Powoli zaczynał przestawać pamiętać jak to było, gdy czuł ciepło jasnego poranka. Czasami miał wrażenie, że w końcu zapomni o wszystkim, co pozwalało mu przeżyć długie samotne wieczory. A wreszcie w którymś momencie zorientuje się, że nie wie już jak pachną jej włosy, gdy wraca z polowania (wilgotną leśną ściółką, ziemią, sosnowymi igłami i nutą obrzydliwych papierosów), jakich perfum używa, gdy wychodzi pomiędzy ludzi (agrest i bez, bardzo subtelny zapach lasu maskowany perfumami), jaki dokładnie odcień mają jej oczy (piękny, zmienny jak niebo). Jak brzmi jej głos, jak niezrozumiała się staje, wyrzucając z siebie słowa z rodzimym akcentem, gdy tylko coś zaczyna niemożliwie ją irytować a on w dalszym ciągu wszystko rozumie, tylko czasem wygodnie udaje, że nie. Że to straci. Straci ją, straci resztkę siebie.
Czymże był chłód wobec jeszcze kilku kradzionych chwil?
Musiał wypuścić ją z ramion, nawet jeśli te sprzeciwiały się przeciwko temu. Pozbierał wszystkie rzeczy walcząc z falą wspomnień silniejszą niż te narastające za ich plecami. Później ponownie, gdy stanęli przed drzwiami od strony ogrodu, który już nie istniał. Raz jeszcze w na wpół ciemnym korytarzu przy komódce, na którą rzucił torbę z rzeczami, pięć czy dziesięć sekund później odciągając Rinę na bok, gdy krzywa nóżka wreszcie pękła.
Wytrzymała siedem wspólnych lat. Oni tyle wytrzymali. Teraz mebel wykrzywił się, torba zawisła między ścianą przy drzwiach a ciężkim dębowym blatem. Ambroise spojrzał na nią, biorąc głęboki wdech. Kiedyś by się roześmiał, bo to on nie naprawił tego mankamentu. Po prostu od czasu do czasu go poprawiał, tak jak luźną okiennicę, ale nigdy nie podjął się trwałej naprawy.
To brzmiało jak kolejny znak. Jak metafora. Tamta fala, która prawie ich rozdzieliła. To już nie był jego dom. To nie była jego kobieta. To nie było jego życie. Mógł udawać, ale jak długo?
Mimo to dał się pociągnąć do łazienki jak setki razy wcześniej. Stanął tam z nią jak zawsze. Przez chwilę odruchowo nachylając się, żeby zamknąć drzwi i nie wypuścić ciepła na zewnątrz, gdy wsuną się do wanny, żeby spłukać pierwszy brud pod prysznicem, po którym zaczną lać wody do dużej wanny a potem zanurzą się w gorącej wodzie, powoli i bez zbędnych słów zmywając z siebie wszystko, co nie było czułym, opiekuńczym dotykiem.
Mydliłby jej włosy, uprzednio delikatnie rozplecione z poluźnionego warkocza. Dawałby jej ciepło, spokój, poczucie, że są tu bezpieczni, patrząc przez okno na wzburzone poranne morze.
Jednakże zawahał się. Zamknął drzwi, ale nie zrobił nic ponad to.
Nie zniósłby, gdyby go teraz odtrąciła, jeśli strzepnęłaby z siebie jego ręce. Jeżeli jej spojrzenie nagle by stwardniało, zobaczyłby politowanie, gniew, odrazę w oczach Geraldine. Nie musiałaby fizycznie strzelać go w twarz. Zresztą poprzedniego wieczoru został strzelony w policzek, na którym, gdyby tylko spojrzał w lustro, zaczynał tworzyć się siniak.
Tyle tylko, że Ambroise nie chciał patrzeć na swoje odbicie. Równie mocno, co w oczy kobiety, która przez lata, nawet w kompletnej złości patrzyła na niego jak na najlepsze, co ją spotkało. Na swojego, bo przecież był jej. Cały czas. Teraz też.
Każdego piekielnego dnia, zawsze, na zawsze, do usranej śmierci - teraz już zdecydowanie usranej, bo jaka inna miałaby być, jeśli Riny nie miało być wtedy przy nim? Kochał ją. To się nie zmieniło, nie miało ulec zmianie. Nawet nie chciał, żeby kiedykolwiek stało się inaczej.
Musiał żyć z konsekwencjami podejmowanych wyborów. Z tym, kim był i co robił. Co zrobił zanim to wszystko całkowicie się rozpadło. Tym, że sam doprowadził swoje życie, ich życie do ruiny. Nie było czego zbierać ani ratować. Nie mógł sprawić, że czas zacznie płynąć do tyłu, nie zrobić serii błędów prowadzących ku temu największemu.
A przecież wiedział, że nawet jeśli próbowałby wymazać tą jedną rzecz, ten ostatni błąd. Gdzieś tam w głębi skołatanego serca i umysłu przytłoczonego myślami łudząc się, że był czas, kiedy dałaby mu to zrobić. Może jeszcze mogli mieć tę chwilę? Złamałby swoje zasady, zachowałby się jak ostatni gnój, ale spróbowałby ją odzyskać, mimo świadomości, że jest cudza, nie jego. To niczego nie zmieniało.
Konsekwencje szybko by ich odnalazły. Nie byliby szczęśliwi. Nie mieliby swojej spokojnej oazy w Whitby. Nie naprawiliby trzeszczących desek, nie postawiłby szklarni na nowo, nie posprzątaliby kurzu i pajęczyn. Nie pojechaliby do smoczego rezerwatu w Alpach, gdzie przez kilka tygodni co noc kotłowaliby się w pościeli z widokiem gór za oknem, grubą warstwą śniegu i rozpalonym kominkiem.
Nie mieliby tej cichej, ostrożnie napawającej radością świadomości, że nie wracają z wyjazdu wyłącznie we dwoje, że już nigdy nie będą tylko oni, ale to nic złego, bo to naturalna kolej rzeczy. Był czas, kiedy chciał tego dla nich. Szczególnie po tylu latach.
Stwierdził, że dadzą radę, nawet jeśli przez długi czas całkowicie wykluczał taką możliwość. Później zaczął zmieniać zdanie. Przekonywać się, że dadzą radę. Zwłaszcza przy tym jak bardzo się kochają i że mają dostatecznie dużo tej miłości, żeby przelać jej odrobinę w tę małą osobę, później może osoby, potęgując wrażenie, że ich życie jest po prostu właściwe. Bo byłoby.
Byłoby, gdyby lata wstecz nie zrobił pochopnie kilku rzeczy, które powróciły do niego zwielokrotnione w najgorszym możliwym momencie. Gdyby nie był tym kim jest, czego nie dało się zmienić. Gdyby umiał kontrolować swoje życie poza sferą, w której na zbyt krótko znalazł pełnię szczęścia i kompletnie zapomniał o tym, że wszystko może się łatwo posypać, jeśli będzie tak nieostrożny, niepokorny, egoistyczny.
Tak. Nie mógł tego ukrywać, nawet przed sobą. Szczególnie we własnym wnętrzu głowy, które w takich chwilach jak ta albo w środku nocy wypełniały nawracające myśli o tym, że chociaż starał się być najlepszą wersją siebie to w istocie był najgorszym, co Ją spotkało. Jego miłość była wybrakowana, toksyczna, dusząca jak rozrośnięte diabelskie sidła.
Nie bez powodu nikomu jej nie dawał. Powinien wytrwać w tym postanowieniu, bo było najwłaściwsze. Nie spodziewał się, że może znaleźć kogoś kto sprawi, że tak łatwo mu przyjdzie nie tyle zburzyć mury, co opuścić most. Wpuścić ją, pozwolić jej wprowadzić ciepło i jasność. Kupić zasłony, dywany, ich wersje marynarskich misiów.
Zabawne, poprzedni właściciele tego miejsca też najpewniej myśleli, że to będzie ich kryjówka. Nie pytał Geraldine o to, co zrobi z Piaskownicą teraz po tym wszystkim. Czy przywiezie tu swojego narzeczonego, skoro to miejsce należy już tylko do niej. Czy wykarczują jeżyny z ogrodu i wszystkie niepotrzebne zdziczałe krzewy i drzewa, wyburzą już nie jego szklarnię, zamienią to wszystko w idealnie równy trawnik, po którym za jakiś czas...
...nie.
NIE.
Ale czy gdyby postanowiła to sprzedać, wszystko byłoby łatwiejsze? Nie i tak. Przynajmniej gdzieś tam mógłby pokrętnie myśleć, że to do samego końca pozostało ich miejsce. Nie kogoś innego, kto tworzył sobie z nią wszystko to, czego on nie był w stanie jej dać.
Nikomu innemu tym bardziej nie.
Była tylko jedna osoba, która trzymała go w garści i teraz w dalszym ciągu fizycznie ściskała jego dłoń. Nie patrzył na nią, jeszcze przez chwilę spoglądał na ich złączone ręce. Zamyślony, pogrążony w swoich posępnych rozważaniach o tym, jak bardzo był teraz potępiony.
Potępiony, gdyby próbował. Potępiony, gdyby nie podjął próby.
Gdyby go teraz odtrąciła, złamałby się ostatecznie. Może nie tu, nie przy niej. W czterech ścianach niedomu za skrzętnie zasłoniętymi kotarami w zupełnej ciemności. Z zewnątrz wytrzymałby ten cios, bo on powinien nadejść. Był całkowicie usprawiedliwiony, więc Ambroise stanąłby przed nią, może nawet się uśmiechnął, kiwnął głową. Udowodnił sobie, że jest w stanie trzymać przy niej dostatecznie dużo pozorów.
Wróciłby do Doliny. Później? Nie wiedział. Następnego dnia znowu wstałoby słońce. Ptaki dalej by śpiewały. Jego zmierzch byłby bardziej ponury, ale wciąż nie stałby się nocą.
Jednocześnie liczył, że mogłaby tego nie zrobić. Jeśli dałaby mu teraz do zrozumienia, że mogą spróbować rozejść się na neutralnym gruncie, jak najciszej przełknąłby gęsta ślinę i kiwnąłby głową. Puściłby jej dłoń. Teraz ostatecznie. Może zostałby jeszcze trochę zgodnie z prośbą, zachowując wskazany dystans. Pomagając sobie nawzajem w doprowadzeniu się do porządku, ale jak dwoje obcych ludzi. Nie jak jej przyjaciel. W żadnym z tych scenariuszy nie zamierzał być jej przyjacielem.
Właśnie. Scenariuszy. Stojąc z nią w łazience, gdzieś tam na samych peryferiach umysłu łudził się, że mogłaby jeszcze bardziej zmniejszyć ten dystans. Nie musiałaby nawet robić kroku. Wystarczyłoby spojrzenie, żeby to on się ruszył. Miał wrażenie, że to mogłoby się wydarzyć, skoro już tu byli, ale usiłował nie pozwalać sobie na odpłynięcie w złudne oczekiwania.
Bowiem ta opcja byłaby chyba równie druzgocąca. To, że po tylu miesiącach byłaby w stanie przyjąć go do siebie bez słowa. W czym? W ostatnim akcie pożegnania, zamotaniu, litości? Musiała wiedzieć, że po niej nikogo nie było, tak samo jak on wiedział, że po nim pojawił się ktoś kolejny, kto chodził z nią na tę wszystkie spędy, kto doprowadzał ją do śmiechu, kto się nią opiekował.
Roise przestał chodzić na te wszystkie wydarzenia. Jeśli tylko miał okazję wykręcić się, władować się w łączony dyżur w Mungu, w którym w związku z nasilaniem się konfliktu, wydarzeniami po Beltane, całym innym szajsem każda para rąk była potrzebna to nawet nie próbował pojawiać się w towarzystwie. Rzecz jasna nie zawsze miał ku temu okazję, ale wtedy po prostu kogoś ze sobą zabierał. Za każdym razem inną.
Kiedy ona miała już kogoś na stałe, swojego człowieka, narzeczonego, Ambroise unikał wszelkich zobowiązań. Dla niego nie było tego szczęśliwego zakończenia u boku kogoś, kto najwidoczniej miał wszystko to, czego on nie miał, bo potrzebowała niecałego roku, żeby przyjąć oświadczyny.
Z nim trwało to siedem długich lat i nigdy nie doszło do skutku, a przecież dwukrotnie był w stanie podjąć próbę. Wtedy w sześćdziesiątym ósmym, kiedy wybuchła na niego gniewem. I w siedemdziesiątym, lecz wtedy przerwał im to wybuch wojny, więc niemalże oświadczył jej się w siedemdziesiątym pierwszym na wiosnę. Oboje wiedzieli jak to się skończyło.
Oddanie komuś innemu ręki po niespełna roku odkąd leżała w jego ramionach, wsparta nad nim na łokciach, mówiąc mu o planach na remont domku, zabezpieczeniach i możliwościach. Deklarowała mu wspólne zestarzenie się. Miłość swojego życia. To było nie jak policzek a jak cios prosto w splot słoneczny. Jak wbity tam nóż przekręcony parokrotnie, jak postrzał z widmowej kuszy, ale w serce, nie w udo.
Nie zaczekała nawet trzystu sześćdziesięciu pięciu dni, tym samym dając mu do zrozumienia, że niemal dekada u boku siebie nawzajem była niczym w porównaniu do tej nowej miłości. Choć już zdążył usłyszeć, w czym tkwi sekret, prawda? Rozkwit uczucia z lat dziecięcych. Jego niepełna dekada była niczym w zestawieniu z prawie trzema powolnego rozwoju uczucia między Geraldine a kimś, kto nie wkurwiał jej praktycznie przez większość wspólnej historii.
Teraz przynajmniej nie byli sobie wrogami. Nie chciał być jej wrogiem. Nie mógł być jej przyjacielem. Chciał być jej, ale tego nie mógł przywrócić. Może mógł łudzić się jeszcze przez chwilę. Czuł tę ogarniającą słabość. Potrzebował tego, czego nie mógł mieć, ale mógł spróbować desperacko sięgnąć choćby po namiastkę.
Dowiedziałby się czy by go odtrąciła, czy byliby ze sobą po raz ostatni. Może odszukałby w jej oczach potwierdzenie, że nie litowała się nad nim, nie była kompletnie zagubiona a po prostu chciała go teraz równie mocno jak on chciał jej.
Z tym, że to jeszcze bardziej rozkrwawiłoby rany. A później wywołałoby skandal, bo Ambroise wiedział, że nie umiałby się ponownie odsunąć. Zaś na koniec nie mieliby swojego szczęśliwego zakończenia, bo nie odszedł bez przyczyny. Jego zmierzch ogarnąłby ich oboje. Pochłonąłby ją.
W tym momencie w łazience ich niegdysiejszego domu toczyła się w nim najtrudniejsza bitwa. Równie, jeśli nie bardziej wyniszczająca co ta wtedy na wiosnę. W tamtym momencie był zdecydowany, teraz czuł, że się łamie.
To było żałosne i desperackie, godne politowania. Czy naprawdę do tego stopnia stracił całe swoje zdecydowanie, żeby stać przed nią jak słup soli, nie mogąc spojrzeć jej w oczy, zamiast tego świdrując wzrokiem ich ręce i milcząc?
Był zmęczony, wychłodzony, wyczerpany - tak. To nie był moment, w którym myślał o tym, żeby fizycznie przyprzeć ją do ściany, zamknąć w ramionach, całować do utraty tchu. No, ta myśl przetoczyła się przez jego głowę, ale teraz chciał tylko odpocząć w domu. Oprzeć się z nią w wannie pełnej ciepłej wody. Milcząc o wszystkim, nie mówiąc o przyszłości, kraść chwilę z przeszłości, by udawać, że to teraźniejszość.
Skup się, wyhoduj jaja - mógłby sarknąć sam do siebie, nie wiedząc, kiedy je stracił. Kiedy stał się taką memłą. Kimś, kim gardził i kogo nie chciał widzieć w lustrze. Powinien obrócić się na pięcie i wyjść z łazienki albo zrobić to, co chciał zrobić, biorąc odpowiedzialność za to, jakie miały być konsekwencje. Wszystko tylko nie stać w ten sposób.
Uniósł wzrok poszukując nim spojrzenia Geraldine. Chyba pierwszy raz od ich czerwcowego spotkania w żaden sposób nie ukrywając swoich intencji. Pragnął wrócić, nawet jeśli tylko na kilka godzin, z których większość spędziliby pogrążeni we śnie.
Jak daleko mogli się posunąć zanim ktoś bezpowrotnie wszystko straci? Resztki dobrych wspomnień, wzajemnego szacunku, zrozumienia? Gdzie leżała granica i czy po poprzedniej nocy w ogóle gdzieś była?
Byli dwojgiem przemęczonych, straumatyzowanych ludzi w miejscu, które równie dobrze mogło znajdować się na krańcu świata jak i zupełnie poza nim. W miejscu, którego nie dotyczyły ludzkie prawa.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down