Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
To samo delikatne światło, które ledwo przedostawało się przez zasłony salonu, rzucając delikatny, złoty blask na drewniane podłogi, rozświetlało także kuchnię. Pierwsze promienie świtu wpadały przez okno, oświetlając drewniane blaty i okrywając pomieszczenie miękkim, ciepłym blaskiem. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu, choć niemalże pierwszym, co zrobił po przebudzeniu i podjęciu decyzji o przejściu do kuchni było jak najcichsze przetarcie zakurzonych powierzchni.
Starając się nie robić hałasu, podszedł do kociołka, który stał na blacie. Przetarł go, płucząc naczynie ze zgromadzonego w nim kurzu a następnie powoli napełnił je wodą, czując chłód metalu pod palcami.
Kiedyś to była jego rutyna. Jednocześnie tak dawno i niedawno temu nie miał najmniejszego problemu z tym, by cicho poruszać się po kuchni, próbując nie obudzić Geraldine zanim nie dokończy tego, co sobie założył. Teraz?
Miał wrażenie, że jego ruchy są zbyt głośne i chaotyczne, nawet jeśli w istocie w dalszym ciągu zachowywał się cicho. Czuł się niczym intruz w miejscu mającym być jego domem. Będącym nim przez kilka ostatnich lat, nawet jeśli na stałe mieszkali tu przez chwilę, niecałe pół roku.
W bladym świetle poranka wszystko wydawało się inne a jednocześnie niemalże niezmienione. Zupełnie tak, jakby obserwował tę scenę z dwóch całkowicie różnych perspektyw, samemu będąc zawieszonym gdzieś w próżni pomiędzy nimi. Ale czy to było coś całkowicie nowego? Nie do końca. Nie wcale.
Nie doczekał wschodu słońca. Sam nie wiedział, kiedy dokładnie to się stało, ale wreszcie ponownie usnął. Na dywanie rozłożonym na twardej podłodze tuż przy wygasłym kominku. Z kilkoma poduszkami i resztą pościeli ściągniętą z kanapy, na którą już nie chciał wracać, zamiast tego bez słowa zamykając towarzyszącą mu Yaxleyównę w ramionach (a tak właściwie to poniekąd w drugą stronę, co byłoby trudniejsze do przyznania) i odpływając po sam nie wiedział jak długim czasie.
To nie był długi sen. Był spokojny, całkiem błogi, jednakże nie trwał więcej niż trzy, może cztery godziny. Słońce znajdowało się nisko na nieboskłonie, gdy Ambroise powoli wymknął się do kuchni, nie czując się na siłach, aby leżeć i myśleć, nawet jeśli wypuszczenie Riny z rąk przyszło mu z trudnością.
Potrzebował złapać oddech. Nie od niej. Od siebie. Od poprzedniego wieczoru i nocy, która wcale nie była łatwiejsza. Od trudnych słów - tych, które padły i tych niewypowiedzianych. Odruchowo zajął się kawą, aby choć trochę uspokoić myśli, skupiając się na niegdysiejszej rutynie. Ponownie, tym razem na spokojnie przejrzał szafki, dochodząc do tego samego wniosku, co poprzednio.
Nie mieli tu zbyt wiele zapasów, ale na upartego mogliby przez co najmniej kilka dni nie wychodzić z domu. Prócz tego nie mieli aż tak daleko do wioski, w której życie zaczynało się już od świtu. Mógł wybrać się do niej nawet teraz, gdyby tylko chciał, stosunkowo szybko dochodząc do wniosku, że to była najlepsza możliwa opcja.
W dalszym ciągu nie cofając się po ubrania, zmierzwił włosy i zmrużył oczy, jeszcze nieprzyzwyczajony do porannej jasności. Usiadł przy stole z kartką i długopisem, próbując zebrać myśli, aby stworzyć listę tego, czego mogli potrzebować na najbliższe godziny. Nie chciał budzić Geraldine. Jeszcze nie. Zasługiwała na odpoczynek. A on? Potrzebował chwili dla siebie - jak fatalnie by to nie brzmiało.
Było cicho. Słyszał jedynie delikatne bulgotanie powoli wrzącej wody oraz ciche trzaski drewna w piecu. Idealny poranek...
...lub jego złudzenie. Trudno było to stwierdzić. Czasami lepiej było nie wyrokować.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down