07.10.2024, 17:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2024, 17:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Dostrzeżenie, że posłana mu funkcjonariuszka rzeczywiście radzi sobie całkiem sprawnie i przyzwoicie było pocieszające. Być może rzeczywiście Ministerstwo nie wysyłało w takie miejsca swoich bezradnych stażystów. Nie to, żeby Ambroise zamierzał chwalić dziewczynę. Tak właściwie to nie kiwnął głową z uznaniem ani nie zrobił nic, co mogłoby świadczyć o tym, że odczuł ulgę z powodu tego, że poradziła sobie z nagłym atakiem.
Tak jak ona nie uważał, że jest na to czas. Wdawanie się w czcze dyskusje było raczej ostatnim, co zrobiłby w ich obecnym położeniu. Nie mieli nawet możliwości uzgodnienia jakiegoś dalszego planu postępowania.
Szczególnie, że choć zneutralizował jednego drwala a Longbottom sprawnie poradziła sobie z kolejnym to całe starcie było dalekie końca. W lesie nadal mogli być ukryci sprzymierzeńcy ludzi, którzy raczej nie chcieli spokojnie się poddać i zacząć rozmawiać.
Prócz tego w namiocie wciąż wiercił się jeszcze jeden drwal gotowy do wyjścia i zapewne ataku w tej samej chwili.
Jeden?
Greengrass nie był tego taki pewny. Nie słyszał żadnego charakterystycznego dźwięku mogącego świadczyć o tym, że ktoś jeszcze był przed chwilą razem z nimi a teraz teleportował się z trzaśnięciem. Nie. Nic. Co prawda nie miał wybitnego słuchu (a wręcz kilka osób zarzucało mu głuchotę, choć głównie na logiczne argumenty), ale to było co najmniej osobliwe, bo wydawało mu się, że widział tam w połach materiału kogoś, kogo w istocie nie było.
Gdyby nie jego założenia dotyczące tego, że mają do czynienia z pozaziemskimi istotami, zapewne mógłby uznać, że mogą tu mieć jakiegoś drugiego animaga. Z tym, że już raczej nie oficjalnie zarejestrowanego wilka z Ministerstwa a na przykład polną mysz. Chciałoby się rzec: szczura, ale szczury były znacznie bardziej zauważalne ze względu na swoje rozmiary. Tu mogłoby chodzić o coś znacznie mniejszego. Natomiast nie wziął tego pod uwagę, kiedy zmarszczył czoło nie do końca pewien, czy mu się nie przywidziało.
Nie zamierzał stać tak w miejscu i zastanawiać się nad tym zbyt wiele. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Brenny to on miał teraz wolne ręce, z których jedną dłoń zacisnął na różdżce wycelowanej w złożony i poplątany namiot. W przeciwieństwie do funkcjonariuszki nie pokusił się o wyciąganie rudzielca na zewnątrz. W zgodzie z poprzednim starciem postanowił pozostać przy Drętwocie. Profilaktycznie znów dwukrotnej, gdyby jakimś cudem nie powiodło mu się za pierwszym razem. Był prostym człowiekiem. Jeśli rozwiązanie działało to po co je zmieniać?
Trafiam?
Cóż. Ambroise ewidentnie tym razem się pomylił, bo pozostały w namiocie drwal włożył wszystkie starania w to, żeby wygrzebać się i odturlać w bok w niekontrolowany, nieprzewidywalny sposób. Piekielnik był dobry, bo niemal równocześnie z tym posłał wiązankę zaklęć na oślep. Nie zwracając uwagi nawet na to, w kogo celuje i trafiając w skutego kolegę, z którego piersi gwałtownie uszło powietrze. Nie skrzywdził go śmiertelnie, ale sprawił, że niedawny kompan zaczął się dusić i ewidentnie nic sobie z tego nie zrobił. Zamiast zostać i pomóc rzucił się w las za plecami.
Co natomiast tyczyło się dziwnego ruchu pomiędzy warstwami materiału, nie było czasu na rzucanie profilaktycznego Revelio, które Greengrass miał w planach. Z jednej strony mieli uciekiniera, z drugiej czerwono-siniejącego jeńca. Sytuacja wyglądała nieciekawie.
Tak jak ona nie uważał, że jest na to czas. Wdawanie się w czcze dyskusje było raczej ostatnim, co zrobiłby w ich obecnym położeniu. Nie mieli nawet możliwości uzgodnienia jakiegoś dalszego planu postępowania.
Szczególnie, że choć zneutralizował jednego drwala a Longbottom sprawnie poradziła sobie z kolejnym to całe starcie było dalekie końca. W lesie nadal mogli być ukryci sprzymierzeńcy ludzi, którzy raczej nie chcieli spokojnie się poddać i zacząć rozmawiać.
Prócz tego w namiocie wciąż wiercił się jeszcze jeden drwal gotowy do wyjścia i zapewne ataku w tej samej chwili.
Jeden?
Greengrass nie był tego taki pewny. Nie słyszał żadnego charakterystycznego dźwięku mogącego świadczyć o tym, że ktoś jeszcze był przed chwilą razem z nimi a teraz teleportował się z trzaśnięciem. Nie. Nic. Co prawda nie miał wybitnego słuchu (a wręcz kilka osób zarzucało mu głuchotę, choć głównie na logiczne argumenty), ale to było co najmniej osobliwe, bo wydawało mu się, że widział tam w połach materiału kogoś, kogo w istocie nie było.
Gdyby nie jego założenia dotyczące tego, że mają do czynienia z pozaziemskimi istotami, zapewne mógłby uznać, że mogą tu mieć jakiegoś drugiego animaga. Z tym, że już raczej nie oficjalnie zarejestrowanego wilka z Ministerstwa a na przykład polną mysz. Chciałoby się rzec: szczura, ale szczury były znacznie bardziej zauważalne ze względu na swoje rozmiary. Tu mogłoby chodzić o coś znacznie mniejszego. Natomiast nie wziął tego pod uwagę, kiedy zmarszczył czoło nie do końca pewien, czy mu się nie przywidziało.
Nie zamierzał stać tak w miejscu i zastanawiać się nad tym zbyt wiele. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Brenny to on miał teraz wolne ręce, z których jedną dłoń zacisnął na różdżce wycelowanej w złożony i poplątany namiot. W przeciwieństwie do funkcjonariuszki nie pokusił się o wyciąganie rudzielca na zewnątrz. W zgodzie z poprzednim starciem postanowił pozostać przy Drętwocie. Profilaktycznie znów dwukrotnej, gdyby jakimś cudem nie powiodło mu się za pierwszym razem. Był prostym człowiekiem. Jeśli rozwiązanie działało to po co je zmieniać?
Trafiam?
Rzut N 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 39
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Cóż. Ambroise ewidentnie tym razem się pomylił, bo pozostały w namiocie drwal włożył wszystkie starania w to, żeby wygrzebać się i odturlać w bok w niekontrolowany, nieprzewidywalny sposób. Piekielnik był dobry, bo niemal równocześnie z tym posłał wiązankę zaklęć na oślep. Nie zwracając uwagi nawet na to, w kogo celuje i trafiając w skutego kolegę, z którego piersi gwałtownie uszło powietrze. Nie skrzywdził go śmiertelnie, ale sprawił, że niedawny kompan zaczął się dusić i ewidentnie nic sobie z tego nie zrobił. Zamiast zostać i pomóc rzucił się w las za plecami.
Co natomiast tyczyło się dziwnego ruchu pomiędzy warstwami materiału, nie było czasu na rzucanie profilaktycznego Revelio, które Greengrass miał w planach. Z jednej strony mieli uciekiniera, z drugiej czerwono-siniejącego jeńca. Sytuacja wyglądała nieciekawie.