• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[01/02.09.1972] it's hard to wake up from a nightmare if you aren't even asleep| A&G

[01/02.09.1972] it's hard to wake up from a nightmare if you aren't even asleep| A&G
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#31
25.12.2024, 00:07  ✶  

- Rozumiem. - Rzuciła cicho, chociaż coraz mniej rozumiała, a nie miała zamiaru drążyć i wprowadzać ponownie napiętej atmosfery. Nie chciała zadawać kolejnych pytań, które mogły zostać źle odebrane, musiała znaleźć inny sposób, dowiedzieć się tego bez jego ingerencji, chociaż to wydawało się awykonalne. Cóż, potrafiła być uparta.

Szczególnie teraz, kiedy wiedziała już, że to było coś głębszego, wcześniej wydawało jej się, że porzucił ją dlatego, że przestała mu odpowiadać, znudziła się, bo to przecież też mogło być możliwe. Nieco zmieniła swoje wyobrażenie podczas ostatnich dni, dawał jej w końcu argumenty świadczące o tym, że nadal coś do niej czuje, nawet jej powiedział o tym, że dalej ją kocha.

To było popieprzone, gubiła się w tym coraz bardziej i nie potrafiła tak naprawdę zrozumieć, co się działo. To nie było łatwe, kiedy brakowało podstawowych informacji, konkretów, dzięki którym mogłaby zobaczyć, czy w ogóle ma jakieś szanse. Aktualnie nie wiedziała nic, znaczy wiedziała to, że nie chciał ponownie się w to pakować, tyle, że jego gesty świadczyły o czymś zupełnie innym, co powodowało zamęt w jej głowie. Nie znosiła tego, nie potrafiła jednak z tym walczyć, nie wiedziała jak mogłaby to zrobić.

Sama nie czuła się, jakby była dobrym człowiekiem, raniła ludzi, którymi się otaczała, zawodziła ich, podejmowała głupie, spontaniczne decyzje, które nie przynosiły jej niczego dobrego, nie patrzyła na nikogo, ani na nic, brnęła przed siebie niczym taran szukając sensu w życiu, którego nie mogła znaleźć. Nie była z tego powodu dumna, w swoich oczach upadła naprawdę nisko, najwyraźniej on jednak nie podzielał tego zdania. Cóż, nie mówiła mu o wszystkim, może gdyby spojrzał szerzej to przejrzałby na oczy, bańka by prysła i dostrzegłby to, że wcale nie znajdowała się w tym mule tak daleko od niego.

Zaczęła spadać tamtą wiosną, zatracać się w rzeczywistości, szukała bodźców, które mogłoby jej przypominać o tym, że potrafi jeszcze coś czuć. Wystarczał nawet ból fizyczny, często więc przekraczała granice, aby go poczuć, bo wtedy wiedziała, że żyje, że nie jest widmem, które krąży po świecie. Coraz częściej lądowała u Florence, przyjaciółka przestała to komentować, co samo w sobie było argumentem za tym, że było z nią źle. Najgorsze w tym wszystkim było to, że chyba sobie samej robiła największą krzywdę. Cóż, chaos miał ją pochłonąć, prędzej, czy później. Teraz już nikt nad nim nie panował, mogła doprowadzić do samozapłonu i spłonąć.

- Nie byłabym tego taka pewna, ale dobrze wiedzieć, że ktoś myśli o mnie w ten sposób. - Miała wrażenie, że on zawsze patrzył na nią inaczej, dostrzegał głębię, której nie potrafił zauważyć nikt inny. Nie bez powodu spędziła z nim większość swojego dorosłego, świadomego życia. Potrafił ją wspierać w tym, co robiła, czy hamować, jeśli miała zamiar zrobić coś głupiego. Bez niego wiele się zmieniło, przestała się zastanawiać nad tym, czy decyzje, które podejmuje mają jakikolwiek sens.

- Nie widzę, mam wrażenie, że ostatnio dostrzegam coraz mniej. - Nie potrafiła zrozumieć przekazu, nigdy nie uważała, że Roise był osobą przed którą powinna się chronić, dał jej szczęśliwy dom, bezpieczeństwo, wszystko, czego potrzebowała, a teraz sugerował, że jego obecność w jej życiu była niewłaściwa, że mógł jej coś odebrać, tylko co? Skoro już wszystko straciła, nie miała nic więcej.

- To nie jest kwestią czasu, to zależy od tego, jakie decyzje podejmiemy, jak się zachowamy. - Nadal wydawało jej się, że wystarczy nieco zawalczyć, a może uda im się uniknąć zgliszcz. To wymagało pracy, zaangażowania, ale przede wszystkim chęci, tych ostatnich chyba zaczynało mu brakować. Nie chciała mu robić o to wyrzutów, próbowała zrozumieć to podejście, była jednak trochę jak ściana, od której odbijały się jego argumenty. Cóż, nie zmieniło się to, że była uparta, czasem miała klapki na oczach i trudno jej było dostrzec cały obraz.

Nigdy nie byli ze sobą zgodni w stuprocentach, jak wtedy kiedy obiecała mu, że nie szukałaby kogoś, kto go skrzywdzi, gdyby się tak stało. Kłamała. Nie odpuściłaby nigdy, musiałaby się zemścić. Tak samo, jak wtedy, gdy poszła go szukać, bo dziwne przeczucie sugerowało jej, że może mu się stać krzywda, też to zrobiła, choć nie miała się mieszać w jego interesy, to była jedna z sytuacji, kiedy postanowiła podążać za swoim własnym, wewnętrznym głosem - ignorując jego prośby. Czy teraz, kolejny raz miała to zrobić? Czy powinna po prostu zacząć częściej bywać przy nim, żeby przypomnieć mu o tym, że świat wcale nie jest taki zły? Mogłaby to zrobić, mogłaby spróbować.

Nie przestawała go dotykać, opuszki jej palców ciągle, delikatnie muskały jego twarz. Póki byli tak blisko chciała się nacieszyć jego obecnością, bo nie wiedziała, kiedy to powtórzą i czy w ogóle to zrobią. Nie miała pojęcia, co przyniesie poranek, raczej nie spodziewała się cudów, bo Ambroise miał swoją wizję i kurczowo się jej trzymał, no, może poza tymi nielicznymi momentami słabości, kiedy dopuścił ją do siebie. Nie wiedziała, w jaki sposób powinna to traktować, sentymenty, melancholia, a może niespełnione marzenia?

Zresztą, to nie było istotne, powód nie był istotny, liczyło się to, że wiedziała już, że gdzieś tam, jeszcze może się tli nadzieja na lepsze jutro, ona nie szukała znaków, które mogłyby sugerować o tym, że nie powinni tak postępować, wręcz przeciwnie, okazywała raczej zupełnie odwrotną postawę. Zapewne przez to, że ostatnio naprawdę dostrzegała to, jak jej go brakuje, docierało do niej coraz bardziej to, że jej życie bez niego nie miało żadnego sensu.

Świadomość, że nie do końca może coś z tym zrobić była przytłaczająca, wykorzystywała więc tę zupełnie niespodziewaną okazję, aby móc go mieć przy sobie chociaż przez krótką chwilę, to była zdecydowanie desperacja, chyba nie dało się tego inaczej określić.

- Los bywa przewrotny. - Mogliby założyć sobie, że nie będą się do siebie zbliżać, próbowali wyznaczyć sobie granice, nawet dzisiaj, a teraz tkwili tutaj razem, w mroku, w uścisku, jakby nic złego się między nimi nie wydarzyło, może zaczynali tracić nadzieję, ale ich ciała chyba zupełnie to ignorowały, zawsze mieli problem z tym, aby utrzymać ręce przy sobie kiedy znajdowali się obok siebie, to też się nie zminiło, czy w ogóle kiedykolwiek miało się zmienić?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#32
25.12.2024, 13:21  ✶  
Nie miał pojęcia, w jaki sposób zostanie odebrane jego odejście. Nawet nie próbował się nad tym zastanawiać (bujda; i tak to robił, nie potrafił uniknąć tych myśli), nie chcąc robić czegoś, co sprawiłoby, że z chwili na chwilę coraz trudniej byłoby mu rzeczywiście zrobić to, co uważał za właściwe.
Dniami, nawet wręcz tygodniami analizował wszystkie szczegóły, każde za, choć najbardziej przeciw. Poszukiwał innego rozwiązania. Naprawdę go szukał, nie chcąc poddać się jak ktoś, kim nie był, jeśli gdzieś tam istniał chociażby cień szansy na sukces, odwrócenie marnego, żałosnego żartu losu.
A jednak nie było takiej możliwości. Im bardziej starał się ją odnaleźć, tym głębiej uświadamiał sobie, że nie tylko nie mógł się temu przeciwstawić. Cokolwiek innego by zrobił, im dłużej by to wszystko przeciągał, tym gorzej by było. Ryzyko rosło, szanse topniały aż wreszcie po prostu musiał zachować się odpowiedzialnie.
Pierwszy raz w życiu naprawdę nie był egoistą. Choć może? Wybrał najłatwiejsze z najtrudniejszych wyjść, bo nie chciał prowadzić rozmowy, która zabiłaby go od wewnątrz. Tłumaczył to sobie na wiele różnych sposobów. W istocie zdawał sobie sprawę z tego, że odsunięcie się od niej było nieuniknione a im bardziej by z tym zwlekał, tym bardziej by się upodlił. A gdyby zrobił to w jakikolwiek inny sposób niż w postaci tego godnego pożałowania listu, jeszcze trudniej byłoby mu odejść.
Skapitulowałby, zamotałby się. Nie był tchórzem, ale najprawdopodobniej nie dałby rady poprowadzić tej rozmowy tak, aby zaraz potem zniknąć. Albo sam z siebie nigdy nie powiedziałby tych słów, albo dałby się całkowicie pociągnąć za język. Powiedziałby wszystko. A wtedy? Zostałby wciągając ją w bagno tylko po to, aby po kilku dniach, może tygodniach, miesiącach? i tak nie uniknąć ostatecznego.
Albo po prostu by go pogoniła. Nie wątpił, że próbowaliby jeszcze przez chwilę, ale to i tak by nie wyszło. To było popieprzone, gubił się w tym, wcale nie chciał stawać w obliczu takich decyzji.
Wielokrotnie pluł sobie w brodę za pochopność w czasach, w których praktycznie na niczym mu nie zależało i za uleganie z pozoru najłatwiejszym, wybitnie skutecznym rozwiązaniom (szczególnie w rozpierdalaniu nomen omen szczęśliwego życia). A jednak to nie zmieniało rzeczywistości. Jak bardzo by tego nie chcieli, czasu nie dało się cofnąć w taki sposób, aby coś zmienić.
No, to była bujda. W teorii się dało, lecz czy to cokolwiek by polepszyło? Szczerze wątpił, bo paradoksalnie i ironicznie: te złe decyzje ich ku sobie pchnęły, doprowadziły ich do siebie. Wolał nie zastanawiać się nad prostym faktem, jakim było to, że wierząc w pewną nadnaturalność tego, co ich łączyło, powinien wierzyć również w to, że tak czy inaczej by się ze sobą zeszli. Ze złymi decyzjami czy bez nich. To byłby gwóźdź do trumny.
To nie tak, że nie chciał ponownie się angażować. W głębi serca naprawdę wiele by dał, żeby móc przeprosić Geraldine za tamten dzień i wszystkie kolejne, które nastąpiły od tego czasu. Za bycie blisko, ale jednocześnie na tyle daleko, że woleli się mijać, nie mówiąc sobie o trudnościach w życiu, nie prosząc się nawzajem o pomoc czy po prostu o bycie, które zazwyczaj samo w sobie wystarczało, aby wszystko było łatwiejsze.
Tyle tylko, że nie mógł. Nie chciał. Nie, jeśli to oznaczałoby powrót do punktu wyjścia, czyli ciągnięcia ją ze sobą na dno. I wyjaśniania czegoś, na co nie mogłaby dobrze zareagować. Wybierał chwilowe odwlekanie od siebie konieczności odsunięcia się od niej, ale nie mógł zostać. Nie mogli mieć wiele więcej od tej marnej, żałosnej nocy spędzonej jak w transie w uścisku tuż przy kanapie.
- To się nie zmieniło - odmruknął miękko, uśmiechając się pod nosem, choć nie z radością a ze zmęczeniem, może odrobinę pobłażliwie, smutno. - Powinnaś zacząć wierzyć w siebie, wiesz? Wiem, że pierdolę o tym kolejny raz, ale - wzruszył ramionami, przytulając policzek do jej palców.
Była lepsza, zawsze miała być lepsza. Szczególnie teraz, bo nawet jeśli oboje pogrążali się w mule na swój własny sposób to Ambroise ani przez moment nie wątpił w to, że Rina robiła to ze słusznych zamiarów. Zawsze miała dobre intencje. Tak samo jak skłonność do porywczości i impulsywności, ładowania się w kłopoty, jednakże tutaj chodziło o właściwe motywy.
Znał ją. Nawet teraz nie miał wątpliwości. Wątpił w siebie, ale nie w Geraldine. Zdawał sobie sprawę z tego, że sam nic jej nie ułatwił. Wyrzuciła mu cześć z tego, co musiała myśleć przez ten cały czas. Żałował, że nie ujął tego wtedy w inny, w lepszy sposób, ale tamten list nie był dla niego łatwy. Nie tylko przez to, że Greengrass nigdy nie był mistrzem w słowach.
A gestów nie dało się zawrzeć na papierze. Pojawiały się za to tu i teraz. Doskonale wiedział, że przecząc wszystkiemu, co starał się robić. Naprawdę usiłował ją trzymać na dystans. Siebie od niej także. A jednak wciąż skończyli w swoich ramionach. Rano, po południu, teraz także. Jego ciało w dalszym ciągu do niej lgnęło. Myśli kierowały się w jej stronę.
- To kwestia świata, nie twoja. Cholernie ciężko się w nim odnaleźć - stwierdził zgodnie z tym jak wyglądała ich nowa rzeczywistość.
Nie było łatwo dostrzegać wszystkie szczegóły, rozumieć każdy detal. Zresztą był zdania, że czasami najlepiej było nie widzieć. Tak było łatwiej, choć czy aby na pewno? Wszystko było skomplikowane, popierdolone, chaotyczne. Szczególnie ich sytuacja.
Sam brał na siebie część odpowiedzi za to jak wyglądała, ale nie mógł inaczej. Musiał postępować wbrew sobie, prawda? Usiłował pokazywać coś, co nie było prawdziwe. Tyle tylko, że przez te ostatnie dni nijak mu to nie wychodziło.
Chciał, nie chciał. Mógł, nie mógł. Powinien, nie powinien.
Czuł się słaby. Ulegał tej chwili, nie walcząc teraz o nic, prócz tego, aby mieli dla siebie jeszcze kilka krótkich momentów. Starał się ważyć słowa, aby im tego nie odebrać. Nie chciał się kłócić. Pragnął...
...zarazem wiedział i nie wiedział, czego pragnął. Choć może inaczej - wiedział, czego pragnął. Zdawał sobie sprawę z tego, czego nie mógł mieć. Ani dać Geraldine. Jego ręce, choć ją obejmowały, były puste. Nic nie wnosił. Mógł jedynie odbierać.
- Mówisz tak, jakby to wszystko zależało od nas - nie chciał psuć jej nadziei, entuzjazmu, zresztą w jego głosie brzmiało niewypowiedziane i chcę ci wierzyć, Geraldine, ale nie bez powodu tego nie powiedział. - Gdyby to było takie proste - ale nie było.
Nie miało być.
- Los nam nie sprzyja - poprawił ją ciężkim, ponurym, choć cichym tonem.
To nie była przewrotność losu. Już nie. Od początku wojny los obrócił się przeciwko nim. Nie był złośliwy, był morderczy. Przecież już to widzieli.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#33
26.12.2024, 01:31  ✶  

Yaxleyówna miała do siebie żal, że wtedy nie zauważyła niczego niepokojącego, wręcz przeciwnie wydawało jej się, że było między nimi wyjątkowo dobrze, może na początku tamtego roku, mieli nieco zmartwień, w dużej mierze spowodowanych przez jej nieco nieokrzesany charakter, ale jakoś udało im się poradzić tymi problemami, które się pojawiły. Nie spodziewała się tego, co miało nadejść, na pewno nie myślała o tym, że zastanie puste łóżko, kiedy jeszcze wieczorem przy nim zasypiała. To się jednak stało, zresztą w jednym z trudniejszych momentów w jej życiu, wiedziała, że dla Roisa tamten czas również nie był najłatwiejszy, stracili bowiem wspólną przyjaciółkę, to co stało się później tylko ją dobiło. Docierało do niej, że nic nie jest stałe, że wszystko może się rozsypać, nawet to, co miało być na zawsze.

Nie potrafiła sobie wytłumaczyć dlaczego odszedł bez słowa, dlaczego nie powiedział jej tego w twarz, tylko opuścił ją pozostawiając po sobie jedynie tę krótką notatkę, która niczego jej nie wyjaśniła. Pewnie tak było prościej, zdecydowanie, zresztą potwierdzaniem tego mogło być to, co działo się między nimi teraz. Niby nie miało już ich nic łączyć, a nadal nie mogli się od siebie odsunąć, lgnęli do siebie niczym ćmy do światła, chociaż spodziewali się, że może to przynieść jedynie ból i cierpienie. Przynajmniej według tego co ustalili.

- Nie da się zaprzeczyć temu, że zawsze widziałeś we mnie o wiele więcej niż wszyscy inni. - Nie miała pojęcia z czego to wynikało, Roise już tak miał, potrafił dostrzec to, co tkwiło w jej głębi, co było niemalże niezauważalne. Ludzie widzieli w niej raczej nieco pierdolnięta, łowczynie potworów, ale to były tylko i wyłącznie pozory, miała do zaoferowania dużo więcej, zwłaszcza kiedy jej na kimś naprawdę zależało. Wtedy była gotowa dla tej osoby wskoczyć w ogień, poświęcić się, zupełnie bezinteresownie. Nie zmieniało to jednak faktu, że umiała być też bezwzględna, dążyć do celu po trupach, krzywdzić tych, którzy byli w stanie grozić Geraldine, czy jej bliskim. Właściwie to nawet nie tylko bliskim, udowodniła bowiem nie raz, że nawet wokół krzywdy praktycznie obcych osób nie potrafiła przejść obojętnie. Zmieniły się metody walki po które sięgała, bo próbowała być jeszcze bardziej skuteczna, czuła, że przy tym zaczęła pękać jej dusza, to przyniosło wyrzuty sumienia, bo z tej drogi nie było odwrotu, obawiała się, że ta ścieżka może ją pochłonąć. Nie do końca chyba jednak chciała z tym walczyć, po co miała to robić? To i tak nie miało żadnego znaczenia, nie było dla kogo się starać.

- Tu nie chodzi o kwestie wiary w siebie Roise, staram się to robić, ale pojawiają się wątpliwości. - Niby intencje miała dobre, ale nie bez powodu magię, po którą sięgała nazywano czarną. Miała świadomość do czego może prowadzić zatracenie się w niej. Obawiała się tego, że nie jest wystarczająco silna, aby nad tym panować. Podobało jej się to, że zaklęcia z których korzystała wychodziły jej tak precyzyjnie, że potrafiła przy pomocy nich radzić sobie z problemami. Ucinała głowy, nie raz, kilka razy i wiedziała, że jeśli pojawi się ku temu okazja, to bez oporu to powtórzy, jeśli będzie trzeba to miałaby oporu przed tym, aby w ten sposób zaatakować człowieka. Kiedyś pewnie by się nad tym zastanawiała, teraz? Teraz to się zmieniło. Świat ją do tego zmuszał, ale gdyby jej wola była nieco silniejsza pewnie potrafiłaby się temu postawić, niestety tak nie było. To już chyba czyniło z niej złego człowieka.

- Nie można tego zwalać na świat, on przecież ciągle się zmienia, zawsze tak było, to ja nie potrafię się dostosować. - Wydawało jej się, że przez to jest słaba. Mogłaby widzieć więcej, reagować szybciej, zmieniać się, tyle że wcale nie przychodziło jej to łatwo. Nie chciała zwalać na otaczającą ich rzeczywistość winy za to, że nie umiała się w niej odnaleźć. Powinna być panią własnego losu, powinna mieć jakikolwiek wpływ na to co działo się w jej życiu, a miała wrażenie, że nie jest w stanie zapanować nad niczym. Szczególnie ostatnio, kiedyś nie było aż tak źle, ale ostatnio straciła kontrolę nad wszystkim. Bardziej egzystowała niż żyła, nie decydowała o niczym po prostu próbowała odnaleźć się w tym, co dostawała od losu. Kiedyś pewnie próbowałaby to zmienić, aktualnie? Brakowało jej siły. Tyle złego się jej przytrafiło, że zaczynała wierzyć w to, że słońce szybko nie wyjdzie zza chmur. Powinna przywyknąć do ciemności.

- Czy to właśnie nie powinno zależeć od nas? Kiedy przestaliśmy panować nad tym, jak wygląda nasze życie? Kiedy pozwoliliśmy sobie stracić kontrolę? - W przeszłości było zupełnie inaczej, potrafili zapobiegać, mieli przygotowany plan na praktycznie każdą ewentualność. Potrafili rozmawiać o tym, co powinni robić, gdyby coś nie szło po ich myśli. To działało, przynajmniej kiedyś. Nie miała pojęcia, jak właściwie doprowadzili do tego, że aktualnie i ona i on znajdowali się w takiej rozsypce, okropnie zagubieni, niczym dzieci we mgle.

Próbowali się trzymać od siebie z daleka, ich czyny jednak zaprzeczały słowom, niby mieli tego nie robić, ale znowu się nie kontrolowali, chyba faktycznie nie mieli praktycznie żadnego wpływu na to co działo się wokół nich. Tego akurat nie żałowała, przez te prawie dwa lata rozłąki okropnie brakowało jej jego bliskości, więc korzystała z niej póki mogła. Nie przestawała gładzić jego policzka, robiła to przez dłuższą chwilę, w końcu jej dłoń przesunęła się jeszcze wyżej, nas ucho i tam wykonywała te same gęsty, aż wplątała mu ją we włosy.

- To nigdy nie było proste Roise. - Wręcz przeciwnie, mimo tego, że ich przeszłość widziała raczej jako bardzo barwną i przyjemną, to miała świadomość, że już wtedy los rzucał im kłody pod nogi, regualrnie, co jakiś czas i jakoś udawało się  sobie z tym poradzić, tyle, że wtedy faktycznie chcieli o siebie walczyć, nigdy nie myśleli o tym, aby skreślić to co udało im się stworzyć.

- A komu teraz sprzyja? - Miała wrażenie, że wszyscy mieli pod górę, na każdym kroku pojawiało się niebezpieczeństwo i czuła, że jest to dopiero początek, nie miała pojęcia, czego jeszcze powinni się spodziewać, zapewne wszystkiego najgorszego, a nawet jeszcze więcej. Świat już nie był bezpiecznym miejscem, ale to wcale nie oznaczało, że powinni przestać walczyć o swoje marzenia, o swoje szczęście.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#34
26.12.2024, 14:25  ✶  
Prościej, czy cokolwiek było proste? Nie wiedział, kiedy ich życie zaczęło robić się coraz bardziej skomplikowane. Ciemne chmury długo zbierały się gdzieś na horyzoncie, ale zawsze były odległe. Raz na jakiś czas przychodziła burza, która niosła ze sobą zniszczenia, jednak zawsze byli w stanie ją przetrwać. Do czasu, gdy w kilka sekund rozpętał się huragan.
Miesiącami wydawało mu się, że ich życie wkroczyło na właściwe tory. Po latach walki i trudów nareszcie osiągnęli coś na kształt prawdziwej stabilizacji. Spokoju, którego nadejścia Ambroise nigdy nie śmiałby się spodziewać. Pomimo grozy ogarniającej świat, odnaleźli namiastkę własnej idylli.
A potem wszystko runęło, gdy nadeszła świadomość, że ta cisza nie była tym, za co ją mieli. W rzeczywistości znajdowali się w oku cyklonu. Tam, gdzie było najspokojniej zaraz przed tym jak znowu wszystko ogarniała niszczycielska siła. Kilka sekund oddechu i ich świat został rozdarty, rozszarpany, bezpowrotnie zniszczony.
Ledwo pozbierali się po sytuacji z początku roku. Powtórka nadeszła niespodziewanie, tyle tylko, że los tym razem nie zamierzał być łaskawy. Nie brał jeńców, nie wybaczał. Śmierć zabrała to, po co przyszła. Nie dało się temu zapobiec, choć przynajmniej kilka tygodni później ponownie pojawiła się w ich życiu - tym razem po to, aby wyrównać rachunki.
Tyle tylko, że to nic nie zmieniło. Ich rzeczywistość i tak została skażona i spaczona. A podjęta decyzja o tym, aby zemścić się za ten cios, zamiast przynieść ulgę, niosła ze sobą ból uświadomienia sobie, że z tej ścieżki nie było powrotu. Zbyt łatwo przyszło mu pogrążenie się w mroku. Znacznie ciemniejszym i gęstszym od tego, który ich teraz otaczał w salonie w miejscu, które powinno być domem a było cmentarzem.
Nie chciał, aby stało się nim jeszcze bardziej dosłownie. Wbrew temu, po co sięgały jego dłonie, nie mógł pozwolić sobie na więcej niż ta chwila słabości. Inaczej to wszystko byłoby bezcelowe.
- Inni są ślepcami - odrzekł, wyjątkowo nie podkreślając własnej wartości i tego, co zazwyczaj padłoby z jego ust.
Tym razem nie chodziło o niego. Nie w tej chwili. On? Dawno pogrążył się w swoim bagnie.
- Wątpliwości zawsze gdzieś tam będą - odpowiedział bez zawahania, lekko gładząc ją ręką po plecach. - Byłoby źle, gdybyś ich nie miała - miał w tym praktyczne doświadczenie, prawda?
On sam coraz rzadziej zastanawiał się nad konsekwencjami własnych wyborów. Przeznaczał mniej czasu na myślenie, więcej zaś na reagowanie pod wpływem chwili. Jeśli to było w ogóle możliwe, stał się bardziej porywczy i impulsywny, mniej kontrolował własne destrukcyjne zapędy. A przecież jednocześnie widział, do czego prowadziło to niektórych ludzi.
Obracając się w takich a nie innych kręgach, Roise znał wiele chodzących przykładów na to, że z pozoru najłatwiejsze i najskuteczniejsze metody niemal zawsze były też najbardziej pochłaniające. Mimo to sam instynktownie je wybierał. Sięgał po nie, bo nie musiał się powstrzymywać. Na koniec dnia i tak była noc, czyż nie? A on wracał do pustego domu, który nazywał domem wyłącznie po to, aby nie odpowiadać na zbędne pytania. W istocie czuł się, jakby go wcale nie miał.
Dryfował. Unosił się na falach. Częściej niż rzadziej znajdował się pod wodą. Tuż przy samym dnie. Tonął, ale nie mógł się utopić. Raz za razem znajdował w sobie na tyle siły, aby spróbować wrócić na powierzchnię, choć mentalnie już dawno zszedł z właściwego toru.
Może Geraldine w istocie miała rację? Mówiąc o sobie, mówiła również o nim? Bo przecież on przede wszystkim nigdy nie potrafił się dostosować. Wolał zacięcie zmierzać po swoje a teraz to już praktycznie nie działało. Powoli skinął głową, dając się gładzić po policzku, który wysechł już od łez (a może mu je starła? wolał nie wiedzieć), ale w dalszym ciągu był przejmująco lodowaty.
A może to jej dłonie były parzące, bo nigdy nie powinny się tam znaleźć? Należeli już do zupełnie innych światów. Nie powinni być tak blisko, igrać z przekornym, złośliwym losem, lecz właśnie to robili. Lgnęli do siebie. Podejmowali kolejne pochopne decyzje dla paru chwil niepełnej ulgi podszytej świadomością, że to było niewłaściwe...
...i zarazem tak słuszne. Chyba w istocie nie potrafili się dostosować. Nie mógł temu zaprzeczać, więc milczał, bo nie chciał kłamać.
- Dawno temu. Zbyt dawno, żeby określić dokładny moment, kiedy to się stało - odpowiedział cicho, ostrożnie zbliżając twarz do jej twarzy i opierając czoło o czoło Geraldine, kolejny raz poddając się dotykowi dłoni dziewczyny, choć tym razem we włosach.
Zawsze to lubił. Uśmiechał się, gdy wplatała palce w jego włosy, gdy delikatnie wodziła nimi między pasmami, lekko drapiąc go po głowie. Wywołując przyjemne dreszcze na jego ciele i sprawiając, że mimowolnie przymykał oczy, wzdychając z zadowoleniem.
Teraz też niemal tak zrobił. Nieomal uległ instynktowi, by luźniej oprzeć się o dół kanapy, pociągając Geraldine za sobą. Gdyby byli tamtymi ludźmi albo mogli w dalszym ciągu udawać widma własnej przeszłości, jednym zdecydowanym ruchem posadziłby ją sobie na kolanach, nieznacznie zsuwając się z nią w dół, aby półleżeć pomiędzy kanapą a podłogą. Oddychałby błogo i spokojnie, pozwalając przeczesywać swoje włosy.
Byliby szczęśliwsi niezależnie od okoliczności zewnętrznych, bo razem naprawdę wydawało im się, że byli w stanie przetrwać znacznie więcej. No właśnie: wydawało im się do momentu, kiedy musieli uświadomić sobie, że to były jedynie czcze starania i myślenie życzeniowe nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.
Zaraz później zaczęła pojawiać się ta natrętna myśl, z którą nie chciał się zgadzać, lecz pod osłoną nocy była nieunikniona.
- A może tak naprawdę nigdy jej nie mieliśmy - nie pytał, po prostu stwierdził fakt, wypowiadając tą jedną naprawdę ponurą i przebijającą myśl, która od wielu miesięcy cisnęła mu się do głowy, ale jak do tej pory nigdy nie zagościła na ustach Ambroisa.
Do teraz. Do momentu, kiedy rzeczywiście osiągnął ten stopień przytłoczenia rzeczywistością i popapranymi kolejami losu, że nie widział zbyt wielu innych możliwości. Nie mieli kontroli nad niczym. Wyłącznie wydawało im się, że panują na swoim życiem. Wspólnym czy osobnym - przy obu nie mieli tak naprawdę zbyt wiele do powiedzenia, choć raz za razem przeskakiwali przez kłody rzucane im pod nogi.
Nie poddawali się i to grało. Jakimś cudem działało na tyle długo, że zdążyli zbudować sobie na tym dom, wspólne życie, mieli własny mały kawałek bezpiecznego świata w Piaskownicy. Greengrass czasami zastanawiał się nad tym, ile tak właściwie mogliby jeszcze wytrwać w taki sposób. Mury obronne zaczęły sypać się zimą, ale mieli w sobie nawzajem tyle oparcia, żeby spróbować to naprawić. Na jak długo?
Poniekąd sama dała mu odpowiedź, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy.
To nigdy nie było proste. Skinął głową. To nigdy nie było proste, więc pewnie stałoby się to prędzej niż później. Ostateczny odwlekany cios. Ich brudy zawsze miały tendencję do gromadzenia się pod dywanem a potem wylewania się stamtąd pod postacią niepowstrzymywalnej lawiny. A wtedy czasy były jeszcze trochę spokojniejsze, zagrożenia nie były tak realne i odczuwalne niemal na każdym kroku.
- Doskonale wiesz, komu teraz sprzyja - nie miał zamiaru mówić tego na głos, ale oboje mieli odpowiedź na to pytanie.
Uzyskali ją wtedy z początkiem roku, gdy wszystko zaczęło rozsypywać się w popiół, obracać się w perzynę. Na początku starali się udawać, że mogą coś z tym zrobić. Wycofanie się z linii frontu było najlepszym posunięciem, jakie mogli wtedy poczynić, jednak i to nie wystarczyło.
Coś musiało się zepsuć, choć mimo wszystko chyba nigdy nie sądzili, czym to będzie. Uderzenie tak blisko nich, że praktycznie bezpośrednio w ich życie było druzgocące. Sprawiło, że wszystko momentalnie tąpnęło. Zniszczenia były nieuniknione i tak mocne, że nigdy się po nich nie pozbierali. Nie mieli się pozbierać, nawet jeśli z czasem na nowo nauczyli się z tym żyć... ...egzystować, bo to było lepsze słowo.
Czasami zastanawiał się, co by było, gdyby inaczej podeszli do całej sprawy. Gdyby nie byli egoistami, dzieląc się częścią swojego bezpiecznego świata z bliskimi przyjaciółmi z Londynu. Wpuszczając ich za osłonę, radząc im zrobić coś, o czym sami błyskawicznie zadecydowali. Może nawet pomagając w znalezieniu czegoś całkiem blisko nich, ustalając wspólny front, tworząc szersze kręgi niż mieli tu we dwoje. A jednak tego nie zrobili... ...i stało się najgorsze. Reszta posypała się jak domek z kart albo kostki przewróconego domino.
- Planujesz tu wrócić? Teraz, gdy to jest tylko - twoje i nie musisz już przejmować się moją obecnością?, urwał, milknąc na moment. - To mogłoby być lepsze miejsce niż Horyzontalna, szczególnie dla Astarotha, o ile nie zacznie mordować mugoli z miasteczka - mówił spokojnie, ponownie jedynie stwierdzał fakt a nie szukał zaczepki; jego usta znajdowały się tuż przy wargach Geraldine a oczy były zamknięte, nawet mimo mroku.
Tuż obok okiennica huknęła o ścianę. Wiatr głośno zajęczał, niosąc się echem wśród skał i wrzosów. Mimo wszystko to było lepsze miejsce - tak jak mówił. W końcu nie bez powodu wybrali je na swoją bezpieczną przystań. To, że teraz ponownie wymagało wiele wysiłku, aby przywrócić je do właściwszego stanu, nie zmieniało tego faktu.
- Mogę pomóc ci z paroma rzeczami zanim stąd znikniemy. Nawet zostać tu na chwilę dłużej, żeby doprowadzić kilka tematów do porządku - starał się nie mieć żadnych oczekiwań, tłumacząc to sobie koniecznością domknięcia tego, co sam również zaniedbał przez ostatnie półtora roku, jednak w rzeczywistości chyba trochę zbyt mocno chciał znaleźć sobie pretekst, żeby nie musieć wracać z porannym światłem.
Brakowało mu tego domu. Nie tak jak Riny, bo bez niej to miejsce nigdy nie miałoby dla niego takiego znaczenia, ale obserwowanie tego jak wszystko dookoła powoli ogarniał rozkład było trudne. Niezależnie od tego, co chciała zrobić z tym miejscem, mógł przeznaczyć trochę czasu, żeby naprawić choć kilka zniszczeń. Pozbyć się jeżyn w ogrodzie, trwale naprawić okiennicę na ganku, poprawić barierki przy stopniach, które też wymagały wymiany.
Mógł z nią tu zostać jeszcze przez chwilę. Tak długo jak to konieczne, nawet jeśli podświadomie obawiał się, że robiłby to wolniej, wpadając w pułapkę przesuwania odejścia co dzień o dzień aż wreszcie stałoby się to bardziej niż oczywiste. Choć tak właściwie to czy już nie było? Mimo to czekał na odpowiedź. W mroku nocy wszystko było inne. Zarazem trudniejsze i łatwiejsze. Paradoksalne. Jak nowy ład i porządek.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#35
27.12.2024, 11:12  ✶  

Znaleźli swój rytm. Potrafili stworzyć wspólny świat, który wydawał się być niemalże idealny, szczególnie, gdy wracała pamięcią do tego co kiedyś mieli. Zapominała o tych nielicznych, gorszych chwilach, bo przecież było ich niewiele i zawsze potrafili sobie jakoś z nimi poradzić. Trwało to trochę, ale nigdy się nie skreślali, szukali rozwiązań, które były w stanie usatysfakcjonować obie strony, przynajmniej z pozoru. Bywało różnie, ale nadal prz sobie trwali, zresztą wydawało jej się, że to było właściwie. Nie dało się stworzyć niczego w pełni idealnego, nie jeśli stawiało się na szczerość, bo to wiązało się z prawdą, która nie za każdym razem była taka, jaką chciało się usłyszeć. Tyle, że przynajmniej z pozoru mieli świadomość na czym stoją, może nie zawsze zdradzali sobie wszystkie szczegóły, ale nie udawali przed sobą, że są innymi ludźmi. To nigdy nie miało miejsca.

Najwyraźniej jednak coś jej umykało, nie było takiej sielanki, pozwoliła sobie zatracić się w tej idylli, którą sobie stworzyli, przestała dostrzegać drobne znaki. Powinna była zauważyć, że Roise był zamyślony, że coś go męczayło, najwyraźniej planował to, co zrobił, nie była to spontaniczna decyzja pod wpływem chwili. Nie domyśliła się, że coś jest nie tak, trochę było w tej jej winy, bo dała się zaślepić tym pozornym szczęściem, które mieli. Błąd, to był błąd, na który nie zamierzała sobie już nigdy więcej pozwolić.

- Szkoda tylko, że wątpliwości przychodzą po podjętych decyzjach, bo czy właściwie to są jeszcze wątpliwości, czsy po prostu problem z konsekwencjami, które przychodzą? - Głośno myślała, właściwie to jeszcze nigdy z nikim, nie dyskutowała o tym, co czuła przez to, że zaczęła postępować nieco inaczej. Próbowała się w tym odnaleźć, jakoś to przetrawić, nie miała tendencji do dzielenia się swoimi myślami, nie z kimkolwiek, wolała raczej zostawiać je dla siebie. Z Ambroisem zawsze wyglądało to inaczej, nigdy nie miała problemu z tym, aby się przed nim otworzyć, najwyraźniej i to się nie zmieniło. Brakowało jej tego, nigdy nie musiała się zastanawiać jakoś szczególnie nad tym, co mu mówiła, bo jej nie oceniał, raczej widział w niej coś więcej, zresztą nadal nie miała oporów przed tym, aby dzielić się z nim swoimi obawami.

- Nie wiem, dlaczego tego nie zauważyłam. - Coraz bardziej upewniała się w tym, że widziała naprawdę mało, że była zaślepiona tym ich wspólnym szczęściem, które powodowało, że cały obraz był nieco zakrzywiony, nie skupiała się na niczym więcej, bo jej było dobrze, tylko to dostrzegała. Może, gdyby potrafiła faktycznie otworzyć oczy, zauważyć coś więcej to mrok nie zacząłby ich pochłaniać, mogłaby zareagować, zrobić coś, tylko co? Nie miała pojęcia, zresztą nie było szansy na to, aby sprawdzić, czy udałoby się jej jakoś zapobiec temu, co wydarzyło się później.

Nie przestawała go dotykać, nie chciała tego robić, może jej ruchy były delikatniejsze i mniej zdecydowane od tych zazwyczaj, jednak nie zamierzała się przed tym powstrzymywać. Roise ponownie zbliżył do siebie ich twarze, dzięki czemu czuła jak oddychał. Czy powinni w ogóle się tak do siebie zbliżać, skoro nie miało to żadnego sensu, skoro było chwilową słabością, zapewne nie, a i tak sobie na to pozwalali. Mogłaby bez chwili zawahania zbliżyć swoje usta do jego, połączyć je w desperackim pocałunku, ale tego nie zrobiła, bo rozmawiali, i ta rozmowa była zdecydowanie mniej nieprzyjemna od tej poprzedniej, próbowali przekazać sobie swoje myśli w spokojniejszym tonie i nie chciała tego popsuć.

- Nie wydaje mi się, żeby to było nigdy. - Nie chciała w to uwierzyć, nawet jeśli on twierdził inaczej. Wydawało jej się, że naprawdę było zupełnie inaczej, przynajmniej kiedy ona spoglądała w przeszłość. Potrafili znaleźć swoją własną ścieżkę, w tym świecie, w którym przyszło im żyć. Robili to, na co mieli ochotę, tyle, że razem tworząc swój, mały świat, z dala od ludzi, którzy mogliby im go popsuć. Ich dom istaniał, temu nie dało się zaprzeczyć, kryli się w nim przed tym, co działo się wokół nich. Przeczekanie jednak nie wystarczyło, bo nie mieli wpływu na to, co działo się w świecie. Kiedyś musiało ich to dosięgnąć, czy tego chcieli, czy nie. Nie byli jednostkami, które zupełnie odcięły się od innych ludzi, mieli znajomych, przyjaciół, których również dotyczyło to wszystko, prędzej, czy później musieli oberwać, jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio. Wtedy zaczęło się to sypać, przesypywać niczym piasek przez palce. Musieli być gotowi na ewentualne konsekwencje, musieli się zbroić, nie mogli trwać wiecznie w swojej spokojnej bańce, świat po nich sięgał, czy chcieli mu na to pozwolić, czy nie. Rzeczywistość w końcu musiała dostać to, co do niej należało, nie brała jeńców, niszczyła życia.

- Wiem, ale nie zamierzam tego tak zostawić, ktoś musi to odwrócić. - Nie mogło być tak wiecznie, kiedyś wszystko się zmieni, wróci do starego porządku, na pewno tak się wydarzy, jeśli nie, to przecież i w mroku można było odnaleźć swoją rutynę. Zawsze dało się znaleźć jakiś sposób, przecież już to sobie udowodnili. Może tylko powinni zrobić to nieco inaczej, nie izolować się, aż tak bardzo, żeby mieć większą kontrolę nad tym, co działo się wokół nich. Oczywiście, nie chciała się angażować w nieswoją walkę, ale nie miała zamiaru pozwalać na to, żeby miała ona negatywny wpływ na jej życie.

Mieli swój pomysł, jak obejść to, co działo się na świecie, właściwie nie był najgorszy, działał to momentu, w którym ktoś z ich wspólnych bliskich nie stał się przypadkową ofiarą tego przewrotu. Wtedy chyba dostrzegli, że czy tego chcą, czy nie, to i tak miesza w ich w miarę stabilnym życiu, nie dało się zupełnie odciąć od konsekwencji, które mogły pojawiać się coraz częściej. Wystarczyło się pojawić w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie i można było zostać kolejnym trupem, jakby to, czym się zajmowali nie było wystarczającym ryzykiem. Zresztą w ich przypadku ryzyko istaniało od zawsze, przecież pogodzili się z tym, że nie prowadzą raczej spokojnych żyć, które wybierała większość społeczeństwa. W pewien sposób widmo śmierci wisiało nad nimi od zawsze. Tyle, że teraz śmierć pochłaniała wszystkom, mogła pojawić się w każdej chwili, to powodowało brak stabilizacji, na to nie mieli większego wpływu.

- Niczego nie planuję Roise. - To nie miało najmniejszego sensu, nie kiedy nie miała pojęcia, co może przynieść jutro. Nigdy nie wiadomo jakie rewelacje dotrą do jej uszu kolejnego poranka. Jasne, zabunkrowanie się tutaj było jakąś metodą, ale nie chciała tego robić, bo przecież to już raz nie zadziałało. Miała widma do zabicia, nie wydawało jej się, żeby Astaroth był szczególnie zadowolony, gdyby kazała mu mieszkać w takim miejscu. Zabrała go do Londynu, aby miał chociaż namiastkę normalnego życia, inaczej mógłby zostać w Snowdonii. - Nie byłby tutaj szczęśliwy. - Oni byli, oni potrafili widzieć w tym miejscu swój dom. Nie wydawało jej się, aby ktokolwiek potrafił dostrzec w Piaskownicy to samo.

- Szkoda, że nie możesz zostać tutaj na zawsze. - Nie powinna była może tego mówić, ale mrok nadal dodawał jej odwagi, powodował, że słowa jakoś łatwiej opuszczały jej usta, przestała ponownie zastanawiać się nad każdą myślą, którą się z nim dzieliła. Szczególnie, gdy znajdowali się tak blisko siebie, kiedy jak kiedyś wplatała mu palce we włosy, czuła na twarzy jego ciepły oddech, a świat wokół nich wydawał się nie istnieć, chociaż rozmawiali o tym, że im wszystko odebrał.

- Jeśli masz chęć, to zostań, na chwilę, na trochę, na ile tylko chcesz. - Nie zamierzała mu mówić, co ma robić. Jeśli odczuwał taką potrzebę, to kmiże była, aby mu tego odmawiać, wtedy i ona nie będzie musiała wracać do tego, co znajdowało się na zewnątrz. Może by jej to dobrze zrobiło, może udałoby jej się cokolwiek poukładać w swojej głowie, albo wręcz przeciwnie, zapewne tak się to skończy, będzie miała jeszcze większy mętlik w głowie, ale to teraz nie było ważne.

Ten chwilowy, pozorny spokój wynagradzał jej to, co działo się w jej życiu przez wiele miesięcy. Mogła złapać oddech, chociaż przez moment przestać się zatracać w tym, co zżerało ją od środka. To wcale nie było takie złe, zapewne powrót będzie bolał, ale może mniej niż to, co działo się do tej pory.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#36
27.12.2024, 14:02  ✶  
- To zależy - jak wszystko obecnie, prawda? - Jeśli przyjmujesz konsekwencje, nawet wbrew tym myślom, to chyba w dalszym ciągu są po prostu te słuszne wątpliwości - a przynajmniej tak mu się wydawało.
Geraldine, którą znał (i ta, którą nadal była w jego oczach) raczej nie unikała ponoszenia odpowiedzialności za swoje decyzje, więc dla niego sprawa była jasna. Znacznie jaśniejsza niż to, co powiedziała zaledwie moment później, na co zareagował stłumionym westchnieniem. Nie wiedział, co mógłby jej na to odpowiedzieć, naprawdę nie wiedział.
To była ciężka rozmowa. Inna niż wszystkie, które kiedykolwiek przeprowadzili, zwłaszcza że to już nie była zaogniona kłótnia i chyba oboje świadomie starali się, by w nią nie eskalowała. Nie po poprzednim wieczorze.
- Nie chcę się z tobą kłócić, Rina, ale to jak próba odwracania nurtu łyżką do zupy - stwierdził, nie wahając się mówić o tym, co uważał za szczere, bo przecież obiecali się nie okłamywać. - Nie mogę cię przed tym powstrzymać - a był zdecydowanie zbyt mocno wyczerpany tym, co stało się przed kilkoma chwilami, żeby na nią naskoczyć za pochopne i głupie pomysły - ale nie chciałbym kiedyś obudzić się w świecie bez ciebie - to były kolejne zatrważająco szczere słowa, które być może nigdy nie powinny paść, bo wszystko komplikowały zamiast ułatwiać.
Jednakże taka była prawda. To było coś, co przerażało go odkąd zyskał świadomość tego jak krucha jest rzeczywistość dookoła nich. Że otwarcie się na czyjąś obecność u swojego boku miało faktyczne konsekwencje będące nie tylko ryzykiem złamanego serca po rozstaniu. To było najłagodniejsze, co mogło się stać, szczególnie w tych czasach. Były dużo gorsze straty niż utrata wspólnego domu.
Wiedzieli coś o tym, prawda? Mogli budować sobie świat wokół Whitby, przebywać w Londynie tak krótko jak to było konieczne, zapewniać sobie (pozorną) neutralność. Przez pewien czas to działało. A potem brutalnie przypomniano im o tym, że losu nie da się oszukać. Rzeczywistość prędzej czy później wyciągała ręce po to, co do niej należało.
Od tamtej pory najpewniej oboje stracili znacznie więcej. Innych bliskich, wspomnienia bezpiecznych miejsc, nadzieję na przyszłość, wiarę w światło na końcu tunelu. Siebie nawzajem, swój dawny świat, choć w ciemnościach twarz obok twarzy mogli dać się zwieść pozorom. Zupełnie tak, jakby byli w stanie odbudować zalążek utraconego domu.
Tyle tylko, że miał się rozpaść z pierwszymi promieniami słońca, bo tworzyli go z mroku i desperacji. Ciemność ułatwiała mówienie o niektórych sprawach. To, że nie musieli spoglądać sobie nawzajem w oczy, że szept niósł się w echu wiatru zawodzącego na zewnątrz. Te wszystkie wypowiadane słowa nadal bolały, jednak same cisnęły się na usta.
Może z lekkim opóźnieniem, być może w niewłaściwej kolejności, poruszając tematy w tak chaotyczny sposób jak to było możliwe, ale ostatecznie mówił. Milcząc przez chwilę, tłumiąc w sobie odpowiedź, ale w końcu i tak się temu poddając.
- Nie mogłaś tego zauważyć, bo to już się działo - to nie były wyjaśnienia, zapewnienia, poprawianie jej ani żadne koślawe pocieszanie; tak właściwie to Ambroise sam nie wiedział, czym to było, jeśli nie kolejnymi ciężkimi prawdami. - Od samego początku byliśmy skazani na porażkę - stwierdził, zaciskając usta i na moment przymykając oczy, by nie westchnąć ciężko.
Wiedział, że nie planowała się z nim zgadzać. Nie mieli tu jasności. To też było skąpane w mrokach. Tym bardziej, że w dalszym ciągu oczekiwała od niego wyjaśnień a on nadal nie był w stanie jej ich zapewnić. Nie mógł powiedzieć tego, czego od niego chciała, więc każde z nich miało tu swoją wersję prawdy.
- Będziesz się w to mieszać - nie pytał, bo nie musiał pytać, wyłącznie kolejny raz w tej rozmowie stwierdził fakt, który zabrzmiał cicho, ale ponuro, zmęczenie. - Bezstronność już nie wchodzi w grę? Nie możesz zostawić tego tym ludziom, o których wspominałaś? Znajomemu, któremu pomogłaś? - aż nazbyt dobrze wiedział, co usłyszy.
Chcieli tego czy nie, to nigdy nie było coś, czego mogli uniknąć. Wmawiali sobie, że ta walka ich nie dotyczy, jednakże w rzeczywistości byli jej częścią. Mogli zapewniać sobie schronienie na krańcu świata, ale prędzej czy później musieli zmierzyć się ze światem pogrążonym w chaosie. Już nie razem a osobno. To też bolało, szczególnie wtedy, kiedy uświadamiał sobie, że może nie do końca działało (bujda: po prostu nie działało, Astaroth był kolejnym przykładem, ale nie chciał znów o nim mówić, więc tylko kiwnął głową).
- Ja też tego żałuję - odpowiedział niemal bezgłośnie, próbując nie pokręcić głową ani nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu, by nie zepsuć tej chwili.
Było ciężko. Trudniej niż mógłby kiedykolwiek zakładać. Nie bez powodu unikał tej rozmowy, ale ona i tak nadeszła. I jeśli to było w ogóle możliwe (a najwidoczniej było) była gorsza od wyrzutów, od krzyków, kłótni i wyklinania. Była smutna, po prostu przeraźliwie smutna. Nie mogła taka nie być, gdy przez lata zapewniali się o czymś, co utracili zaledwie w przeciągu kilku chwil.
Nie mogli dłużej karmić się złudzeniami, jednak tak trudno było nie próbować dać sobie choć namiastki nadziei, odrobinę światła w ciemnościach.
- To niemożliwe - tym razem nie potrafił tego nie powiedzieć, nie zdusił w sobie tych słów, tak samo jak bardzo lekkiego muśnięcia palcami włosów na karku Geraldine, gdy powoli przesunął rękę na jej ramię. - A ty? - To pytanie wydawało się naturalne, szczególnie pod gęstą osłoną nocy.
Tak, przyjął te słowa o zostaniu tutaj tak długo jak mógłby tego chcieć, nawet jeśli zanegował istnienie tej możliwości, bo przecież oboje wiedzieli, że to nie było wykonalne. Sam jej to wielokrotnie powiedział, choćby między słowami. Nie mógł tego zrobić, bo to oznaczałoby na zawsze, którego nie mieli. Przyszłość, która nie istniała.
A jednak zamierzał skorzystać z możliwości odetchnięcia, potrzebował tego tak bardzo i tak samo jak nie mógł sobie na to pozwolić na dłuższą metę. Skoro zaś rozmawiali w ten wyjątkowo szczery sposób, pytanie o jej plany również musiało paść. Mógł tu zostać sam, ale z nią byłoby inaczej.
Nie do końca łatwiej, ale bez Geraldine ten dom nie mógł być tym samym miejscem, które kiedyś przez wiele miesięcy traktowali jak swoją bezpieczną przystań. Tym miejscem, o które walczyli, aby zachować je przed światem. Bez niej zamierzał spełnić swoje słowa, bo przecież ta deklaracja już padła, ale nie spędzać tutaj dłużej niż kilka godzin, może dzień bądź dwa.
Przy niej? Odejście miało być cholernie trudne. Szczególnie teraz się na to zanosiło, bo nagle odzyskali trochę tego melancholijnego spokoju, pozornego porozumienia, czegoś na kształt szczerości. Przynajmniej takiej, na jaką mogli sobie pozwolić bez ponownych kłótni i wbijania palców w ponownie otwarte (a może nigdy nie zaleczone?) rany.
- Wiem, że powinienem to zrobić inaczej, ale nie umiałem znaleźć innego wyjścia. Nie chciałem, żeby tak to wyglądało - nie oczekiwał cóż tak właściwie to niczego, bo nie o to mu chodziło.
Nie o wybaczenie. A może nawet wręcz przeciwnie, bo choć cholernie by to bolało to w dalszym ciągu uważał, że być może łatwiej byłoby, gdyby Geraldine pałała do niego faktyczną niechęcią. Nie musiałaby cierpieć. Nie byłoby im tak trudno odsunąć się od siebie i wrócić do rzeczywistości, w której powinni zmierzać każde w swoją stronę.
Nie tak jak to było teraz. Nie z czołem przy czole, niemalże znowu wymieniając coraz bardziej desperackie pocałunki, przed którymi ledwo się powstrzymywał. Prawie musnął jej wargi swoimi, powstrzymując się dosłownie w ostatniej chwili i odsuwając głowę, aby wygiąć plecy w tył, wzdychając głęboko.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#37
29.12.2024, 23:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2024, 23:27 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Być może tak właśnie jest.- Być może nie. Sama właściwie nie umiała tego stwierdzić, była zagubiona. Nie wiedziała, czego dokładnie chce, a co było tym, co robiła bez żadnej przyczyny. Trudno jej było weryfikować własne pragnienia i ich słuszność. Nie uważała, aby był to odpowiedni czas, aby się nad tym zastanawiać. Zmieniła nieco swoje zachowania, dostosowywała się do tego, co dawał jej świat, najwyżej, kiedyś tego faktycznie pożałuje. To nie był odpowiedni moment, aby jakoś szczególnie się na tym skupiać.

Zdawała sobie sprawę z tego, że kiedyś pewnie postępowałaby inaczej, bo wtedy była zupełnie innym człowiekiem, bardziej niewinnym. To co przeżyła ukształtowało ją na nowo, stworzyło coś zupełnie innego. Próbowała jakoś się dostosować, to, że wychodziło to różnie musiała jakoś przeżyć. Nie każde ze swoich zachowań potrafiła usprawiedliwić. Zaczynało brakować jej sumienia, wybierała łatwiejsze metody, które może i mogły być uznane za bardziej skuteczne, tyle, czy faktycznie powinna po nie sięgać? Cóż, próbowała jakoś sobie radzić, wychodziło jej to różnie, kiedyś pewnie zrobi sobie rachunek sumienia i wtedy spojrzy na to zupełnie inaczej.

- Wiem, po prostu nie zamierzam pozwalać na to, aby kiedykolwiek dotknęło to mnie, czy moich bliskich, tyle. - Nigdy nie chodziło jej o niepotrzebne angażowanie się w konflikt, który nie miał jej dotyczyć. Tyle, że właśnie coraz częściej obrywały osoby, które znała, na których jej zależało, na to nie miała zamiaru pozwalać, musiała reagować, nie chciała zostawać bierna, bo to nie było typowe dla niej zachowanie.

- Nie jestem osobą, której można się tak łatwo pozbyć. - Nadal się przy tym upierała. Nie wydawało jej się, aby czekała na nią śmierć, jeszcze nie teraz, to nie był ten moment. Ryzykowała na różnych płaszczyznach swojego życia, ale jakoś sobie radziła, jakoś udawało jej się jeszcze żyć, w sumie bardziej egzystować, ale ciągle była w niej ta przesadna pewność siebie, jeśli o to chodzi. Nie sądziła, że jest wiele osób, które faktycznie potrafiłyby ją pozbawić życia, musieli by się mocno postarać. Zresztą nadal się nie wychylała, nie atakowała nikogo, jeśli nie było to potrzebne, nie prowokowała, po prostu gdy pojawiła się okazja, to ją wykorzystywała. To też nie miało się zmienić.

- Nie mogę się z tobą zgodzić. - Nie pierwszy raz. Zdecydowanie mieli inne zdanie na ten temat. Nie wydawało jej się, że porażka była im pisana. Może gdyby nie to, co działo się wokół nich byliby teraz w zupełnie innym miejscu, nadal razem. Czasy jak te nie służyły stabilności, nie łatwo było budować cokolwiek w momencie, w którym świat stawał na głowie, ludzie zabijali się w imię bezsensownej idei.

Nie wydawało jej się, że problem tkwił w nich. Szczególnie po tym, co dzisiaj od niego usłyszała. To musiało być coś innego, najłatwiej więc było jej obwinić za to otaczającą ich rzeczywistość. Chyba też dzięki temu to, co się z nimi stało mniej bolało, łatwiej było jej zrzucać odpowiedzialność na cokolwiek innego niż na nich samych.

- Będę się w to mieszać na tyle, na ile będzie to potrzebne. Masz świadomość, że nigdy nie chciałam tego robić, nie uważam, żeby to była moja walka, nigdy nie była, ale niestety najwyraźniej nie da się od tego całkowicie odciąć. - Próbowali to przecież zrobić. Starali się stworzyć swój własny świat z dala od problemów, które dręczyły otoczenie, ale nie udało im się unikać ich w nieskończoność. Prędzej, czy później pewnie to się powtórzy, miała być z nim szczera - nie chciała mydlić mu oczu, jak robiła to wcześniej. Znała się na tyle, że wiedziała, że na pewno pojawią się momenty, gdy nie będzie potrafiła przejść obojętnie. Taka już była, mogła próbować udawać, że tak nie jest, ale to skończyłoby się tak samo. Zwłaszcza przy jej temperamencie, nad którym nadal nie nauczyła się panować. To pewnie nigdy się nie miało zmienić.

Ta rozmowa nie należała do najprostszych, szczególnie, że ciągle tkwili tak blisko siebie. Powinni ją byli odbyć już dawno temu, wyjaśnić sobie wszystko, tyle, że jakoś się nie złożyło. Rany, które wydawały się być zasklepione ponownie zaczynały krwawić. Ból pewnie szybko nie minie, o ile kiedykolwiek się to wydarzy. Mimo wszystko wydawało jej się, że dobrze się stało, że zaczęli się przed sobą otwierać. Przynajmniej nieco oczyściło to atmosferę, chociaż jeszcze nie do końca. Nie uzyskała przecież odpowiedzi, których potrzebowała, ale i tak zaczęła dostrzegać szerszy obraz. Dotarło do niej to, że problem nie był w niej, a przez długi czas wmawiała sobie, że to ona zawiniła.

- Zdaje sobie z tego sprawę, niestety. - Miała świadomość, że to były ich ostatnie podrygi, razem w tym miejscu. Nie było ono już ich domem, nie mieli spędzić w nim reszty życia, bo przecież już miało ich nic nie łączyć. To też sobie wyjaśnili. Musiała się z tym pogodzić, czy jej się to podobało, czy nie. Nie miała zamiaru tym razem łatwo się poddawać, nie gdy padły między nimi te wszystkie słowa, ale to wolała przemilczeć. Czuła, że może mu się nie spodobać ten pomysł, że może nie zaakceptować tego, że będzie się próbowała do niego ponownie zbliżyć. Przyjdzie dzień, wtedy zapewne spojrzą na siebie inaczej. Mrok był w tej chwili ich sprzymierzeńcem, nie musieli sobie patrzeć w oczy, gdy sięgali po te szczerość, kiedy dzielili się ze sobą tym wszystkim.

- Zostanę tutaj. - Nie miała pojęcia na ile, do kiedy, ale przecież nigdzie się nie spieszyła, nie miała żadnych, palących obowiązków nie licząc młodszego brata i psów, którymi będzie się miał kto zająć pod jej nieobecność. Był to ten jeden nieliczny moment, kiedy zamierzała patrzeć tylko i wyłącznie na swoje własne potrzeby. Ona również miała prawo nieco odetchnąć, a wiedziała, że taka okazja może się już nie powtórzyć. To mógł być taki ostatni moment, który dostali od losu. Jeśli Roise miał zamiar tutaj zostać, to zamierzała mu w tym towarzyszyć, chciała się nim nacieszyć póki jeszcze miała go obok siebie.

To było chwilowe, minie szybciej niż później, ale nie obchodziło jej to. Ta decyzja mogła wydawać się żałosna, bo przecież nie mogła liczyć na nic więcej, ale i tak kurczowo trzymała się tej opcji, którą rzucił im los.

Czuła, że trudno będzie im opuścić Whitby, otworzyli się przed sobą, może zaczęło się od dosyć nieprzyjemnej wymiany zdań, ale teraz byli w zupełnie innym miejscu. Miała wrażenie, że topią się w smutku, jej i jego. Byli strasznie nieszczęśliwi i wreszcie zaczęła sobie to uświadamiać. Jedno i drugie bardzo mocno oberwało przy ich rozstaniu. Musieli odczuwać podobny ból. Świadczyły o tym między innymi stęsknione swojej bliskości ciała, nie chciała z tym walczyć, bo to nie miało sensu, najmniejszego. Nie umiała przy nim trzymać rąk przy sobie, zapewne nigdy się to nie zmieni. Nie miała też siły, aby jakoś usilnie się przed tym powstrzymywać. Zgodzili się z tym, że zostaną tutaj razem, była gotowa przyjąć wszelkie konsekwencje jaka mogła ze sobą nieść podjęta przez nich decyzja.

- Nie musisz o tym myśleć, to i tak nic nie zmieni, stało się, jakoś udało mi się to przetrwać, nie obwiniaj się dłużej, bo to nie ma żadnego sensu - Podjął decyzję, to było już za nimi. Najwyraźniej nadal go to męczyło, zupełnie niepotrzebnie. Zrobił to, co uważał za słuszne, najwyraźniej miało to jakąś głębię, której wcześniej nie widziała, zresztą nadal nie do końca potrafiła ją dostrzec, bo brakowało jej szczegółów.

Poczuła, że zbliżył się do niej, być może jak i ona miał chęć ponownie złączyć ich usta w pocałunku, ale się powstrzymał. Odsunął się do tyłu, spowodował między nimi dystans, nie wydawało jej się jednak, że to mogło coś zmienić. Przesunęła w końcu swoją dłoń z jego włosów, na szyję i zatrzymała ją na obojczyku. Otworzyła oczy, chociaż nie była w stanie dostrzec zbyt wiele w ciemności, ale nieszczególnie jej to przeszkadzało. Właściwie może i lepiej, że nie widzieli zbyt wiele. Mrok doskonale skrywał to wszystko, co nie zostało wypowiedziane.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (23896), Geraldine Greengrass-Yaxley (20089)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa