Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Blade światło poranka spłynęło na pustą plażę, rozlewając się po morskich kamieniach i piasku skrzącym się pod stopami. Nawet nie pamiętał, gdy zrzucił z siebie buty, podwijając nogawki spodni, raz za razem niespokojnie patrząc na opaloną skórę. Spieczoną słońcem, ale przeraźliwie zimną, nawet jeśli pod palcami wydawała się ciepła i sucha.
Jeszcze chwilę temu uszy Ambroisa wypełniał gwar, chaos, krzyki, łoskot zapadających się kamiennych bloków. Dźwięk walącego się sufitu, tupot nóg, przekleństwa, dyszenie i wrzaskliwe polecenia spierdalania. Później nadeszły wyrywkowe słowa, komentarze, plątanina emocji - zarzutów, wyrzutów, wyrazów niepokoju, ulgi, lęku, strachu. Wszystkiego, o czym tylko można było pomyśleć. Wszystko miało swoje miejsce pośród tamtego gwaru.
Teraz jednak panowała tu cisza, głęboka i nieprzenikniona, przerywana jedynie szumem fal i sporadycznym wyciem wiatru między skałami, który jak stary przyjaciel powracał na chwilę, by wspomnieć momenty, które odeszły bezpowrotnie.
Nie wiedział, czemu tu wrócili. Może dlatego, że to kiedyś przez krótki, zbyt krótki moment w czasie naprawdę był ich dom?
Nawet jeśli przestał nim być ponad rok temu, ostatecznie zaś pod koniec sierpnia, gdy Ambroise zostawił we wnętrzu plik dokumentów. To instynktownie stał się tym pierwszym miejscem, które przeszło mu przez myśl, gdy w chaosie pokłosia wydarzeń rozstawali się w Snowdonii. Nie było mowy o piwie, o którym żartowali jeszcze kilka godzin wstecz. Ani o niczym innym niżeli rozpierzchnięciu się każde w swoją stronę, gdy tylko nadarzyła się pierwsza taka okazja.
Nie puścił dłoni Geraldine. Chyba nawet na ułamek sekundy od chwili, w której chwyciła go za rękę wtedy w jaskini. Mimowolnie ściskał ją, zamykając w swojej w momencie, w którym gnali skalnymi korytarzami a później po prostu bezwiednie dalej ją trzymał, splatając ich palce, jakby wypuszczenie jej ręki nawet nie wchodziło w grę.
Gdzieś po drodze w tym wszystkim stracił płaszcz. Nawet nie myślał, by spróbować go odzyskać. Nie widział go u Riny ani u Thomasa, nie był w jego torbie ani nigdzie indziej. Natomiast to nie było coś, co sprawiłoby, że chciałby zostać w tamtym lesie dłużej niż wymagała konieczność. Ostatkami sił - zarówno fizycznych, jak psychicznych teleportował się stamtąd. Nawet nie pytając jej czy chce to zrobić razem z nim. Zrobili to razem.
Był pierwszy września. Jasny, przeraźliwie cichy poranek, moment, gdy dzień ostatecznie wygrywał z nocą. Za kilka godzin Londyn miały wypełnić rzesze czarodziejów zmierzających do pracy albo prowadzących dzieci na pociąg do Hogwartu. Gdzieś tam dalej tętniło życie. Nic się nie zmieniło, świat dalej się kręcił.
Tak trudno było mu w to teraz uwierzyć, czując się nierealnie, siedząc tu na plaży ze stopami zagrzebanymi w piasku. Wdychając słone powietrze i nie spuszczając wzroku z morza. Nie poruszając się od sam nie wiedział jak dawna. Zupełnie jakby każdy ruch mógł znów wprawić ich świat w ruch.
W międzyczasie ciemne niebo zaczęło robić się granatowe, później fioletowo-niebieskie, różowo-łososiowe a teraz wreszcie jasnobłękitne. Bezchmurne. Przejrzyste. Czyste.
To mógł być jeden z tych pięknych dni. Zupełnie jak niegdyś, gdy wszystko było łatwe, błogie i spokojne. Gdy siadywali tu niemalże w ten sam sposób, ale w ich ruchach nie było tej desperackiej potrzeby bliskości.
Mógłby sobie wyrzucać, że teraz ponownie po to sięgnął, poruszając wspomnienia, które powinny zostać wypartą częścią przeszłości. Łapiąc się czegoś, co już nie należy do niego. Mając świadomość, że nieważne, co się stało, pewnych decyzji nie dało się cofnąć ani wymazać. Zresztą przecież już ustalili, że w normalnych okolicznościach wcale nie chcieli tego robić.
Powinni pójść każde w swoją stronę. Nie było już tego, co wymagałoby od nich dalszego przebywania w swoim towarzystwie.
A jednak ją obejmował. Zrobił to. Sam z siebie? Pod wpływem spojrzenia? Sugestii?
Zresztą, czy to było w ogóle istotne, kto pierwszy zainicjował coś, co teraz po prostu trwało zawieszone w czasie? Bezwiednie przyciągnął ją do siebie... ...a może to ona przyciągnęła jego?... ...trudno było to stwierdzić. Czas płynął, słońce powoli unosiło się ponad horyzont, jasne promienie odbijały się pośród spokojnych, cicho szumiących fal, które powoli, rytmicznie obijały się o brzeg.
Nie wiedział dokładnie, w którym momencie to się stało. Kiedy tak właściwie pozwolili sobie na pierwszy ostrożny, milczący dotyk prowadzący ich do tej chwili, gdy jego ramiona oplotły się wokół niej, splecione dłonie spoczęły luźno na podbrzuszu dziewczyny unosząc się i opadając przy każdym oddechu. Teraz już spokojniejszym i bardziej miarowym, ale wciąż noszącym znamiona niedawnych lęków i niepokoju w mimowolnym drżeniu co... ...jakiś czas. Bowiem czas w tym miejscu, w tym momencie stał się czymś nierealnym.
Po prostu westchnął, pozwalając jej osunąć się po jego ciężkiej, wypełnionej pustką piersi. Samemu półprzytomnie opierając podbródek o jej głowę, chowając usta we włosach pachnących dymem, ziemią i zatęchłą wilgocią. Inaczej niż zwykle. Tym cały czas podskórnie wyczuwalnym przypomnieniem tego, co stało się zeszłej nocy. Tej nocy.
Ostatnie minuty zlewały się ze sobą w zamglone obrazy pogrążone w całkowitej ciszy, jakby były pogrążone w tej samej porannej mgle, która powoli opadała znad wrzosowisk gdzieś tam za ich plecami. Tam - tak blisko i tak daleko kiedyś był dom. Teraz pusty szkielet przeszłości. Budynek o lodowato zimnych ścianach i wymarłych, zakurzonych przestrzeniach.
Gdzieś w oddali na skraju wzroku znikające sylwetki ptaków przelatywały nad wodami, ich krzyki brzmiały jak lament nad straconym czasem.
Świt, choć pełen obietnic i czegoś, co powinno być ulgą, pozostał przesiąknięty nutą straty, zrozumieniem ulotności tej chwili, która miała bezpowrotnie przepaść, gdy tylko któreś z nich postanowi przerwać ciszę. To, co się wydarzyło nie zmieniało tego, co było między nimi. Czego między nimi nie było.
Nie miało wpływu na podjęte decyzje, wypowiedziane i przemilczane słowa. Na skutki tego, co niosła ze sobą przeszłość i czego nie miała przynieść przyszłość. Tkwili w teraźniejszości, jeszcze przez chwilę, tylko jeden moment więcej, minutę dłużej. Podświadomie kradnąc nie swój czas.
I nawet jeśli każde zakończenie było nieodłączną częścią życia, czymś co miało nadejść prędzej czy później, to przecież nikt nie bronił im przeciągnąć tego jeszcze o chwilę, sekundę, kolejny oddech, jedno krótkie spojrzenie na jaśniejący horyzont. Pozostać tu w próżni w zawieszeniu między tym, co się wydarzyło. Tym, co nadeszło a tym, co nigdy nie miało nadejść. Przeszłością, przyszłością, teraźniejszością.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down