21.01.2023, 06:36 ✶
Ulica Pokątna tonęła w upale i zmęczonym nim tłumie. Ludzie, którzy wybrali się dziś na zakupy żałowali, że nie przełożyli ich o pare dni, na które zapowiadali opady deszczu. Z drugiej strony, wtedy narzekaliby, że jest im za morko, teraz skarżyli się, że za sucho. Nigdy nie można było wszystkim dogodzić. Miejski bruk prawie że ślizgał się pod nogami, nagrzany od promieni słonecznych, a krzycząca coś grupa młodszych i starszych czarodziejów chodziła od przechodnia do przechodnia, aby wręczyć mu dzierżone przez siebie ulotki.
Charles wyszedł bez większego celu, nie był jeszcze pewien czy tego żałował, czy nie. Cameron i Heater byli jeszcze zajęci, umówił się z nimi na wieczór, a Fineas poszedl do pracy. Młody Rookwood spał do jedenastej korzystając z uroków przerwy letniej, ale ni znajdując w mieszkaniu brata nic, co mógłby w siebie wepchnąć na śniadanie w trybie natychmiastowym ogarnął się, wciągnął na siebie ubrania, w ktorych zakładal, że nie powinien się udusić w prawie trzydziestostopniowym upale i wyszedł zjeść coś w mieście. Po samotnym śniadaniu chodził w tłumie, zatrzymywał się przed witrynami sklepów, doglądał jakie tytuły książek aktualnie są wydawane, nie sluchał zbytnio wykrzykujących coś, przechadzających się w tłumie czarodziejów.
Nawet się nie spostrzegł, a chodził od sklepu, do sklepu conajmniej pół dnia - dochodziła piętnasta. Znowu zaczynał się robić głodny, a tłum wcale się nie przerzedził, wręcz na odwrót. Tyle dobrego, że słońce świeciło pod innym kątem, bo kark miał już cały spalony, teraz przygrzewało mu w czoło. Chciał się przepchać przez wzbierający tłum, bo zamierzał opuścić magiczny Londyn, zaszyć się w tym mugolskim, tam na witrynach sklepów znaleźć rzeczy różne od tych, które widniały na półkach czarodziejskich sprzedawców. Zanim mu się to udało przystanął pomiędzy sklepem z miotłami, a jednym z pubów - na razie powoli się zapelniającym. Jego wzrok przykuła jedna z nowszych mioteł, ale zanim miał chwilę się jej przyjrzeć krzyczący w niebogłosy mężczyzna z ulotkami pojawił się za jego plecami.
- Nobby Leach musi ustąpić!! Jego rządy to chaos i spustoszenie dla magicznego społeczeństwa!! - wydzierał sie, a Charles skrzywił się nie tylko ze względu na wrażliwośc bębenków w uszach, ale też na samą treść jego wypowiedzi. Uwzięli się na tego biednego Leacha tylko dlatego, że jest mugolakiem, pomyślał do siebie, ale patrzył się w kierunku krzykacza i jego ruchomych ulotek zbyt długo, bo ten wcisnął mu jedną, bardzo gwałtownie, Rookwood już otwierał usta, aby odmowić.
- Masz, poczytaj coś mądrego, młodzieńcze, ty też młoda damo, wyglądacie obydwoje na rozsądnych czarodziejów - nie wiedział kim byli ci 'wy', bo przez to jak słońce dało mu w palnik chyba nie zorientował się, że ktoś stał bardzo blisko niego. Odwrocił głowę, tracąc czarodzieja z ulotkami z oczu, aby zobaczyć znajomą twarz i to, o ironio, na tle sklepu z miotlami. Spojrzał na ruchomy obrazek - Leacha spadającego ze stołka i lądującego twarzą w błocie - tylko po to, aby zaraz podnieść wzrok na blondynkę.
- Kenzie, co za spotkanie przy tej przepięknej, ruchomej demonstracji tematu, który jest ostatnio w każdej gazecie, bo prowadzą nagonkę na tego biednego typa. - wciąż był zszokowany tym, co zaszło, więc w jego głosie zabrzmiały nuty ironii i podirytowania - Chodzą i krzyczą tylko, zrobiliby coś pożytecznego ze swoim czasem - zamarudził, jakby sam właśnie nie zmarnował połowy dnia na Pokątnej, ale o tym jego nowo nabyta towarzyszka nie musiała wiedzieć.
- Dawno się nie widzieliśmy, swoja drogą. Planowałem znaleźć jakieś miejsce żeby coś zjeść? reflektujesz? - zapytał, bo nigdy nie był specjalnie skrępowany, jeżeli chodziło o interakcje międzyludzkie, a jeżeli mieli kontynuować rozmowę to wolałby to robić w zacienionym pomieszczeniu i bez nadmiernej ilości przepychających się po ulicach ludzi, zwłaszcza takich z jakimiś pismakami propagandowymi.
Zgniótł ulotkę w ręku, ale nie wyrzucił jej, coby nie śmiecić.
Charles wyszedł bez większego celu, nie był jeszcze pewien czy tego żałował, czy nie. Cameron i Heater byli jeszcze zajęci, umówił się z nimi na wieczór, a Fineas poszedl do pracy. Młody Rookwood spał do jedenastej korzystając z uroków przerwy letniej, ale ni znajdując w mieszkaniu brata nic, co mógłby w siebie wepchnąć na śniadanie w trybie natychmiastowym ogarnął się, wciągnął na siebie ubrania, w ktorych zakładal, że nie powinien się udusić w prawie trzydziestostopniowym upale i wyszedł zjeść coś w mieście. Po samotnym śniadaniu chodził w tłumie, zatrzymywał się przed witrynami sklepów, doglądał jakie tytuły książek aktualnie są wydawane, nie sluchał zbytnio wykrzykujących coś, przechadzających się w tłumie czarodziejów.
Nawet się nie spostrzegł, a chodził od sklepu, do sklepu conajmniej pół dnia - dochodziła piętnasta. Znowu zaczynał się robić głodny, a tłum wcale się nie przerzedził, wręcz na odwrót. Tyle dobrego, że słońce świeciło pod innym kątem, bo kark miał już cały spalony, teraz przygrzewało mu w czoło. Chciał się przepchać przez wzbierający tłum, bo zamierzał opuścić magiczny Londyn, zaszyć się w tym mugolskim, tam na witrynach sklepów znaleźć rzeczy różne od tych, które widniały na półkach czarodziejskich sprzedawców. Zanim mu się to udało przystanął pomiędzy sklepem z miotłami, a jednym z pubów - na razie powoli się zapelniającym. Jego wzrok przykuła jedna z nowszych mioteł, ale zanim miał chwilę się jej przyjrzeć krzyczący w niebogłosy mężczyzna z ulotkami pojawił się za jego plecami.
- Nobby Leach musi ustąpić!! Jego rządy to chaos i spustoszenie dla magicznego społeczeństwa!! - wydzierał sie, a Charles skrzywił się nie tylko ze względu na wrażliwośc bębenków w uszach, ale też na samą treść jego wypowiedzi. Uwzięli się na tego biednego Leacha tylko dlatego, że jest mugolakiem, pomyślał do siebie, ale patrzył się w kierunku krzykacza i jego ruchomych ulotek zbyt długo, bo ten wcisnął mu jedną, bardzo gwałtownie, Rookwood już otwierał usta, aby odmowić.
- Masz, poczytaj coś mądrego, młodzieńcze, ty też młoda damo, wyglądacie obydwoje na rozsądnych czarodziejów - nie wiedział kim byli ci 'wy', bo przez to jak słońce dało mu w palnik chyba nie zorientował się, że ktoś stał bardzo blisko niego. Odwrocił głowę, tracąc czarodzieja z ulotkami z oczu, aby zobaczyć znajomą twarz i to, o ironio, na tle sklepu z miotlami. Spojrzał na ruchomy obrazek - Leacha spadającego ze stołka i lądującego twarzą w błocie - tylko po to, aby zaraz podnieść wzrok na blondynkę.
- Kenzie, co za spotkanie przy tej przepięknej, ruchomej demonstracji tematu, który jest ostatnio w każdej gazecie, bo prowadzą nagonkę na tego biednego typa. - wciąż był zszokowany tym, co zaszło, więc w jego głosie zabrzmiały nuty ironii i podirytowania - Chodzą i krzyczą tylko, zrobiliby coś pożytecznego ze swoim czasem - zamarudził, jakby sam właśnie nie zmarnował połowy dnia na Pokątnej, ale o tym jego nowo nabyta towarzyszka nie musiała wiedzieć.
- Dawno się nie widzieliśmy, swoja drogą. Planowałem znaleźć jakieś miejsce żeby coś zjeść? reflektujesz? - zapytał, bo nigdy nie był specjalnie skrępowany, jeżeli chodziło o interakcje międzyludzkie, a jeżeli mieli kontynuować rozmowę to wolałby to robić w zacienionym pomieszczeniu i bez nadmiernej ilości przepychających się po ulicach ludzi, zwłaszcza takich z jakimiś pismakami propagandowymi.
Zgniótł ulotkę w ręku, ale nie wyrzucił jej, coby nie śmiecić.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you