył też za rodzaj filtra w przekazywanych wypowiedziach.
Drgnął, zdziwiony bezpośredniością przyjaciela, ale z drugiej strony, Ambroise nie był człowiekiem który owijał w bawełnę, on walił prosto z mostu. Tylko czy musiał mu zadawać to pytanie? Thomas nie chciał martwić innych, ale teraz musiał ostrożnie dobierać słowa w odpowiedzi, żeby zarówno nie wzniecać zmartwienia ale też i nie wzbudzać podejrzeń, że coś ukrywa - balansowanie na linie ze szklanką pełna wody trzymana na nosie, podczas wichury.
- Ślepcem to nie jesteś, ale zwidy masz na pewno - zażartował i od razu dodał - Stara bieda, wszystko bez zmian, wiesz jak to jest. Nowy dzień, stary ja - powiedział żartobliwie, chcąc nieco odgonić od siebie uwagę. - A nie, przepraszam, czasami zmienia się widok z zza okna i zadanie do wykonania na wykopaliskach - bo co innego miał powiedzieć? Że czuje się samotny, nawet w tłumie ludzie? Że śmiejąc się z innymi potrafi zająć go dojmujące poczucie pustki, które potrafi odebrać oddech? Nie mógł zmusić się do powiedzenia, że czuje się jakby zamiast serca miał pustkę bez dna i nie ważne jak wiele przygód, chwil spędzonych z przyjaciółmi i rodziną by tam nie upchnął to dziura nigdy nie byłą pełna. Że czasami wracając do domu czuł się jak ktoś obcy wbijający się na przyjęcie bez zaproszenia. Nie mógł tego powiedzieć, nie chciał widzieć zmartwionych twarzy. - Nic o co trzeba by był się martwić - cóż, była to prawda, nie szorował po dnie jak te kilka lat temu, ale z drugiej strony nie było też stabilnie. Czyżby jego maska nie był aż tak idealna jak sądził?
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
17.11.2024, 21:52  ✶  
- Co mogę rzec. Nie jestem pierwszą lepszą łatwą damą. Oczywiście, że trzeba mnie najpierw odpowiednio adorować, kupować mi kwiaty i obdarzać pięknymi słówkami, ewentualnie postrzelić z kuszy - parsknął rozbawiony tą pierwszą częścią wizji, bo nie mógł chyba bardziej popłynąć.
Nie przy tym, z jakiego podejścia do romansów był znany. Nie przy byciu lwem salonowym, wieloletnim czarusiem i bawidamkiem. No za cholerę nie powiedziałby, że wystarczy użyć bardziej niekonwencjonalnych metod i po prostu potraktować strzałę miłości dosłownie, żeby wmanewrować go w latanie za kimś z językiem wywieszonym na wierzchu.
Tu całe szczęście już bez dosłowności, ale tak - bez wątpienia dał się wciągnąć w... ...nieco narcystyczne?... ...nie, nie, w żadnym razie... ...związanie się z damską wersją siebie, co jakoś trudno było mu w tym wszystkim zauważyć. Może na szczęście?
Tak właściwie to był szczęśliwy. Szczęśliwszy niż mógłby kiedykolwiek założyć. Co prawda byłby jeszcze weselszy, gdyby nie ta noga, ale cóż. Nie można było mieć wszystkiego. To znaczy - można było. Najwidoczniej można było, zwracając się do odpowiednich osób po takie trudne do wypowiedzenia słowo jak pomoc.
- Chyba obaj mamy wobec tego olbrzymiego farta, bo moja dupa, swoją drogą wcale nie taka znowu nieatrakcyjna, jeszcze czego, może pozostać sprawą moją i mojej kobiety - parsknął cicho, unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową z niedowierzaniem. - To noga. Nad kolanem, ale jeszcze na udzie. Na samym dole uda. Cholera prawie wbiła mi się w tętnicę - cóż i w tym nieszczęściu miał trochę szczęścia. - Wrażenie? Nie wiem czy było inne od standardowego postrzału, bo nikt mnie kur...czę nigdy wcześniej nie postrzelił. Piekło, rwało, pulsowało, bolało jak sam skur...czybyczek. Potem jeszcze tam na miejscu doszło do tego coś w rodzaju halucynacji? Innego mentalnego mumbo jumbo? Nagłe obezwładnienie. Wszystkie zmysły stały się... ...hm... ...stępione?... ...a to wszystko wokół wydawało się jakby... ...odległe i zamglone? Ale to najpewniej był szok. Utrata krwi. No, wyszliśmy stamtąd jakoś. Teleportacja w tym stanie, nawet łączna była naprawdę jak... ...wiadomy narząd, wiadomo gdzie... ...ale jakoś to poszło. Gorzej zrobiło się dopiero po pewnym czasie. Praktycznie wtedy, kiedy rana się zamknęła. To jest... ...widmowe wrażenie, jakby zranienie wykraczało poza fizyczny wymiar, rozumiesz, o co mi chodzi? Tego tam już nie ma, ale w jakimś... ...wymiarze?... ...jednocześnie dalej jest - Dla niego to miało sens, zmarszczył brwi, pokręcił głową.
To było pokręcone. Chujowe i pokręcone.
- Kusza? Stara, ciemnobrązowa, pordzewiałe, wykrzywione gów... ...smocze łajno. To coś... ...cięgno?... ...cięciwa?... ...cholerna nitka... ...była dziwna. Trochę wyglądała jak posplatane ze sobą włosy, ale jakby bardziej. Jakby jednocześnie było ich wiele, ale jeden, zlany ze sobą - kurew, chętnie nazwałby to kurwiem, gdyby nie usiłował pilnować się przy dziecku.
- A bełt zniknął - rozłożył ręce, jakby mógł zrobić puff! przy pomocy zaledwie tego jednego gestu. - Po prostu w jednej chwili był, został wyrwany... ...tak, wiem, że to chujowy pomysł, zwłaszcza u uzdrowiciela, ale nie zrobiłem tego świadomie... ...a w drugiej nigdzie go nie było. Ani tego, ani żadnego innego - stwierdził zgodnie z faktycznym stanem rzeczy.
Może nie łaził ani nie utykał w pilnych próbach poszukiwania, ale zdecydowanie nie było obok niczego takiego. Poza tym nie chcieli tam zbyt długo zostawać i nigdy jakoś nie palili się do powrotu, więc niewiele więcej dało się powiedzieć. Przynajmniej z jego perspektywy...
...ale przecież rozmawiał z ekspertem, czyż nie?
Wymiana doświadczeń i wiedzy była tu naturalna.
Choć najchętniej powiedziałby po prostu kusza jak kusza, bo przecież nie był fascynatem broni. Za cholerę nie znał się na tym czy coś w niej było wyjątkowego, czy nie. Poza tym, że ewidentnie była nawiedzona, opętana czy tam przeklęta - jeden pies.
Choć bez wątpienia przyniosła więcej zalet niż wad, nawet jeśli wolałby, żeby tych drugich wcale nie było lub był w stanie faktycznie się ich pozbyć. Wtedy wszystko byłoby nieoczekiwanie naprawdę dobrze.
- Trzy? Ja mam na dziesięć - parsknął, oczywiście, że zamierzając wielokrotnie przebić jakąkolwiek liczbę, jaka padła. - Dziesięć i pół. Te pół to już na okazję, jeśli kiedykolwiek postanowisz sprawić sobie własną Mabel - co prawda nie wyglądało na to, żeby na tym polu coś miało ulec jakimkolwiek zmianom, ale skoro już mówili o takich absurdach jak rychłe śluby to mogli zacząć wpychać w to dodatkowe nonsense.
Nawet takie całkowicie tam nie pasujące. Szczególnie takie całkowicie tam nie pasujące.
- Ta choinkowa błyskotka to dla Nory na święta? Żeby mogła wygodniej ciągać cię za ucho? - Spytał z szerszym uśmiechem.
Tym zabawniej im trudniej było mu wyobrazić sobie tę sytuację, choćby z uwagi na różnice we wzroście pomiędzy Thomasem a jego siostrą. Nawet na tych jej absurdalnych szpilkach. Już między Greengrassem a Norą ta różnica wyglądała zabawnie, zaś Figg był od niego wyższy. Co prawda raptem o centymetr, czyli wcale, ale burza włosów robiła swoje i w zestawieniu z Norą jego kumpel wyglądał, piękne określenie, rozczulająco.
- Dobrze to słyszeć - stwierdził, przytakując kiwnięciem głowy, bo przecież komu należało ufać, jeśli nie bliskim.
Ci nie bez powodu byli w tym gronie. Jeśli Thomas by im nie ufał to coś byłoby mocno nie tak i należałoby kwestionować naprawdę wiele rzeczy.
- Zatem wszystko będzie właściwie. Wszyscy będą podejrzewać cię o zaawansowany alkoholizm, nikt o bycie eliksiralnym preppersem - stwierdził luźno, tym bardziej, że w żadnym wypadku nie wyobrażał sobie Figga w roli kogoś, kto pozyskiwał i chomikował eliksiry na niemalże każdą okazję.
To on. On był tym pojebem z połową apteki... ...no dobrze: niemalże z całą apteką w domu i jeszcze sporym składzikiem w mieszkaniu, bo po pierwsze kto bogatemu zabroni, po drugie taka była specyfika jego zawodu, natomiast po trzecie przy ilości sytuacji, w które sam ładował się przez lata dosyć trudno byłoby nie dostrzegać konieczności uzbrojenia się w środki medyczne na różne okazje.
A odkąd nie był już sam, tylko miał tego swojego porywczego, polującego narwańca to tym bardziej. Wątpił, by były dni, kiedy wychodziła z domu i wracała bez jakiegokolwiek obtarcia, rozcięcia czy czegokolwiek, co należało obejrzeć i opatrzeć albo chociaż zdezynfekować. No, ale takie już było życie z kimś, kto nie umiał usiedzieć pięć minut w jednym miejscu.
- Myślę, że obaj doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co Nora zrobiłaby w takiej sytuacji. Z całą swoją sympatią i rodzinnością w stosunku do mnie, jeśli chodzi o twoje występki to może nawet byłaby zła, ale przymknęłaby oko - wzruszył ramionami, nawet nie czuł się z tym jakoś specjalnie urażony, bo on również zrobiłby coś takiego dla Roselyn, gdyby zaistniała podobna okoliczność.
Tak właściwie to nie tylko dla Roselyn, bo dla każdego, kto był mu bardzo bliski (całe szczęście dla nielicznych) i może nie do końca przymknąłby oko, bo raczej nie był tego typu osobą. Prędzej wszedłby do pomieszczenia, ogarnął je spojrzeniem, poczuł coś konkretnego zależnie od tego, kim byłaby zamordowana osoba. Zdecydowanie pogniewałby się, gdyby to był jego przyjaciel i mieliby spinę; z kimkolwiek innym pewnie przyjąłby to jako konieczność sytuacyjną.
Natomiast ostatecznie zebrałby wszelkie konieczne przedmioty. Złapałby za worki, ścierki, łopaty, inne eliksiry przyspieszające rozkład materii organicznej. Raczej z pominięciem różdżki w wypadku czegoś tak dyskretnego, przy czym magia mogłaby być wyczuwalna i wprost krzyczeć do przedstawicieli władzy.
Później zabraliby problem w jakieś właściwe miejsce, żeby się go ostatecznie pozbyć. Znalazłby nawet kilka całkiem odpowiednich krzaków do posadzenia w miejscu pozbycia się zwłok, żeby wszystko wyglądało idealnie, zgodnie ze stanem naturalnym w danym środowisku. No, po prostu klasa i standardy same w sobie.
Mógł tak myśleć, niekoniecznie mógł tak mówić, bo przecież miał okazję przekonać się o swoich sposobach postępowania z nieoczekiwanie pozyskanymi zwłokami.
Gdzieś tam w odległym gęstym lesie wśród krzewów jeżyn spoczywał już całkiem poważnie rozkładający się przemytnik z Nokturnu, który na początku sześćdziesiątego piątego zakończył swoje życie w pokoju na piętrze Białego Wiwerna.
William Billy Farciarz Rosier miał wyjątkowego niefarta nawet po śmierci, stając się brudnym sekretem pozostawionym głęboko w puszczy, w której nie świergotały o nim nawet ptaki ani nie szumiały liście. Zniknął, wyparował, nikt otwarcie go nie szukał. Zbrodnia z przypadku, tak właściwie z konieczności, może nawet z dobroci serca, bo został dobity, nie zabity z premedytacją, by ukrócić jego męki.
Tak czy inaczej, wciąż zginął. O ironio, będąc dokładnie tym zabitym posłańcem, który nie powinien ginąć, bo to nie były jego konflikty. On robił wyłącznie interesy. Na nieszczęście marne, nieprzemyślane.
Poniekąd był jednak również dowodem na to, że Greengrass potrafił sobie poradzić w sytuacji, która wymagała odsunięcia wyrzutów sumienia na bok i załatwienia trudnej sprawy. Szczególnie dla osób, na których mu zależało. Dla nich był w stanie ubabrać się po pas w smoczym łajnie, o ile tylko chciały mu zawierzyć i podzielić się tym, co się stało.
Nie wymagał wielu informacji. Był w stanie przyjąć zwykłe pomocy, ewentualnie bardziej rozwinięty zalążek planu trzeba go stąd zabrać i pozbyć się śladów. Nie zadawał miliarda pytań. To nie było w jego stylu. Głównie liczyło się jedno: jak bardzo jest źle? Zaś potem drugie: jak szybko, ile możemy mieć czasu?
Gdyby dowiedział się, że jakiś skurwysyn zrobił coś Norze wbrew jej woli, zmanipulował ją w jakiś naprawdę wstrętny sposób, wymusił coś na niej, wystawił ją na coś więcej niż wyłącznie złamanie kruchego serduszka...
...lekko i gładko mówiąc, nie tylko Billy Farciarz miałby wyjątkowego niefarta w związku ze spotkaniem go w swoim życiu.
To, że nie chciała o niczym mówić, jedynie smutno się uśmiechała, machała ręką, zmieniała temat, cały komplet różnorodnych reakcji pozwalał mu sądzić, że nie było konieczności poważniejszej interwencji, natomiast bez wątpienia miał swoje mocno wyrobione zdanie o tamtym człowieku. Nawet jeśli najpewniej go nie znał.
- To zależy. Jeśli tym kijem jest różdżką - zasugerował, unosząc brwi i wzruszając ramionami, choć wzrok nadal miał zamyślony a minę świadczącą o tym, że myśl o tym jak wyglądała ta sytuacja w dalszym ciągu była dla niego co najmniej niesmaczna, nieprzyjemna, niewłaściwa.
Brak brania odpowiedzialności za swoje uczynki, jakkolwiek fatalne i kwestionowalne były, był dla Greengrassa czymś naprawdę godnym pożałowania. To nie tak, że sam ochoczo brał na klatę całe gówno, jakie stanowiło pokłosie jego chujowych, często porywczych posunięć. Nie był czarodziejem z Arabii, nie rajcowały go takie rzeczy.
Natomiast wyznawał zasadę myślenia o tym, w co się ładuje i podejmowania decyzji o tym, czy należy przemyśleć wszystkie za i przeciw, czy może nie ma na to czasu i należy zadziałać szybko w jedną bądź w drugą stronę. A wtedy pogodzić się z tym, co może się stać, gdy plan nie jest przemyślany.
Często tłumaczył przed sobą swoje motywacje. Ślizgał się jak węgorz znajdując wyjaśnienie, którego mógłby użyć w swoim wewnętrznym przeżyciu. Niespecjalnie wybierał dopuszczanie do siebie, że może być po prostu nie do końca racjonalnym i opanowanym człowiekiem. Wbrew temu, za którego usiłował uchodzić.
Natomiast, gdy przychodziło co do czego i wszystkie karty musiały trafić na stół, był w stanie je tam wyłożyć. Nie bez oporów, nie bez kombinowania, ale potrafił mieć odwagę cywilną. Zresztą nigdy nie twierdził, że jest kimś krystalicznie czystym. Wręcz przeciwnie. O ile dla najbliższych starał się jak najmocniej. O tyle dla wielu innych bywał fatalny.
Wobec swojaków miał trochę luźniejsze podejście. Bardziej przymykał oko na ich zachowania, słowa i uczynki. Traktował ich niezaprzeczalnie faworyzująco, choć to nie znaczyło, że zawsze z taryfą ulgową. Miał wysokie standardy wobec siebie samego i wobec nich również - głównie przez to, że nie chciał, by robili głupoty, których on sam by nie zrobił.
- Oj to akurat mógł być jeden z powodów tego wcześniejszego postrzału - mrugnął z nieznacznym rozbawieniem, pokazując górny rząd zębów. - Powiedzmy, że nie zawsze było między nami cukierkowo. Możliwe, że raz czy dwa, ewentualnie dwanaście wymsknęło mi się coś o niesamowitej głupocie poszukiwaczy przygód - przyznał, rozkładając ręce: no co?
Nie miał w zwyczaju być nieszczery, kiedy sytuacja nie wymagała miarkowania się. A w niektórych wypadkach to już po prostu nie był w stanie trzymać języka za zębami i ust zamkniętych. Szczególnie, jeśli sytuacja nosiła od cholery znamion kompletnego absurdu i dało się ich uniknąć, gdyby tylko ta druga osoba (ta, która się w to wszystko władowała) pomyślała przez chwilę albo poprosiła o wsparcie.
Czego sam Ambroise nie robił zbyt często. Szczególnie nie prosił o pomoc, co zostało mu zasugerowane nawet tego wieczoru, no ale. Hipokryzja była w nim silna, co również niespecjalnie dostrzegał (bo nie chciał).
Tak właściwie to, co mówił Thomas było...
...logiczne i nie do podważenia. Co śmieszne, łączyło w sobie te dwa wcześniej wspomniane elementy. Poprzez brak poproszenia o oficjalną pomoc w szpitalu, tamci ludzie wykazywali się wyjątkową skłonnością do myślenia. I to nawet perspektywicznego.
- Tak właściwie to faktycznie. Mamy obowiązek informowania odpowiednich organów za każdym razem, gdy trafi do nas ktoś podejrzany albo sama sprawa trochę zbyt mocno śmierdzi - przyznał z powolnym kiwnięciem głowy; niespecjalnie mu się to podobało, ale reguły były regułami. - Niestety nie ma takich miejsc. Nawet na Nokturnie - wzruszył ramionami nie precyzując, co on właściwie mógł wiedzieć o ochronie zdrowia funkcjonującej w miejscu, gdzie zdrowie się raczej traci i to bardzo szybko, tak jak portfel, zęby a nawet życie. - Natomiast od czego jest prywatna posługa uzdrowicielska - oczywiście, o ile kogoś było stać na coś takiego, bo to zazwyczaj nie były tanie rzeczy.
Sam od lat świadczył podobne usługi, więc dosyć dobrze orientował się w tym, że większości osób parających się pokątnymi sprawkami w żadnym razie nie było stać na prywatne usługi medyczne. A jeśli już tak to raczej takie u konowałów, domorosłych uzdrowicieli, medycznych szarlatanów i ludzi o raczej niezbyt dobrych ani nie nazbyt skutecznych metodach.
Wbrew pozorom występek nie przynosił olbrzymiej fortuny. Przynajmniej nie większości osób ani nie od razu. To była raczej wprost przeciwna spirala w dół. Długi - czy to fizyczne, czy to znacznie gorsze, bo wdzięczności. Przekręty, tajemnice, sekrety mogące wypłynąć i zniszczyć starannie budowane życia, na momencie pozbawić dorobionej się fortuny. Nic dziwnego, że tacy ludzie często woleli zwiać ze szpitala i udać się do szarlatana zamiast zaryzykować dla własnego zdrowia. Bezpieczeństwo interesów często było ważniejsze od wyleczenia doznanych obrażeń.
- Nieee - zmrużył oczy, no to zabrzmiało absurdalnie i raczej niezgodnie z tym, co byłoby najbardziej logiczne i wskazane. - Sugeruję raczej jak najszybsze pozbycie się zwłok i oficjalne wysłanie mnie na jedną z tych twoich zagranicznych misji - stwierdził kwitując to wzruszeniem ramion, jakby wcale nie dawał rad, co zrobić w przypadku konieczności zamordowania go.
Rzecz jasna mogli mieć trochę zabawy z podrobieniem jego wyśmienitego lekarskiego pisma, żeby odbębnić kilka listów w odpowiednie miejsca, a i z pozbyciem się ciała mogli mieć pewien problem, bo Ambroise był postawy młodego tura - wysoki i ciężki, zresztą jak na wieloletniego sportowca przystało. Natomiast szczerze w nich wierzył. Mogli sobie poradzić.
- Poza tym w domu mamy od cholery eliksirów, których moglibyście użyć, żeby się z tego wywinąć. Tylko jeśli już to w beczce z odpowiedniego tworzywa a nie w cholernej ceramicznej lub, co gorsza, metalowej emaliowanej wannie - uprzedził, bo tak - warto było nie musieć mierzyć się z zarwanym sufitem i masą syfu dookoła na podłodze, szczególnie w mieszkaniu sąsiadów pod spodem; we własnej piwnicy również nie, bo krew i tkanki słabo czyściło się z klepiska, nawet przy wykorzystaniu różdżki.
Mógłby nawet wypić za powodzenie tej misji, bo czemu nie. Tylko byleby nie wino, bo cholernie nie przepadał za winem. Rzecz jasna pijał je w razie potrzeby, ale raczej nie był wybitnym koneserem. Miesiące bez ognistej, cydrów albo nalewek czy ziołowych likierów były nie do pomyślenia. Aż mimowolnie się skrzywił.
- Nic dziwnego, że czarodzieje stamtąd są tacy dziwni i nadmiernie wyszczerzeni. Morda też by mi się permanentnie wykrzywiła, gdybym musiał dzień w dzień pić jakieś kwaśne szczyny - skwitował parsknięciem, ciesząc się wewnętrznie, że mogli już sobie darować trzymanie języka za zębami i miarkowanie się w niekoniecznie ładnych, ale doskonale dosadnych i pasujących określeniach.
Nie to, że nie potrafił być ze wszech miar kulturalny i uprzejmy. Po prostu nie zawsze miał ku temu chęć. Czasami potrzebował być po prostu tą niereformowalnie bezpardonową wersją.
- Rozumiem, że zabierasz ze sobą trochę przy powrocie? - Spytał, unosząc szklaneczkę I racząc się płynem.
Co prawda nie miał pojęcia jak to wyglądało od strony praktycznej czy formalnej. Jak podchodzono do tego przy przekraczaniu granic. I czy w ogóle jakkolwiek do tego podchodzono. Natomiast on zdecydowanie postarałby się zaopatrzyć w jak największą ilość czegoś zdatnego do picia, aby móc się tym raczyć zamiast sączyć jakieś paskudztwo. Ich lokalne wyroby nie miały sobie lepszych.
- A to nie jest tak, że niektórzy martwi skurwiole nawet po śmierci chętnie zostawiają po sobie jakiś syf mający pojawić się po zdjęciu wcześniejszego syfu? Tak dla zasady? - To był całkiem ciekawy temat, prawdę mówiąc. - Nie, żeby coś, ale na ich miejscu dla samej zasady zostawiłbym po sobie kilka niespodzianek, coby nawet zza grobu mieć ostatnie słowo - wzruszył ramionami, nieznacznie wydymając wargi, bo tak - co prawda nie mówił, że ma jakieś ciągoty do rzucania klątw (bo nie miał, interesowała go inna część wspomnianej dziedziny magii), ale to wydawało mu się najlepszym posunięciem z perspektywy kogoś, kto zakładał te wszystkie zabezpieczenia bądź rzucał parszywe czary.
Cóż, mógł spodziewać się kolejnej odpowiedzi, którą uzyskał. Nie to, żeby go to satysfakcjonowało, no ale.
- Powiedziałbym, że to może od spożywanych procentów widzę coś, czego nie ma, ale nie pijemy spirytu - stwierdził powoli, nadając głosowi całkiem lekki ton i niewymuszoną barwę, ale w dalszym ciągu łypiąc na Thomasa bez większego przekonania. - Rozumiem - mimo to skinął głową. - Natomiast, jeśli kiedykolwiek ta stara bieda stanie się czymkolwiek, czym można byłoby się martwić to wiesz, gdzie mnie znaleźć i że nie będę pytać, jeśli to nie będzie konieczne - ani oceniać, ale to chyba było stosunkowo jasne, bo w przypadkach, w których należało faktycznie wstrzymać się przed osądami, rzeczywiście to robił.
- Nie ma sytuacji nie do rozwiązania - powtórzył sam po sobie, tym razem darując sobie tę część o marnych wymówkach i zamiast tego unosząc szklaneczkę w luźnym toaście. W końcu wszystko było okay, tak? - Jest tylko zbyt mała ilość alkoholu - stwierdził, racząc się cydrem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Good Boy
I've got a twisted way of making it all seem fine
wiek
30
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Wysoki na metr i dziewięćdziesiąt centymetrów co do milimetra - no więc wysoki, ale za to z drobną budową ciała. Czarne, kręcone włosy i ciemne oczy. Twarz pokryta kilkudniowym zarostem zdradza, że niezbyt dba o siebie.

Thomas Figg
#16
25.11.2024, 04:45  ✶  
Uniósł brwi patrząc na Ambroise i cóż, nie mógł sobie nie pozwolić, żeby nie skorzystać z tego co mu mówił.
- Mówisz? Zapamiętam na twoje następne urodziny, że zamiast ckliwych prezentów wolisz, żeby zrobiono z ciebie jeża za pomocą kuszy - powiedział z niewinnym uśmiechem, czy żartował? A może mówił prawdę? Zdecydowanie zdradzał go chichot, który wyrwał mu się z ust po chwili. Pokręcił głową, ale cóż mógł się spodziewać po Greengrasie? Chodzenia za rękę po jakieś kwiecistej łące? Absolutnie nie. Wbrew pozorom takie strzelanie do niego z kuszy całkiem pasowało.
Zaraz jednak przysłuchiwał się nie tylko opisowi broni, z której został zraniony jego przyjaciel, ale też i temu jak to wszystko przebiegało. Skrzywił się, bo brakowało mu wielu detali i nadal by na dwoje wróżył, nie bardzo wiedząc co takiego było w tej kuszy, nie mógł zdecydować co będzie najlepsze. Ale zdecydowanie brzmiało to na coś wypaczonego przez czarną magię, czy to specjalnie czy też nie. Być może miał nie tylko farta, że minęła jego tętnicę? Bo opis jaki mu przedstawiał nie brzmiał zbyt optymistycznie.
- Wiesz, nie powiem ci teraz co z tym zrobić, podejrzewam, że minęło zbyt dużo czasu już, aby robić cokolwiek - skrzywił się, bo nie lubił takich sytuacji jako magomedyk Ambroise powinien wiedzieć dlaczego powinno się  jak najszybciej szukać pomocy, jeżeli nie znało się danego tematu, a on w leczeniu klątw chyba nie miał zbyt dużego doświadczenia. Przyjrzał się uważnie mężczyźnie siedzącemu naprzeciwko niego. W sumie to nie wiedział sam, wymienianie wiadomości za pomocą sów miało to do siebie, ze trudno było przekazać wszystko i te rzadkie spotkania po raz-trzy w roku nie pozwalały na nadrabianie wszystkich miesięcy szczegółowo. Odetchnął głęboko czując, że to wszystko wymyka mu się trochę z rąk, to wszystko co przywiązuje go do świata.
- Ekspertem nie jestem, bo raczej znam się na zdejmowaniu klątw zanim ktoś nimi oberwie, a nie łataniu kogoś po pół roku - powiedział patrząc znacząco na Greengrassa. - Ale jak nadal będzie dokuczać lepiej udaj się do kogoś kto zna się na tym, podejrzewam, ze jakaś forma magii może nadal siedzieć w ranie i dlatego jest problem z jej zaleczeniem bo wpływa negatywnie na czary jak i eliksiry. - zamyślił się, gdzieś tam słyszał o jakieś metodzie leczenia takich ran. - Z tego co kojarzę chyba będzie trzeba "wyciągnąć" z ciebie te magie, przenieść do jakiegoś neutralnego pojemnika gdzie będzie można się jej pozbyć - wzruszył ramionami, bo jednak do niczego go zmusić nie mógł, Ambroise był dorosły i nikt nie mógł go przymusić do zrobienia czegoś. A przynajmniej nie legalnymi środkami, a po te nielegalne to Thomas sięgać nie zamierzał.
Tym razem Thomas już ewidentnie przygasł po słowach Ambroise, mimo, że sam zaczął te żarty ze ślubu, to jednak nie spodziewał się, że obrócą się one przeciwko niemu, zapomniał o najważniejszym "kto mieczem wojuje", dlaczego więc sądził, że jest bezpieczny?
- Taaa, możesz sobie darować ich spisywanie, nie doczekasz nawet jednego - mruknął tylko z cierpkim wyrazem twarzy, dwadzieścia cztery lata a on nawet nie czuł motyli w brzuchu nigdy, No dobra, raz spędził tracąc głowę przez myśli, że się zakochał, ale potem tak naprawdę uzmysłowił sobie, że faktycznie kocha te kobietę, ale jak siostrę. Zupełnie jakby rodzonych sióstr miał zbyt mało, to jeszcze zbierał dodatkowych bliskich tworząc sobie dodatkową rodzinę. Poza tym jak miałby kogoś pokochać, skoro nie kochał tego kim sam był. Nie wyobrażał sobie siebie jako kogoś zdolnego do takich uczuć, do tego trzeba by było mieć serce, a nie ziejącą pustkę w tym miejscu. Z drugiej strony nie wyobrażał sobie, aby ktokolwiek był gotów pokochać taką personifikację spierdolenia jaką on był.
Przeskoczenie na kolejny temat było wręcz zbawieniem przed tym, aby nie pogrążył się we własnej rozpaczy. Mógł utrzymać te maskę silnego, zabawnego faceta, coś co pomagało mu utrzymać się jeszcze w ryzach.
- Aha, nie będzie musiała podskakiwać takie ułatwienie, myślę, że doceni - stwierdził kiwając potakująco głową, różnica wzrostu między rodzeństwem Figgów była dość znaczna, choć to on za młodu palił papierosy i według miejskich legend powinien być niewielkich wzrostów. Teoria jednak jaką Thomas zawsze mówił, była taka, że po prostu jego siostra jest niezwykle urocza i jakby była choćby ciut większa to oślepiałaby wszystkich swoim blaskiem.
- Już nie wiem co gorsze - stwierdził uśmiechając się półgębkiem, Greengrass miał chyba jakieś bingo, aby odznaczyć wszystkie niechlubne wspomnienia Figga. Jeszcze niech wspomni o "gonieniu smoka" to już w ogóle chyba będzie mógł wykrzyczeć wspomniane "bingo", jak dobrze, że w sumie to nie grali w te gra, ani nawet nie w makao, bo nie mieli kart.
Pokiwał głową cicho się śmiejąc.
- Możliwe, aż tak jesteś skory, żeby to przetestować? - zapytał unosząc wzrok na mężczyznę. Nie widział tego, ba nie miał powodu, żeby to robić, Thomas owszem widział nie raz siebie mordującego innych, jednak było to podyktowane ochroną bliskich, a nie mordowaniem przyjaciół czy znajomych. Był człowiekiem stroniącym od walk czy sporów, ale nie uciekał przed tymi, które do niego przychodziły same, tak długo jak dotyczyły bliskich, o swoje aż tak nie dbał.
Przewrócił oczami na słowa o tym, że jak by użyć do zawracania rzeki różdżką. Czasami zapominał, że czarodzieje pochodzący z rodzin czysto krwistych traktowali mugolski powiedzenia zbyt dokładnie. A on? Kociak półkrwi biegający wśród nich, łącząc w sobie oba te światy. Nie miał jednak sił na prostowanie tego i wyjaśnianie o co chodzi dokładnie w tym powiedzeniu.
- Wiedziałem! - powiedział wskazując na niego palcem - Wiedziałem, że twój niewyparzony język cię zgubi. Ale skoro nie zerwałeś z nią kontaktu, to chyba jednak nie do końca zgubił. Na gacie Merlina, jesteś jednym z nich, prawda? - zapytał z udawanym przerażeniem insynuując, że Ambroise jest z tych co to kręci ich ból. Ale machnął ręka na znak, że nie chce znać odpowiedzi, zdecydowanie to było coś czego nie musiał wiedzieć.

- Nie, raczej nie zabieram ze sobą, nie wracam tam obecnie, kontrakt się zakończył. Teraz wyruszać będę do Chin i nie chce znowu się z nimi szarpać o wszystko co będę wwoził do kraju. Szczególnie, że będę musiał podróżować przez Radziecką Rosję, aby się tam dostać - wzruszył ramionami, bo podróżowanie za pomocą świstoklików było naprawdę uciążliwe, jednak nadal wygodniejsze niż podróże statkiem. O ile podróże w trójkącie Europa-Azja-Afryka mogły odbywać się względnie szybko, o tyle podróże do obu Ameryk były katorgą, czego bardzo żałował. Ameryki wbrew wszystkiemu zawierały jeszcze bardzo wiele miejsc, nigdy nie odwiedzonych i obłożonych klątwami, które nie śniły się nawet najstarszym Egipcjaninom.
Rzadko kiedy na grobowce sam pochowany rzuca klątwy, zazwyczaj to ci którzy m ten pogrzeb wyprawili je rzucają, a oni raczej rzucają jedną warstwę, która ma odpędzić potencjalnych rabusiów. O ironio przecież tym właśnie jest archeologia[/b] - nadal twierdził ,że piramidy w Egipcie zostały tylko dlatego, ze mugolom z Anglii nie opłacało się i nie mieli odpowiedniej technologii aby przenieść je w całości lub odbudować z taką samą precyzją piramid tu na wyspach, po tym jak przewiozą je blok po bloku.

Znad swojej szklanki obserwował Ambroise, trochę rzeczy w nim się kłębiło i szukało ujścia, czuł się jak zaczyna tonąć za murami które wzniósł ,zalewany swoimi myślami. Będąc daleko od wszystkich bliskich nie miał z kim rozmawiać, ani się zwierzać. Nie żeby chciał i zamierzał, uważał, że jeżeli nie było widać po nim nikt nie potrafił dojrzeć co w nim jest nie tak, to musiało być tak małe, ze nie znaczyło nic. Absolutnie też nie pozwalał dojrzeć co się z nim dzieje, nosząc maskę wiecznie roześmianego i żartującego ze wszystkiego mężczyzny. I choć niektórzy potrafili przełamać te maskę i wydobyć z niego prawdziwe emocje - to walczył z tym nie chcąc ich bezpodstawnie martwić, przecież zaraz znów zniknie uganiać się na drugim krańcu świata za klątwami i rozbrajać niebezpieczne pułapki. Po co miał ich niepotrzebnie martwić, radził sobie dobrze.
Kłamliwy hipokry..
Głos w jego głowie został zagłuszony przez to co powiedział przyjaciel. Przez ten krótki moment Thomas wyglądał jakby miał ochotę się rozpaść, cień rozpaczy mignął na jego twarzy, a może to tylko gra świateł? Zdecydowanie, przecież by się nie uśmiechał teraz. Kuły go nieprzyjemnie słowa wypowiedziane przez przyjaciela "Nie ma sytuacji nie do rozwiązania" - był to jedynie pusty frazes dla niego. Znienawidzone powiedzenie powtarzane niczym mantra przez terapeutów z Lecznicy Dusz coś co wyryło mu się w głowie tak negatywnie, przywołując tamten okres, gdzie powinien się czuć tam bezpiecznie a czuł się wiecznie nierozumiany i oceniany. Dlatego to tak bolało, bo nie padały z ust nieznajomych, ale od kogoś kto mówił, że jest jego przyjacielem. Jak wcześniej rozważał jeszcze czy nie wyrzucić z siebie co mu leży na sercu, tak mury stały teraz solidnie, maska wzmocniła się sama.
- Jak chcesz to możesz pić więcej, ja nie mogę - powiedział wskazując na pokój gdzie spałą mała Mabel. - Najwyżej prześpisz się na kanapie, albo odstawię cię do domu jak już Nora wróci - dodał jeszcze spokojnie, bo obie z tych opcji nie stanowiły problemu, teleportacja zawsze była konikiem Figga i dość często robił za taksówkę zabierając ze sobą osoby.

Rozmawiali ze sobą jeszcze dłuższy czas, gdzie Thomas jednak stronił od picia dużej ilości cydru, pierwsza szklanka mu wystarczyła w zupełności. Nie podtrzymywał się od żartów, jednak na rozmowę o poważnych tematach już za nic nie wracał i jeśli tylko Ambroise próbował do takowych wrócić, natychmiast spotykał się ze ścianą i odwrócenie uwagi na inny temat.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12304), Thomas Figg (7872)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa