Skończyło się tak w ten sam sposób, w jaki się zaczęło; na drewnianych schodkach domku letniskowego w różowo szarym świetle zapadającego zmierzchu. Nad migoczącą w ostatnich promieniach dnia taflą wody zbierała się cienka warstwa mgły; jeszcze wczoraj uznałby ten widok za co najmniej czarujący, lecz po kilku godzinach spędzonych w zimnej wodzie przerażała go sama myśl o tym, co kryło się na dnie jeziora. Wspomnienia wydawały się zatarte, jakby od wydarzeń w królestwie trytonów minęły lata; pamiętał powrót na brzeg i mokry piasek na swoim policzku, kiedy opadł bez sił na plaży. Obrazy nakładały się na siebie; popielatość foczego futra i onyks włosów Victorii, smukła sylwetka kaletnika i rodzeństwo łowców - nie ufał tym ostatnim, przynajmniej nie mężczyznom. Przez cały czas bał się, że pokusa jaką stanowiła skóra selkie stanie się dla nich zbyt silna, a on nie będzie w stanie obronić swojego Laurenta. Swojego Laurenta, cóż za bezecna myśl zakołatała w jego głowie! Laurent przecież w żaden sposób nie należał do Perseusa i nie wiedział już, czy czuje z tego powodu dojmujący smutek, czy też ulgę. Nie miał zresztą czasu o tym myśleć, kiedy czyjeś ręce poderwały go do góry, obce palce musnęły jego poraniony nadgarstek i zatamowały wypływającą z nań truciznę miękkością bandaża.
Przyglądał się teraz temu opatrunkowi, dochodząc do wniosku, że musiała go założyć osoba znająca się na rzeczy. Mnóstwo ludzi zresztą kręciło się wokół nich, zadając przy tym pytania, na które Perseusowi trudno było znaleźć odpowiedź. Głos mu drżał, a w gardle zasychało, kiedy kolejny raz opowiadał o martwych rybach i rannej selkie, o wodzie zamykającej się nad jego głową i konfliktem trytonów, w który przypadkiem zostali wciągnięci. Wreszcie pozostawiono go w spokoju, narzucono na drżące z zimna ramiona (naturalną reakcją na spadek adrenaliny, która towarzyszyła mu od rana) wełniany koc, a w skostniałe dłonie wciśnięto kubek gorącej herbaty. Ktoś wyłowił z jeziora jego laskę, która teraz ociekała wodą oparta o jeden ze schodków. Nie chciał jej dotykać, brzydził się jej, jakby była pokryta obmierzłym szlamem, którego faktura przyprawiała o mdłości. Miejscami wilgotne ubranie lepiło się do jego ciała; wiedział, że powinien się przebrać, ale nie potrafił się ruszyć.
Jego uwagę przykuł jakiś ruch w kącie pola widzenia i chrzęst żwirowej ścieżki pod czyimiś nogami. Nieśpiesznie odwrócił głowę w tamtym kierunku, a serce zatrzepotało gwałtownie, gdy jego wzrok spoczął na sylwetce Laurenta. Posłał mu słaby uśmiech, a oczy miał przy tym smutne i zmęczone.
— Jak się czujesz? — zapytał ochryple, przesuwając się nieznacznie na schodach, by zrobić mu miejsce obok siebie.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory