• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine

[09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
14.11.2024, 21:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:30 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Leżąc na miękkim kocu rozłożonym w samym sercu wrzosowiska, z coraz bardziej niknącym zainteresowaniem przerzucał kolejne stronnice grubej książki w purpurowej okładce.
Mimo to w dalszym ciągu czytał na głos przeplatające się ze sobą pojęcia i definicje - miękko, cicho i ze wszech miar nużąco (no cóż, jako wykładowca akademicki miał rosnące doświadczenie w zanudzaniu ludzi). Potrzebował tego, by przygotować się do corocznej konferencji medycznej, na której zamierzał wypaść jeszcze lepiej niż w zeszłym roku.
Bądź co bądź z uporem maniaka starając się zaznaczyć swoją obecność i pozycję w szpitalu, szczególnie że odejście obecnego ordynatora na emeryturę było już wyłącznie kwestią czasu. Stosunkowo niewielu innych uzdrowicieli z oddziału Greengrassa oficjalnie ostrzyło sobie zęby na całkiem wymagającą pozycję, on również nie zamierzał odkrywać jeszcze wszystkich kart, ale bez wątpienia nie był skłonny do tego, aby spocząć na laurach.
To, że w tym momencie miał zdecydowaną przewagę nad swoimi kolegami i koleżankami nie oznaczało, że dyrekcja nie mogła znaleźć kogoś z zewnątrz, zatrudniając go zamiast awansowania uzdrowiciela z wewnątrz. Takie rzeczy nie zdarzały się zbyt często, przynajmniej nie w jego miejscu pracy, ale nie był aż tak zaślepiony - istniało podobne ryzyko, więc tak...
...oto był tutaj w tym miejscu. Na kocu przyniesionym z domu. Z ogrodową poduszką pod głową i butelką domowego wina agrestowego pod ręką a drugą i trzecią w dużym wiklinowym koszu wypełnionym częściowo już naruszonym popołudniowym lunchem.
Z nogą na nodze, jedną stopą niemalże cały czas poruszając w powietrzu i delektując się ciepłymi powiewami odchodzącego lata. Tak przyjemnymi, że mimo morskiego klimatu, Roise nie czuł żadnej potrzeby przykrywania swojego nagiego ciała pledem, który ze sobą zabrali.
Mógł go swobodnie oddać Rinie, samemu po prostu leniwie wyciągając się na słońcu i wdychając słodki zapach kwiatów docierający do jego nozdrzy od strony niewielkiego poletka wiciokrzewów samodzielnie zasadzonych kilka lat wstecz między wrzosami, żeby dać im odrobinę więcej prywatności, nawet jeśli nie mogli narzekać tu na jej brak.
Musiał pamiętać, żeby okryć je przed pierwszymi przymrozkami jak to robił co roku, przygotowując to miejsce na nadejście jesieni i mroki zimy czającej się tuż tuż za horyzontem. Mieli jeszcze całkiem sporo roboty w związku ze zmianą pór roku, ale Roise niespecjalnie się tym przejmował.
Lubił tu być, lubił robić to wszystko, łapiąc się na tym, że niektóre czynności sprawiały mu całkiem dużo frajdy. Tak po prostu, nawet bez wykorzystania do tego magii, dzięki której mógłby poradzić sobie o wiele szybciej. Lubił angażować mięśnie w rozłupywanie drwa do kominka, kopanie w ziemi, żeby wydobyć z niej bulwy i cebulki, które inaczej zmarniałyby wraz z pierwszymi mrozami a potem zgniły przy roztopach. To były aktywności przynoszące mu całkowicie niewymuszoną satysfakcję.
Choć z pewnością nie taką jak jeszcze chwilę wcześniej, gdy zatapiali się we kwiatach wrzosu, sycąc się sobą wzajemnie w błogim świetle sobotniego przedpołudnia. Teraz oddechy zdążyły się uspokoić, ślady na skórze zblednąć a spojrzenia stać się znacznie bardziej błogie i zrelaksowane. Zdążył wyciągnąć rękę po książkę, otwierając ją i dwudziestą, może nawet trzydziestą minutę oddając się czytaniu.
Od czasu do czasu odrywał wzrok od treści tylko po to, żeby spojrzeć stronę swojej dziewczyny, posłać jej uśmiech pod nosem i znowu powrócić do przerwanej czynności, akcentując niektóre fragmenty tekstu wyłącznie po to, żeby przyciągnąć na siebie uwagę Geraldine i jej całkowicie pozbawione entuzjazmu spojrzenie.
- ...zastosowanie obu tych eliksirów jednocześnie może prowadzić do wystąpienia szeregu efektów ubocznych o nieprzewidywalnej intensywności. Wiadomo bowiem, że interakcje pomiędzy substancjami czynnymi mogą skutkować wieloma niepożądanymi konsekwencjami. Od pozornie zwiększonej tolerancji na ból po równie niebezpieczne stany nadmiernej stymulacji. Jednoczesne przyjmowanie Eliksiru Energetyzującego oraz Eliksiru Uśmierzającego Ból może wywołać zjawisko paradoksu stymulacyjnego. Zbyt wysoka dawka stymulantów połączona z substancjami  blokującymi działanie receptorów bólowych może prowadzić do osłabienia zdolności organizmu do sygnalizowania bólu. Tym samym również do potencjalnego zbagatelizowania poważnych obrażeń a następnie gwałtownego wyczerpania sił witalnych rannego czarodzieja - jego głos był cichy, monotonny, ale też całkowicie pozbawiony zwyczajowych londyńskich naleciałości - całkowicie naturalny, miły dla ucha w ten miękki, ciepły sposób typowy dla mieszkańców Doliny.
Bzyczenie owadów w pobliskich krzewach, które lekko szumiały w porywach ciepłego wiatru sprawiało, że ta chwila wydawała się jeszcze bardziej błoga i senna. Zaszywając się w tym miejscu, mogli tak po prostu na chwilę zapomnieć o otaczającym ich świecie, odnajdując w tym kącie raju spokój, którego tak często mu brakowało.
Lewa ręka Ambroisa zacisnęła się na powietrzu tuż nad jednym z krzewów wiciokrzewu, gdy na oślep wyciągnął ku niemu dłoń, starając się wymacać drobne gałązki w jednym konkretnym celu.
Przesuwając palcami po liściach, wyczuł delikatną strukturę drobnego kwiatu. Dokładnie tego samego, po który sięgnął, zrywając go i po prostu kładąc go sobie na języku, smakując słodki nektar.
Po coraz bardziej zachmurzonym niebie przemknęła błyskawica, choć nie towarzyszył jej przy tym grzmot ani krople deszczu. Burza była jeszcze daleko, nawet jeśli rozbłyski raz po raz przecinały niebo - teraz kojące oko mieszanką różnych kolorów i kształtów chmur. Było błogo, cicho idealnie.
- Jeżynę? Kwiat wiciokrzewu? - Spytał miękko, kolejny raz odrywając spojrzenie od książki i unosząc kąciki ust w rozleniwionym uśmiechu. - Ulgę od medycznego bełkotu? Wino? - Przeciągnął się powoli, zamykając książkę i odkładając ją na koc.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
15.11.2024, 00:39  ✶  

Miała przymknięte oczy, oddychała powoli, miarowo. Starała się słuchać to, co czytał, aczkolwiek nie była w stanie stwierdzić, czego dotyczyło to, co jej przekazywał. Wyłączyła się jakieś piętnaście minut temu, właściwie to skupiła się tylko i wyłącznie na tonie jego głosu, na jego barwie. Mogła go słuchać godzinami, nie robiło jej różnicy o czym właściwie do niej mówił. Najistotniejsze, że znajdował się tuż obok i go słyszała. Nie musiała na niego patrzeć, wystarczała jej sama obecność.

Czuła się błogo. Znajdowali się w malowniczym miejscu, wiatr przyjemnie muskał jej ciało, ostatnie letnie promienie słońca je ogrzewały. Nie potrzebowała niczego więcej do szczęścia. To był jeden z tych przyjemnych, lekkich dni, gdy nie musieli się niczym przejmować.

Zewsząd dochodziły do jej uszu dźwięki wydawane przez owady, przyjemne bzyczenie, ale też trel ptaków. Błogość, tak była pewna, że to ona jej towarzyszyła.

Zdawała sobie sprawę, że Roise próbował się przygotować do czegoś ważnego, miał spore ambicje, jeśli chodzi o to, jak miała wyglądać jego kariera zawodowa i trochę jej to imponowało. Dobrze było widzieć, że naprawdę lubił to, czym się zajmował. Musiał to lubić skoro tak się w to angażował.

Całkiem zgrabnie dzielił czas między swoje wszystkie prace, a ją. Nigdy nie czuła się w żaden sposób zaniedbywana, a nawet zastanawiała się, jak to jest możliwe, że potrafi między tym tak zgrabnie lawirować, to na pewno wymagało sporego samozaparcia. Ona zdecydowanie nie miała, aż tak wielu obowiązków, właściwie to łapała zlecenia, kiedy chciała, mogła sobie pozwolić na to, aby dostosować się do tego, jak wyglądał akurat jego grafik, dzięki czemu mogli wyrwać więcej czasu, który mogli spędzać wspólnie. To był całkiem niezły układ.

Znajdowali się w ich bezpiecznym miejscu, nie musieli martwić się tym, że ktoś może im przeszkodzić, czy zachwiać ich spokój. Byli w domu, ich wspólnym domu, który udało im się zbudować w tym miejscu. Istna sielanka.

Mogli nacieszyć się ostatnimi letnimi dniami, z dala od zgiełku Londynu, nadal uważała, że to, że kupili tę chatę było naprawdę jedną z najlepszych decyzji jakie podjęli.

Powoli zaczynali się przygotowywać do zimy, która miała nadejść, wiedziała, że czekało ich jeszcze sporo pracy, ale przebywanie w tym miejscu było tylko i wyłącznie przyjemnością, tworzenie go razem, dostrzeganie efektów, które przynosił ich wysiłek. To wzbudzało w niej same pozytywne emocje. Mieli coś swojego, o czym nie wiedział nikt inny, ich własne miejsce na ziemi.

Jeszcze chwilę temu byli zaplątani w swoje ciała między tym kwietnym dywanem, pędzieli ku zaspokojeniu swoich żądz, teraz mogli napawać się tą spokojniejszą częścią dnia. Korzystać z ostatniego oddechu lata, które powoli zostawiało miejsce dla jesieni.

Poruszyła się wreszcie, i na moment otworzyła oczy, akurat wtedy na niebie pojawiła się błyskawica, zupełnie znienacka, bo żaden grzmot jej nie zapowiedział. Nie wydawało jej się, aby burza miała nadejść szybko, nic poza tą jedną błyskawicą przecinającą niebo tego nie zapowiadało. Było cicho i błogo, nie wydawało jej się, że będą musieli się stąd zbierać w pośpiechu, mieli jeszcze czas, aby w pełni nacieszyć się tą trwającą chwilą.

Zerwała jeden z fioletowych kwiatów i odwróciła się na bok, tak, aby mieć Roisa na wyciągnięcie ręki. Postanowiła mu nieco poprzeszkadzać w czytaniu, nie, żeby zaczęło ją to nudzić, chociaż może trochę, ale tylko odrobinę. Wiedziała, że musi się na tym skupić, żeby osiągnąć cele, które sobie założył, nie zmieniało to jednak faktu, że nie byłaby sobą, gdyby trochę mu tego nie utrudniała. Powoli zbliżyła kwiat do jego szyi i zaczęła nim ją delikatnie muskać, nie nachalnie. Jej ruchy były bardzo powolne.

- Dalej nie wiem, czym jest wiciokrzew. - Odparła niespecjalnie przejmując się tym, że nadal nie do końca rozróżniała rośliny, o których mówił. Być może wspominał coś o tym, że je sadził, ale te nazwy... tak nadal pozostawały dla niej czarną magią.

- Jeżyną nie pogardzę, czy mogę wybrać tylko jedną opcję, czy wszystkie? Są jakieś ograniczenia? - Wiedziała, że nie, ale wolała się upewnić. To nie tak, że bardzo jej przeszkadzał ten jego medyczny bełkot, ale skoro sam zaproponował, że mogą z nim skończyć, to nie zamierzała oponować, wręcz przeciwnie. Miała tylko nadzieję, że nie dostrzegł na jej twarzy zbyt wielkiego entuzjazmu, bo nie chciała, żeby myślał, że ją to nudziło (nawet jeśli rzeczywiście tak było).

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
15.11.2024, 02:50  ✶  
To był piękny, naprawdę idylliczny dzień. Błogi, leniwy poranek. Spokojne, przyjemnie monotonne przedpołudnie pełne nicnierobienia. Wyśmienite, naprawdę satysfakcjonujące pierwsze chwile na kocu ledwo co rozłożonym pośród wrzosów. Długie minuty pełne zatracania się w świecie należącym tylko do nich dwojga i w sobie nawzajem.
Zaś teraz ten powoli upływający czas, gdy tak po prostu leżeli obok siebie, nic nie mówiąc, bo nie potrzebowali rozmawiać, żeby czuć się dobrze, cholernie szczęśliwie. Ambroise dokładnie taki się czuł. Nieważne, ile miesięcy czy lat upłynęło odkąd podjęli decyzję o tym, by przenieść tu część swojego wspólnego życia, każdego dnia spędzanego w ich Whitby czuł się po prostu właściwie.
Dokładnie tak samo jak u boku jednej kobiety, z którą mógł sobie wyobrazić perspektywę wspólnie spędzanego życia. Kolejnych dekad wypełnionych tym, co mieli i co budowali. Ostatnio również coraz częściej tego, że być może mogli ponownie poruszyć kilka tematów dotychczas odłożonych na półkę, rozważając coś więcej.
Małżeństwo, rodzinę?
Dom już mieli. Wypełnili go swoimi przedmiotami, dostosowali do siebie, uczynili swoim miejscem na ziemi. Mieli również siebie nawzajem. Nieodmiennie od wielu lat tworząc ten obraz szczęśliwej, choć nie do końca konwencjonalnej pary. Było im dobrze w ten sposób. Roise nawet nie próbował tego podważać czy kwestionować, natomiast w ostatnim czasie jego myśli coraz częściej odpływały w kierunku, o który nigdy by się nie podejrzewał.
Szczególnie teraz wraz z nadejściem jesieni przynoszącej pewną melancholię związaną z ciemniejszymi i krótszymi dniami, powoli zaczął zastanawiać się nad tym, co powinno być dalej, choć przecież niczego im nie brakowało.
Aczkolwiek... Może całkiem naturalne byłoby zrobienie czegoś, co po prostu ugruntowałoby ich pozycję? Szczególnie teraz, kiedy starał się o awans, wyższą posadę i mógłby zapewnić im znacznie więcej stabilizacji, a także swobód z tego wynikających.
Mimowolnie kiwnął głową, kątem oka zerkając w kierunku swojej dziewczyny, wieloletniej partnerki, najbliższej mu osoby. Chyba dosłownie ściągając ją myślami, bo nim zdążył ponownie skupić się na czytanym tekście, poczuł łaskotanie w szyję.
Z początku mimowolnie wygiął ramiona w przód, wciskając podbródek w obojczyk i reagując wzdrygnięciem się, ale całkiem przyjemnym. Kąciki jego ust drgnęły lekko, gdy po kilku sekundach na powrót się wyprostował, zagryzając wargę, chrząkając i wracając do czytania na głos.
Wokół rozciągał się kolorowy dywan wrzosów o fioletowo-różowych barwach, bardzo lekko falujących w porywach ciepłego wiatru. W oddali majaczyły drzewa, w których liście zaczynały już zmieniać kolory od zieleni do czerwieni i złota, co zapowiadało nadchodzącą jesień.
Również niewysokie magiczne krzewy tworzące starannie przycięty, wypielęgnowany żywopłot wokół ich oficjalnej części wrzosowiska (niedużego podwórka z ogrodem za domem) choć zimozielone, zaczęły przygotowywać się do jesieni. Ich owoce zaczerwieniły się a liście pociemniały, powoli drgając pod napływem nadmorskiej bryzy.
Było przepięknie. Nawet niebo, które bardzo powoli zaczęło zasnuwać się burzowymi chmurami, w dalszym ciągu przyciągało spojrzenie. Szczególnie wtedy, kiedy przecięła je jasna blyskawica a słońce już całkowicie zniknęło pod plątaniną szarości i granatu.
Ambroise przez lata zdążył nauczyć się, że w tym miejscu pogoda potrafiła zmienić się w naprawdę gwałtowny sposób, jednakże w tym momencie ani myślał podrywać się z koca i uciekać do domu przed wczesnojesienną zawieruchą.
Zamierzał spełnić poranne postanowienie i do samego końca skorzystać z jednego z ostatnich ciepłych dni przed nadejściem chłodnej pory. Mieli jeszcze co najmniej kilka, może kilkanaście minut zanim burza zbliży się do nich na tyle, by w ogóle zaczęli rozważać zbieranie się do chatki.
- Wiciokrzew. Lonicera. Tak właściwie to nawet nie mamy tutaj stricte wiciokrzewu, bo to odnosi się bardziej do płożących się pnączy niżeli do krzaków. Krzewy lonicery część ludzi woli nazywać suchodrzewami, ale to akurat mało trafna nazwa, jeśli mam być szczery - stwierdził odruchowo, odkładając i odsuwając od siebie książkę, żeby przekręcić się na bok, mrugając do Geraldine. - Nie potrzebowałaś tego wyjaśnienia, czyż nie? - Tak właściwie to nawet nie musiał o to pytać, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że rośliny w dalszym ciągu były dla niej dokładnie tym czym magiczne stworzenia dla niego.
Nie, nie czarną magią. Tak by tego nie określił. Zdecydowanie nie Ambroise. Natomiast w dalszym ciągu musiał po prostu przyznać, że ich dziedziny zainteresowań nawet po latach nie pokrywały się w tym zakresie. Mimo to czasami zdarzało mu się zapominać i mówić do Yaxleyówny swoim zawodowym językiem. Musiała z tym jakoś żyć.
- No cóż. I tak je dostałaś. Otwórz buzię - wzruszył ramionami, sięgając w tył, żeby palcami ponownie wymacać jeden z kwiatów. Z zamiarem delikatnego wsunięcia jej go do ust na język tak jak sam to wcześniej zrobił. - Tylko niech nie przyjdzie ci do głowy zbieranie owoców, gdy pojawią się na jesieni, bo tu nie ma powiązań logicznych. Kwiaty są jadalne, owoce za to umiarkowanie toksyczne dla ludzi - uprzedził, machając ręką w kierunku wspomnianych krzewów.
Jednakże darując sobie już dalszy wywód o tym, że tak właściwie to nie istnieją trujące rośliny, bo to dawka stanowi o truciźnie a kategoryzacja flory pod kątem trujące-nietrujące jest wyłącznie sztucznym wytworem systemu i straszakiem dla niewyedukowanych baranów. Zamiast tego skupił się na kolejnych słowach Riny.
- Zaczekaj - na moment uniósł rękę, żeby powstrzymać ukochaną przed pytaniem, na co tak właściwie miałaby czekać, po czym przeciągając się po raz kolejny, wreszcie przetoczył się na bok plecami do Geraldine.
Niemalże zsunął się z koca, wyciągając ręce w kierunku plątaniny dzikich jeżyn, z którymi swego czasu dosyć zacięcie walczył o tereny ich podwórka. Obecnie udało mu się zażegnać tamten kryzys, trwale karczując uparte rośliny.
Te poza granicami ich poletka ziemi mogli natomiast zostać nieruszone. Choć poniekąd również tę część wrzosowiska uważał za ich własną to lubił tę specyficzną dzikość natury. Poza nasadzeniami z wiciokrzewów (no, suchodrzewów) dających im trochę dodatkowej osłony i prywatności, nie ruszył tu niczego, co rosło w zgodzie ze swoją wolą. W tym wypadku dając całkiem duże i soczyste, zwłaszcza jak na dzikie pędy, owoce.
Sięgnął po pierwszą dojrzałą jeżynę, ostrożnie zrywając ją z kłującego pnącza i odkładając na bok na okładkę książki. Możliwe, że nie była to najlepsza decyzja, ale nigdy nie podchodził do tego w zbyt restrykcyjny sposób. Wręcz przeciwnie.
Nawet wtedy jeszcze za czasów długich godzin spędzanych w czterech mieszkanka na Pokątnej, rzucał książki i woluminy dosłownie wszędzie. Tym bardziej im bardziej irytował go brak uzyskiwanej odpowiedzi.
Po latach było to zresztą całkiem zabawne, choć w tamtym momencie dosłownie doprowadzało go na skraj szaleństwa, bo miał wrażenie, że stracił kontrolę nad starannie planowanym, bardzo poukładanym elementem swojego życia.
Z uporem maniaka zagłębiał się więc w księgi, a gdy nie przynosiły mu żadnych racjonalnych informacji (teraz zdawał sobie sprawę, że jakżeby mogły? to nie było nic, co dałoby się ująć na papierze) po prostu rzucał je gdziekolwiek, robiąc z nich sterty na biurku i stole. A gdy nie starczyło tam już miejsca, również na podłodze i każdej innej poziomej płaszczyźnie.
Możliwe, że powinien trochę bardziej dbać o estetykę okładek, nie brudzić kartek, nie zaginać stron w uszka, nie robić sobie zakładek z byle czego, co miał akurat pod ręką (w tym fragmentów roślin), ale cóż. Każdy miał swoje przywary. Niespecjalnie przeszkadzały mu te jego, bo nie robił tego z cudzą własnością. Jedynie ze swoją własną.
Teraz także machnął ręką na to, że sok z nadgniecionego, choć delikatnie zebranego (po prostu bardzo dojrzałego) owocu poplamił okładkę. Zdecydowanie bardziej skupił się na tym, żeby po niespełna dwóch czy trzech minutach zebrać całkiem sporą garstkę jeżyn.
Kiwnął głową z zadowoleniem, wycierając ręce o kępkę trawy i wracając do pierwotnej pozycji, choć tym razem trochę bardziej oparł się na łokciach. Spoglądając przez chwilę na owoce, powolnym ruchem ujął jedną jeżynę w palce, podrzucając ją w górę i łapiąc do ust.
Druga i trzecia skończyła dokładnie tak samo. Z każdą kolejną rzuty robiły się coraz wyższe, momentami nawet podkręcone. Bez dwóch zdań dało się zauważyć, jak bardzo samozadowolony przy tym był, bo żadna nie trafiła na ziemię. Wszystkie złapał prosto do ust, popisując się niczym rozbawiony młodzik.
- No dobrze. To na czym stanęliśmy? Jeżyny już są, choć zaraz ich nie będzie, jeśli nie zaczniesz się nimi częstować. Wino? Kieliszki czy butelka? - Spytał, tak właściwie nie mając żadnych preferencji.
Byli u siebie. Mogli żyć zgodnie z własnym widzimisię. To było tu najpiękniejsze. No, poza jego dziewczyną. Jego dziewczyna była najpiękniejsza. Mimowolnie posłał jej całkiem jednoznaczny uśmiech.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
15.11.2024, 13:42  ✶  

Stabilizacja nie była czymś, o czym kiedykolwiek marzyła. Zawsze pragnęła wolności, wrażeń, adrenaliny. Teraz wszystko się zmieniło, nawet jej to nie przeszkadzało, że dała się usidlić, wręcz przeciwnie. Podobało jej się to życie, które wiedli. Nie ograniczało to prawie wcale jej wolności, może trochę na innych płszczyznach, ale nadal mogła zajmować się tym, co sprawiało jej przyjemność, a do tego nie musiała już iść przez życie w pojedynkę, co kiedyś wydawało jej się jedyną możliwością. Okazało się jednak, że wcale nie była skazana na takie życie. Miała szczęście, że ich drogi się skrzyżowały i dostrzegła, że jest wiele możliwości, inne ścieżki, którymi może podążać. Gdyby nie to, to pewnie nie zaznałaby nigdy czegoś podobnego.

Było jej dobrze z tym, co mieli. Naprawdę dobrze. Nie chciała już nigdy wracać do innego życia, nie kiedy wiodła takie, które wydawało jej się być najlepszym. Była szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Nie potrzebowała już niczego więcej, chociaż może, czasem zastanawiała się, czy mogliby mieć jeszcze więcej. Zdarzało jej się zastanawiać nad tym, czy faktycznie nie był osobą, z którą mogłaby stworzyć prawdziwą rodzinę, znaczy to, co aktualnie mieli było przecież właśnie rodziną, ale mogłaby nawet rozważyć powiększenie jej, co kiedyś wydawało jej się być czymś, czego nigdy nie będzie miała, to nigdy nie były jej marzenia, ale widać wiele się mogło zmienić na przestrzeni lat.

Uniosła ponownie wzrok w stronę nieboskłonu, dostrzegała coraz więcej chmur, co faktycznie mogło zwiastować zbliżającą się burzę. Póki co jednak nie mieli czego się bać, było całkiem błogo i spokojnie, zresztą ich dom znajdował się na wyciągnięcie ręki, gdyby pogoda raptownie się zmieniła mogliby wrócić tam w przeciągu kilku minut.

Płożące się pnącze, strasznie spodobało jej się brzmienie tych słów, powtarzała je sobie w głowie, żeby to zapamiętać, chociaż wątpiła w to, że jej się to uda. Na całej reszcie wypowiedzi jakoś nie do końca się skupiła. Roise chciał dobrze, w końcu sama wspomniała o tym, że nie do końca wie o czym do niej mówi, jak zawsze postanowił jej przybliżyć bardzo dokładnie temat. - To nie tak, że go nie potrzebowałam, ale sam wiesz, jak mój mózg przyswaja takie informacje. - Uśmiechnęła się do niego i wzruszyła ramionami. Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że była bardzo oporna na wiedzę, szczególnie tą związaną z roślinami. Mimo tego, że od lat przecież mieszkała z zielarzem, jakoś nadal nie do końca odnajdywała się w tej dziedzinie, wręcz przeciwnie był jej bardzo odległy.

- Twoi studenci są tacy oporni na wiedzę jak ja? - Oby przyszłość magimedycyny nie zmierzała w tym kierunku, bo kiedyś nie będzie miał ich kto składać.

- Nie zdawałam sobie sprawy, że można jeść kwiatki. - Kolejna nowość, jeśli chodzi o rośliny, cóż była bardzo mocno ograniczona jeśli chodzi o wiedzę z tego zakresu. Nie oponowała jednak, otworzyła usta, żeby mógł jej wsunąć do środka kwiatek, po chwili gdy poczuła go na języku je zamknęła i zjadła roślinę. - Umiarkowanie toksyczne, to oznacza, że jakbym spróbowała kilka to nic by mi się nie stało? - To nie tak, że zamierzała to robić, zapewne jakby szła obok nawet nie dostrzegłaby tych owoców, tylko chciała się zapytać po prostu, jak to wyglądało. Nie do końca rozumiała pojęcie umiarkowanie toksyczne, to by oznaczało, że raczej nie zabijały, czy zabijały powoli? No, zdecydowanie to nie była jej dziedzina.

- To nie tak, że gdzieś się wybieram, tutaj mi dobrze. - Skoro miała zaczekać, to wreszcie zamilkła i obserwowała go uważnie.

- Tylko uważaj, żebyś się nie okaleczył. - Nawet ona zdawała sobie sprawę, że jeżyny miały kolce. Parę razy wlazła w nie podczas polowań w lasach i to nie było przyjemnym uczuciem, teraz raczej starała się nie powtarzać tych błędów, bo może nie stwarzały jakiegoś mocnego zagrożenia, ale te drobne ranki były całkiem upierdliwe.

Kiedy nie patrzył i zbierał owoce, zaczęła mu podkradać te, które układał na książce. Były dojrzałe, wyglądały na całkiem smaczne, nie mogła się więc oprzeć pokusie. Nie zaczekała, mimo, że miała to zrobić, cóż na pewno nie łatwo było jej ukryć to przed nim, bo owoce zabarwiły jej usta na malinowy kolor. Nie była szczególnie sprytnym złodziejem.

Podniosła się w końcu do siadu, w tej pozycji łatwiej jej było obserwować otoczenie. Przyglądała się swojemu chłopakowi, który świetnie sobie radził z walką z jeżynami, widać miał w tym duże doświadczenie, sama zaś powoli sięgała po kolejne owoce i pakowała je sobie do paszczy bez żadnych udziwnień.

- Naprawdę wziąłeś ze sobą kieliszki? - Przyglądała się mu nieco zdziwiona, powinien wiedzieć, że były raczej zbędne, przynajmniej dla Yaxleyówny. - Wystarczy mi butelka. - Jedna, albo dwie. Nie widziała nic złego w tym, żeby się upić przed dwunastą i tak nie mieli na dzisiaj żadnych istotnych planów, tylko i wyłącznie odpoczynek, więc dobrze się składało.

Zaszumi jej w głowie, później wrócą do domu, może prędzej, niż później, bo niebo zaczynało się robić coraz ciemniejsze, co zwiastowało burzę, która miała zaraz rozpocząć się nad ich głowami. Będą mogli dalej leżeć i nie robić nic, to wydawało się być całkiem niezłym planem na tę sobotę. Kiedyś pewnie uważałaby to za nudne zajęcie, aktualnie było tym, co przynosiło jej szczęście. Kiedy Roise znajdował się obok niej wszystko nabierało kolorów, każda banalna czynność zaczynała coś znaczyć.

Nie odrywała od niego wzroku nawet na sekundę i uśmiechała się sama do siebie. Miała ogromne szczęście, że udało im się stworzyć coś takiego, że miala jego. Naprawdę doceniała to wszystko. Nie miała pojęcia, czym sobie na to zasłużyła, ale w poprzednim życiu musiała być chyba dobrym człowiekiem, skoro los jej się teraz odwdzięczał w ten sposób.

Udało im się stworzyć dom, w którym byli szczęśliwi, na własnych, nie do końca konwencjonalnych zasadach. Wszystko wydawało się działać naprawdę nieźle, byli szczęśliwi, mieli tutaj wszystko, czego potrzebowali, właściwie bez względu na to, gdzie się znajdowali, to gdy byli razem czuła, że zawsze ma ze sobą swój dom, był nim Roise i te jego wszystkie głupie i mniej głupie pomysły.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
15.11.2024, 21:08  ✶  
Gdzieś w oddali rozległ się skrzek mewy, której głośny, wdzierający się w uszy jazgot sprowokował nieliczne stado innych, znacznie mniejszych i ciemniejszych ptaków do poderwania się do lotu z drzewa w ogrodzie przy domu. Niespokojnie wzbiły się w powietrze, odzywając się z nutą lamentu, żegnały lato, które właśnie odchodziło, gotowe już niedługo odlecieć w cieplejsze regiony.
Gdzieś, gdzie zimy nie były takie nieprzyjemne jak tutaj u nich na Wyspach. Być może nie mieli najbardziej niesprzyjającego klimatu, jednak wieczna wilgoć zimą zdecydowanie dawała się mocno we znaki. Wdzierała się pod ubrania, moczyła włosy, które następnie szybko pokrywały się szronem. Była ponura, szara i potrafiła naprawdę przytłoczyć.
Szczególnie, że od wielu lat spędzali ją naprzemiennie w Whitby i na Horyzontalnej. Raz tu, raz tu. Żonglując weekendami, okresem sabatu i mugolskimi świętami, które w tej konkretnej wiosce miały naprawdę urokliwy klimat, sprawiając, że nawet niespecjalnie promugolski Ambroise nie miał problemu z tym, aby przejść się drogą w dół do miasteczka, kręcąc się po uliczkach i spędzając czas z kubkiem grzanego wina w dłoni, biorąc udział w corocznym jarmarku.
Nawet nie dostrzegł, kiedy oboje zaczęli być częścią tej społeczności. Może nie do końca aktywną, raczej stroniącą od przesadnego kontaktu z sąsiadami. Daleko mu było od bycia zaangażowanym w życie populacji Whitby, nie brał udziału w większości lokalnych inicjatyw. Z ich dwojga był raczej tym bardziej nieprzystępnym i wycofanym człowiekiem, choć o obojgu raczej trudno było powiedzieć, że są przesadnie ciepli I zapraszający w stosunku do sąsiadów.
Cenili sobie swoją prywatność. Przede wszystkim. To od samego początku było ich spokojne miejsce, w którym od lat budowali bardziej monotonną, znacznie cichszą część życia w kontraście do tych wszystkich chwil spędzanych w Londynie. Nie sądził, aby mógł przenieść się tu na stałe, jednak gdy trochę zbyt długo zasiadywali się na Horyzontalnej, łapał się na tym, że zaczyna tęsknić za tym miejscem.
Za ich kawałkiem plaży, za wrzosowiskami, za ogródkiem ziołowym i huśtawką na ganku. Za doskonale wyposażoną kuchnią będącą jego trzecim ulubionym miejscem w Piaskownicy - zaraz po ogrodzie ze szklarnią i malutką oranżerią oraz, rzecz jasna, całkiem przytulnej sypialni.
Cholera, nawet za wszelkimi mankamentami starego domku nadającymi mu ten specyficzny klimat. Za trzeszczącymi deskami podłogowymi, klepkami spadającymi z dachu i cholerną okiennicą, która raz po raz wypadała z ramy a on z uporem maniaka ręcznie ją poprawiał zamiast użyć na niej magii.
Za mewami drącymi ptasie mordy, polnymi myszami i niezliczoną ilością pająków. Przynajmniej nie miewali zbyt wielu komarów i kleszczy. To akurat było raczej zasługą roślin posadzonych dookoła domu, ale było niewątpliwą zaletą, bo w długie wieczory mogli objęci spokojnie siedzieć pod kocem na huśtawce na ganku, rozmawiając cicho albo po prostu patrząc w krystalicznie czyste niebo. W Londynie nie było widać na nim tylu gwiazd, co tutaj.
Rok za rokiem budowali sobie coraz piękniejsze życie, w które teraz powoli zaczęły wkradać się te ostrożne myśli o czymś całkowicie nowym, wcześniej nawet nie branym przez niego pod uwagę a teraz... ...może nawet całkiem właściwym? Kochali się, byli ze sobą szczęśliwi, nie widział się nigdzie, tylko u jej boku. Na następne długie lata wypełnione sobą nawzajem.
Choć niegdyś przyprawiało go to raczej o parsknięcie, machnięcie ręką i wywrócenie oczami, teraz miał wrażenie, że i to nie jest mu już tak odległe jak jeszcze kilka miesięcy czy lat temu. Zupełnie jak w przypadku związania się z jedną wyjątkową kobietą na całe życie, na co również potrzebował przecież czasu. Całe szczęście, bo dzięki temu uniknęli wielu problemów; nie spotkali się przecież od razu, a bez wątpienia uważał ją za tą jedyną, dla której był w stanie wywrócić cały swój świat do góry nogami.
- Co powiesz na to, żebyśmy zimą wyjechali na chwilę w jakieś inne miejsce? - Odezwał się całkiem nieoczekiwanie, dając się łaskotać wrzosem po szyi i wyciągając ku niej palce, żeby tracić ją za to w czubek nosa. - Mogę wziąć trochę wolnego tydzień albo dwa po konferencji, gdy wszystko trochę się uspokoi - zaproponował, bo choć miał na uwadze to, że pierwsze dni bezpośrednio po tak dużym spędzie miały nieść za sobą wiele wymian zdań i intensywnych dyskusji, to później naprawdę mogli rozważyć wyrwanie się gdzieś na jakiś czas.
W dalszym ciągu miał całkiem sporo urlopu do wykorzystania nagromadzonego przez lata pracy. Choć bez wątpienia przestał być przy niej aż takim pracusiem. Skutecznie hamowała jego pracoholiczne zapędy nawet samym byciem przy nim w domu i tym, że po prostu chciał do niej wracać, spędzać razem dni i godziny, sycić się sobą nawzajem i swoją obecnością czy po prostu bycząc się na fotelu z Geraldine na kolanach, słuchając całkowicie niezrozumiałych dla niego skrótów wydarzeń z polowań, spotkań klubów łowieckich i innych takich.
- Alpy Francuskie? Na pewno mają tam jakieś fascynujące magiczne stworzenia - zaoferował, ruchem brwi zachęcając ją do tego, żeby obdarzyła go jakimś, byle niewielkim i niezbyt skomplikowanym, opisem tego co mogli tam potencjalnie znaleźć.
Co prawda w dalszym ciągu nie był fanatykiem magicznych zwierząt, jednak od lat nigdzie nie wyjeżdżali na zimę a przecież wiedział, że to było dla niej niegdyś bardzo istotne. Czemu więc nie mieli tego zrobić w tym roku? Szczególnie, że w kolejnym mogli mieć dużo innych zajęć, może nawet tej całkowicie nowej, nieznanej wcześniej odpowiedzialności?
To był świeży temat. Coś, co dopiero rodziło się gdzieś na peryferiach umysłu. W przeciwieństwie do tej naturalnej myśli, że teraz po tylu latach chyba nadeszła pora, aby spełnił swoje odległe groźby. Te sprzed niezliczonych (tak właściwie to całkiem zliczonych) miesięcy, o których mogła już zapomnieć, ale które on sam przypomniał sobie już jakiś czas temu.
Mieli początek września. Do listopada pozostało jeszcze trochę czasu. A później luty - luty wydawał się naprawdę doskonałym terminem. Świetnym, wręcz idealnym. Odległym, ale nie na tyle, żeby wszystko zdążyło zbyt mocno się rozmyć.
W przeciwieństwie do tej chwili, której błogość i ten wczesnojesienny, późnoletni klimat zlewały się ze sobą sprawiając, że czas płynął jakby wolniej. Leniwie otulając ich swoją miękkością jak ciepłym kocem z ostatnich przyjemnie ogrzewających skórę promieni letniego słońca.
Ambroise czuł, że mogliby tu tak po prostu leżeć jeszcze przez długie godziny, po prostu delektując się chwilą. Nawet w obliczu nadciągającej burzy, której pierwsze rozbłyski zaczynały przyciągać wzrok, ale jeszcze nie straszyły swoją intensywnością, nawet jeśli powietrze zrobiło się jakby trochę bardziej mokre, pachnące nadchodzącym deszczem.
- Dlatego jesteś piękna - uśmiechnął się nieznacznie pod nosem, naturalnie szykował się przy tym na kuksańca, szturchnięcie czy coś w tym rodzaju, bo całkowicie świadomie sugerował jej coś, co w żadnym wypadku nie było prawdą.
To znaczy - rzecz jasna była piękna. Była dla niego najpiękniejszą kobietą. Kimś, kto nieustannie zapierał mu dech w piersiach. Taka jak teraz z miękkością odsłoniętego ciała i w każdym innym wydaniu. Nawet niemożliwie brudna, zabłocona i potargana. Czasami wręcz mógłby stwierdzić, że wtedy była dla niego po prostu cholernie atrakcyjna.
Poza tym w żadnym wypadku nie twierdził, że musiała wyglądem nadrabiać jakiekolwiek inne braki. Byli sobie równi a siebie, cóż, uważał za naprawdę światłego człowieka. Nie był zbyt przesadnie skromny w tym zakresie. Doskonale zdawał sobie sprawę z możliwości. Czy to swoich, własnych czy to jego dziewczyny. Nie bez powodu byli dobranym duetem. Uzupełniała go w zakresie, w którym nie robił tego nikt inny. Nie potrzebował nikogo innego.
- Moi studenci są - na moment urwał wypowiedź, szukając odpowiednich słów i przy okazji machając ręką w powietrzu, jakby ten gest miał mu ułatwić ich odnalezienie - prezentują bardzo niski poziom... ...brak poziomu... ...tak właściwie. Zupełnie tak, jakby Hogwart zdecydowanie obniżył już i tak niskie standardy. Rzecz jasna są gwiazdy, ale są też... ...Gwiazdy. Na przykład taki O'Dwyer. Nomen omen protegowany drogiej Florence. Sympatyczny dzieciak, ale niech Matka ma go w opiece. Jego i wszystkich dookoła niego, jeśli jakimś cudem ukończy staż - zaczerpnął powietrza, pobłażliwie kręcąc głową, bo w tym momencie to nie był jeszcze aż taki problem.
W tym momencie zastanawiał się w ogóle nad tym czy przepuścić tego człowieka dalej ze swoich laboratoriów i wykładów, pozbywając się go i przerzucając odpowiedzialność na kogoś innego czy może powinien zablokować tego pociesznego idiotę na kolejny rok, wbijając mu do głowy, dlaczego dosypanie do gotowej substancji kilku proszków nasennych nie uczyni z niej lepszego eliksiru tylko co najwyżej zapewni im kolejny przypadek na oddziale. A w zależności od ilości domieszanych piguł może stworzyć autorski Eliksir Wiecznego Snu.
No. Wiara Roisa w młodych nie była zbyt silna, szczególnie w przypadku tego konkretnego indywiduum.
- Nie tylko te. Tak właściwie to całkiem sporo rodzajów. Na przykład nasturcje. Są całkiem smaczne. Trochę jak rzodkiewki - kiwnął głową trochę żałując, że to nie była już odpowiednia pora, żeby trochę popisać się tego rodzaju chwytami, robiąc jej jakąś kwietną sałatkę albo coś w tym rodzaju, ale przecież mieli na to przyszły sezon, potem kolejne. - Albo nagietki. Nagietki nadają się do dekoracji tortów i ciast, choć co się tam z nimi robi to już nie moja bajka - zdecydowanie nie był cukiernikiem.
Jedynie od czasu do czasu mógł doradzić coś prawdziwemu specowi w tym zakresie odnośnie doboru odpowiednich roślin do dekoracji i tym jak mogą się zachować pod wpływem upływu czasu albo temperatury. Natomiast wszelkie procesy chemiczne zachodzące podczas tworzenia wypieków były dla niego abstrakcją.
Cóż, nawet tu miał swoje granice, nawet jeśli uważał się za dobrego kucharza. Szczególnie po tylu latach przekładania warzenia eliksirów na stanie przy garach. Zwłaszcza w Whitby, które w tym całym swoim mugolskim otoczeniu miało kilka zalet, jakich nie mieli w mieszkaniu na Horyzontalnej. Naprawdę lubił swoją kuchnię w tym miejscu. Wygłaskaną, wyremontowaną, dopieszczoną.
Tak. Kuchnia i ogród były jego ulubionymi miejscami. Przeznaczał naprawdę dużo czasu, żeby je wygłaskać będąc z nich dumny niczym napuszony paw. Tak właściwie to z całej Piaskownicy był cholernie dumny. Ich domu. Nie zamieniłby go na żadne inne miejsce, nawet w Dolinie Godryka, co mówiło samo przez siebie. Kochał to miejsce.
- Umiarkowanie toksyczne jak nie zabiją cię, ale będziesz cierpieć na rewelacje żołądkowe i bardzo pożałujesz tej decyzji. Poza tym są gorzkie i niesmaczne, i nie pytaj mnie, skąd to wiem - znacząco uniósł brwi, bo cóż - nie od razu było się specjalistą w zakresie flory.
Każdy miał swoje mniej światłe momenty. Nawet on, choć raczej wolał upierać się, że jako Greengrass był od tego całkowicie wolny, przyswajając wiedzę od razu po narodzinach. Praktycznie całą w jednym momencie. Istny botaniczny geniusz.
Przy okazji również zbieracz, akrobata, żonglerz. Słysząc ostrzeżenie dotyczące kolców jeżyn, całkiem teatralnie wywrócił oczami. Robiąc to po raz kolejny, kiedy dostrzegł ubarwione owocami usta swojej dziewczyny, która ewidentnie nie potrzebowała namów na kosztowanie owoców.
- Nie - zacisnął wargi w stłumionym uśmiechu, starając się zachować powagę, bo mina Geraldine zdecydowanie była tego warta. - Liczyłem, że ich nie wybierzesz, bo wtedy musiałbym ci powiedzieć, że ich nie ma - tym razem już nie był w stanie utrzymać pokerowej twarzy ani powstrzymać się przed parsknięciem cichym, urywanym śmiechem.
Niemal od razu sięgnął po już napoczętą butelkę, odkorkowując ją zębami, ale całkiem kulturalnie wyciągając ją wpierw do Geraldine. Przy okazji nachylając się ku niej, żeby bezczelnie zlizać jej jeżynowy sok ze słodkich warg. Byli szczęśliwi, młodzi, zakochani, może już lekko pijani, ale sobą nawzajem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
16.11.2024, 01:05  ✶  

Nie znosiła ptactwa, tak naprawdę jedynym skrzydlatym zwierzęciem, które akceptowała był Floret, którego dostała od ojca kiedy skończyła uczyć się w Hogwarcie, wcześniej posiadała sowę, średniej wielkości płomykówkę, za którą nie przepadała. Jej jastrząb był zdecydowanie bardziej użytecznym stworzeniem od tej nieszczęsnej sowy. Towarzyszył jej w polowaniach, trochę czasu zajęło jej wytresowanie go, bo były to zawzięte ptaki, jednak jakoś udało jej się osiągnąć cel, była uparta, najwyraźniej trochę bardziej od swojego ptasiego przyjaciela. Większość łowców wybierała do polowań sokoły, bo je łatwiej było ułożyć, jednak ona jak zawsze wolała te trudniejsze opcje. Skrzywiła się więc kiedy usłyszała skrzek mew, miała nadzieję, że wzbiją się w powietrze i odlecą stąd w siną dal, najlepiej, jakby w ogóle nie wracały.

Zbliżała się zima, niestety, wiązało się to z krótszymi dniami, ale również z czasem za którym nie przepadała. Przywykła do tego, że jej zimy ostatnio wyglądały inaczej, nie wyjeżdżała na zagraniczne wyprawy, coraz mniej jej tego brakowało, mimo wszystko nudziła się podczas tych zimowych dni i wieczorów. Spędzała wtedy sporo czasu na czytaniu, co kiedyś nie sprawiało jej żadnej przyjemności, ale musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo inaczej by ochujała.

W Whitby było całkiem przyjemnie, bo nie bywała tutaj sama. Z Roisem od jakiegoś czasu lawirowali między mieszkaniem, a domem, w zależności od tego ile udało im się wyrwać dni wolnych od monotonii, to znaczy od jego pracy, która na pewno była szalenie ciekawa, tyle, że w nią akurat nie mogła się zaangażować. Oczywiście, że przywykła do tego, że tak wygląda ich życie, nie miała problemu z tym, żeby podążać za ich wypracowanymi kompromisami, szczególnie, że widziała, że Ambroise faktycznie był szczęśliwy, kiedy w Mungu wszystko układało się po jego myśli. Była z niego niesamowicie dumna, chociaż nie do końca rozumiała to wszystko, co robił. Najważniejsze, że był szczęśliwy. Zamierzała go wspierać we wszystkim, czym się zajmował, taka była jej rola.

Piaskownica była miejscem, w którym bardzo lubiła przebywać. Mieli tu zawsze coś ciekawego do roboty, bo ciągle walczyli z tym, żeby stała się w pełni funkcjonalną, tak to już jest ze starymi domami, że wymagają ciągłego zaangażowania. To było nawet zabawne, wiecznie się coś psuło i jak skończyli walczyć z jednymi mankamentami, to pojawiały się następne. Wierzyła jednak, że kiedyś faktycznie uda im się to miejsce do całkowitego porządku, chociaż z drugiej strony, czy tego potrzebowali? No nie. To, jak wyglądała aktualnie było wystarczające, szczególnie, że te najważniejsze pomieszczenia już dawno zostały wypełnione ich rzeczami, przez co to miejsce naprawdę było ich domem. Mieli tutaj sporą spiżarnię pełną eliksirów, przeniosła tutaj nawet część swojej broni, żeby zawsze mieć ją pod ręką, tak właściwie to dzielili życie na te dwa miejsca. Nie było to specjalnie problematyczne, okazało się też być nie najgorszym sposobem na to, żeby uciekać od monotonii. Londyn był zdecydowanie głośniejszym miejscem, tam ciągle się coś działo, było tłoczno, miało to swój urok, bo lubiła czasem wyjść do ludzi, czy po prostu między nimi przebywać, Whitby jednak przynosiło zupełnie inne doznania. Tutaj byli całkiem sami, z daleka od świata, nikt nie wiedział o tej ich kryjówce, życie płynęło tutaj zdecydowanie spokojniej, mogli w pełni nacieszyć się swoją obecnością. Nie przeszkadzali jej nawet ci mugole, którzy mieszkali w Whitby, przez te kilka lat udało jej się poznać kilka osób, które faktycznie mieszkały w tym miejscu, a nie pojawiały się tutaj w sezonie wakacyjnymi, nie było ich zbyt wielu. Byli to głównie właściciele drobnych sklepików, w których czasem robiła zakupy spożywcze, coś przecież jeść musieli.

Zresztą obojętne jej było, gdzie właściwie przebywali, najistotniejsze było to, że niezmiennie, od lat tworzyli to wszystko razem, że miała go u swojego boku. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek tak bardzo doceni to, że uda jej się znaleźć miłość swojego życia. Wcześniej wydawało się jej, że takie silne uczucie nie ma prawa bytu, że jest to wymysł, opowieści z bajek, tyle, że jej zdanie zmieniło się w momencie, w którym sama tego doświadczyła, wtedy to do niej dotarło. Była szczęśliwa, że miała szansę doznawać tego wszystkiego, że było jej to dane, nie wszyscy bowiem mieli taką możliwość, niektórzy przez całe życie nie znajdowali swojej drugiej połówki.

Zmarszczyła nos, kiedy ją w niego trącił. Nie spodziewała się tego ataku, jak widać powinna być zdecydowanie czujniejsza, zagrożenie czaiło się bowiem wszędzie. - Tak się składa, że nie mam żadnych szalonych planów na tę zimę. - O tym wiedział, miał świadomość, że ten okres wiązał się u niej z przestojem, więc taki wyjazd, gdziekolwiek naprawdę wydawał się jej być bardzo atrakcyjny. - Jeśli możesz sobie pozwolić na urlop, to wiesz, że nie mam żadnych przeciwwskazań, wręcz przeciwnie. - Miała świadomość, że teraz czekał go dosyć intensywny czas w pracy, więc nie chciała go od tego odrywać dla swojego widzimisię, była już duża i potrafiła sobie poradzić z nudą. Nie zamierzała na nią narzekać. Jeśli jednak sam jej to zaproponował, to pewnie oznaczało, że już wszystko przemyślał i miał taką możliwość.

- To ma być polowanie? - Nie musiał tego dla niej robić, wiedziała, że nie był to jeden z jego ulubionych sposobów na spędzanie wolnego czasu. Moligby zająć się czymś innym. - Z tego co się orientuję jest tam rezerwat smoków alpejskich, moglibyśmy pójść je obejrzeć. - Przecież nie musiała od razu zabijać magicznych stworzeń, to nie tak, że tylko tym się zajmowała, lubiła je również oglądać. - Są całkiem słodkie, dużo mniejsze od innych gatunków, nie tak małe jak smoczoogniki, ale też całkiem urocze. - Do tego mieniły się niczym opal, naprawdę było na co popatrzeć.

Wyjazd wydawał się jej być całkiem dobrym pomysłem. Nie miała pojęcia, co skłoniło Ambroisa do rzucenia takie porpozycji, ale naprawdę cieszyła się na samą myśl o tym, że mogliby gdzieś razem wyjechać, to nie tak, że nie spędzali ze sobą ciągle czasu, ale wiadomo, jak to jest. Podczas takich wycieczek można było zupełnie oderwać się od rzeczywistości i nie myśleć o tych codziennych sprawach, popłynąć jeszcze bardziej.

Chrząknęła, kiedy usłyszała jego kolejny komentarz, miała chęć mu się za to odgryźć, ale pozwoliła sobie jedynie na wystawienie języka. Bardzo dojrzałe zachowanie, nie ma co, ale sama sprowokowała go do tego komentarza. - Chodzi mi tylko i wyłącznie o te twoje rośliny, eliksiry i medycynę. - Musiała to sprostować. Zdecydowanie nie uważała się za niedouczoną, ale te dziedziny, którymi on się zajmował nie były jej szczególnie bliskie, było to widać zwłaszcza przy nim, bo on był w tym ekspertem. Nie przeszkadzało jej zupełnie to, że ich zainteresowania były takie różne, każde miało coś, w czym doskonale się odnajdywało, dzięki czemu razem tworzyli całkiem niezły tandem i trudno im było dorównać.

Zaśmiała się, kiedy zaczął mówić o swoich studentach, cóż, była przekonana, że na pewno żaden z nich nie byłby w stanie mu dorównać w żaden sposób, nie było na to szans, jej chłopak był przecież najlepszy z najlepszych. - Jest aż tak źle? - Cóż, nie spodziewała się cudów. Hogwart był tylko etapem przejściowym i nie wydawało jej się, aby jakoś specjalnie przygotowywał uczniów do dorosłego życia, uczyli się tam podstaw, lecz z resztą musieli sobie radzić później. Ona sama nauczyła się wszystkiego poza szkołą, taka była prawda, no może nie wszystkiego, ale tego, co ją konkretnie interesowało. - Myślę, że kto jak kto, ale Flo potrafi utemperować studenta, nie będzie miał z nią lekko, pewnie już nie ma. - Znała doskonale swoją przyjaciółkę i wiedziała, że może sięgnąć po różne metody, aby studenci brali sobie do serca jej polecenia. Nie była łaskawa praktycznie dla nikogo, właściwie z tego, co Yaxleyówna się orientowała to miała więcej cierpliwości jedynie do swoich braci i niej przez wzgląd na długoletnią znajomość. Czasem zdarzało jej się korzystać z usług przyjaciółki, gdy Roisa nie było w pobliżu, zresztą nie z każdym urazem chciała przychodzić do niego, nie musiał wiedzieć o wszystkich momentach, w których coś poszło nie tak.

- Rzodkiewki nie są smaczne. - Skrzywiła się na samą myśl, że musiałaby jakąś zjeść. W sumie temat jadalnych kwiatów nawet ją zainteresował, te nazwy nawet nie brzmiały mocno skomplikowanie. - Dziwny pomysł, ale w sumie ludzie lubią takie niestandardowe rozwiązania, więc pewnie to się sprawdza. - Nie do końca to rozumiała, sama nie przywiązywała wagi do czegoś takiego jak wygląd tortu, najstotniejszy był przecież smak, ale wiedziała, że dla wielu osób miało to spore znaczenie. Niektórzy jedli wzorkiem, czy coś.

- Och, ktoś tu chyba już ma takie doświadczenie za sobą i nie jestem to ja. - Cóż, nie, żeby ją to specjalnie dziwiło. Najczęściej przecież uczyli się na własnych błędach, te informacje też były zdecydowanie najszybciej przyswajane.

- Cóż, całkiem sprytne rozwiązanie, ale wiesz, że nie musiałes pytać, wtedy w ogóle nie byłoby problemu? - To nie tak, że teraz się pojawił, bo oczywiście wybrała tę mniej skomplikowaną opcję. Przewróciła jeszcze jedynie oczami, widząc, że go to bardzo rozbawiło. Sięgnęła po butelkę, którą otworzył i jej wręczył, już miała upić z niej łyka, tyle, że nie zdążyła tego zrobić, bo postanowił poczęstować się sokiem z jeżyn, który został na jej ustach, po raz kolejny ją zaskoczył, nie spodziewała się bowiem, że to zrobi. Postanowiła więc skorzystać z okazji i przy okazji skrać mu całkiem delikatny pocałunek, bo przecież nikt jej tego nie zabroni.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
16.11.2024, 05:05  ✶  
- A nasze zwyczajowe szaleństwo? - Odchrząknął znacząco i zmrużył przy tym oczy, rzucając Geraldine przesadnie badawcze spojrzenie, jakby nie do końca dowierzał w to, że mogła zapomnieć o ich dorocznym, praktycznie cozimowym szaleństwie.
Którego tak właściwie tam nie było, ale na potrzeby tej chwili zamierzał udawać, że okazjonalne zmiany jednej lokalizacji na drugą, wypady na sabat, targi i jarmarki były prawdziwie pasjonujące.
No i bale. Nie mogli zapomnieć o serii swoich ulubionych wydarzeń towarzyskich, jakimi były liczne imprezy czystokrwistych czarodziejów. Ambroise nie wiedział, kiedy dokładnie zaczął uznawać to za pewną przyjemność. No, może nie same godziny spędzane między obłudnymi i zazwyczaj skrajnie nudnymi ludźmi, ale te fragmenty dnia przed wyjściem z domu i po powrocie do niego. One zasługiwały na zaszczytne wspomnienie w pamięci.
- Wiesz, że dla niektórych podniesienie się z kanapy i dobrowolne, pozazawodowe wyjście na zewnątrz, gdy wokół panują minusowe temperatury to już przesada - zauważył bez najmniejszego problemu, bo przecież nie musiał przy niej powstrzymywać się od komentarzy tego typu; bądź co bądź poniekąd godzących w ich tradycyjne wartości czystokrwistych czarodziejów, bo niemal od razu dodał. - No, chyba że trzeba odstawić się jak goblin na otwarcie filii banku. Wtedy już bardzo ochoczo dopuszczają do siebie takie szaleństwa - skwitował porozumiewawczo.
Nie raz i nie dwa przecież słyszeli od takich ludzi te pasjonujące historie o wyjściu na zaśnieżoną ulicę w nowych pantofelkach o nieprzetartych podeszwach, które tak baaaardzo ślizgały się na lodzie. Albo o wietrze, który nagle brutalnie szarpnął delikatną parasolką prawie unosząc przy tym równie wątłą i wiotką rączkę właścicielki przedmiotu.
Niektórzy ludzie wręcz uwielbiali wciskać wszędzie zbędnie dramatyczne elementy. Inni, tacy jak oni, po latach zaczynali powoli doceniać te nieliczne momenty, w których ich życie było zdecydowanie pozbawione kolejnych ekscytacji niezwiązanych z prywatnymi, całkowicie planowanymi ekscesami.
Na przykład takimi, o których teraz rozmawiali. Ambroise w trochę innym założeniu, ale nie wątpił, że ostatecznie i tak przyjdzie im odnaleźć się na tej samej stronie.
- Możesz mi uwierzyć, że w takim wypadku z pewnością go dostanę - stwierdził bez większego zastanowienia, bo im bardziej o tym teraz (i nie tylko teraz) myślał tym bardziej naturalne wydawało mu się, że mogli to uznać za pewnik.
Przede wszystkim w dalszym ciągu miał te swoje absurdalne ilości niewykorzystanych dni urlopowych, z których być może przez ostatnie lata znacząco zaczął korzystać, ale nie był w stanie tak po prostu pozwolić sobie na to, żeby wziąć je wszystkie na raz albo robić to w nieodległych od siebie odstępach czasowych.
Ponadto stan, w jakim znajdował się szpital oraz własne zawodowe plany Greengrassa wymagały od niego brania dodatkowych dyżurów, zamian albo przejmowania dniówek lub nocek po kolegach, zostawania po godzinach.
A to wszystko było bardzo niechętnie wypłacane przez dyrekcję Munga, która nie była nawet w stanie zadbać o dotrudnienie dodatkowego personelu pomocniczego albo ogólnej kadry uzdrowicielskiej. Zamiast tego raz na jakiś czas dawano mu kilka świstków do przejrzenia, zmuszając go do pozornego odebrania przepadających dni urlopowych. Z tym, że jednocześnie manewrując go w branie w tym czasie dyżuru za kogoś innego.
Szczególnie wtedy, kiedy jakiś magimedyk wreszcie przechodził swoją granicę i po prostu się zwalniał idąc całkowicie w prywatną praktykę. Przez lata przez szpital zdążyły przelać się niezliczone rzesze pracowników zatrudniających się wyłącznie na chwilę w ramach złapania wstępnego doświadczenia i kontaktów. Mało która osoba znana Greengrassowi żyła wyłącznie z pensji uzdrowiciela.
On również najpewniej już dawno całkowicie przeszedłby na własną pełnoetatową działalność. Kiedyś całkiem poważnie to rozważał, aby mieć większą swobodę w układaniu sobie prywatnego życia u boku swojej kobiety, z którą naprawdę starał się spędzać jak najwięcej czasu, nawet pomimo napiętego grafiku. Jednakże ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu.
W tym momencie miał tak naprawdę niedużą garstkę stałych prywatnych pacjentów i swoje pokątne interesy na Nokturnie, z których w żadnym razie nie zrezygnował, ale które starał się ograniczyć do minimum. Z roku na rok szukając możliwości wyrobienia tam sobie na tyle silnej pozycji, aby nie musieć angażować się w każdą pierdołę jak to miał w zwyczaju na samym początku. W tej chwili nie potrzebował zbędnej adrenaliny, nie musiał szukać niepotrzebnej złudnej ekscytacji.
Szczególnie teraz, kiedy w jego głowie zaczynały wyklarowywać się znacznie poważniejsze plany. Nie to, żeby te obecne takie nie były. Po prostu nagle powoli zaczynał dopuszczać do siebie szereg całkiem nowych możliwości. A w związku z nimi również wszelkie możliwe zmiany, kolejne przetasowania, drobne zamieszanie w kociołku.
Wbrew pozorom zachowanie a nawet ugruntowanie sobie pozycji w szpitalu, jakakolwiek nie byłaby ta instytucja, nie było tak całkowicie do końca związane z jego ambicjami. Nie wyłącznie. Oczywiście, od lat instynktownie dążył do tego, aby w odpowiednim momencie być w stanie płynnie wskoczyć na zwalniające się stanowisko, zajmując je z niewymuszoną pewnością siebie. Natomiast aktualnie liczyło się jeszcze coś.
To, co wcześniej wykluczało u niego rezygnację z pracy na etacie w Mungu. Teraz dodatkowo sprawiało, że robił jeszcze więcej rzeczy, aby zaznaczyć swoją obecność a nawet dominację na oddziale. Chcąc budować im bardziej stabilne życie na kolejnych naturalnie postępujących po sobie etapach (cóż, to brzmiało niezwykle dojrzale, całkiem imponująco i dobrze) potrzebował mieć jasną sytuację zawodową.
Tak robili odpowiedzialni ludzie. A Ambroise chyba zaczął być właśnie taką osobą. Przynajmniej starał się nią być, nie tracąc jednocześnie siebie i tego, co w sobie lubił. Nie poświęcając się, nie musząc się zmieniać, bo przecież nic nie musiał. Po prostu chcąc. Stopniowo, krok po kroku pragnąc dla siebie, dla nich domu w pełnym wymiarze tego słowa. W całym zakresie, który krył się pod tym określeniem. Nawet tym dotychczas dogodnie pomijanym, nie branym pod uwagę, nawet wręcz niechętnym.
Sam nie do końca wiedział, kiedy tak naprawdę zaczął dziać się ten proces, ale gdzieś tam w tym wszystkim zaczęło pojawiać się to jedno ostrożne, odrobinę pytające słowo może?, w końcu nie byli już gówniarzami.
Roise jakiś czas temu przekroczył magiczną granicę trzydziestki, po której w teorii nic się nie zadziało, natomiast w praktyce... ...może to gdzieś tam podskórnie zaczęło napędzać tę całą spiralę zmian? Nie, chyba nie. Przynajmniej nie do końca było to ze sobą aż tak powiązane. Raczej nie sądził, żeby można to było podczepić wyłącznie pod jakiś śmieszny deadline, który ktoś gdzieś kiedyś określił, natomiast fakty były faktami.
Coś się działo i to niekoniecznie było coś złego. Nieoczekiwanego, wprowadzającego element zmieszania, konsternacji i zaskoczenia, ale nie złego. Wręcz przeciwnie. W pewnym stopniu jeszcze bardziej mobilizowało go do dążenia po swoje, bo widział w tym dodatkowy cel na horyzoncie.
Skoro zaś pojawiły się te ostrożne zmiany to czyż nie powinny iść z nimi w parze jakieś konkretne czyny? Szczególnie, że od samego początku oboje upierali się, że właśnie tego typu ludźmi są - przedkładali czyny ponad słowa.
Od wielu lat, praktycznie od tamtej pierwszej zimy spędzali ten okres w bardzo zbliżony sposób. Za każdym razem niemalże identycznie, choć Roise raczej nie powiedziałby, że monotonnie. Starali się go sobie ubarwić, wypełnić aktywnościami, odpowiednio uatrakcyjnić. Sam starał się to robić dla Geraldine, bo w przeciwieństwie do niego miała wtedy niemalże całkowity zastój zawodowy. Wiedział, że to wiele od niej wymaga i po prostu usiłował zrobić coś, by nie było to poświęceniem.
W tym roku... ...no, może w następnym, bo zdecydowanie bardziej celował w początek siedemdziesiątego pierwszego, na bieżąco układając sobie całkiem niezły plan w głowie. W tym sezonie zimowym - to było dobre określenie.
W tym sezonie zimowym zdecydowanie zamierzał wziąć sobie tyle wolnego ile by chcieli, powołując się na wyjątkową okazję, sięgając po jedną konkretną kartę, która miała przejść nawet w jego pracy. Instynktownie uśmiechnął się pod nosem. Knucie, gdy już zaczął to robić, przychodziło mu całkiem lekko i zaskakująco bezboleśnie. To było... ...dziwne, ale ponownie - nie w złym znaczeniu tego słowa.
- To może być między innymi polowanie, jeśli tego sobie życzysz - stwierdził bez większego zawahania, tym razem powołując się przed samym sobą na to, że tak właściwie to nie miało go to przecież w żaden sposób zmiażdżyć ani przytłoczyć
To nie było żadne poświęcenie. Nie przez pryzmat, przez który na nie patrzył, bowiem gdy już wypowiedział na głos swoją propozycję to wszystko zaczęło całkiem zgrabnie się spinać. Poza tym raczej miał na myśli kilka tygodni.
Minimum dwa, może trzy. Raczej nie dłużej, na to nie było już zbyt dużych szans, ale trzy... ...trzy może byliby w stanie zyskać, wypełniając je różnymi aktywnościami. Przede wszystkim sobą nawzajem i swoim towarzystwem. Przy niej mógł się nawet dać przeciągnąć po zaśnieżonych górach w poszukiwaniu czegoś, czego sensu i tak by nie zrozumiał, więc nie planowałby tego robić.
- Powiedzmy, że pół na pół? - To brzmiało jak całkiem korzystna, sprawiedliwa oferta. - Wybierzemy się na polowanie albo do tego smoczego rezerwatu. Kto wie. Może nawet uda nam się znaleźć czas na obie te aktywności, a nawet może na coś jeszcze. Później moja część planów i tak, obiecuję ci, że nie będę cię ciągać po nudnych tych moich tylko i wyłącznie roślinnych, eliksiralnych i medycznych miejscach. Tylko trochę -mrugnął do Geraldine jednym okiem, przeciągając się na kocu i z samozadowoleniem kiwając do siebie głową.
To brzmiało jak naprawdę dobry wstępnie nakreślony plan. A przecież mieli jeszcze całkiem sporo czasu, żeby go później dopracować, nadać mu ostateczny szlif. Z pewnością mieli być przy tym na tyle kreatywni, no przecież ich znał, że Ambroise w żadnym stopniu nie martwił się o to, iż może im cokolwiek nie wyjść.
Wręcz przeciwnie - znając życie znajdą sobie całą listę aktywności po czym większość czasu spędza obracając się wyłącznie wokół kilku konkretnych działań i tematów. Tu też znał zarówno siebie, jak i swoją dziewczynę. Tak właściwie to cenił sobie tę przewidywalną nieprzewidywalność, jaką się oboje odznaczali.
Zdecydowanie dużo bardziej nie lubił braku konsekwencji w byciu po prostu niezaprzeczalnie i bezczelnie sobą. Czegoś, czego brakowało na przykład tym jego nieszczęsnym stażystom, którzy sprowadzeni do parteru nawet nie potrafili podjąć próby solidnej obrony własnego zdania.
Wręcz przeciwnie - plątali się i miotali, wili się niczym węgorze. Prezentowali niski, naprawdę bardzo niski poziom. Aż machnął na to teraz ręką. Mieli obecnie znacznie przyjemniejsze, bardziej satysfakcjonujące tematy do poruszania. Byli tu razem, mogli delektować się tą chwilą zamiast zagłębiać się w tajniki panowania nad protegowanymi w szpitalu. Mieli wino do picia, jeżyny do smakowania, ewidentnie kontrowersyjne opinie do wygłoszenia.
- Rzodkiewki są niesmaczne? Chyba nigdy nie jadłaś dobrej rzodkiewki - instynktownie pokręcił głową, wywracając przy tym oczami, bo to naprawdę było coś, czym go zaskoczyła.
Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że jego kobieta jest głównie mięsożerna. W końcu całkiem często dla nich gotował, ale jako pracownik ochrony zdrowia raczej starał się przemycać tam coś więcej niż mięcho, mięcho i jeszcze więcej mięcha. Pod tym kątem była wprost niereformowalna. Rzodkiewki nie są smaczne.
- Nie wiem, z czym to jest związane. Przekonamy się, wtedy może nam się trochę rozjaśni - stwierdził bez większego zastanowienia, drapiąc się przy tym po brodzie i bardzo lekko wzruszając ramionami.
Szczerze mówiąc takie tematy nie były mu w żaden sposób bliskie. Jasne. Bez wątpienia był estetą, ale nie miał problemu, żeby detale i pierdoły tego typu oddać w cudze ręce. Lubił mieć kontrolę nad ogólnym projektem, nie nad takimi drobnostkami jak wygląd ciasta.
Nawet ich dom w Whitby czy mieszkanie przy Horyzontalnej nie było w większości jego zasługą, gdy chodziło o te wszystkie dekoracje i ogólny wygląd. On wolał być siłą wykonawczą, stawiając tylko kilka swoich żądań, oczekiwań, próśb - czegoś pomiędzy, po czym skupiając swoją uwagę głównie wokół zewnętrznej części domu. No i kuchni. Kuchnia była niezaprzeczalnie jego królestwem, w którym mógł swobodnie warzyć eliksiry i nie potykać się przy tym o wszystko dookoła.
- Większość najlepszych doświadczeń płynie z praktyki, wiesz? - Nieznacznie rozszerzył powieki, zaraz dopowiadając konspiracyjnym szeptem. - Najgorszych też - o tak, on sam miał tendencję do obu tych rodzajów.
- Co to byłaby za zabawa, gdybym cię o to nie spytał? Jeszcze powiedziałbyś, że się rządzę, więc patrz - uśmiechnął się do niej bezbłędnie, wzruszając ramionami - oddałem ci możliwość wyboru a ty dokonałaś tego najbardziej właściwego. Właśnie dlatego - dlatego było tak dobrze, dlatego nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, żeby od czasu do czasu pozwolić sobie na jakiś fortel, zaskoczyć ją możliwością wyboru, bo podświadomie wiedział, jaki on będzie.
Zgadza się - to było trochę perfidne, ale nigdy nie próbował udawać, że jest człowiekiem bez skazy. A to wszystko robił głównie dla tego drobnego elementu słodyczy. Niemalże tak wyśmienitej jak kropelki owocowego soku na ustach jego kobiety.
Tym razem nie naparł wargami na ciepłe, miękkie wargi Geraldine. Nie pocałował jej łapczywie, nie pociągnął ze sobą na koc i nie zasypał kolejnymi pożądliwymi falami dotyku. Teraz tak po prostu odwzajemnił to bardzo delikatne muśnięcie ust dziewczyny, powoli wplatając palce w jasne włosy Yaxleyówny i smakując jeżynowy sok. Leniwie, bez pośpiechu, całkowicie rozkosznie poddawał się chwili, unosząc kąciki ust.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
16.11.2024, 23:00  ✶  

- Ach tak, jak mogłabym zapomnieć, no, poza nimi nie zamierzam robić nic specjalnego. - Faktycznie sezon zimowy był dosyć intensywny. Nie wydawało jej się jednak, że gonią aż tak w poszukiwaniu szczęścia, jak większość czarodziejów. Jasne, to nie tak, że zupełnie ignorowali sabaty, wręcz przeciwnie - całkiem godnie spełniali obowiązki, które wynikały z ich pochodzenia. Pokazywali się razem, oczywiście na tych wszystkich balach i innych spędach, bo przecież wypadało zaznaczyć swoją obecność, jednak najbardziej lubiła te momenty, które spędzali we dwoje, w domu, wtulając się w swoje ramiona, po prostu będąc razem. To nieco zmieniło jej podejście do świąt, od kiedy miała je z kim spędzać patrzyła na nie jakoś łaskawiej, zresztą nie tylko na nie.

- Wiem, ale oni nie mają pojęcia, co tracą. - Zima miała swój urok, było w niej coś bajecznego, no może nie w każdej postaci, bo chodziło jej przede wszystkim o te nieliczne momenty, kiedy biały puch okrywał ziemię, a drobne gwiazdki sypały się z nieba. Nie przeszkadzały jej niskie temperatury, nie kiedy mogli się napawać tym pięknem, które ich otaczało. Nie była jakąś przesadną romantyczką, ale zima kojarzyła się jej z czymś wyjątkowym. Zresztą to zimą ich drogi splotły się na dobre, miała sentyment do tej pory roku. Pewnie nigdy się to nie zmieni. Odczuwała nieco to, że nie mogła polować, ale nie wpływało to na te inne, miłe wspomniania.

- Cóż, każdy ma jakieś priorytety, dla niektórych jest to wystrojenie się i zademonstrowanie nowej sukienki, czy coś. - Nigdy nie umiała tego zrozumieć, naprawdę próbowała, ale jej umysł był w pewien sposób najwyraźniej ograniczony. Nigdy nie przejmowała się tym, jak wygląda, jak postrzegają ją inni ludzie, nie było dla niej istotne, czy ma najnowszy model sukienki, czy jakieś niesamowite buty. Miała świadomość, że dla sporej części towarzystwa to było bardzo istotne. Nie daj Merlinie, aby kilka płatków śniegu zaplątało im się we włosy, bo mogłoby to zniszczyć ich wymuskane fryzury. Nie chciała kiedykolwiek tak skończy, właściwie to wiedziała, że nie było to możliwe w jej przypadku. Dla niej zawsze liczyło się coś więcej.

- Czyli jesteśmy umówieni? - Cóż, dobrze się składało. Faktycznie Roise niezbyt często pozwalał sobie na dłuższe urlopy, więc wypadałoby, aby wreszcie trochę odpoczął. Nie miała pojęcia, jak właściwie funkcjonuje Mung, szczególnie gdy patrzyła na to wszystko z boku była zdziwiona, że się jeszcze nie posypał. Zresztą te wszystkie publiczne instytucje zdaniem Yaxleyówny mocno kulały, jak chociażby też ministerstwo. Nim chyba najbardziej gardziła. Nie wiedziała dlaczego jeszcze nikt nie wziął się za jakieś reformy i nie spróbował zmienić tego, w jaki sposób funkcjonowały, cóż pewnie nic się nie zmieni przez najbliższe lata. Nikt nie miał na tyle duży jaj, aby się tym zająć.

Była zadowolona, że jej to nie dotyczyło. Swoją krótką karierę w ministerstwie uważała za porażkę, miała wrażenie, że nie da się tam z nikim dogadać, i że walczy ze ścianą. Właściwie miała sporo szczęścia, że nie musiała się łapać pierwszej, lepszej pracy, tylko faktycznie zajmowała się tym, co od zawsze chciała robić. Miała dużo możliwości, mogła przyjmować tylko te zlecenia, które faktycznie ją interesowały (no, chyba, że bardzo się nudziła, to brała je jak leci). Mogła nie pracować, kiedy tylko miała na to ochotę, to na pewno bardzo pomagało ułożyć sobie ich rutynę. Miała możliwość dzięki temu spędzać z Roisem więcej czasu, w jakiś sposób planować wszystkie sprawy, aby spinały się odpowiednio czasowo, oczywiście, że nie zawsze było to możliwe, jednak w naprawdę sporej ilości przypadków. Mało kto miał problem z tym, aby poczekać, dzień, czy dwa dłużej na wykonane zlecenie. Nie narzekała też specjalnie na swoje finanse, wiodło jej się całkiem nieźle, zwłaszcza gdy trafiła jedno, czy drugie lepsze zlecenie, bardziej unikatowe stworzenie, które zdecydowanie były więcej warte.

Lubiła się czuć niezależnie jeśli chodzi o swoje finanse, mieć jakieś zabezpieczenie, poduszkę finansową, aby móc pozwolić sobie na własne zachcianki, nie, żeby było ich zbyt wiele, ale czuła się jakoś pewniej, gdy nie musiała się tym przejmować. Zresztą uwielbiała swoją pracę, nie wyobrażała sobie sytuacji, w które miałaby z niej całkowicie zrezygnować, na szczęście nikt od niej tego nie wymagał. Te jej zimowe przestoje nie kolidowały jej za bardzo z niczym, przywykła do nich, stały się dla niej nową tradycją, która pojawiła się w jej życiu od kiedy zaczęli być razem. Z początku było to nieco trudne, ale z czasem stało się normalne. Zresztą nie potrafiłaby wyjechać na miesiąc, czy dwa, to już nie było dla niej takie proste. Kiedyś nie miała z tym większego problemu, bo nikt nie czekał na nią w domu. Od kiedy to się zmieniło, zmieniły się też jej priorytety. Wolała siedzieć z nim na parapecie, obserwując niebo; spadające, drobne płatki śniegu, niżeli uganiać się za sfinksami w Afryce. Nie czuła, że coś przez to traciła, już nie. Kiedyś bała się ograniczenia swojej wolności, nie podejrzewała, że znajdzie się ktoś, kto będzie mógł zmienić jej zdanie, dlatego nigdy nie ładowała się w żadne stałe relacje, ale teraz, teraz wiedziała, że warto było odważyć się to zrobić te cztery lata temu. Niczego nie żałowała, została opętana przez Greengrassa i jej to odpowiadało. Mimo, że czasem ją irytował, potrafić wkurwić, jak nikt inny, to jednak też pokochała go w taki sposób, w jaki nikogo wcześniej. Nie wiedziała, że jest w ogóle zdolna do takich silnych uczuć.

- Nie muszę polować, wiosną sobie trochę odbiję tę zimę. - Zazwyczaj tak robiła. Kiedy przychodziła wiosna korzystała z atrakcyjnej pogody i spędzała w lasach więcej czasu. Nadrabiała zaległości, korzystała z dłuższych dni, robiła to co kochała. Nie musiała więc jakoś gonić za tym, żeby spędzać w ten sposób ich urlop, to nie było potrzbne. Mogli robić razem zdecydowanie inne, ciekawsze rzeczy. Nie musiała go mieszać w swoje sprawy zawodowe.

- Wystarczy rezerwat, możemy odpuścić polowanie. - Nie miała nic przeciwko temu, oglądanie smoków też było całkiem atrakcyjne, więc nie potrzebowała nic więcej z atrakcji dla siebie samej, nie sądziła bowiem, że Ambroise będzie się tym chociaż odrobinę ekscytował. - To nie tak, że są nudne... - To nie do końca tak, że uważała jego zainteresowania za nudne, bardziej hmm, mało interesujące, czy coś? - Może trochę, ale jestem w stanie się przemęczyć, oczywiście tylko trochę. - Wolałaby nie zasypiać na stojąco słuchając zbyt długo o eliksirach, ziołach, czy innych takich, krótsze treści bez większego problemu była w stanie zarejestrować. - To chyba brzmi jak całkiem niezły plan. - Dodała jeszcze, bo właściwie sam pomysł naprawdę się jej spodobał.

Ustalili wstępnie, jak może wyglądać ta ich wycieczka, cóż, teraz będzie miała na co oczekiwać. Lubiła mieć jakieś konkretne plany, bo dzięki temu znajdowała sobie cel, do którego mogła odliczać. Często były to jakieś drobne rzeczy, jak chociażby weekend spędzony w Whitby, nie wiedzieć czemu sprawiało jej to ogromną przyjemność. Szczególnie zimą, gdzie głównie to czekała na wiosnę, nie, żeby jej to przeszkadzało, bo to też było w pewien sposób ekscytujące. Odliczanie do momentu, kiedy słońce wyrwie się z zimowego snu i będzie dłużej pozostawało na niebie.

- Rzodkiewki są dobre dla saren, zajęcy, królików, czy innych takich. Nie dla ludzi. - Oczywiście, że zamierzała podkreślić, że warzywa jej zdaniem nadawały się głównie na pokarm dla zwierząt, nic się jeśli o to chodzi nie zmieniło. Podstawą jej diety było od zawsze mięso, gdyby sama miała wybierać swoje posiłki, to pewnie z jej jadłospisu zniknęłyby wszystkie warzywne elementy, tyle, że to Roise ich karmił, więc nie do końca miała na to wpływ. Musiała jeść to, co dla niej przygotował, więc czasem sięgała po te nieszczęsne rośliny. Nie była bowiem jeszcze tak zdesperowana, aby sama nauczyła się gotować, to miało się nigdy nie zdarzyć.

- Nie wiem, czy będziemy mieli szansę się przekonać. - Jakoś nie zakładała, że będzie osobą, która postanowi zamówić sobie tort z kwiatkami nasturcji, czy jakimiś innymi. Rzadko kiedy sięgała po słodycze, nie przepadała za nimi jakoś specjalnie, jeśli już to wybierała wszystko, co miało w sobie alkohol - Merlinie dzięki temu, kto wymyślił, że czekolada i alkohol całkiem nieźle ze sobą współgrają. Nie była w tym jakoś specjalnie hop do przodu, nie podążała za trendami, nie miała pojęcia, jakie desery są aktualnie na topie. Jakoś nigdy specjalnie jej to nie interesowało, ale wiedziała, że są ludzie, którzy przywiązywali do tego wagę, co nawet odrobinę ją bawiło, chociaż wiadomo jak jest, zainteresowania mógły być różne, niektórzy mogli cieszyć się z kupna i zjedzenia nowego rodzaju ciasta.

- Wiem, akurat z tego sobie zdaję sprawę. - Przypominały jej o tym wszystkie blizny, które nosiła z dumą na swoim ciele. Nie każde doświadczenie było szczególnie przyjemne, ale przypominało jej też o innych sprawach, jak chociażby to, że nie jest nieśmiertelna i musi uważać, bo zdecydowanie chciała żyć jak najdłużej. Szczególnie od momentu, w którym miała dla kogo żyć, wtedy zmienił się sposób w jaki zaczęła postrzegać wiele spraw. Przestała niepotrzebnie ryzykować, nabrała nieco dystansu i starała się podejmować jedynie słuszne decyzje - nie zawsze jej to wychodziło, ale naprawdę się starała.

- Coś ty, ja śmiałabym ci zarzucić, że się rządzisz? Nie ma szans. - Starała się nie roześmiać, bo wręcz przeciwnie to było całkiem prawdopodobne. Lubiła mieć wybór, jakikolwiek, ale samo to, że mogła sama decydować było dla niej dość istotne. Nawet jeśli decyzje, które podejmowała były całkiem przewidywalne.

- Kiedyś się zdziwisz. - Tak, liczyła na to, że kiedyś jeszcze go zaskoczy i podejmie taką decyzję, której nie będzie się spodziewał. Lubiła go zaskakiwać, bo robił wtedy taką śmieszną minę i marszczył czoło, może nawet specjalnie postąpi wbrew sobie, aby móc napawać się tym widokiem. Oczywiście, że była skłonna to zrobić.

Nigdzie się nie spieszyli, mogli pozwolić sobie na kolejne minuty napawania się swoim towarzystwem, tym razem zdecydowanie mniej intensywnie, ale słodkie pocałunki, też miały w sobie wiele uroku. Położyła prawą dłoń na policzku mężczyny i bardzo delikatnie głaskała nią go po twarzy. Chwile, jak te mogłyby się nigdy nie kończyć, właściwie to ich życie było przecież jedną, wielką niekończącą się sielanką, więc nie miała na co narzekać.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
17.11.2024, 02:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2024, 02:17 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- A może jednak zamierzasz? Jeszcze nie zweryfikowaliśmy planów na zimę - przypomniał gładko, naturalnie wzruszył ramionami.
No, teoretycznie to wszystko od lat wyglądało dokładnie tak samo. Raczej nie potrzebowali zbyt wiele czasu, aby wszystko ustalić i przyklepać, ale w tym roku... ...wiele mogło się jeszcze zmienić. A jednocześnie poniekąd nic.
- Coś w tym jest - przytaknął powoli w wyrazie przelotnego zastanowienia, bo przecież nie planował poświęcać zbyt wiele czasu, energii i myśli na to, żeby przywoływać w pamięci mniej lub bardziej obcych ludzi, którzy raczej niewiele go obchodzili.
Jasne, znał większość z nich. Sporą część raczej przelotnie, ale z pewnością na tyle, żeby móc przyznać rację Geraldine. Nie mogli unikać uczestnictwa we wszystkich wydarzeniach towarzyskich. Chcąc nie chcąc byli częścią społeczności również pod tym kątem.
Mieli swoje zobowiązania wobec czystokrwistej elity, co przez długi czas było dla Ambroisa nieprzyjemną koniecznością. Szczególnie wtedy, kiedy uparcie wciskano mu coraz to nowsze osoby towarzyszące, czemu nie odmawiał z czystej niechęci do tego, żeby zawracać sobie dupę dyskusjami, czemu naprawdę nie potrzebował swatania go na siłę.
Całe szczęście to uległo zmianie już tak dawno temu, że nikt nawet nie próbował kwestionować tego, co ich ze sobą łączy. Statusu, który razem mieli, tego wyraźnego zaznaczania przynależności i wspólnotowości. Choć Ambroise w ostatnim czasie zaczął odnosić wrażenie, jakby to przestawało wystarczać.
Miał głęboko i daleko gdzieś to, co myślą inni ludzie. Nie przejmował się plotkami, pogłoskami I podszeptami, ale cholera - sześć, prawie siedem lat to było całkiem dużo jak na to, aby się określić jednocześnie się nie określając. Powoli chyba również jak na jego standardy, o których nie wiedział, że istnieją.
- Nie mów, że sama nie lubisz czasem zaprezentować nowej kiecki - uniósł brew obdarzając ją wymownym spojrzeniem. - Oboje wiemy, że pod tym kątem jesteś w stanie przebijać nawet najbardziej wprawne nimfetki. Nie raz, nie dwa obiło mi się o uszy, że spotykam się z prawdziwą skandalistką - usta Greengrassa wygięły się prowokacyjnie w tłumionym śmiechu.
Trafił swój na swego, czyż nie? Zresztą to nie tak, że którekolwiek z nich nie było świadome tego, jakie plotki chodziły o nich swego czasu zanim postanowili dać sobie szansę na nawiązanie, cóż, wpierw czegoś na kształt znajomości z podstawami do flirtu, później przyjaźni (nawet jeśli trwającej jakieś kilka dni, bo później odtrąconej), niechęci, wrogości, niechęci, współpracy, znajomości, przyjaźni, przyjaźni i wreszcie tego, co ostatecznie miało już między nimi pozostać.
Co do tego nie miał nawet najmniejszych wątpliwości. Skoro znalazł miłość swojego życia to nie miał zamiaru wypuszczać jej z rąk. Ani teraz, ani nigdy. Zresztą oboje lubili przecież mówić, że są na siebie skazani. Przez większość czasu w ten lekki, czuły i rozbawiony sposób, czasami, ostatnio wyłącznie czasami uderzając w te niższe tony i dodając do tego wymowne słowa o tej usranej śmierci, ale fakty były faktami.
Naprawdę nie wyobrażał sobie czegokolwiek innego niżeli tych wspólnych dni w Whitby i na Horyzontalnej, sabatów spędzanych w okolicznościach towarzyskich i znacznie chętniej w domu. Teraz również tych powoli klarujących się planów odnośnie najbliższej zimy. A kto wie? Może nawet pierwszej z wielu? Nowej możliwości? Mieli ich całkiem duży szereg. Tak naprawdę nie istniało nic, czego nie mogliby razem spróbować. Przynajmniej z tych pozytywnych, wspólnie planowanych działań.
- Jesteśmy umówieni - kiwnął, po paru sekundach wyciągając ku niej rękę tylko po to, aby pociągnąć ją do siebie, kładąc sobie dłoń Geraldine na ciepłej, nagrzanej słońcem klatce piersiowej w miejscu, pod którym biło serce. - To obietnica - mógł tego nie dodawać, ale zapewnił poważnie, przy czym uniósł kącik ust w uśmiechu.
A obietnice przecież traktował bardzo poważnie. Oboje to robili. Słowa nigdy nie były ich specjalną domeną, ale w przypadku obietnic sprawa wyglądała całkowicie klarownie. Ambroise mógł usrać sobie wiele rzeczy, mieć tendencję do podejmowania decyzji pod wpływem emocji, zachowywać się chaotycznie i porywczo, ale nie zwykł łamać danego słowa.
A już szczególnie nie tego, które dawał swojej kobiecie. W tym wypadku, gdy istniało choć nikłe prawdopodobieństwo, że nie da rady dotrzymać przyrzeczenia to po prostu go nie składał. To było w pewnym sensie skomplikowane, ale też wręcz banalnie proste.
Nie rzucał słów na wiatr. Jeśli w nie nie wierzył to ich nie wypowiadał. Nie robił z siebie kogoś, kto krzywoprzysiężył przy każdej możliwej okazji, bo tak było prosto. Nie, rzecz jasna potrafił kroczyć dookoła tematu, obracać kota ogonem, dopuszczał istnienie czegoś takiego jak białe kłamstwa.
Przy czym te jego często były bardzo szare - moralnie wątpliwe, zresztą dokładnie tak jak sam Greengrass. Natomiast, gdy już mówił, że coś zrobi to zwykł to zrobić. Zarówno w przypadku takich spraw jak planowany przez nich zimowy wyjazd jak i w poważniejszych wypadkach.
Bowiem zdecydowanie wyznawał zasadę szczekającego psa, który nie powinien dziamdziać pyskiem, jeśli nie był w stanie ugryźć. Nie był człowiekiem słowa. Zawsze uważał się za osobę czynu, jednakże gdyby bliżej przyjrzał się definicji człowieka słowa to poniekąd wprost idealnie się w nią wpisywał. Oboje to robili. Traktowali się poważnie, budowali ze sobą przyszłość. Nie było tu miejsca na puste słowa bez pokrycia.
Choć udało im się całkiem zgrabnie i nie aż tak boleśnie wprowadzić zmiany we wspólnej rzeczywistości to Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że wcale nie musieli tkwić tak zawsze. Jasne, jego praca utrudniała im niektóre posunięcia. Wykluczała część możliwości.
Prawdopodobnie, gdyby nie ścieżka zawodowa Riny i to, w jaki sposób jego kobieta dysponowała czasem wolnym i swoim grafikiem to miewaliby znacznie więcej momentów, w których nawet nie byliby w stanie minąć się w drzwiach wymieniając przelotny pocałunek.
Doceniał te wszystkie wybiegi, kombinowanie, myślenie o terminach i o czasie. Wszystko to, co dla nich robiła, bez słowa starając się dopasować ze sobą ich grafiki. W tym szczególnie ten swój własny, bo jego był cholernie napięty i zazwyczaj bardzo sztywny.
Jeśli Roise nie miał dyżuru w Mungu ani nie robił nic w kierunku zapewnienia sobie rychłego awansu (nawet tak jak teraz, bo przecież od wielu minut zamęczał ją swoją książką) najpewniej wciskał rzeczy do torby i spieszył odbyć garść wizyt domowych.
Nie było ich aż tak wiele, ale czasami musiały mieć miejsce niemal od razu po otrzymaniu przez niego wezwania. No i był ten Nokturn. Półświatek, który potrafił stawać kością w gardle, choć jednocześnie był cholernie przydatny. Nie zrezygnowałby z tego, nawet jeśli by mógł.
Jedynie ostatnio usiłował wyrabiać sobie na tyle poważną pozycję, żeby nie musieć świecić tam swoją wyśmienitą, światłą osobą aż nazbyt często. Na ten moment to przynosiło stosunkowo marne efekty, ale powoli na końcu korytarza zaczynało być widoczne blade światło. Za jakiś czas tu też mogło być całkiem dobrze.
- Wiem, że nie musisz polować, mon amour, natomiast nie o to pytam ani nie to sugeruję. Nie zadaję pytania czy rezerwat ci od biedy wystarczy. Moje pytanie brzmi: czy chcesz tam zapolować?, nie jak chcesz w tym roku odbić sobie zimowy zastój, na wiosnę, przy okazji wiosny a może wiosną? No i to nie brzmi jak niezły plan. To jest niezły plan - Podkreślił znacząco, bo to, że rok w rok wraz z pierwszymi roztopami, trochę lepszą temperaturą i dłuższymi dniami Geraldine ruszała na łowy było dla niego raczej tak jasne jak to, że słońce wstaje na wschodzie a zachodzi na zachodzie.
Nie bez znaczenia było to, że mieli swój prywatny system. Nie byli przecież całkowicie typową, standardową parą. Prawdę mówiąc znacznie od takich odbiegali, więc musieli wypracować sobie jakieś standardy, kompromisy, pewne jasności, zasady i reguły, nawet jeśli Ambroise na ogół naprawdę szczerze nie cierpiał, gdy ktoś próbował go w jakiś sposób ograniczać. Tutaj to działało. Ładnie, zgrabnie, całkiem wyśmienicie.
Systematycznie coś dodawali, zmieniali, podejmowali nowe decyzje. W ich życiu z pewnością nie było nudy i monotonii. Wręcz nie było na nie miejsca, ani odrobinę przestrzeni. Natomiast podstawy zawsze pozostawały takie same. Szczególnie, że były oparte na naprawdę zdrowym uczuciu. Kochał tę swoją wariatkę.
- Nie dalej jak przedwczoraj słyszałem coś innego - wymownie uniósł wzrok w kierunku nieba. - Weź już przestań mnie zanudzać, Roise. Przystopuj trochę z tym medycznym bełkotem, Roise. Czy naprawdę potrzebujesz, żeby to wszystko tu leżało, Roise? Nie mam gdzie położyć truchła mojego zdechlaka, Roise. Weź zabierz stołowe rzeczy ze stołu, żebym mogła pierdzielnąć tam moją gigantyczną myszowiewiórkę, Roise. Roise, Roise, Roise, Rooooise. No weź się, Roise - całkiem nieźle mu wychodziło mimikowanie tonu głosu swojej dziewczyny, przynajmniej jak na jego ucho. - Tyle weź się, Roise, tak mało weź mnie, Roise, weź mnie pośród calluna vulgaris, gniotąc plecami genista germanica, ale uważając na vaccinium oxycoccos, bo oblezą nas mrówki. No i na rubus caesius, bo jak wbije ci się w gołą dupę to nie będę ci tego wyciągać - aż westchnął, kręcąc głową z oczami nadal uniesionymi w kierunku burzowego nieba.
No nie miał z nią łatwo, nie miał. Czasami zastanawiał się, za co go tak pokarało uraczyło naprawdę wspaniałym skarbem o szerokich zainteresowaniach botanicznych i medycznych, tak niezmiernie skorego do wyciągania mu te nieszczęsne kolce może nie z dupy, niezbyt często, ale z innych miejsc już tak.
- Nie wiem, dla jakich zwierząt są dobre rzodkiewki, ale ludziom z pewnością nie szkodzą - ponownie bardzo nieznacznie pokręcił głową. - Masz szczęście, że to ja tu gotuję. Inaczej wylądowałabyś u nas ze wszelkimi niedoborami a wtedy po prostu bym się z ciebie śmiał. Nic więcej. Po prostu bym się śmiał - to mogłaby być całkiem niezła groźba do tego, aby jadła więcej tych wszystkich owoców i warzyw, gdyby nie to, co sam przy okazji powiedział.
Chcąc nie chcąc to on był kucharzem w ich domu. Prawdę mówiąc nawet nie zastanowił się, kiedy dokładnie przyjął tę rolę (a może dał się w nią wmanewrować?), ale tak było praktycznie od samego początku i w żadnym wypadku nie miał z tym najmniejszego problemu. Lubił swoją kuchnię, ciszę tam panującą, porządek kolejnych etapów następujących po sobie. Coś jak z eliksirami. To się po prostu miało i czuło.
Wyczucie było całkiem istotną sprawą. W wielu, naprawdę wielu kwestiach. Nie tylko w kuchni czy w eliksirach.
- Będziemy - stwierdził krótko z machnięciem ręki, jakby to było zupełnie nic takiego; ot, stwierdził, że z pewnością kiedyś będą mieć jakąś okazję do świętowania czegoś ze starannie udekorowanym tortem.
Nie musiał jej mówić, skąd bierze się w nim ta pewność. To było w tym najlepsze. Co prawda doskonale wiedział, że nie jest w stanie zbyt długo utrzymać przy Geraldine język za zębami, ale nie potrzebował aż tyle czasu, żeby ryzykować wygadaniem się. Mógł się spiąć, zmotywować, był w stanie to zrobić, jeśli to oznaczało ten element zaskoczenia. Niby on miał się kiedyś zdziwić?
- No chyba ty - tak, to było niezmiernie dojrzałe, ale w tym wypadku bardzo prawdziwe. - Weź spadaj z tym swoim ziołowym likierem, Roise. To smakuje jak gówno, Roise. Na chatreuse! Chatreuse, Rina. Mówiłam ci, że masz tego nie wpychać do torby, Roise. To mogła być butelka ognistej, Roise. Znowu się rządzisz, Roise, nawet jeśli ty to dźwigasz, Roise, TO MOGŁA BYĆ BUTELKA OGNISTEJ. Rooooise -tak, niezmiernie go to w tej chwili bawiło.
Mimo to stosunkowo szybko odpuścił. Te jeżynowe wargi, choć dziamdziały, to aż (a może tym bardziej?) prosiły się o zamknięcie ich delikatnym, słodkim pocałunkiem. A potem również kolejnym.
Powoli, delikatnie przesunął się w taki sposób, aby objąć ją w talii, przytulając policzek do wnętrza dłoni swojej dziewczyny, gdy go po nim pogłaskała. Palce czule wędrowały po jego skórze, łaskocząc go po zaroście, a on po prostu leniwie, niespiesznie odpowiadał pocałunkami. Nie było w nich nic zdrożnego.
Oczywiście, pożądał jej za każdym razem tak samo, ale to była błoga, spokojna chwila. Mieli ją dla siebie w idylliczny sposób.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
17.11.2024, 23:48  ✶  

- Nie spodziewam się, aby nasze tegoroczne plany mogły się za bardzo różnić o tych zazwyczaj. - Cóż, nie ma się co oszukiwać, że wszystkie zimy właściwie wyglądały tak samo. Był to czas, kiedy miała bardzo dużo czasu na odpoczynek i zastanawianie się nad sensem swojego istnienia. Przywykła do tego, nie tęskniła za tymi momentami, gdy zima wyglądała u niej zupełnie inaczej. Taka była kolej rzeczy, właściwie bez większego problemu to zaakceptowała i cieszyła się tym czasem w odpowiedni sposób.

- Jest, ale to nie nasz problem. - Cóż, od zawsze byli nieco inni. Należeli do elity, tego nie dało się nie zauważyć, jednak wyróżniali się na tle sporej części tego społeczeństwa. Znali swoją wartość - tego nie można było im odmówić, ale zawsze chcieli czegoś więcej od wystawnych przyjęć, czy przechwalania się swoimi osiągnięciami.

Zdecydowanie nie brakowało im zainteresowań, odnaleźli swoje miejsce między światami i całkiem dobrze im się w tym wszystkim lawirowało, ich życie nie było nudne, wręcz przeciwnie. Nie wydawało jej się, że mogłaby chcieć od życia czegoś więcej, bo po co, kiedy miała już wszystko?

Znaczy prawie wszystko, łapała się na myślach, że mogliby sięgnąć jeszcze po to, co kiedyś zupełnie nie wydawało jej się właściwe, ale kiedy była z nim nieco zmieniła podejście do pewnych spraw. Zastanawiała się, jakby to było, gdyby kiedyś faktycznie zdecydowali się na krok do przodu, już taki ostateczny i nie chodziło jej nawet o formalizację tego, co między nimi było, bardziej zastanawiała się nad tym, czy nie była gotowa powiększyć ich rodziny, tak, bo mimo tego, że nigdy tego nie sformalizowali to uważała, że są rodziną i w sumie to może i mogliby powiększyć swoje stado.

- Cóż, od zawsze wzbudzałam zainteresowanie, wiesz jak jest, dzikuska z lasu, nie mogło być inaczej. Lubię im przypomnieć od czasu do czasu o swoim istnieniu, szczególnie ubierając na siebie jakąś krzykliwą sukienkę. - To nie tak, że zaczęła robić to celowo, nie na początku, ale z czasem zaczęło jej to sprawiać przyjemność. Szczególnie, kiedy mogła utrzeć nosa starym babom, które tylko czekały, aż powinie jej się noga. Nie chciała żyć pod ich dyktando, wręcz przeciwnie przyjemność sprawiało jej pokazywanie swojej niezależności. Wiedziała, że o niej gadali, to było nawet śmieszne, bo sporo z tych rzeczy było wyssane z palca. Niektóre były prawdziwe, oczywiście, ale tylko ona wiedziała które.

Miała w nosie to, co o nich mówili, to nie było dla niej istotne. Najważniejsze było to, że ona wiedziała na czym stoją, tylko to się liczyło. Byli razem szczęśliwi i nikt, ani nic im tego nie odbierze, czuła pewność, jeśli o to chodzi. Przeszli razem sporo, ale dzięki temu znajdowali się w tym miejscu, niczego nie żałowała, wydawało jej się, że każdy etap w ich życiu był potrzebny do tego, aby udało im się stworzyć taką silną relację. Nie wydawało jej się, żeby istniało coś, co mogłoby im to odebrać, to nie było możliwe.

- Wspaniale. - Poczuła pod dłonią bicie jego serca. Wiedziała, że jeśli już jej coś obiecał, to było pewne, że uda im się faktycznie to zrealizować. Roise nie rzucał słów na wiatr - nigdy. Była więc pewna, że faktycznie wybiorą się tej zimy w Alpy. Zapowiadało się na to, że to będzie naprawdę przyjemny czas. Już nie mogła się tego doczekać, chociaż przecież dopiero zaczęła się jesień, a właściwie to nawet nie zdążyła się jeszcze na dobre rozgościć, o czym przypominały ostatnie, letnie promienie słońca, które padały na ich ciała.

- Dobrze, już dobrze. Rezerwat jest w porządku, zresztą mniejsza o to, najważniejsze, że będziemy mogli na trochę się oderwać od rzeczywistości. Jest mi obojętne, co będziemy tam robić, ważne, że po prostu spędzimy ze sobą te całe dwa tygodnie. - Bez różnicy jej było na jakich aktywnościach się skupią, najważniejsze, że faktycznie wyjadą poza granice kraju, i nie będą musieli się przejmować tym, że któreś z nich musi pracować. Cóż, zazwyczaj chodziło o Ambroisa, bo jego obowiązki zawodowe, były zdecydowanie dużo bardziej skomplikowane od tych jej. Cieszyła ją sama perspektywa tego, że znikną gdzieś, i po prostu będą mogli się sobą nacieszyć, bo niby spędzali ze sobą dużo czasu, ale jednak zawsze znajdowało się coś jeszcze. Gdy pozwolą sobie na trochę wyjechać, to nic nie będzie ich od siebie odciągało. Obojętne jej było to, co mieli razem robić, to w ogóle nie było istotne, mogłaby z nim zbierać nawet jakieś kwiatki, czy inne takie pierdolety, to nie było najważniejsze.

- Tak, masz rację, to jest niezły plan. - Cóż, już nie było odwrotu, skoro go zaakceptowali, otrzymała obietnicę to właściwie mogłaby się już zacząć nawet pakować na ten wyjazd, wiedziała, że nie ma opcji, że nie uda im się tego zrealizować. Cóż, byli uparci, nie rzucali słów na wiatr, na pewno uda im się doprowadzić do tego, aby ten plan wypalił.

Ich związek może nie był bez skaz, ale wydawało jej się, że mało kto mógłby się pochwalić się aż taką umiejętnością znajdowania konsensusów. Nie mieli problemu z tym, aby żarliwe dyskutować na wszystkie niewygodne tematy, jasne często potrzebowali dużo czasu, aby wypracować wspólne stanowisko, ale zawsze jakoś udawało im się to robić. To było całkiem zdrowe, zresztą nie mieli problemu z tym, aby mówić w głos, kiedy coś przestawało im się podobać, dzięki czemu wiedzieli, kiedy musieli coś zmienić w swoim wypracowanym planie. To na pewno było spowodowane zaufaniem, którym siebie darzyli od lat. Yaxleyówna chyba nigdy się przed nikim, aż tak nie otworzyła, nikt nie znał jej tak, jak on. Zresztą wiedziała, że nie musiała nic mówić, wystarczyło jedno spojrzenie, a Roise wiedział o czym myśli. Ta więź była inna niż wszystko, co znała.

Przewróciła oczami, słysząc jego kolejny jakże interesujący wysryw. Na pewno nie była, aż taka irytująca? Prawda? Przesadzał, to musiało być to.

- Weź się Roise, bo następnym razem faktycznie sam będziesz sobie wyciągał te kolce z dupy, albo wezwę profesjonalistę, żeby pomógł ci to robić i to jemu się wytłumaczysz jak właściwie to się stało, że się tam znalazły. - Oczywiście, że to były tylko słowa rzucane na wiatr, nigdy w życiu by się na coś takiego nie zdecydowała. - Teraz nawet nie wiem, gdzie masz mnie wziąć, bo znowu zaczynasz do mnie mówić w języku, którego nie znam, mów prościej, to może kiedyś uda nam się to ustalić. - Łacina nigdy nie była jej mocną stroną, tak właściwie to było jej zupełnie obojętne o jakie rośliny mu chodziło, bo nie przywiązywała do tego wagi, miał świadomość zresztą, że akurat nad tym nigdy nie nauczyła się specjalnie panować. Wystarczyło jedno odpowiednie spojrzenie, a była w stanie oddać mu się w praktycznie każdym miejscu, bez chwili zastanowienia. Nie potrafiła zapanować nad tą żądzą, która ciągle w niej tkwiła.

- Może i nie szkodzą, ale zdecydowanie są inne rzeczy, które smakują dużo lepiej. - Nie dało się nie zauważyć, że naprawdę całym swoim sercem gardziła warzywami, jadła je tylko i wyłącznie dlatego, że on dla niej gotował. - Jakoś sobie radziłam przed tym nim zacząłeś mi gotować, nie byłam przecież wrakiem człowieka, który przewracałby się o swoje własne stopy z powodu niedoboru witamin. - Cóż, wtedy pilnowała jej Triss i przynosiła posiłki dla Yaxleyówny, oczywiście, że też przemycała do nich rośliny.

Ger naprawdę doceniała to, że Roise wziął na siebie odpowiedzialność za przyrządzanie im posiłków, ona zdecydowanie sama się do tego nie nadawała, nawet nie zamierzała próbować, bo bała się, że z Piaskownicy mógłby zostać tylko popiół. Szkoda by było, gdyby zniszczyli chatkę przez coś takiego głupiego. Wiedziała, że byłaby do tego zdolna, oczywiście nie specjalnie, a zupełnie przypadkowo, dlatego też raczej przynosiła do domu po prostu to, co udawało jej się upolować, a jej chłopak mógł z tego szykować im coś zjadliwego. Może nie był to typowy układ w każdej rodzinie jaką znała, ale u nich się sprawdzał, zresztą nigdy nie sugerowali, że normalność była im bliska, wręcz przeciwnie.

- Skoro jesteś tego taki pewien, to pewnie tak będzie. - Nie zamierzała kwestionować tej jego pewności, co do tego, że mieli spróbować i takich nietypowych tortów, nie sądziła, aby nadażyła się jakaś odpowiednia okazja, ale pewnie Roise jakąś znajdzie.

- Co mam poradzić, że te twoje ziołowe nalewki smakują obrzydliwie? Każdy powienien docenić wyższość ognistej, tak właściwie to nad wszystkimi trunkami. - Nie mogła się nawet za bardzo przed tym bronić, bo rzeczywiście miała tendencje co do kwestionowania niektórych podjętych przez niego decyzji, cóż, taka już była. Nigdy nie sugerowała, że ma szczególnie wyszukany gust, no chyba, że jeśli chodzi o mężczyzn, bo co do tego to nie dało się tego podważyć. Znalazł się tylko jeden taki, który potrafiłby jej zawrócić w głowę, w tym przypadku była naprawdę bardzo, ale to bardzo wybredna.

Niezbyt się przejęła tą jego próbą przedrzeźniania jej, właściwie przywykła do tego, że miewał takie momenty i choć prosił się o to, żeby potraktowała go kuksańcem, to wybrała inną metodę na to, aby zamknąć mu usta. Zdecydowanie przyjemniejszą.

Właściwie to on sam to zrobił, ale mniejsza o to, grunt, że skupili się na czymś przyjemniejszym, niż znęcaniu nad nią i jej marudzeniem.

Te pocałunki były zdecydowanie różne od tych wcześniejszych, które doprowadziły ich ciała do wrzenia, teraz po prostu mogli powoli znowu nasycać się sobą w nieco delikatniejszy sposób. Nie musieli się nigdzie spieszyć, tylko po prostu pozwolić trwać tej krótkiej, przyjemnej chwili.

Chociaż, czy właściwie faktycznie tak było? Grzmot odezwał się gdzieś nad nimi, niebo zrobiło się jeszcze bardziej ciemne, właściwie to granatowe, a na ich ciała zaczęły kapać pierwsze krople deszczu, które przyniosła ze sobą ta jeszcze letnia burza.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12018), Geraldine Greengrass-Yaxley (8214)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa