- Nie musiałaś - wzruszył ramionami chcąc dać Rinie do zrozumienia, że i tak wiedział swoje.
Była bardzo dumna z bycia łowcą i wszystkiego, co z tym związane. Miała olbrzymią wiedzę. Jeszcze więcej praktycznego doświadczenia. Nie mógł zaprzeczyć, że raz po raz mu tym imponowała. Zawsze miała kolejną kartę w zanadrzu. Nie przestawała go zaskakiwać. Byle brak zainteresowania pułapkami nic nie zmieniał. Wręcz przeciwnie: utwierdzał Greengrassa w przekonaniu, że wobec tego była jeszcze lepsza. Skoro nie musiała się do tego posuwać i znalazła inne metody.
- Odważnie zakładasz, że ja ją mam - stanowczo zbyt mocno wyszczerzył zęby w uśmiechu, kręcąc głową i zniżając ton głosu do porozumiewawczego szeptu. - Nie mam - mógł iść w zaparte, że jest inaczej, ale przy kimś innym niż Geraldine.
Stanowczo zbyt dobrze go znała. Sama myśl, że mógłby mieć wystarczające pokłady cierpliwości do tego, co robił była raczej absurdalna. Mógłby spróbować upierać się przy tym, że wszystkie braki skutecznie rekompensuje sobie zapałem, stąd jest w stanie pokonać niechęć i zniecierpliwienie. Taka oficjalna wersja byłaby naprawdę budująca.
Z tym, że nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Rzecz jasna miał w sobie bardzo dużo uporu i zdecydowania, ale nie zapału. Nie w tym wypadku, bo zapał kojarzył się z ekscytacją. Ambroise był tak daleki od podchodzenia do tego jako do czegoś pozytywnego jak tylko mógł być. Nieświadomie czerpał z czegoś zupełnie innego.
Z pokładów bardziej trudnych, cięższych emocji. Ze wspomnień tamtych chwil, kiedy miał świadomość, że zawiódł, nie był w stanie zapanować nad sytuacją, jego wszelkie starania nie były wystarczające, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. To te uczucia pchały go do wychodzenia na siarczysty mróz, grzebania w grubych księgach, eksperymentów z magią zabezpieczającą. Cierpliwość była cnotą, której jemu również brakowało, ale to desperacja - ta, do której nigdy by się nie przyznał, potrafiła być skutecznym zastępstwem. Pchała go do działania wbrew trudnościom.
A tych nie było mało, bo Piaskownicy wiele brakowało, aby być idealnym punktem ochronnym. Budynek sam w sobie wymagał więcej pracy niż to, co byli w stanie zrobić przez lata. Stare nadmorskie domki ponoć miały to do siebie, że nieustannie należało coś w nich naprawiać. Woda, wilgoć, sól i wiatr robiły swoje. Nie było mocnych przeciwko siłom natury, nawet jeśli posiłkowali się magią, żeby ułatwić sobie życie.
Mimo to Ambroise czuł się tu całkiem dobrze. Znacznie lepiej niż, gdyby w tym czasie mieli urzędować w Dolinie Godryka albo w Snowdonii, bo żadne z tych miejsc nie było całkowicie ich. Wszędzie byliby zdani na kogoś. Ostatnio miał wrażenie, że tylko sobie nawzajem mogą w pełni zaufać. Coraz więcej osób pokazywało swoje prawdziwe oblicze. Częściej niż rzadziej niespodziewanie makabryczne.
Po obu stronach konfliktu byli fanatycy. To, że o tym nie mówiono, nazywając popleczników Voldemorta tymi złymi a mugolacką stronę konfliktu słusznie się broniącą było stanowczym uproszczeniem. Bardzo błędnym. Dobrzy ludzie nie istnieją. Postawieni pod ścianą, wszyscy zaczynali zachowywać się bardziej zwierzęco.
Wydarzenia z Davidem i jego rodziną jasno to pokazały, choć Ambroise już wcześniej to wiedział. Tamci ludzie uciekli. Mając okazję wesprzeć w walce kogoś kto wcale nie musiał ich bronić, mężczyzna rzucił się do odwrotu. Ani przez chwilę nie spróbował walczyć. Brak obrażeń mówił sam przez siebie. To, że nigdy nie wrócił, aby podziękować albo przeprosić również było bardzo wymowne.
Tu liczyła się jednostka. Nie społeczeństwo. Nie dobro wszystkich ludzi tylko swoich najbliższym. Mieli okazję przekonać się o tym szybko i intensywnie. Przynajmniej to była znacznie bardziej łagodna lekcja niż mogła być w tamtej sytuacji. Oszczędzono im poniesienia najcięższych kosztów, choć wcale nie było łatwo. Okupili to, nawet jeśli nie roztrząsali tego tylko działali dalej.
Obiecał sobie zadbać o to, by od teraz być bardziej zachowawczym i nie stracić znowu kontroli. Nie chodziło o niego. W żadnym momencie nie chodziło o niego. On wybrałby bezpośrednią walkę, ale sytuacja była inna.
- Lata doświadczenia, Ma Moitié, jeśli ktoś może chcieć cię wychujać bez konsekwencji to podejmie przynajmniej jedną taką próbę - skwitował tak realistycznie jak się dało. - Jeżeli wybada grunt i wyciągnie z tego wniosek, że może sobie pozwolić na jawny atak to zaatakuje. Nie jesteśmy w tym bardziej ludzcy od polujących zwierząt. Czasami, gdy już to czujesz i widzisz to jest już ta próba generalna a potem nadchodzi ostateczny cios - raczej wierzył w to, co mówi.
Z doświadczenia wiedział, że ludzie w przeciwieństwie do zwierząt czerpali dodatkową rozrywkę z takiego polowania. Lubili korzystać na cudzej chwili słabości. Potrafili miesiącami planować zemstę albo nawet nie - czasami to nie było nic personalnego. Tylko chęć zdobycia wpływów, podkreślenia swojej pozycji, zdobycia trzech galeonów i masy krwawej rozrywki. Świat był brutalnym miejscem. Szczególnie ich nowa rzeczywistość taką była.
- Cieszę się, że tak do tego podchodzisz - uniósł kącik ust, obdarzając ją łagodniejącym spojrzeniem kontrastującym z tym jak wyglądały jego oczy, gdy mówił o tamtych trudnych prawdach.
Zawsze wtedy podświadomie sztywniał, napinał się, zaciskał wargi i bezwiednie zmieniał ton głosu wyzbywając się rodzimego akcentu na rzecz twardej, londyńskiej mowy ulicy - zdecydowanych burknięć, szybkiego wyrzucania z siebie słów. Zupełnie tak, jakby przełączał pstryczek w mózgu.
- Nie potrzebuję sobie nic odbijać - pierwsze słowa jeszcze nosiły znamiona tamtej wcześniejszej twardości, kolejne całkowicie wróciły do bardziej miękkiego i intymnego, ich tonu, który rezerwował wyłącznie dla niej. - To, że tu ty jesteś jest moim większym dobrem. Przecież wiesz. Nie każ mi tego zbyt często powtarzać - nie upominał jej, ale potrafił szastać takimi deklaracjami na prawo i lewo.
Pod tym względem nie zmienił się przez lata. Wolał gesty, czyny, obecność. Fizyczność była dla niego bardziej deklaratywna od słów.
- No dobrze. Miejmy nadzieję, że to nie będą te słynne ostatnie słowa, bo tam nad brzegiem morza jest wyjątkowo ładnie, ale kurewsko zimno - ostrzegł, bo przecież nie chciał, żeby się pochorowała.
On miał sobie poradzić.
To, że w naprawdę wielu chwilach udawało mu się zapominać o własnych ograniczeniach i przez to mimowolnie się nadwyrężać było czymś, czemu nie mógł zaprzeczyć. To nie zaczęło dziać się z dnia na dzień. Zawsze miał tendencję do przesady w tym zakresie. Zdecydowanie angażował się w tematy, którymi musiał się zająć. W szkolnych czasach chodziło o Quidditcha. Później całym sobą rzucił się na staż uzdrowicielski, żeby wyrobić sobie pozycję pośród innych przyszłych uzdrowicieli. Przełożył to na udział w szpitalnym wyścigu o pozycję ordynatora, gdy obecny zacznie odchodzić na emeryturę, na co coraz bardziej się zapowiadało w przeciągu najbliższego roku, może dwóch lat.
Idealny czas, żeby budować sobie solidne podwaliny, choć w ostatnim czasie wszystko zaczęło się komplikować. Szczególnie, że przeniesienie się do innego miejsca niż Horyzontalna, skąd wszędzie było blisko sprawiało, że musiał rozsądniej dysponować ograniczoną ilością wolnych godzin.
W ostatnich miesiącach szczególnie wyraźnie wybierał powroty do domu. W dalszym ciągu stosunkowo często zostawał dłużej, bo napięta sytuacja w ich świecie wymagała od niego czegoś więcej niż zwykłych dwunastek, ale nie przyjmował już każdego dodatkowego dyżuru jak leci. Miał do czego wracać.
Tak właściwie to od kilku lat walczył z zapędem do pracoholizmu. Całkiem skutecznie, ale nie mógł sobie przypisać wszystkich zasług w wyrwaniu go z wiecznej spirali dyżurów i prywatnych wizyt wypełnianych innymi zleceniami. Tak właściwie to był zadziwiająco samoświadomy, że to był od a do z wpływ Geraldine, pilnowanie go w tym zakresie, bycie jego głosem rozsądku, którego słuchał, bo jej ufał.
Nie zawsze był przy tym ochoczy i czasami pozwalał sobie na wyrażenie braku entuzjazmu wobec tych wszystkich sugestii, co powinien a czego nie powinien (nic nie musiał, tak?) natomiast zazwyczaj widział w tym na tyle dużo logiki, że uginał się i brał to pod uwagę.
Wiedział, że nie ma zbyt wielu innych możliwości. To była rola, którą naturalnie wobec siebie przyjmowali, bo i on potrafił stanowczo dać znać, że coś nie jest dobrym pomysłem. Przez lata bezwiednie wyrabiali sobie pewien system, na podstawie którego Ambroise wiedział, że nie chodziło jej o to, żeby go ograniczać. Przynajmniej w teorii.
Czasami to piekło. Od czasu do czasu był niezadowolony z tego, co słyszał. Szczególnie wtedy, kiedy dopiero po komentarzu, uwadze, upomnieniu (nawet takim całkiem czułym jak to teraz) zauważał, że najwidoczniej się zagalopował, bo musiała go sprowadzać na ziemię. Wtedy bywało mu po prostu głupio a on...
...on nie cierpiał czuć się głupio, przechodząc w ofensywę mimo woli. Nader wszystko nie chciał dawać do zrozumienia, że sobie z czymś nie radzi. W jego zawodzie były raczej dwa typy czarodziejów: ci, którzy zachowywali się jak hipochondrycy oraz tacy, którzy nie potrafili zbyt dobrze ocenić własnych sił, bo wydawało im się, że napędzani wolą działania są niemalże niezniszczalni.
Nie trudno było domyślić się, gdzie na tej dwustopniowej skali mieścił się Greengrass. Szczególnie, że nieodmiennie wyznawał zasadę wszystko albo nic odruchowo rzucając się w wir wydarzeń i pracy, przez którą miał na myśli nawet te poranne obchody.
- Niewystarczająco długo - skrzywił się na niewypowiedzianą sugestię oraz na to konkretne słowo.
Jasne, wypowiedziane bardzo czule i z troską, ale gorzej z tobą w tym kontekście miało zbyt wiele wspólnego z prawdą, że może był tu trochę za długo i za wcześnie rano, zanim jeszcze temperatury zaczęły być łatwiejsze do przeżycia. Mimowolnie odnotowywał to jako jedno z tych upomnień, którym nie mógł podskakiwać. A to już niespecjalnie mu się spodobało.
- Może jest trochę chłodno, ale tym lepiej będzie, gdy wrócimy do domu - postanowił ugryźć ten temat od tej strony, uzupełniając to o kolejne jednoznacznie pożądliwo-zaczepne spojrzenie, mrugnięcie i uśmiech. - Gorąca kawa i długa wspólna kąpiel raz dwa zaradzą wszystkiemu - zasugerował, jednocześnie kiwając głową w stronę dużego głazu, który robił mu za punkt odniesienia. - Idziemy dalej? - Tak właściwie to powoli miał w głowie plan działania.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down