Tak właściwie to niemal to zrobił, otwierając usta i posyłając jej spojrzenie z nad półuśmiechu. To było takie łatwe w porównaniu do wszystkiego innego. Tak łatwe, że niemal się zapomniał.
- Właściwie to w kwestii najtrudniejszych uczniów - zaczął instynktownie lżejszym tonem, zwłaszcza jak na atmosferę panującą między nimi, która raczej temu nie sprzyjała - czy tam najgorszych z możliwych to - ale niespodziewanie urwał, pojedynczym mrugnięciem kwitując zawieszenie głosu, aby zaraz ponownie spuścić z tonu, odzywając się już mniej energicznie, bardziej neutralnie.
- Zresztą nieistotne. Poparzyłaś się, raczej nie chcesz słuchać pierdolenia o akademii Munga - mógłby na domiar machnąć ręką, ale to sobie darował.
Już i tak zbyt wiele jej powiedział o swoim obecnym życiu. O bolączkach związanych z pracą w szpitalu. O rzeczach, którymi nie dzielił się do tej pory z nikim innym, bo były to jego prywatne sprawy, jego potknięcia i zawody, jego zmarnowane oczekiwania i coraz bardziej oddalające się marzenia. Nie powinien tego robić. Pękł wtedy po raz pierwszy, później było jeszcze gorzej. I nawet, jeśli teraz chodziło wyłącznie o zabawną anegdotkę to raczej nie powinien zbaczać z obranego toru.
Nieważne, co mówiły mu jego instynkty. Nigdy nie chciał być ich więźniem. Próbował zrozumieć to, co się teraz działo. To, do czego oboje zmierzają i dlaczego robią to, co robią. Czemu było mu tak trudno trzymać się postanowień, które powinny być żelazne.
Nie podjął ich bezmyślnie. Miał na to naprawdę wiele długich dni, wręcz tygodniami się z nimi męczył, zwieńczenie odnajdując w tragicznej śmierci ich przyjaciółki. Śmierć Amandy była makabryczną wisienką na rozkładającym się torcie. Ostatecznie otworzyła mu oczy na to jak mogła wyglądać i ich przyszłość. A właściwie na to, jaka nie mogła i nie powinna być.
Po tym wszystkim nie potrafił dłużej żyć nadzieją i mrzonkami. Nie robił tego również przez ostatnie półtora roku. No, może poza tymi samotnymi, pustymi nocami, opętany przez swoje cienie. Wtedy karmił się tym wszystkim, o czym poprzedniego wieczoru poinformowali się nawzajem, że również nie powinno mieć racji bytu.
A więc czemu nie potrafił przejść z tym całkowicie do porządku dziennego? Wyobrażał sobie konfrontację z Riną, ale w żadnym ze scenariuszy nie wziął pod uwagę tego, że jego własne odruchy będą dla niego najgorszym wrogiem. Nie mógł nic na to poradzić, jednakże usiłował postępować dokładnie tak jak to dostrzegalnie robiła Geraldine. Nie spoufalać się.
Proste, prawda? To, co było między nimi zakończyło się niemal dwa lata temu. Po takim czasie należało przestać żyć przeszłością. Szczególnie, jeśli było się tą osobą, która podjęła decyzję o zakończeniu wspólnej historii, o pozbawieniu ich dalszej możliwości budowania przyszłości. A jednak zamiast wziąć to na klatę tak jak to robił przez ostatnie miesiące, teraz nad wyraz delikatnie trzymał ją za rękę, wpatrując się w oczy dziewczyny.
Mógłby w nich utonąć, ale to nie przyniosłoby mu ulgi. Mógłby spróbować gestami odpokutować to wszystko, co się zdarzyło, ale to nie zapewniłoby mu odkupienia. Mógł, nie mógł - wszystko, co robił wydawało się w jakimś stopniu niewłaściwe. W pewnym sensie jej to powiedział, czyż nie? W tamtym żenującym, godnym pożałowania przypływie słabości. Mogli się ze sobą co do tego nie zgadzać. Robili to, nie mieli tu jednorodnego zdania, ale fakty były jasne: byli skazani na porażkę.
Wiele osób powiedziałoby zatem coś w rodzaju nerwowego, rozgoryczonego czy ironicznego więc co mi tam, po prostu sięgając po swoje. Nie ograniczając się ani się nie miarkując. Korzystając z rzeczywistości, z teraźniejszości, z chwili. A ta im sprzyjała. Gdyby dał się ponieść tym podszeptom, pewnie mogłoby być inaczej. Na chwilę nawet poniekąd lepiej.
Tyle tylko, że to skończyłoby się źle. Gorzej niż to tłumienie w sobie odruchów i przełykanie goryczy na myśl, że znowu znaleźli się na tyle blisko, by mógł bezkarnie chłonąć jej obecność. Tak jak niczego nie musiał, tak nie mógł robić nic bez konsekwencji. Bezkarnie nie istniało. Było mrzonką dla desperatów skłonnych podejmować najbardziej egoistyczne decyzje.
I kiedyś by to zrobił. W odległej przeszłości nie miał z tym nawet najmniejszego problemu. Tu tkwiła istota sprawy, prawda? Właśnie tutaj - w tamtych decyzjach, które miały być bezkarne i były przez kilka lat. Kilkanaście lat zanim wróciły zwielokrotnione wraz z konsekwencjami. A rozpędzonej lawiny nie dało się powstrzymać. Tym bardziej, jeśli napędzały ją jeszcze inne czynniki.
- Pozwól, że ja o tym zadecyduję - stwierdził w pierwszej chwili, używając do tego całkiem zdecydowanego, profesjonalnego tonu; nie przeznaczonego dla tych bardziej upartych pacjentów, o nie, to było brzmienie zarezerwowane tylko dla niej. - Dobrze? - A jednak się zreflektował, robiąc coś, co nie było w jego stylu, przynajmniej nie przy niej, bo znowu był przesadnie kulturalny, ostrożny w utrzymaniu granic.
I tak oto tu stali mierząc się spojrzeniami, próbując czytać z siebie nawzajem, choć to nie było możliwe. Już nie. Mógł udawać, że chodzi tylko o czystą medyczną powinność. Nieistotne jak małe było oparzenie, wymagało przesmarowania maścią, aby nie zamienić się w bąbel i ranę, nie piec przez kilka dni, nie zostawić śladu ani w najgorszym przypadku małej blizny.
Tyle tylko, że nie patrzył na to jak uzdrowiciel. Nie do końca. Przy Geraldine nigdy nie potrafił tak tego robić. Nawet wtedy, gdy byli w stanie wojny. Kiedy zawzięcie się żarli nawet nie wyobrażając sobie, do czego ich to w ostateczności doprowadzi. Tych wielu lat, wspomnienia Hogwartu, odkrycia również tamtego powiązania.
Czasami ironicznie zdarzało mu się pomyśleć, że może to tamte dwa okresy były tym, co było im w istocie pisane. Czasy Hogwartu i moment po śmierci Rosiera. Żarcie się, brak wspólnego frontu, ranienie się nawzajem. Znali słabe strony tej drugiej osoby. Byli do siebie podobni, może aż nazbyt. Wiedzieli jak z tego korzystać, ostatnio głównie w naprawdę parszywym celu.
Nie chciał tego, dlatego utrzymywał granice, nie starając się ich badać. Kiedyś nigdy by tego nie zrobił. Nawet wtedy, kiedy kręcili się wokół siebie, nie było szans na to, aby postępował całkowicie w zgodzie z układem, którego zakresu nawet nie nakreślili. Niby sojusznicy dbali o siebie nawzajem. Opieka medyczna wchodziła w ten zakres, ale przedłużający się dotyk już nie.
Nie mógł nie zwrócić uwagi na sposób, w jaki westchnęła. I to, to go uderzyło. Nie wydawało mu się, że przynosił Geraldine aż tyle niechęci, tyle niepokoju czy braku stabilności, aby musiała dawać mu do zrozumienia, że to, że puścił jej dłoń przynosiło jej ulgę. Nie skrzywił się, ale jego spojrzenie spoważniało, może nawet trochę spochmurniało.
Moment później przymaskował to zdjęciem kociołka z ognia. Na kolejne słowa Yaxleyówny już się nie uśmiechnął.
- Zdziwiłoby cię to, na ile niczego istnieją specyfiki - odpowiedział raczej sucho, mając na myśli całkiem konkretne substancje, ale nie zamierzając wnikać w to zbyt głęboko.
To też było grząskie bagno. Może dotyczyło go tylko pośrednio, bo to nie on się z tym mierzył, ale fakty były jednoznaczne. Syf i grząskie bagno. Lepiej było leczyć niewielkie oparzenia niż prawdziwą nicość.
- Mhm, jasne - odmruknął, tym razem już zupełnie nie brzmiąc, jakby chciał powiedzieć coś więcej ani nawet skomentować ten zawoalowany komplement.
Czuł się urażony, nabierając dystansu. Choć czy nie o to chodziło? Dzięki temu mógł bez słowa wyjść po maść, odnajdując ją po kilku minutach (tak właściwie to niemal od razu, sprawdzenie daty ważności też nie zajęło mu dłużej niż kilka sekund), ponownie bez słowa wyciągając rękę ku Geraldine, aby podała mu dłoń. Nie uśmiechał się. Nie było z czego.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down