Manifest Voldemorta – czy tam Czarnego Pana, jak kazał się zwać – robił już któreś okrążenie po czarodziejskim świecie i chyba nie istniał już ani jeden czarodziej, który nie byłby świadomy tego, iż niewidzialna tama została w końcu zerwana.
Teraz mogło być tylko gorzej – jakoś nie potrafiła patrzeć z optymizmem w przyszłość, nie w chwili, gdy odwlekane od wielu lat małżeństwo w końcu doszło do skutku. Gdy tak naprawdę walił się jej świat, co nie było równoznaczne ze złożeniem broni; bowiem chciała jeszcze raz zawalczyć o spełnienie dawnych i wciąż żywych – przynajmniej w jej oczach – marzeń.
- Nie powinno tak być – westchnęła cicho, upijając łyk z filiżanki. Znajdowały się w mieszkaniu Stelli – mimo bycia świeżo upieczoną żoną, Clare zdawała się robić dosłownie wszystko, by nie przebywać w tym samym domu, co jej mąż. Światu, oczywiście, ukazywała pogodną twarz, choć maska ta opadała nieco przy młodszej Avery. Nie całkowicie jednak – w końcu jaką byłaby starszą siostrą, gdyby nie próbowała roztaczać ochronnego parasola nad Stellą…? - Wiem, ze niektórzy są zafiksowani na punkcie czystości krwi, ale to? Może lepiej wyjedź z Londynu, dopóki to wszystko nie eskaluje? – podsunęła, zerkając na drugą blondynkę. Na twarzy Clare malowała po prostu troska. Obie zaliczały się do czystokrwistych, nie dało się temu zaprzeczyć, zwłaszcza że nazwisko Avery zostało zamieszczone w Skorowidzu.
Tyle że czysta krew nie gwarantowała niczego – wystarczyło znaleźć się w złym miejscu i w złym czasie, żeby wpaść w poważne tarapaty. Albo i krzywo spojrzeć na nieodpowiednią osobę, to też zapewne mogło być dość brzemienne w skutkach.