10.12.2024, 11:19 ✶
- Idę do Charliego. -Powiedział jej, biorąc Rozalindę na ręce, kiedy wreszcie znalazł jakąś zagubioną butelkę tequili w szafce.
Bo i czemu miał kłamać. Gdzieś z tyłu głowa kołatała mu myśl, że przecież nie musiał się wcale Scarlett tłumaczyć. Scarlett, która wrosła w otoczenie jego mieszkania na Horyzontalnej jakby żyła tam od zawsze. Pasowała tam.
Z tymi swoimi napadami sprzątania, w którym nauczył się jej nie przeszkadzać - mogła robić co chce w każdej części mieszkania za wyjątkiem wyraźnie wyznaczonych granic przez pracownię.
Ze skrzypcami, na których zresztą ćwiczyła, kiedy wychodził - lubił obserwować jak marszczy nos powtarzając raz za razem jakąś trudną partię. Dziękował bogom, że wszystkie pomieszczenia pod nimi były albo wyciszone zaklęciami albo puste.
Z… samą sobą w jego łóżku, domu, życiu.
Do faktu, że Charles zamieszkał z bratem na Horyzontalnej podszedł dość sceptycznie. Mieszkania w tym miejscu były irracjonalnie wręcz drogie, a jedyną landlady którą kojarzył z trzymania pazurów na rynku wynajmu w tej okolicy była jego przemiła kuzynka pani Eden L e s t r a n g e - diabłu nie życzył spisania z nią umowy.
Ale może się mylił, może Mulciberowie mieli jakieś skitrane knuty na taką okazję? W sumie nieszczególnie go to obchodziło. Scarlett próbowała mu wytłumaczyć dziwne zależności rodzinne, ale przestał jej słuchać jak doszła do momentu, w którym Charliego niby nie wydziedziczono, ale w sumie to wyrzucono z domu, bo pokazał gołą klatę w Czarownicy (“No, tam go widziałem po raz pierwszy”), wysłał komuś różową chujoświeczkę i ten ktoś się wkurwił (“o chuj czy to przez mojego chujaszka dla Lorraine?”), a potem typ, który to go wyrzucił umarł (“O Bogowie to jemu zajebałem prześcieradło w kostnicy?”), ale Charlie nie wrócił do domu, bo… i tego nie wiedział. Była tam też jakaś ciotka, poboczna część rodziny i mnóstwo innych wątków, których Baldwin nawet nie próbował rozumieć. Z tego czym w sumie Mulciber się teraz zajmuje, u kogo i z kim pracuje też niewiele rozumiał.
A może Charlie został po prostu utrzymankiem albo coś, że go było stać na mieszkanie w tej dzielnicy. Dobrze dla niego, chociaż łączenie pracy i przyjemności nigdy nie miało swojego happy endu. Zgodnie ze starą zasadą “miej wyjebane, a będzie ci dane” Baldwin nie zamierzał przesadnie pastwić się nad tematem.
Było trochę po dziesiątej, kiedy teleportował się na miejsce. Nie lubił tych nowoczesnych, nowobogackich mieszkań. Brakowało im serca i duszy. Z drugiej strony do swojej klitki nad teatrem też nie był szczególnie przywiązany - żył tam, nikt mu nie przeszkadzał, Selwynowie sami sobie regulowali należności.
Niektórzy po prostu lubili żyć w martwych, czystych przestrzeniach, choć takim to z reguły po cichu proponował Lecznicę Dusz z jej sterylnymi, zamkniętymi na klucz pokoikami.
Ubrany w dokładnie to samo w czym Charlie go widział na śniadaniu (wróć, pozwolił sobie wcisnąć kaszkiet na łeb przed wyjściem), trzymając w rękach Rozalindę i butelkę alkoholu, zastukał do drzwi.
- Jak go nie ma, to sami wypijemy.- Powiedział szeptem do szczurzycy jakby miała go zrozumieć.- Tylko ani pisku pisk Scarlettce, okej?
Odpowiedziało mu porozumiewawcze piśnięcie. Good. Chociaż tą dziewczynkę zawsze miał po swojej stronie.
Bo i czemu miał kłamać. Gdzieś z tyłu głowa kołatała mu myśl, że przecież nie musiał się wcale Scarlett tłumaczyć. Scarlett, która wrosła w otoczenie jego mieszkania na Horyzontalnej jakby żyła tam od zawsze. Pasowała tam.
Z tymi swoimi napadami sprzątania, w którym nauczył się jej nie przeszkadzać - mogła robić co chce w każdej części mieszkania za wyjątkiem wyraźnie wyznaczonych granic przez pracownię.
Ze skrzypcami, na których zresztą ćwiczyła, kiedy wychodził - lubił obserwować jak marszczy nos powtarzając raz za razem jakąś trudną partię. Dziękował bogom, że wszystkie pomieszczenia pod nimi były albo wyciszone zaklęciami albo puste.
Z… samą sobą w jego łóżku, domu, życiu.
Do faktu, że Charles zamieszkał z bratem na Horyzontalnej podszedł dość sceptycznie. Mieszkania w tym miejscu były irracjonalnie wręcz drogie, a jedyną landlady którą kojarzył z trzymania pazurów na rynku wynajmu w tej okolicy była jego przemiła kuzynka pani Eden L e s t r a n g e - diabłu nie życzył spisania z nią umowy.
Ale może się mylił, może Mulciberowie mieli jakieś skitrane knuty na taką okazję? W sumie nieszczególnie go to obchodziło. Scarlett próbowała mu wytłumaczyć dziwne zależności rodzinne, ale przestał jej słuchać jak doszła do momentu, w którym Charliego niby nie wydziedziczono, ale w sumie to wyrzucono z domu, bo pokazał gołą klatę w Czarownicy (“No, tam go widziałem po raz pierwszy”), wysłał komuś różową chujoświeczkę i ten ktoś się wkurwił (“o chuj czy to przez mojego chujaszka dla Lorraine?”), a potem typ, który to go wyrzucił umarł (“O Bogowie to jemu zajebałem prześcieradło w kostnicy?”), ale Charlie nie wrócił do domu, bo… i tego nie wiedział. Była tam też jakaś ciotka, poboczna część rodziny i mnóstwo innych wątków, których Baldwin nawet nie próbował rozumieć. Z tego czym w sumie Mulciber się teraz zajmuje, u kogo i z kim pracuje też niewiele rozumiał.
A może Charlie został po prostu utrzymankiem albo coś, że go było stać na mieszkanie w tej dzielnicy. Dobrze dla niego, chociaż łączenie pracy i przyjemności nigdy nie miało swojego happy endu. Zgodnie ze starą zasadą “miej wyjebane, a będzie ci dane” Baldwin nie zamierzał przesadnie pastwić się nad tematem.
Było trochę po dziesiątej, kiedy teleportował się na miejsce. Nie lubił tych nowoczesnych, nowobogackich mieszkań. Brakowało im serca i duszy. Z drugiej strony do swojej klitki nad teatrem też nie był szczególnie przywiązany - żył tam, nikt mu nie przeszkadzał, Selwynowie sami sobie regulowali należności.
Niektórzy po prostu lubili żyć w martwych, czystych przestrzeniach, choć takim to z reguły po cichu proponował Lecznicę Dusz z jej sterylnymi, zamkniętymi na klucz pokoikami.
Ubrany w dokładnie to samo w czym Charlie go widział na śniadaniu (wróć, pozwolił sobie wcisnąć kaszkiet na łeb przed wyjściem), trzymając w rękach Rozalindę i butelkę alkoholu, zastukał do drzwi.
- Jak go nie ma, to sami wypijemy.- Powiedział szeptem do szczurzycy jakby miała go zrozumieć.- Tylko ani pisku pisk Scarlettce, okej?
Odpowiedziało mu porozumiewawcze piśnięcie. Good. Chociaż tą dziewczynkę zawsze miał po swojej stronie.