Nie oznaczało jednak, że zapomniała.
Pamiętała aż za dobrze. Myślała o tym, kupując eliksiry odporności na ogień, sugerując matce, aby postarała się załatwić sobie legalny świstoklik – wiodący na przykład do jej domku letniskowego albo posiadłości Prewettów – czy spoglądając na krewnych i szukając w ich przyszłości płomieni.
Od rytuału nie dostrzegała żadnych znaków, zwiastujących rychłą zagładę. Może były gdzieś wokół, ale ona nie rozumiała ich znaczenia. Nigdy nie studiowała pilnie symboli, nie szukała na dnie filiżanek przebłysków przyszłości i ostatnio zaczynała zastanawiać się, czy nie było to błędem. A to już dobrze świadczyło o tym, że wizja musiała nią wstrząsnąć – bo Florence naprawdę bardzo rzadko kwestionowała własne decyzje, zwłaszcza te edukacyjne. Kochała być klątwołamaczką. Chciała zostać uzdrowicielką. Sale Departamentu Tajemnic czy karierka wróżbitki nigdy nie pociągały Florence, która przyszłość wolała budować, nie ją badać.
Myślała o tej przepowiedni dostatecznie intensywnie, aby w końcu zwrócić się nawet do kogoś spoza rodziny poza Patrickiem. I odpowiedź Morpheusa pokazała jej, że miała rację.
– To stało się podczas rytuału. Kojarzysz go z pewnością, wiele osób odprawia go podczas Lammas, w różnych wariantach, chociaż najważniejsze są zioła, świece i modlitwa – relacjonowała, kiedy już usadziła Morpheusa w salonie i wróciła z kuchni z tacą. Nie widać było po niej zdenerwowania, ale gdy myślała o tym proroctwie, to jednak do pewnego stopnia wytrącona z równowagi była: na tyle, że nie zapytała go nawet, czego chciałby się napić, a odruchowo sięgnęła ku odpowiedzi na to pytanie w przyszłość, choć zwykle bardzo dbała o to, aby przestrzegać w takich sprawach dobrych manier. Przynajmniej dopóki nie chodziło o jej krewnych, bo oni mając do czynienia z rodzinką Bulstrodów… cóż, przywykli. W porównaniu do stryja Gregory’ego czy ciotki Lavinii Florence była istotą aż do bólu normalną i nikogo nie dziwiło, że czasem odpowiada na niezadane pytania. – Byli ze mną mój brat i kuzyn, ale żaden z nich nie zauważył niczego dziwnego. Poza tym, oczywiście, że osunęłam się na krześle.