Mały pub gdzieś na Pokątnej
Głośny gwar dało się słyszeć już od samego wejścia, zaraz po uchyleniu mocarnych, drewnianych drzwi, które prowadziły do jednego z niewielkich pubów, schowanych gdzieś między dwoma sklepami przy Pokątnej. O tej porze większość z nich była już zamknięta, ale ulica wciąż żyła – spragnieni nocnych wrażeń czarodzieje potrafili siedzieć w gastronomicznych lokalach do samego zamknięcia, a kończące się leniwie lato zachęcało do tego, by wykorzystać możliwie jak najwięcej czasu poza domem. Przy kuflu dobrego piwa korzystało się z tych ostatek ciepła jakoś znacznie przyjemniej.
To miejsce od zawsze było zbieraniną różnorakiej klienteli, choć zważając na okolice, raczej większość z przebywających tam ludzi przychodziła w pokojowych zamiarach, licząc na frywolnie spędzony wieczór zakrapiany alkoholem. Sandie pojawiała się w barze raz na jakiś czas, zwykle przy okazji nocowania w Czerwonej Norze, zamiast w cyrkowej przyczepie. Potrafiła godzinami snuć się po magicznych ulicach miasta, próbując leczyć w ten sposób bezsenność, która towarzyszyła jej ostatnio praktycznie każdej nocy. Łudziła się, że towarzystwo nieznajomych osób w jakiś sposób pomoże załatać wewnętrzną pustkę. W końcu każdy skrywał w sobie jakieś tajemnice, prawda?
Wyglądała na kogoś, kto wcale nie powinien szlajać się po nocach w pojedynkę. Sprawiała wrażenie jeszcze młodszej, niżeli w rzeczywistości była, a niski wzrost ani trochę jej w tym nie pomagał. Niewielu to jednak przeszkadzało – zwykle zawyżała swój wiek, gdy ktoś o niego pytał. I ludzie w to wierzyli. Nie każdy, choć zdecydowana większość. Przyzwyczaiła się do tego, że nie musiała płacić za alkohol, naciągając spotykanych przez siebie mężczyzn w najprostszy sposób; trzepocząc rzęsami i obiecując cuda wianki. Pijanemu łatwo było zaimponować. Zresztą, urodą nie grzeszyła, a kuse ubranie też potrafiło zrobić swoje.
Przesuwała wzrokiem po zgromadzonych w środku ludziach, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Kogoś, kto siedział sam. Kogoś, kogo mogła owinąć sobie wokół paluszka, może przy okazji okraść, może nawet wysłuchać. Wtedy wzrok dziewczyny padł na mężczyznę siedzącego przy barze. Bez dłuższego zastanowienia przepchnęła się między ciałami, finalnie lądując na wysokim krześle obok nieznajomego, który wówczas wydał się Sandie tym „najlepszym punktem zaczepienia”. Przypominał jej kogoś, ale nie na tyle, by dłużej nad tym rozmyślała.
— Mają tutaj dobrą whisky, nie tylko Ognistą — rzuciła głośniej, opierając brodę o splecione na ladzie ramiona. Uśmiechnęła się uroczo. Błyszczące oczy zdradzały, że knuła coś niedobrego; wlepione w twarz mężczyzny, którego zamierzała naciągnąć na postawienie jej drinka.
darling, your looks can kill, so now you're dead.