• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine

[02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
02.01.2025, 01:05  ✶  
Parsknął cicho, kręcąc głową z nieznacznie powstrzymywanym uśmieszkiem, który niemal pojawił się na jego ustach. Nie wiedział, czemu tak właściwie sobie na niego nie pozwolił. W każdym innym momencie uśmiechnąłby się szeroko i wypowiedziałby jakąś ze swoich całkiem standardowych kwestii jednocześnie okraszając to krótką historyjką z gatunku tych, których nie opowiadał Geraldine na bieżąco, bo było ich zbyt wiele a nie chciał jej nimi zamęczać, ale jednocześnie takich, które by tu pasowały.
Tak właściwie to niemal to zrobił, otwierając usta i posyłając jej spojrzenie z nad półuśmiechu. To było takie łatwe w porównaniu do wszystkiego innego. Tak łatwe, że niemal się zapomniał.
- Właściwie to w kwestii najtrudniejszych uczniów - zaczął instynktownie lżejszym tonem, zwłaszcza jak na atmosferę panującą między nimi, która raczej temu nie sprzyjała - czy tam najgorszych z możliwych to - ale niespodziewanie urwał, pojedynczym mrugnięciem kwitując zawieszenie głosu, aby zaraz ponownie spuścić z tonu, odzywając się już mniej energicznie, bardziej neutralnie.
- Zresztą nieistotne. Poparzyłaś się, raczej nie chcesz słuchać pierdolenia o akademii Munga - mógłby na domiar machnąć ręką, ale to sobie darował.
Już i tak zbyt wiele jej powiedział o swoim obecnym życiu. O bolączkach związanych z pracą w szpitalu. O rzeczach, którymi nie dzielił się do tej pory z nikim innym, bo były to jego prywatne sprawy, jego potknięcia i zawody, jego zmarnowane oczekiwania i coraz bardziej oddalające się marzenia. Nie powinien tego robić. Pękł wtedy po raz pierwszy, później było jeszcze gorzej. I nawet, jeśli teraz chodziło wyłącznie o zabawną anegdotkę to raczej nie powinien zbaczać z obranego toru.
Nieważne, co mówiły mu jego instynkty. Nigdy nie chciał być ich więźniem. Próbował zrozumieć to, co się teraz działo. To, do czego oboje zmierzają i dlaczego robią to, co robią. Czemu było mu tak trudno trzymać się postanowień, które powinny być żelazne.
Nie podjął ich bezmyślnie. Miał na to naprawdę wiele długich dni, wręcz tygodniami się z nimi męczył, zwieńczenie odnajdując w tragicznej śmierci ich przyjaciółki. Śmierć Amandy była makabryczną wisienką na rozkładającym się torcie. Ostatecznie otworzyła mu oczy na to jak mogła wyglądać i ich przyszłość. A właściwie na to, jaka nie mogła i nie powinna być.
Po tym wszystkim nie potrafił dłużej żyć nadzieją i mrzonkami. Nie robił tego również przez ostatnie półtora roku. No, może poza tymi samotnymi, pustymi nocami, opętany przez swoje cienie. Wtedy karmił się tym wszystkim, o czym poprzedniego wieczoru poinformowali się nawzajem, że również nie powinno mieć racji bytu.
A więc czemu nie potrafił przejść z tym całkowicie do porządku dziennego? Wyobrażał sobie konfrontację z Riną, ale w żadnym ze scenariuszy nie wziął pod uwagę tego, że jego własne odruchy będą dla niego najgorszym wrogiem. Nie mógł nic na to poradzić, jednakże usiłował postępować dokładnie tak jak to dostrzegalnie robiła Geraldine. Nie spoufalać się.
Proste, prawda? To, co było między nimi zakończyło się niemal dwa lata temu. Po takim czasie należało przestać żyć przeszłością. Szczególnie, jeśli było się tą osobą, która podjęła decyzję o zakończeniu wspólnej historii, o pozbawieniu ich dalszej możliwości budowania przyszłości. A jednak zamiast wziąć to na klatę tak jak to robił przez ostatnie miesiące, teraz nad wyraz delikatnie trzymał ją za rękę, wpatrując się w oczy dziewczyny.
Mógłby w nich utonąć, ale to nie przyniosłoby mu ulgi. Mógłby spróbować gestami odpokutować to wszystko, co się zdarzyło, ale to nie zapewniłoby mu odkupienia. Mógł, nie mógł - wszystko, co robił wydawało się w jakimś stopniu niewłaściwe. W pewnym sensie jej to powiedział, czyż nie? W tamtym żenującym, godnym pożałowania przypływie słabości. Mogli się ze sobą co do tego nie zgadzać. Robili to, nie mieli tu jednorodnego zdania, ale fakty były jasne: byli skazani na porażkę.
Wiele osób powiedziałoby zatem coś w rodzaju nerwowego, rozgoryczonego czy ironicznego więc co mi tam, po prostu sięgając po swoje. Nie ograniczając się ani się nie miarkując. Korzystając z rzeczywistości, z teraźniejszości, z chwili. A ta im sprzyjała. Gdyby dał się ponieść tym podszeptom, pewnie mogłoby być inaczej. Na chwilę nawet poniekąd lepiej.
Tyle tylko, że to skończyłoby się źle. Gorzej niż to tłumienie w sobie odruchów i przełykanie goryczy na myśl, że znowu znaleźli się na tyle blisko, by mógł bezkarnie chłonąć jej obecność. Tak jak niczego nie musiał, tak nie mógł robić nic bez konsekwencji. Bezkarnie nie istniało. Było mrzonką dla desperatów skłonnych podejmować najbardziej egoistyczne decyzje.
I kiedyś by to zrobił. W odległej przeszłości nie miał z tym nawet najmniejszego problemu. Tu tkwiła istota sprawy, prawda? Właśnie tutaj - w tamtych decyzjach, które miały być bezkarne i były przez kilka lat. Kilkanaście lat zanim wróciły zwielokrotnione wraz z konsekwencjami. A rozpędzonej lawiny nie dało się powstrzymać. Tym bardziej, jeśli napędzały ją jeszcze inne czynniki.
- Pozwól, że ja o tym zadecyduję - stwierdził w pierwszej chwili, używając do tego całkiem zdecydowanego, profesjonalnego tonu; nie przeznaczonego dla tych bardziej upartych pacjentów, o nie, to było brzmienie zarezerwowane tylko dla niej. - Dobrze? - A jednak się zreflektował, robiąc coś, co nie było w jego stylu, przynajmniej nie przy niej, bo znowu był przesadnie kulturalny, ostrożny w utrzymaniu granic.
I tak oto tu stali mierząc się spojrzeniami, próbując czytać z siebie nawzajem, choć to nie było możliwe. Już nie. Mógł udawać, że chodzi tylko o czystą medyczną powinność. Nieistotne jak małe było oparzenie, wymagało przesmarowania maścią, aby nie zamienić się w bąbel i ranę, nie piec przez kilka dni, nie zostawić śladu ani w najgorszym przypadku małej blizny.
Tyle tylko, że nie patrzył na to jak uzdrowiciel. Nie do końca. Przy Geraldine nigdy nie potrafił tak tego robić. Nawet wtedy, gdy byli w stanie wojny. Kiedy zawzięcie się żarli nawet nie wyobrażając sobie, do czego ich to w ostateczności doprowadzi. Tych wielu lat, wspomnienia Hogwartu, odkrycia również tamtego powiązania.
Czasami ironicznie zdarzało mu się pomyśleć, że może to tamte dwa okresy były tym, co było im w istocie pisane. Czasy Hogwartu i moment po śmierci Rosiera. Żarcie się, brak wspólnego frontu, ranienie się nawzajem. Znali słabe strony tej drugiej osoby. Byli do siebie podobni, może aż nazbyt. Wiedzieli jak z tego korzystać, ostatnio głównie w naprawdę parszywym celu.
Nie chciał tego, dlatego utrzymywał granice, nie starając się ich badać. Kiedyś nigdy by tego nie zrobił. Nawet wtedy, kiedy kręcili się wokół siebie, nie było szans na to, aby postępował całkowicie w zgodzie z układem, którego zakresu nawet nie nakreślili. Niby sojusznicy dbali o siebie nawzajem. Opieka medyczna wchodziła w ten zakres, ale przedłużający się dotyk już nie.
Nie mógł nie zwrócić uwagi na sposób, w jaki westchnęła. I to, to go uderzyło. Nie wydawało mu się, że przynosił Geraldine aż tyle niechęci, tyle niepokoju czy braku stabilności, aby musiała dawać mu do zrozumienia, że to, że puścił jej dłoń przynosiło jej ulgę. Nie skrzywił się, ale jego spojrzenie spoważniało, może nawet trochę spochmurniało.
Moment później przymaskował to zdjęciem kociołka z ognia. Na kolejne słowa Yaxleyówny już się nie uśmiechnął.
- Zdziwiłoby cię to, na ile niczego istnieją specyfiki - odpowiedział raczej sucho, mając na myśli całkiem konkretne substancje, ale nie zamierzając wnikać w to zbyt głęboko.
To też było grząskie bagno. Może dotyczyło go tylko pośrednio, bo to nie on się z tym mierzył, ale fakty były jednoznaczne. Syf i grząskie bagno. Lepiej było leczyć niewielkie oparzenia niż prawdziwą nicość.
- Mhm, jasne - odmruknął, tym razem już zupełnie nie brzmiąc, jakby chciał powiedzieć coś więcej ani nawet skomentować ten zawoalowany komplement.
Czuł się urażony, nabierając dystansu. Choć czy nie o to chodziło? Dzięki temu mógł bez słowa wyjść po maść, odnajdując ją po kilku minutach (tak właściwie to niemal od razu, sprawdzenie daty ważności też nie zajęło mu dłużej niż kilka sekund), ponownie bez słowa wyciągając rękę ku Geraldine, aby podała mu dłoń. Nie uśmiechał się. Nie było z czego.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
02.01.2025, 10:54  ✶  

Czyżby udało jej się go rozbawić? Może trochę, bo poza parsknięciem nie pojawił się uśmiech, więc chyba nie do końca. Widziała, że otworzył usta i się powstrzymał, to by tylko potwierdzało to, że on chyba również powstrzymywał się przed typowymi dla siebie odruchami. Cóż, przełamywanie lodów, nie było wcale takim prostym zadaniem, musiała trochę bardziej się postarać. Sojusznicy mogli sobie pozwolić na żarty? Tak, tak się jej wydawało, przecież to nie było nic nietypowego.

Zaczął mówić o uczniach, wiele razy opowiadał jej różne historie na ich temat, jednak znowu się powstrzymał. Błysk w jej oczach, który pojawił się na chwilę zniknął. To będzie jeszcze trudniejsze, niż się jej wydawało, ale nie miała w zwyczaju szybko się poddawać. Może jeszcze jakoś uda się jej przebić przez te mury, kiedyś. - Nie mam nic przeciwko słuchaniu tego pierdolenia. - Dodała cicho, bo trochę się rozczarowała tym, że tak łatwo przyszło mu zakładanie, że nie ma chęci wysłuchiwać tego, co miał jej do powiedzenia. Kiedyś to była ich codzienność, dzielili się tymi wszystkimi opowieściami związanymi ze swoją pracą, to nie było nic wielkiego, czy teraz nawet tego nie mogli robić?

Zresztą te anegdoty nie były chyba żadnymi tajemnicami, od których trzymał ją z daleka. Znowu się od niej dystansował, nie dało się tego nie wyczuć, może robiła to samo, ale to trochę zabolało. Skoro nie chciał z nią rozmawiać o takich pierdołach, to jak właściwie będzie wyglądało te kilka następnych dni, które razem tutaj spedzą? Będą wymieniać tylko półsłówka i zachowywać sie, jakby byli obcymi ludźmi? Nie do końca tego się spodziewała, może powinna?

Myślała, że po minionej nocy coś się zmieniło, ale był to tylko kolejny moment wyrwany rzeczywistości z którą przyszło im sie mierzyć. Najwyraźniej dobrze założyła, że dzień nie będzie ich sprzymierzeńcem, kiedy mogli spojrzeć sobie w oczy zaczęli unikać nawet takich błachych tematów, czy tak miało być już zawsze? Chyba wolała opcję, kiedy była jego przyjaciółką i mogła mu powiedzieć o wszystkim. Nie podobało jej się to, co się teraz między nimi działo.

Najgorsze było to, że jej ciało samo reagowało na jego obecność, to że trzymał ją za dłoń wystarczyło, aby jej myśli wędrowały bardzo daleko, aby skupiała się na tym, co mogli tutaj ze sobą robić, a do czego starali się nie dopuścić. Powstrzymywanie się wcale nie przychodziło jej łatwo, nie kiedy Ambroise znajdował się tak blisko niej, zwłaszcza, że nie dało się zapomnieć o tym, jak im było razem dobrze. Właśnie było, to na tym powinna się przede wszystkim skupić. On tego nie chciał, więc tego powinna się trzymać.

- Dobrze, już się nie odzywam. - Ton jego głosu świadczył o tym, że nie ma sensu z nim dyskutować, wiedziała, co on oznacza, więc wolała w to nie brnąć. Zaoferował, że zajmie się jej oparzeniem, więc nie było sensu się spierać o taką drobnostkę. Korona jej z głowy nie spadnie, jeśli nałoży na tę ranę maść, nie będzie to przecieć świadczyło o tym, że sobie nie radzi, prawda?

Z tym miała największy problem, że na każdym kroku pokazywała, że jest nieogarnięta i nie potrafi sama się sobą zająć, to jej trochę uwłaczało, ale w sumie chyba powinna się pogodzić z tym, że on zdawał sobie z tego sprawę.

Zresztą to nie było nic nowego, Roise znał ją na tyle, że wiedział przecież, że zdarzały jej się potknięcia, o których niekoniecznie mieli świadomość inny ludzie, którym raczej starała się pokazywać, jaka jest samodzielna. Nie znosiła okazywać swoich słabości, przy nim było inaczej, kiedyś na pewno, może teraz też musiało tak pozostać.

Miała wrażenie, że nieco zgasł kiedy się od niego odsunęła. Zrobiła coś nie tak, powiedziała coś nieodpowiedniego? Było to prawdopodobne. Szczególnie kiedy przecież stąpała po tym niepewnym gruncie i nie wiedziała, co jest właściwe, a co nie. Męczyło ją to, nie podobało jej się to, że wracali do punktu wyjścia. Faktycznie ta noc niczego nie zmieniła, znowu pojawiły się złudne nadzieje na to, że będzie między nimi lepiej. Powiedział jej sporo o swoich obawach i lękach, a teraz zachowywał się, jakby to wcale nie miało miejsca. Nie chciała go ciągnąć za język od razu, gdy się tutaj pojawiła, ale może było to potrzebne, może powinni poruszyć ten temat, tyle, że jaką miała właściwie pewność, że nie doprowadzi to do kolejnej kłótni? Żadną. Irytowała się, kiedy odwrócił się w strone kociołka mocno zacisnęła ręce i znowu paznokcie wbiły jej się w wnętrze dłoni. Zdarzało się to za każdym razem, gdy tłumiła w sobie emocje. Na pewno się podrapała, czuła bowiem, że zaczęło ją to piec.

- Zapewne tak, w końcu zupełnie się nie znam na tych specyfikach, to jest temat, który nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. - Udało jej się wyrzucić z siebie jeszcze ten komentarz. Nie miała pojęcia, co właśnie jej sugerował i dlaczego to robił, ale po raz kolejny nie była zadowolona z tego, w jaki sposób się w stosunku do siebie zachowywali.

Kiedy zniknął jej z oczu wdrapała się ponownie na jedną z szafek kuchennych i czekała, aż do niej wróci, w ten sposób będzie miał łatwiejszy dostęp do jej nadgarstka, nie był to może szczególnie rozsądny pomysł, bo będzie przyparta do tej szafki, ale nie wydawało jej się, aby to w czymkolwiek przeszkadzało. Coś znowu się zmieniło, coś mu nieodpowiadało, czy powinna w ogóle o to zapytać? Znowu zaczęła się nad wszystkim zastanawiać, co zdecydowanie jej nie służyło. Jak przystało więc na rozsądnego, dorosłego człowieka, gdy znalazł się obok niej po prostu bez słowa wyciągnęła w jego kierunku dłoń, aby zajął się poparzeniem. Na jej twarzy malował się grymas, przeniosła wzrok na ścianę, jakby była najwspanialszym dziełem sztuki i to w nią się wpatrywała, zresztą nie była i tak w stanie nic wyczytać już z jego spojrzenia.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
02.01.2025, 13:32  ✶  
Sam nie wiedział czemu ich interpretacja pojęcia sojusznik praktycznie momentalnie stała się tak ponura i pełna dystansu. Bezmyślnie, bez większego zastanowienia zaczęli narzucać sobie naprawdę wiele granic. Co gorsza takich, które nie były nawet umowne, bo przecież o nich nie rozmawiali. Każde z nich interpretowało sytuację na swój sposób.
Prawdę mówiąc, nie był w stanie stwierdzić, kto przodował w swojej absurdalnie neutralnej interpretacji. To była gra, której wcale nie chciał wygrać, jednocześnie nader wszystko nie pragnąc, aby Geraldine go wygrała, bo to oznaczałoby...
...no właśnie. To wszystko naprawdę zaczynało wyglądać jak kontest, kto potrafi zachowywać się, jakby mu mniej zależało. Po poprzednim dniu i po tamtej nocy, miało to naprawdę gorzki posmak, ale całkiem celowo nie próbował o tym mówić. Tak właściwie to nie wiedział, o czym mogli w ogóle rozmawiać.
- To byłaby długa i nudna historia - skwitował krótko, nawet przy tym nie mrugając.
W pierwszej chwili był gotów opowiedzieć jej dosłownie o wszystkim. O każdej głupocie wiążącej się z rozpoczętym tematem. To nie byłaby naprawdę niepotrzebnie zawiła historia, gdyby oboje zajęli się tą rozmową w ten sposób, w jaki robili to kiedyś. Mogliby dyskutować, zachowywać się luźno, może nawet trochę spuścić z tego nader oficjalnego tonu, stopić choć część lodu.
Tyle tylko, że nie podjął tej próby. Całkowicie słusznie, o czym przekonał się już po chwili, kiwając głową na informacje, że nie chciała z nim dłużej rozmawiać. To było tak proste jak skomplikowane i bolesne. Boleśniejsze chyba nawet od tego poparzenia, ale w przeciwieństwie do mentalnego bólu, poparzeniem mógł się teraz zająć. Wybrał tę drogę. Łatwiejsza opcja. Mniejsze konsekwencje. Ten sam koszt.
- Nie powiedziałbym, że całkowicie się nie znasz - stwierdził w ostatnim odruchu mającym być najprawdopodobniej próbą złagodzenia sytuacji, choć sam raczej nie sądził, aby to mogło być skuteczne.
Zresztą odechciało mu się usiłować robić cokolwiek, by mogli rozmawiać w bardziej właściwy i poprawny sposób. Geraldine ewidentnie już tego nie chciała. Wybierała nie tylko zachowywanie dystansu (jakże przecież słusznego), ale też dawanie mu do zrozumienia, że zbyt bliski kontakt ją męczył. Tym razem zamierzał podjąć wszelkie starania, aby to uszanować. Nie bez powodu od samego rana coraz bardziej zachowywali się jak obcy sobie ludzie.
To było coś, co zdecydowanie powinni respektować, skoro nie zamierzali dłużej łudzić się, że mogła istnieć jakakolwiek wspólna przyszłość, jakiekolwiek później w stosunku do ich dwojga. Tak, podjęli decyzję o pozostaniu tutaj jeszcze na chwilę. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej skłaniał się ku stwierdzeniu, że całkiem rozsądną, bo wbrew wszystkiemu, co się między nimi działo (albo raczej nie działo; co nie działało) nie powinni pozostawiać tego miejsca w tym stanie.
Tak, ten dom był cmentarzem. Pochowali tu wspomnienia i nadzieje, nie dało się temu zaprzeczyć. Poprzedni dzień dosyć jasno pokazał, że nie dało się również temu zapobiec. Mimo to, nawet o groby należało zadbać, prawda? Choć jeden raz zająć się tym, aby podjąć próbę zapalenia znicza na pomniku, krótkiej refleksji. Mieli posprzątać choć część tego, co uczyniła ich nieobecność. Później?
Później nie musieli tu wspólnie przebywać. To miał być jej dom, technicznie już był, więc następnym razem miała pojawić się tu sama. Po to, żeby zrobić z tym miejscem cokolwiek, czego chciała. Zamieszkać tu? Być może kiedyś. Sprzedać dom komuś kto tak jak oni wiele lat wcześniej odnalazłby tu swoją namiastkę idylli? Ta myśl bolała, ale była równie prawdopodobna.
Cokolwiek miała z tym zrobić, zamierzał pomóc jej przez kilka kolejnych dni, nawet jeśli było mu cholernie trudno pogodzić się ze świadomością jak to miało wyglądać. Nie spodziewał się, że poprzednia noc tyle popsuje. A przecież powinien. Instynktownie unikał odsłaniania się w taki sposób, w jaki to zrobił, bo w głębi duszy wiedział, że to może przynieść więcej szkody niż pożytku. Tak samo jak mimowolnie przez wiele lat unikał emocjonalnych angaży, wdawania się z kimś w głębsze relacje, bo gdzieś tam pod skórą wiedział, że to się tak skończy. Nie żałował tych wszystkich wspólnych chwil, ale miał rację.
Cyniczny młody on miał rację, bo sam przez długi czas pracował na to, aby ją mieć. Sam kopał sobie własny grób. Nieświadomie - to fakt, lecz bardzo skrupulatnie, machnięcie różdżką za machnięciem różdżką. To przyszło łatwiej niż pogodzenie się z tym faktem. Szczególnie, że ostatnie tygodnie od tamtego czerwcowego popołudnia uświadamiały mu, że może nie do końca odnalazł upragniony dystans wobec przeszłości. Nawet jeśli teraz ponownie zachowywał się, jakby przestawało go to dotyczyć.
Miał ironiczne szczęście w tym jak wyglądał ich eliksiralny składzik. W zamkniętych drzwiach i możliwości złapania kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu głębokich oddechów. Udawaniu, że w istocie poszukuje czegoś, co od pierwszego kroku znajdowało się tuż przed jego nosem. Mógł zniknąć na kilka minut, wracając dopiero wtedy, gdy maska wróciła na swoje miejsce.
Może nie ział chłodem, ale usiłował zachowywać się całkowicie neutralnie, zupełnie bezosobowo, bez charakteru, mdło. Tak, jakby miał do czynienia z kolejnym medycznym przypadkiem. W dodatku takim, który być może go nie odstręczał, ale wymagał od niego milczącego spokoju.
Zresztą momentalnie uświadomił sobie, że te kilka chwil zmieniło również zachowanie Riny. Przestała na niego patrzeć. Jeszcze bardziej się odsunęła, wyraźniej okazywała niechęć przeciwko temu, co zawsze było dla nich niemal tak naturalne jak oddychanie. Poza nielicznymi chwilami, nie mieli problemów z fizyczną bliskością, odruchowo lgnąc do siebie nawzajem w większości sytuacji. Tak jak przedwczoraj w jaskini, tak jak wiele razy wcześniej.
Spoglądając na nią na kuchennym blacie, na ułamek sekundy przymknął powieki, starając się zachować spokojny wyraz twarzy. Bolało. To wszystko, co się obecnie działo i to, co nie miało miejsca. A tą cholerną kuchenną szafką torturowała go bardziej niż mógłby kiedykolwiek przyznać. Nie powinna na niej siadać, nie w ten sposób ani nie w żaden inny.
Szczególnie, jeśli nie mógł pozwolić sobie na to, aby stanąć na tyle blisko, by mogła objąć go swoimi nogami, zamykając ją w potrzasku i dociskając do ściany. Całując raz, później drugi. Dając jej do zrozumienia, że w cokolwiek teraz grali, to było właściwsze. Wsuwając chłodne ręce pod jej koszulę, szczerząc się z rozbawieniem na sposób, w jaki by się wzdrygnęła. Pozwalając jej na wszystko, czego by chciała.
Nie byli już dłużej nikim innym niż sojusznikami a sojusznicy nie byli nawet przyjaciółmi. W kilka chwil od czegoś, co sobie instynktownie oferowali zeskoczyli z powrotem nie w grząski grunt a na twardą, spieczoną i wyjałowioną ziemię. Taką, na której nic już nie mogło wyrosnąć. Mile i mile pyłu i piachu.
Bez słowa podszedł do Geraldine, nie reagując niczym innym niż ujęciem podanej mu dłoni. Nie w taki sposób spodziewał się trzymać jej rękę dwa lata temu. A jednak byli tu i teraz, nie wtedy. Wtedy już nawet nie istniało, zawsze było okupione wątpliwościami i brakiem wiary. Sama mu to powiedziała. Zawiódł ją, jednocześnie poniekąd wcale jej nie zawodząc, bo przecież dokładnie tego się po nim spodziewała. Znała go lepiej niż on sam siebie. Ironiczne.
Wolną ręką otwierając pudełeczko z maścią, nabrał odrobinę specyfiku na palce, delikatnie przesmarowując oparzenie. Porównanie do tego momentu przed wejściem pod ziemię w Snowdonii było nie do uniknięcia. Wtedy też zrobił to w ten sposób. Neutralnie, chłodno i ze wszech miar profesjonalnie. Odruchowo obracając rękę Yaxleyówny, aby spojrzeć na ślad w tamtym miejscu (albo raczej na jego brak; zaleczył się i to chyba nie była nawet ta dłoń) tylko po to, żeby zmarszczyć brwi i zmierzyć ją spojrzeniem.
W dalszym ciągu unikała jego wzroku. Nadal miała ten grymas na twarzy. Coś, co coraz mniej akceptował. Szczególnie teraz w tym momencie, gdy odruchowo przesunął się o krok bliżej, jeszcze bardziej instynktownie ujmując ją dwoma palcami za podbródek i stanowczym, choć łagodnym ruchem usiłując zmusić Geraldine do spojrzenia mu w oczy.
- Co my - odpierdalamy?, to powinno być proste pytanie, szczególnie że odruchowo uwzględnił się w tym, o co pytał.
Nie do końca chciał poznać odpowiedź, ale ta była chyba nie do uniknięcia. Tak samo jak kolejne cisnące się na usta pytanie, choć jeszcze teraz był w stanie jakoś je przełknąć.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
02.01.2025, 16:14  ✶  

Znowu sami to sobie robili. Wybierali drogę, która wydawała się im być słuszna, chociaż nic takiego nie ustalili. Nie sprecyzowali o co im chodzi, więc brnęli w coś co nie miało najmniejszego sensu. Próbowali odnaleźć się w tej całej sytuacji, jak zawsze nie do końca skutecznie. To nie było to, czego chciała. Nigdy nie wybrałaby tej ścieżki, gdyby to ona mogła o tym decydować. Nie mieli się od siebie odcinać, bo wiedzieli, że to nie będzie możliwe. Skorzystali więc z określenia siebie tymi nieszczęsnymi sojusznikami. Pierdolenie. To wydawało jej się narzucać jeszcze większy dystans od ewentualnej przyjaźni. Nie mogła ustalić na co właściwie może sobie pozwolić, kiedy wrzucili się w takie ramy. Nie miała pojęcia na jakiej zasadzie może działać sojusz, bo chyba nigdy nie miała kogoś kto byłby tylko i wyłącznie jej sojusznikiem. To było dla niej coś nowego, zresztą widać to było po jej zachowaniu, badała grunt, i chyba nie do końca jej to wychodziło. Ta obojętność ją męczyła, ale no próbowała się jakoś dostosować.

On robił to samo. Był zdystansowany, ugrzeczniony, oficjalny. Odcinał ją od tego, co kiedyś przychodziło im naturalnie. To ją irytowało, nie na to się pisała kiedy zdecydowała się zostać w Piaskownicy na dłużej. Nadal jednak się nie odzywała - ponownie bała się, że może sprowokować kłótnię i w ten sposób zachęcić go do opuszczenia tego miejsca. Była kurewsko zdesperowana, nie umiała powiedzieć czego chce, czego nie chce, ani sięgać po to czego pragnęła. Czy była jednak gotowa się w ten sposób ograniczać? Pewnie nie do końca, jeszcze trochę i pewnie wyrzuci z siebie to, co zaczęło się w niej zbierać. Zachowywali się w ten sam sposób, próbowała bowiem za nim nadążyć i wyjść jakoś z tego z twarzą, chociaż miała świadomość, że długo tak nie wytrzyma.

Nie gdy niemalże przez dwa lata znajdowała się od niego z daleka, a teraz znajdował się tuż obok niej, nie gdy kurewsko tęskniła za jego dotykiem, ciepłem, tym, co kiedyś mieli. Może to stracili przez swoją głupotę, ale to nie odebrało jej wspomnień o tym szczęśliwym czasie w ich życiu. Nie powinna była się ograniczać, rozdrapywanie ran wcale nie było takie straszne i mogło dać jej chwilowy spokój którego potrzebowała. Później niech się dzieje co chce, tak, już teraz niemalże była pewna, że mogłaby żałować gdyby się znowu do siebie zbliżyli. Przecież już to zrobili, gdy tylko pojawili się w Piaskownicy, zachowywali się tak, jakby nadal coś dla siebie znaczyli, później zaczęli wprowadzać ten nowy porządek, który nie do końca się jej podobał. Już chyba wolałaby, aby udawali, że nic się nie zmieniło. To było zdecydowanie bardziej naturalne. Nie musiałaby usilnie pilnować każdego swojego ruchu, gestu, czy słów które padały z jej ust

- Cóż, przynajmniej mogłabym stwierdzić, czy faktycznie jest taka nudna. Zresztą o Twoich opowieściach możnaby było powiedzieć wiele, ale nie to, że były nudne. - Często raczył ją historiamii na temat swojej pracy i zazwyczaj bywały one raczej zabawne, Roise nie był nudziarzem, chętnie słuchała tego, co miał jej do powiedzenia. Nie spędziłaby tylu lat z kimś, kto zanudzałby ją na śmierć. Czuła, że nie chciał się z nią spoufalać, może nie powiedział tego wprost, ale dotarł do niej ten przekaz.

- Może to lepsza opcja, bo to by oznaczało, że jestem Twoją porażką pedagogiczną, chociaż chyba każdy nauczyciel ma kogoś takiego, nawet Ci najlepsi. - Trochę przecież była, jasne wyciągnęła co nieco z ich wspólnych lekcji, ale miała wrażenie, że to nie było wystarczające. Nie byłaby w stanie uratować nikogo, zresztą wiele już zapomniała. Raczej pamiętała nieliczne, drobne wskazówki, których pewnie i tak nigdy nie wykorzysta. Oczywiście nadal opisywała eliksiry, te lekcje zapamiętała bardzo wyraźnie.

Męczyło ją w zasadzie to, nie mogła sobie pozwolić na ten kontakt fizyczny, bo gdy tylko czuła jego dłonie na swoim nadgarstku miała ochotę przekroczyć wszystkie granice, a przecież coś sobie założyli, nie chciała być tą, która pierwsza pęknie, nie tym razem. Już wczoraj przecież to ona zadecydowała o tym, że się do niego zbliży, gdy w nocy dostrzegła, że ma gorszą chwilę. Nie mogła być odpowiedzialna za to, że znowu spieprzą to, co ustalali.

Nie chciała być słabszym ogniwem, mimo, że nie podobały jej się wcale te ustalenia. Cóż, najwyraźniej znowu zaczęła się w tym wszystkim gubić, nie wiedziała, czego właściwie chce, co powinna robić. To nie było dla niej łatwe.

Próbowała sobie wyobrazić to, jak przebiegnie ich współpraca wynikająca z chęci zadbania o miejsce, które porzucili. Nie sądziła, że przyniesie jej to taką satysfakcję jakiej oczekiwała. Po co właściwie to robili, to już nie był ich dom, sama jeszcze nie wiedziała co konkretnie zamierza zrobić z tym miejscem, może to posunięcie wcale nie było takie właściwie jak wydawało jej się na początku gdy padł ten pomysł. Nie chciała opuścić tego miejsca jeszcze bardziej sfrustrowana, niezadowolona, że trzymała się jakichś nieustalonych zasad.

Czuła, że znowu go rozczarowała. Nie była z tego powodu zadowolona, bo właściwie rozczarowywała tym zachowaniem i siebie samą. Miała próbować walczyć, tyle, że zaczęła się dystansować nie chcąc go osaczać, nie miała zamiaru się narzucać, chociaż przecież tego właśnie chciała. Znowu zaczęła tracić grunt pod nogami, nie miała żadnej kontroli nad tym, co się między nimi działo, wiedziała jedynie to, że jej się to nie podoba, tyle, że próbowali trzymać się tego nieszczęsnego sojuszu. To było popierdolone, nie dało się nie wyczuć w powietrzu napięcia, które się pojawiło, a nadal udawali, że dokładnie tak ma być. Kiedy właściwie zaczęli zastanawiać się  nad tym, co było słuszne i przestali sięgać po to na czym im zależało? Nie miała pojęcia, chyba jeszcze nigdy nie byli w stosunku do siebie, aż tak nieszczerzy.

Traktował ją jak kolejną pacjentkę, wziął do ręki jej dłoń, obejrzał ją znowu, zaczął delikatnie wcierać w oparzenie maść. Podobnie postąpił przed tym, gdy weszli do jaskini, może właśnie w ten sposób powinno to wyglądać, nie powinna oczekiwać niczego więcej, mimo, że jej się to nie podobało.

Nie dostrzegła momentu, w którym zbliżył się do niej jeszcze bardziej, była skupiona na tej nieszczęsnej ścianie, bo nie chciała spoglądać mu w oczy. Nie dało się jednak nie poczuć palców na podbródku, przez który musiała w końcu na niego spojrzeć. Trochę bała się tego, co zobaczy w jego oczach, nie miała pojęcia, czy była na to gotowa. Chyba jemu też nie do końca odpowiadała ta sytuacja. Przygryzła dolną wargę i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Czego od niej teraz oczekiwał? Przecież mieli się od siebie dystansować, starała się to robić, że wychodziło jej to raczej średnio to już inna sprawa.

- To, co powinni robić sojusznicy? - Zapytała nieco niepewnym tonem. Dało się z niego wyczuć, że nie do końca odnajdywała się w tej sytuacji, zresztą głos jej zadrżał, brakowało jej typowej dla niej pewności siebie. Zdecydowanie nie wiedziała, co właściwie robili i co próbowali sobie udowodnić. Zdała sobie sprawę, że wybranie tej szafki nie było najlepszym pomysłem, nie miała za bardzo pora manewru, nie mogła już uciec przed bliskością, ani spojrzeniem. To nie wróżyło niczego dobrego. To nie tak, że nie pragnęła tej bliskości, tyle, że przecież miała się od niego dystansować. Sama już nie wiedziała, co jest właściwie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
02.01.2025, 17:34  ✶  
Kiedy stali się tak żenująco zachowawczy, że aż obcy i zdystansowani? Kiedy te wszystkie reakcje zaczęły dyktować to, na co sobie (nie) pozwalali? Odkąd byli tak absurdalnie nieegoistyczni, że w jednej chwili całkowicie zmienili reguły gry? A przede wszystkim, dlaczego wobec tego nie dali sobie nowego spisu zasad, jakie powinny obowiązywać od tego poranka?
Niespełna godzinę wcześniej obejmowali się pod kołdrą na podłodze, a gdyby tam pozostali, czy coś by to zmieniło? Czy wyłącznie na kilka krótkich chwil ponownie odwlekłoby nieuniknione? Trudno było w jednej chwili obudzić się u czyjegoś boku, próbując zachowywać się cicho, aby w następnej dusić się w tym milczeniu, gdy dotarło do niego, że wcale nie mogli mieć błogiego poranka.
Od pierwszych słów momentalnie zmienili stosunek do tego, kim powinni być dla siebie. Zupełnie tak, jakby ta poprzednia noc nigdy nie istniała. Teoretycznie tak było lepiej, ale z drugiej strony miał wrażenie, że to było wyłącznie wierutne kłamstwo, które sam sobie sprzedawał, żeby nie dopuścić do siebie możliwości, że Rina dystansowała się od niego właśnie przez to, co stało się w nocy. Przez narastającą niechęć, zażenowanie, może zobojętnienie spowodowane tym, czego się po nim nie spodziewała a co dostała.
Tu nie było miejsca na śmieszne historie, na anegdoty z życia ani nic, co wydawało mu się, że mogłoby pasować do ich pierwszego poranka od czasu powrotu do Whitby. Niepotrzebnie poruszył ten temat a Geraldine bez potrzeby go ciągnęła. Ponownie uciął wypowiedź w zarodku, wzruszając ramionami.
- Miło to słyszeć - całkowicie neutralne słowa, które nawet nie sprawiły mu trudności w ich wypowiedzeniu, bo po prostu je z siebie wypluł.
Być może kulturalnie. Może neutralnie i miło, ale bez radości. Bez grama szczerości i docenienia tego, co mu mówiła.
- Nie jesteś moją porażką pedagogiczną - stwierdził, całkiem celowo nie używając innych słów ani nie skracając tego po prostu do nie jesteś moją porażką, bo wtedy całkowicie by skłamał.
Byli swoją wzajemną porażką i byli na nią skazani. Nie mógł zmienić zdania w tym zakresie. Szczególnie w obliczu wszystkiego, co działo się między nimi. Tych wszystkich sztucznych pozorów i biało-szarych kłamstw. Udawania czegoś, co wcale nie przychodziło mu łatwo. Ani wtedy przed jaskinią, ani teraz. Nie miał być obojętny, nie mógł być obojętny, więc powinien się odsunąć. Znowu wycofać się w cień zamiast zostawać w Piaskownicy.
Gdyby mógł być całkowicie szczery z Geraldine, zapewne pierwszą rzeczą, jakiej by od niej chciał byłoby nie robienie tego, czymkolwiek było to, co robiła. Ten blat kuchenny, jego koszula, odsłonięte nogi, przygryzana warga, intensywność spojrzenia - to nigdy nie było łatwe do zignorowania. Nawet wtedy, kiedy było świadomą prowokacją, elementem ich barwnej rzeczywistości, lekkim wodzeniem go za nos zanim ulegał temu wszystkiemu z pozornymi obiekcjami.
Nigdy nie potrzebował wiele, żeby przestać się temu opierać. Odkąd pamiętał, mogli nie udawać zbyt długo, raczej woląc spożytkować ten czas w inny, lepszy sposób. Nie sądził, aby robiła to teraz celowo, nie przy jednoczesnym pokazywaniu mu narastającego dystansu między nimi, który sam też starał się utrzymać. Nie mógł ani nie zamierzał być tą jedną osobą w dalszym ciągu żyjącą w świecie fantazji.
To dobiegło końca. Nie powinien pytać, zrobił to instynktownie, bez potrzeby a może nawet idiotycznie, bo odpowiedź, jaką mu dała była raczej oczywista. Brzmiała dokładnie tak jak powinna brzmieć, choć zmieszanie brzmiące w głosie Yaxleyówny było tym elementem, którego zdecydowanie nie potrzebował. Jak niewidzialny policzek.
No tak.
- Mhm - odpowiedział bez większego przekonania, mimo to przyznając Geraldine rację, bo przecież ją miała.
Byli tymi pierdolonymi sojusznikami i nikim więcej, nawet jeśli momentami oboje mieli wyraźną trudność z odróżnieniem instynktów od tego, co powinni robić. W istocie najlepiej było im zachowywać dystans, którego potrzebowali, aby znaleźć złoty środek w tym, na co mogli sobie pozwolić. A było to raczej niewiele.
Nawet dopuszczając możliwość pozostania tu jeszcze przez kilka dni, prawdopodobnie każde z nich powinno zająć się czymś innym, może przebywając w jednym pomieszczeniu, ale ograniczając zbędne interakcje. Takie jak ta teraz, bo znów złapał się na staniu zdecydowanie blisko. Tak blisko, że na odsłoniętej skórze czuł ciepło bijące od dziewczyny.
Tego też powinni unikać. Znajdowania się obok siebie w stanie utrudniającym skupienie się na czymkolwiek innym niż jej podwinięta koszula, pod którą niemal na pewno nie miała nic, co bardziej by ją osłaniało. Jak jego goła klatka piersiowa i bokserki nie pozostawiające zbyt wielu niedomówień. Zresztą spędzili ze sobą tyle lat, że trudno byłoby nie pamiętać o przeszłości.
Szczególnie, że gdy się tu pojawili, raczej nie stronili od siebie w ten sposób. Dali się ponieść emocjom, pragnieniom, wewnętrznym potrzebom, chęci znalezienia się tak blisko siebie nawzajem, że nie mogli być fizycznie bliżej. Na kilka chwil odkryli się, odsłonili. Przez ulotny moment mógł uświadomić sobie, ile się w niej zmieniło a ile pozostało takim, jakie pamiętał.
Nie rozmawiali o tym. Nie mówili o historiach wiążących się z tym wszystkim, co nie było w nich już takie same. Wydawało się, że mieli czas, aby to zrobić. Przy pierwszej okazji, która nie nadeszła i nie miała nadejść - to było w tym chyba najbardziej druzgocące. Kolejna mała rysa na szkle, jeszcze jedna nieduża osobista tragedia niewypowiedzianych słów, które nie miały paść.
Dostrzegał, że się spięła. Nie chciał jej osaczać, nie o to mu teraz chodziło. Ani kiedykolwiek, jeśli miałby być szczery, choć wyłącznie przed sobą, bo w rzeczywistości nie skomentował tego faktu. Pamiętał za to jej westchnienie ulgi, kiedy odsunął się po raz pierwszy a potem grymas, gdy się do niej zbliżył.
To wystarczyło, żeby cofnął dłoń. Puścił jej podbródek, robiąc krok w tył, następnie jeszcze jeden. Opuszczając ramiona wyłącznie po to, żeby zająć się odłożeniem maści i dokończeniem przygotowania kawy. Obrócił się plecami do Geraldine, dając sobie dosłownie ułamek sekundy na to, żeby stłumić westchnienie, machinalnie wykonując kolejne czynności.
Nie mówił, że ich wspólne plany wyjścia do miasteczka raczej przestały mieć rację bytu. Wydawało mu się, że dali sobie na to dostateczny dowód. Tak właściwie to nawet stracił ochotę na poranną kawę, nie chcąc pić jej w niezręcznym, ciężkim milczeniu. Rozlał kawę do kubków, kolejny raz bez słowa sunąc wzrokiem po kuchni. Z minuty na minutę to było coraz bardziej obce miejsce, ale tak chyba było lepiej.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
02.01.2025, 19:25  ✶  

To było dalekie od normalności. Niby próbowali zachowywać się naturalnie, grzecznie nad wyraz normalnie, ale właśnie, to do nich nie pasowało. Nigdy tak nie robili. Już na samym początku ich znajomości nie bali się dzielić się ze sobą swoimi przemyśleniami. Ich relacja była całkiem prosta, no, kiedy zaczęli ze sobą rozmawiać i przestali ukrywać swoje uczucia. Wtedy to działało, niedopowiedzenia im nie służyły. Powinni o tym pamiętać. Wpadali znowu w to samo bagno spowodowane tym, że nie wyjaśnili sobie wszystkiego do końca. Rzucili jakieś nowe założenia, według których próbowali egzystować. To tylko utrudniało im przebywanie w swoim towarzystwie. Nie wątpiła w to, zrobiło się między nimi naprawdę dziwnie, a nie tego chciała. Nie, kiedy ledwie kilka godzin temu znowu trzymała go w objęciach, była jego oparciem, a on mimo słów, które wypowiadał w jej kierunku nie pozwolił sobie na odepchnięcie jej. Potrzebował tej bliskości tak samo jak ona, czy chciał się do tego przyznać, czy nie. Powinna więc być nieco bardziej zdecydowana, aby sięgać po to, na co faktycznie miała ochotę. Nie zrobiła tego jednak. Gdy tylko znalazła się w tej kuchni założyła maskę, która wydawała jej się być słusznym rozwiązaniem. Chciała wyjść na odpowiedzialną, chciała, żeby dostrzegł, że słucha tego, co do niej mówił, chociaż miała wrażenie, że zupełnie niepotrzebnie to robiła. To doprowadzało do kolejnych komplikacji.

- Tak, bo ja z natury taka właśnie jestem, miła. - Zdecydowanie nigdy by o sobie nie powiedziała czegoś takiego, ale jak inaczej miała zareagować na to, co powiedział. Miło to słyszeć... Nie spodziewała się, aż takiej przesadnej grzeczności między nimi. To zupełnie jej nie leżało, i do nich nie pasowało. Było sztuczne, ta cała sytuacja zaczynała się robić bardzo sztuczna i teatralna.

- Skoro tak mówisz, to pewnie masz rację. To Ty tu jesteś specjalistą od nauczania, nie ja. - Nie miała zamiaru się z nim kłócić o to, jak bardzo niepojetną uczennicą była, bo to było zupełnie bezsensowne. Wiedziała swoje, czy tego chciał, czy nie, nie błyszczała na tych indywidualnych lekcjach, których jej udzielał. Nie ma się, co dziwić, te dziedziny w których Ambroise był biegły nie były jej konikiem, średnio ją interesowały, próbowała je przyswoić tylko dlatego, że w ten sposób mogła mu się do czegoś przydać. To był jej jedyny motywator, Roise i jego zdrowie.

Postanowili tutaj zostać, bardzo łatwo przyszło im wyładowanie w tym miejscu, tak jakby nic się między nimi nie zmieniło. To przyszło im naturalnie, zresztą miała wrażenie, że wtedy faktycznie nad niczym się nie zastanawiali i po prostu sięgali po to, na co mieli ochotę. To było łatwiejsze, nie musieli udawać, udawanie zdecydowanie im nie służyło. Zdawała sobie z tego sprawę, po pierwsze sama się z tym źle czuła, a po drugie wydawało jej się, iż jemu też to nie odpowiadało. Po co więc to robili, Morgana jedna wiedziała.

Znajdował się na tyle blisko niej, że wystarczyło by tylko wyciągnęła rękę i mogła przyciągnąć go do siebie, owinąć ciasno swoje nogi wokół niego i zrobić to, czego faktycznie chciała, po raz kolejny jednak stchórzyła. Rzuciła nieprzemyślaną odpowiedź, ale wydawało jej się, że właśnie tego od niej oczekuje, że to chciał usłyszeć. Od kiedy stała się taka rozważna? Nie miała pojęcia. Była ostrożna, jakby lód po którym kroczyli za chwilę miał runąć, zresztą miała wrażenie, że tylko oddalała to w czasie, bo prędzej czy później to i tak się wydarzy i znowu wylądują w bardzo chłodnej wodzie. To było nieuniknione.

Odburknął jej jedynie, właściwie czego więcej się spodziewała? Chyba tego chcieli, przynajmniej tak wyglądało to wszystko gdy o tym wczoraj rozmawiali. Nie wydawało jej się jednak teraz, aby faktycznie było to słuszne, powinna o tym wspomnieć już wczoraj. Nie była sobie w stanie wyobrazić przebywania w jego obecności kiedy byli dla siebie tacy obojętni. To bolało chyba bardziej od tych kłótni, które potrafiły między nimi wybuchnąć.

Odsunął się od niej ponownie. Odłożył maść, odwrócił się do niej plecami. Nie chciał już na nią patrzyć? To było prawdopodobne. Ranili się, czuła, że to nie przyniesie im niczego dobrego. Był to chyba odpowiedni moment na to, aby to przerwać. Nie zniosłaby dłużej tej napiętej atmosfery, miała tego dość. Cóż, najwyżej odbije się od ściany, przecież to nie byłby pierwszy raz, czyż nie.

Zsunęła się z blatu praktycznie bezgłośnie, na moment przestała też oddychać, bo nie była pewna co właściwie chciała zrobić, pewna była jedynie tego, że nie miała zamiaru pozwolić aby tkwili w tym dziwnym zawieszeniu. Złapała Roisa za nadgarstek, żeby zatrzymać go w miejscu. Decyzja została podjęta.

- Zaczekaj, to nie tak, nie chcę tego, nie umiem dłużej udawać. - W jej głosie nie brakowało desperacji, widać było, że ją to gryzło i w końcu pękła. Ile właściwie wytrzymała kilkanaście minut? Nie była w stanie być dłużej taka obojętna. To jej nie służyło, to im nie służyło. Zasługiwali na coś lepszego, na coś więcej niż ta wymuszona neutralność.

Powinna być z nim szczera od samego początku, ale usilnie chciała trzymać się ustaleń, które wczoraj padły, jak widać to nie zadziałało, dusiła się tym, zdecydowanie nie umiała się odnaleźć w tych nowych ramach. Skoro mieli spędzić ze sobą tutaj jeszcze kilka dni, to powinni to zmienić, bo nie wydawało jej się, żeby była w stanie przeżyć to napięcie. Była zmęczona tym wszystkim, co się między nimi działo, zdecydowanie wolała wybrać prostszą, znajomą drogę, o czym właśnie zamierzała mu wspomnieć.

- Nie potrafię chyba być twoim sojusznikiem, nie w ten sposób. - Zresztą nie miała w ogóle pojęcia, czy to powinno wyglądać właśnie tak, ale tak to kreowało się w jej głowie. Sojusznicy powinni być sobie obojętni, a ona nie chciała w to brnąć. - Czy tego chciałeś? - Wolała się upewnić, co do tego, jak właściwie wyglądała jego wizja, liczyła na to, że też była różna od tego, co przed chwilą tutaj zaprezentowali.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
02.01.2025, 23:49  ✶  
W każdej innej chwili skwitowałby to rozbawionym parsknięciem. Żadne z nich nie było miłe. Dało się powiedzieć o nich wiele różnych rzeczy, ale raczej nie można było użyć tego konkretnego słowa. Sam nie wiedział, czemu tak to skomentował. Wszystko, co się obecnie działo było cholernie skomplikowane, choć nie powinno takie być.
Zachowywanie neutralności i dystansu nigdy nie wychodziło mu tak nieudolnie jak w przypadku Geraldine. Ale nie powinien się temu dziwić, prawda? Z nią zawsze było inaczej. Przy niej nie musiał się kontrolować, nie odczuwał potrzeby zakładania żadnych oficjalnych masek, miarkowania się w słowach czy w reakcjach. Mógł być po prostu sobą. Tak jak ona przy nim.
Zatracili to. Sami to sobie odebrali a on był pierwszym, który zapoczątkował ten proces. Pierwszą osobą, która zadała cios, spowodowała pęknięcie na szkle, namacalną rysę. Od tamtej pory nic nie było takie same. Nie miało być.
Dostrzegał to po Rinie. Po jej słowach i reakcjach na nieprzemyślaną bliskość. Po grymasie, uciekaniu wzrokiem, neutralności, której wtórował, nawet jeśli wcale tego nie chciał. A jednak kolejny raz odwrócił się bez słowa, burząc pod nosem coś na kształt zgody z tym, czego powinni od siebie oczekiwać. Tylko po to, aby spróbować dać jej przestrzeń.
Tego chciała, prawda? Nie wiedział, czego pragnęła, ale chyba właśnie tego. Tak? Racja?
Kiedy chwyciła go za nadgarstek, jego ciało zareagowało instynktownie. Zastygł w połowie ruchu, obracając ku niej głowę i mierząc ją zaskoczonym spojrzeniem. Była cicha w tym, w jaki sposób zeskoczyła z blatu a mógł poszczycić się raczej całkiem wyczulonym słuchem.
Mimo to była w stanie podejść do niego w taki sposób, że nie dostrzegł jej ruchu za jego plecami. Zmysły nie zareagowały, nie odczuł tego jako potencjalne zagrożenie, ale przecież nie pierwszy raz po części spuścił przy Geraldine gardę.
Nawet, jeśli w tym momencie starał się trzymać między nimi dystans, niektóre sprawy najwyraźniej pozostawały niezmienne. Dał się podejść do momentu, w którym znowu stanęli twarzą w twarz. Wbił wzrok w niebieskie oczy Riny, powoli wypuszczając powietrze przez zęby i ledwo rozchylone wargi.
Nie próbował jej przerywać, nie szarpnął się ani nie próbował poluzować uścisku dziewczyny. Po prostu na nią patrzył, pozwalając Yaxleyównie burzyć nie tylko ciszę między nimi. To, co robiła tymi słowami było dużo bardziej skomplikowane. Uderzało w znacznie więcej niżeli wyłącznie w samo milczenie, jakie przez moment między nimi zapanowało.
Mówiła a on czekał. Zgodnie z tym, czego od niego oczekiwała, choć nie do końca w zgodzie z samym sobą. Pytanie zawisło w powietrzu pomiędzy nimi. Jak miał jej na nie odpowiedzieć, skoro nie mógł być z nią szczery? W przeciwieństwie do poprzedniej nocy, która wcale nie przyniosła im żadnego ukojenia, nie w obliczu bladego światła poranka.
Nie wiedział, co miałby jej odpowiedzieć i jak bardzo powinien skłamać wbrew wszelkim reakcjom swojego ciała i zaskoczonemu, chyba zbyt wiele mówiącym oczom, wyrazowi twarzy towarzyszącemu zastygnięciu...
...tuż przed tym, gdy ich spojrzenia spotkały się o sekundę za długo. Zawisły na sobie, odbijając wszystko, co nie zostało wypowiedziane. To był błąd. To była najwłaściwsza rzecz, jaka się stała. Całkowity paradoks, kompletne zagubienie prowadzące do tego jednego gwałtownego ruchu. Odwzahemnienia uścisku na nadgarstku i przyciągnięcia dziewczyny bliżej, gwałtownego zamknięcia jej ust pocałunkiem pozbawionym ostrożności czy delikatności.
Jego palce samoistnie błądziły po jej skórze, powoli wkradając się pod koszulę Geraldine, zaciskając się na pośladkach dziewczyny w jednym zdecydowanym ruchu, zanim jeszcze mocniej ją do siebie przyciągnął, pogłębiając pocałunek. Żarliwie, pożądliwie, bez krzty opamiętania odbierając im oddech, pozwalał sobie na wiele więcej niż tylko danie jej do zrozumienia, że nie, gdzieś w głębi duszy wcale nie chciał utrzymywać neutralności. Nie z nią.
Nie mogli być sojusznikami. To od samego początku było skazane na porażkę, ale jaką inną opcję mieli? Zapach, który ją otaczał, otumaniał go sprawiając, że pod wpływem chwili tracił poczucie rzeczywistości, a jednak gdzieś tam wewnątrz dalej miał świadomość braku jakichkolwiek możliwości, braku przyszłości.
Mogli poddać się chwili, mógł ją całować, zaciskając dłonie na coraz bardziej odsłoniętych miękkich pośladkach. Cofnąć się z nią w kilku drobnych kroczkach aż sam dołem pleców oparł się o kuchenny stół, pociągając dziewczynę na siebie. Nie kochaliby się tu po raz pierwszy, nie pierwszy raz skończyliby w swoich ramionach na pierwszej płaskiej powierzchni, lgnąc do siebie jak szaleńcy.
Tyle tylko, że nie mogli do siebie wrócić, odbudowując zniszczonego świata, próbując przemilczeć tamte gorzkie słowa i wszystkie fakty uniemożliwiające im wspólną szczęśliwą przyszłość. Nie mogli być przyjaciółmi - to nie wchodziło w grę. Teraz mówili sobie, że nie mogą być neutralnymi sojusznikami. I choć wszystko w tej chwili podpowiadało mu, że ich pozorny sojusz mógł mieć przecież swoją bliższą, intymną stronę, dopóki byliby w stanie kryć się z tym przed światem.
To do jasnej cholery, nawet on nie wyobrażał sobie przystawać na coś takiego. Na pokrętny sojusz z benefitami, nie po tylu wspólnych latach. Nie tylko przez wzgląd na to, że nagle drugi raz w życiu postanowił nie być egoistycznym dupkiem. Przez to, że byłoby to degradujące, żenujące, uwłaczające wszystkiemu, czego tak naprawdę pragnął zanim wszystko rozsypało się w pył.
To nie był wyłącznie czysto fizyczny pociąg, nie tylko pusty popęd seksualny, byle chwilowe żądze, które mogliby zaspokoić raz na jakiś czas, następnie bez słowa się od siebie odsuwając. Wychodząc przed świtem. Unikając jakichkolwiek zapewnień, tworzenia dalekosiężnych planów. Byłoby łatwiej, gdyby chodziło wyłącznie o to, ale nie - to nigdy nie byli oni.
Mieli mieć swoje szczęśliwe życie, swoje zawsze, na zawsze, swoje do usranej śmierci, swoje po niej też się mnie nie pozbędziesz, zapomnij o tym. Miała dostać od niego kamyk, oficjalność, konwenanse, nazwisko, bo od dawna miała miejsce w rodzinie, którą razem tworzyli, powiększając ją z upływem czasu. Z dziećmi, z wnukami i prawnukami. Z całą tą otoczką, która lata temu wydawała mu się przereklamowana i nie do przyjęcia przy jego stylu życia.
Rzeczywiście. Tyle tylko, że to nie ta malownicza przeszłość nie pasowała do niego. On nie pasował do swojej nowej wizji świata. Do Geraldine, do dzieci, do domu w Whitby. Do stabilizacji wbrew temu, co w dalszym ciągu działo się dookoła nich. Znaleźli się w samym środku burzy, pozwalając sobie na to, aby dać się opętać czemuś, czemu pozwolił się ogarnąć wraz z tamtym przemilczanym pytaniem.
Gesty, nie słowa. Gwałtowne, pożądliwe pocałunki, dotyk dłoni na ciele, palce zatopione w skórze, zęby ciągnące ją za wargę, plecy opadające na blat stołu i ramiona coraz bardziej unoszące dziewczynę, by umożliwić jej wdrapanie mu się na kolana. Poranek po zawierusze, moment zapomnienia przed rozpoczęciem dnia...
...nie mogli sobie na to pozwolić. Już to robili, kolejny raz nie potrafił trzymać przy niej rąk przy sobie, mając tego świadomość a moment później czując też lodowatą falę otrzeźwienia zastępującą wrzenie krwi w żyłach. Oderwał usta od ust Geraldine, zaciągając powietrze z niepokojąco głośnym sykiem i kolejnym niespodziewanym, odruchowym ruchem przesuwając ją z siebie. Odsuwając ją na brzeg stołu, pilnując się, aby jej tak po prostu nie zepchnąć, samemu za to prostując się na stole.
Spojrzał na Rinę pociemniałymi oczami kryjącymi w sobie tyle samo żaru i pożądania, co tej cholernej tęsknoty, wyrzutów sumienia, żalu, może nawet rozpaczy. To spojrzenie mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa. Przyspieszony oddech, gwałtowny ruch klatki piersiowej, kropelki potu na czole, rozszerzone źrenice, zwichrzone włosy - prawie się zapomnieli. Naprawdę chciał być w stanie to zrobić. Pragnął tego jak mało czego. Tego chciał, nie sojuszu. A jednak w tym momencie przymknął powieki, kręcąc głową bez słów.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
03.01.2025, 01:00  ✶  

Właśnie dlatego zwróciła na to uwagę. Naprawdę wiele epitetów można było użyć opisując jej osobę, ale miła wyjątkowo do niej nie pasowało. Nie była miła, raczej szczera, pyskata, niczym się nie przejmowała. Jasne, ta szczerość czasem mogła być uznana za bycie miłym, bo nie zawsze dzieliła się tylko tymi nie do końca chętnie widzianymi słowami, potrafiła mówić pozytywne słowa, ale do bycia miłą wiele jej brakowało.

Neutralność i obojętność zdecydowanie nie były czymś w czym się odnajdywali. Nie dało się nie zauważyć napięcia, jakie wynikało z tego, że sami sobie narzucili pewne zachowania, właściwie nic konkretnego, tyle, że słowo którego użyli do tego, jak miała wyglądać ich relacja jakby się tego domagało. Sojusznicy - tutaj nie było miejsca na spoufalanie, wręcz przeciwnie, raczej jasno określało, że mieli być sobie bardziej obcy niż kiedykolwiek, pozbawieni emocji. Puści? Tak, to chyba było odpowiednie określenie. Zdecydowanie nie widziała w ogóle możliwości, że byłaby w stanie dopuścić do czegoś takiego. Nie potrafiła, nie kiedy chodziło o Ambroisa.

W końcu więc pękła, przekroczenie granicy wcale jej nie zdziwiło, to musiało się zdarzyć, prędzej, czy później, bo przecież nigdy nie wychodziło im trzymanie się jakichkolwiek norm, nie razem. Nie po tym wszystkim, co przeżyli. To raczej nigdy nie miało być już możliwe, nie w tym życiu. Nie była w stanie być wobec niego zupełnie neutralna, nie kiedy wiedziała, co oznacza bycie jego. Nie była w stanie przejść z tego do poziomu zwyczajnego sojusznika. To od samego początku nie mogło się udać, ale i tak postanowili w to brnąć. Naprawdę byli ślepi, albo próbowali udawać przed sobą, że mają jakiekolwiek inne opcje. Cóż, najwyraźniej nie mieli.

Potrafiła być cicha, jak nikt inny, nawet gdy znajdowała się tak blisko. To nie było nic nietypowego, raczej nie starała się straszyć najbliższych, ale była przecież łowczynią, umiała się skradać, pozostać niezauważona, wykorzystywała momenty, które dawał jej los. Nie zdziwiło więc jej wcale to, że udało jej się go zaskoczyć, była pewna, że to się powiedzie. Nie zdążył więc się uchronić od złapaniem go za nadgarstek, poszło jej to całkiem gładko. Tyle, że później musiała wyrzucić z siebie te wszystkie słowa, a to było zdecydowanie trudniejsze.

Nie była dobrym mówcą, zresztą on na pewno o tym wiedział, byli pod tym wzlędem do siebie bardzo podobni, wyrażali swoje uczucia gestami, a nie słowami, ale czuła, że był to moment w którym powinna się odezwać. Robiła to nieco pokracznie - nie pierwszy raz, liczyła jednak na to, że dotrze do niego to wszystko, co miała na myśli, dlatego sięgała raczej po konkrety, a nie zawiłe metafory, zresztą pewnie nie potrafiłaby takich znaleźć w tej chwili w swojej głowie. Niedpowiedzenia im nie służyły, dlatego starała się wprost mówić to, o czym myślała.

Nie wchodził jej w słowa, zresztą nie padło ich z jej ust zbyt wiele, ale chyba udało jej się dokładnie nakreślić to, co miała na myśli. Pozostawało czekać, nie miała pojęcia, jak zareaguje na to, co z siebie wylewała, ale po raz kolejny zrobiło jej się lżej na sercu, że nie musiała już dłużej brnąć w te nowe ramy ich znajomości, które zupełnie jej nieodpowiadały, które nie miały żadnego sensu. Na pewno on również zdawał sobie z tego sprawę, chociaż czy faktycznie? Musiała poczekać, aż jej odpowie, aż sam się określi.

Nie mówił nic, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, ich spojrzenia się spotkały i chyba to było kolejnym gwoździem do trumny. Dostrzegła coś w jego oczach, tyle, że nadal milczał. Powinna się spodziewać tego, że nie odpowie jej na pytanie, a raczej wybierze zupełnie inną drogę, że pokaże jej to co czuje. Cóż, to było dla niego typowe, zawsze wybierał gesty.

Kiedy przyciągnął ją do siebie wypuściła głośno powietrze, na to czekała. Zostało potwierdzone to, nad czym się zastanawiała. On też nie potrafił być wobec niej obojętny. Poczuła ulgę, bo nie była jedyną osobą, która brnęła ku potępieniu. Byli w tym razem, nie potrafili reagować na siebie inaczej. Kiedyś uważała, że to był pewien dar, teraz? Nie miała pojęcia, niby było to wyjątkowe, ale mogło zostać nazwane również przekleństwem. Nie potrafili się do siebie zdystansować, to nigdy nie było im pisane, nawet jeśli próbowali to robić. Czyste szaleństwo, na które się pisała.

Ten pocałunek nie należał do delikatnych, wyrażał jednak wszystko, co kłębiło się w jej głowie. Był chaotyczny, zachłanny, dokładnie taki, jakiego potrzebowała. Nie umiała się mu oprzeć, zamierzała się w tym zatracić, po raz kolejny. Czy to było właściwe? Być może nie w tej chwili jednak nie wydawało jej się, aby byli w stanie znaleźć bardziej właściwe rozwiązanie.

W końcu tego pragnęła, chciała czerpać jak najwięcej z tej bliskości, z tego, że znowu znajdowali się na wyciągnięcie ręki. Nie umiała inaczej. To nie było tylko i wyłącznie pożądanie, to zawsze było coś więcej. Połączenie, którego nie dało się dostrzec, niewidoczne dla oka, ale nie wątpiła, że istniało. Ich ciała siebie pragnęły, ale to samo działo się z ich duszami.

Yaxleyówna narzuciła mu ręce na szyję, jakby chciała objąć go jak najmocniej, zbliżyć do siebie ich ciała tak, żeby nic nie było w stanie im odebrać tej bliskości, czuła, jego dłonie, które zaciskały się na jej posladkach. Robiło jej się coraz cieplej, powoli jej oddech zaczynał przyspieszać, naprawdę niewiele jej było trzeba do zatracenia się, kiedy Ambroise znajdował się obok.

Przesunął ich w stronę stołu, co nie było wcale takim złym rozwiązaniem - zdarzyło im się już korzystać z niego na wiele sposobów. Ten jeden raz nie powinien być więc najmniejszym problemem.

Nie przestawała łapczywie go całować, dłonie Geraldine powoli przesuwały się z szyi na plecy, w które jak zawsze nieco zbyt mocno wbiła paznokcie, nie do końca panowała nad swoimi reakcjami, nie przy nim, to też się nie zmieniło.

Dostała od niego chyba najjaśniejszą odpowiedź z możliwych, nie potrzebowała żadnych słów, one były zbędne, to wszystko świadczyło o tym, że zdecydowanie nie mogli być sojusznikami, nie takimi którzy nic dla siebie nie znaczyli, tyle, czy jednak było ich ponownie stać na jakiekolwiek zaangażowanie? Ustalili przecież, że nie mogli ponownie się ze sobą związać, coś go ograniczało. To było kurewsko popierdolone, ale nie miała zamiaru się na tym skupiać, nie kiedy ich ciała powoli znowu zaczynały się ze sobą plątać i zmierzały ku temu, aby stać się jednością.

Byli bardzo bliscy temu, aby ponownie się w sobie zatracić, tyle, że to najwyraźniej nie miało się skończyć się w ten sposób, nie tym razem. Ambroise oderwał swoje usta od jej, spojrzała na niego przelotnie, próbując zrozumieć co się dzieje i wtedy tak po prostu się od niej odsunął, a właściwie to ją przesunął na brzego stołu. Teraz? W tym momencie, czy naprawdę było to konieczne. Krew buzowała jej w żyłach, serce nadal biło w przyspieszonym rytmie. Co miała z tym niby zrobić?

Patrzyła na niego dłuższą chwilę, naprawdę chciała się dowiedzieć dlaczego. Jasne, nie powinni znowu przekraczać granicy, ale skoro już to zrobili, co właściwie mogło się zmienić, gdyby pozwolili się sobie w pełni w tym zatracić. Tym razem była w stanie wyczytać nieco z jego spojrzenia, tyle, że niczego jej to wyjaśniało, a może właśnie mówiło wszystko. - Kurwa mać. - Tylko w ten sposób mogła na to zareagować. Czy naprawdę zamierzał się teraz od niej dystansować? Po tym, na co sobie ponownie pozwolili? To było dopiero prawdziwe znęcanie się nad nimi.

Sięgnęła dłonią ku jego ręce i zaczęła przesuwać ją z góry na dół, nie chciała, aby znowu znaleźli się w jakimś dziwnym potrzasku, który sami sobie narzucali. To im nie służyło, miała gdzieś to, czy powinna to robić, czy nie, bo przecież to odsunięcie się od niej świadcyzłoby o tym, że pojawiły się w nim jakieś wyrzuty sumienia, zupełnie niepotrzebnie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
03.01.2025, 02:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2025, 02:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Instynktownie uniósł kąciki ust, wykrzywiając je w usatysfakcjonowanym grymasie, gdy poczuł jej paznokcie na swoich plecach a usta odpowiadające na jego pocałunki. Dawali się temu porwać, ponieść się tej chwili i emocjom, których nie tłumili dłużej niż kilkanaście minut, może bliżej pół godziny, a jednak stanowczo zbyt długo. W tym momencie to wydawało się nie do zniesienia. Zupełnie tak, jakby pękła między nimi jakaś niewidzialna tama. Jak gdyby dali się pochłonąć nagłej fali, nawet nie próbując już z tym dłużej walczyć.
Pragnął jej. W każdym, nawet najmniejszym calu. Bez względu na to, co się zmieniło przez ostatnie półtora roku. Co zrobiła a czego nie zrobiła. Jakie uczynki spędzały sen z powiek Geraldine, choć w ich rozmowie wyłącznie pobieżnie liznęła ten temat. Jak bardzo popaprani byli. Razem czy z osobna. Zasługiwali na siebie. Zarówno wtedy, jak i teraz w tej chwili. Na nowo do siebie przylegali, zatracali się w sobie nawzajem, połączeni czymś więcej niżeli wyłącznie fizyczną tęsknotą.
Choć i ta była tak silna, że niemal namacalna.
Mieli coś niepowtarzalnego. To, o czym większość innych ludzi raczej nawet nie myślała. Był tego pewien, bo on też nie brał tego pod uwagę do chwili, gdy stracili dla siebie dech w piersiach. Nie mógł zbudować sobie przyszłości z nikim innym. Nie wyobrażał sobie świata bez niej. I to był jednocześnie najpiękniejszy i najbardziej druzgocący fakt. Bardzo boleśnie słodko-gorzka prawda. Szczególnie w ich obecnej rzeczywistości.
Jakąkolwiek niewidzialną nicią byli połączeni, dusili się nią nawzajem. Zaciskali ją sobie na szyi. Jedno drugiemu. Ciągnąc i szarpiąc. Nie będąc w stanie ustąpić, puścić, pozwolić sobie na to, żeby opadła na właściwe miejsce, bo istniało prawdopodobieństwo, że wtedy całkowicie by się zerwała lub zniknęła. A gdzieś tam przecież zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne jak wiele złego sobie nawzajem uczynili czy ile wstrętnych słów między nimi padło, nie potrafili odpuścić tego, co w ich mniemaniu powinno być ich szczęśliwym zakończeniem.
Kiedyś wydawało mu się, że może zachowywali się niekonwencjonalnie. Oboje byli popaprani na swój specyficzny sposób. Bardzo podobny, niemalże lustrzany. Nie stanowili typowej pary. Czy to w czystokrwistym towarzystwie, czy to w czarodziejskim świecie, ale tym się raczej chełpili.
Miał wrażenie, że przez to, przez co oboje przeszli zanim się ze sobą związali. Razem bądź z osobna. I przez to jak wyglądały pierwsze lata ich związku, gdy różowe okulary spadły a życie zaczęło być usłane kolczastymi dzikimi różami. Przez to wszystko zasługiwali na to, aby teraz po takim czasie, w tym wieku mieć znacznie spokojniejsze życie. Tym bardziej, że naprawdę usiłowali je budować i utrzymywać.
Pół roku. Ostatnie pół roku przed tamtym porankiem byłoby idylliczne, mimo pierwszych wybuchów wojny. Gdyby tylko nie dopadła ich rzeczywistość, gdyby tylko on nie okazał się przed samym sobą kimś, kto na nią nie zasługiwał. Kto nie mógł się nią opiekować, chronić ich domu, budować rodziny, bo w istocie sam był największym zagrożeniem. Rozkładem działającym od wnętrza.
To nie uległo zmianie. Chciałby. Naprawdę by chciał, aby było inaczej, ale każda decyzja miała swoje konsekwencje. A on pochopnie uległ plotkom i pogłoskom, podszeptom własnych widm i cieni, niechęci do tego, by dłużej walczyć o coś, o co powinien toczyć walkę do zwycięstwa bądź też do tej usranej śmierci, o której tyle razy powtarzali.
Odtrącił Geraldine. Znowu to zrobił. Tak jak mówił, bo mógł ją wyłącznie ranić. Nie chciał tego robić, jednak pewne sprawy działy się samoistnie a pewnych działań nie dało się cofnąć. Niemalże ponownie ulegli temu, co wydawało im się teraz właściwe, ale w perspektywicznej przyszłości miało ich jeszcze bardziej rozkurwić. Zniszczyć nie tyle sojusz, który nie mógł istnieć, co to coś, co tak żarliwie podtrzymywali przy życiu.
Resuscytując to każdym gwałtownym, desperackim pocałunkiem. Napierając na siebie nawzajem ciałami, mieszając oddechy, splatając języki. Nie dało się ukryć tego, że dążyli do jednego, zdecydowani wreszcie ponownie sięgnąć ku temu, co powinno być ich. Znaleźli się na stole, niemal całkowicie skracając dystans. Kilka kolejnych chaotycznych szarpnięć za oddzielające ich części garderoby i dotarliby do momentu, kiedy nie mogli już powiedzieć sobie stop.
Zawsze byli w gorącej wodzie kąpani. Doskonale pamiętał ich pierwsze wspólne popołudnie w mieszkaniu na Horyzontalnej wtedy po pocałunkach na plaży. Tak jak pierwszy dzień w Whitby, jak i każdy kolejny, zwłaszcza po kupnie tego domu. Jak wiele innych okazji przez lata, gdy ogień wcale nie gasł a rutyna nie miała wpływu na to jak szybko potrafili mieć się ku sobie. Biblioteka czy las w Snowdonii, upojne chwile w Dolinie Godryka, rozliczne sabaty, szybkie i rozchichotane wymykanie się z przyjęć wprost do domu. Wrzosowisko, plaża...
...mógłby to wspominać. W istocie robił to wielokrotnie podczas ciemnych i samotnych nocy. Teraz też zaoferowali sobie kilka wspomnień. To mogłoby być kolejne, gdyby tylko nie przyszła ta realizacja. Otrzeźwienie ogarnęło go całkiem znienacka. I nawet, jeśli ciało wciąż się ku niej rwało, bo to przy niej i tylko przy niej miało swoje właściwe miejsce, umysł nie pozostawał zbyt wiele złudzeń.
Kurwa mać była dobrym określeniem. Szczególnie, że zarówno jego, jak i jej mać nie zasługiwała na zbyt wiele oklasków. Szczególnie jego, jeśli miał być szczery. Wyłącznie utrudniła mu życie, nawet jeśli jednocześnie była główną sprawczynią tego, że się w ogóle narodził. Stąpał po tym świecie. Teraz znacznie mniej stabilnie, bardziej rozgoryczenie, błądząc co rusz, nawet jeśli nie był skłonny się do tego przyznać.
I nie zaczął tego robić w tej chwili. Choć w pewnym sensie powinien. Nie uważał jednak, aby to mogło coś zmienić, tym bardziej naprawić. Gdyby zaczął uzewnętrzniać powody, dla których znowu ich od siebie odsuwał, nie przyniosłoby im to nic prócz kolejnej fali rozgoryczenia.
Serce w dalszym ciągu łomotało mu w piersi, oddech nadal był ciężki i urywany a krew gorąca, niemal wrzącą. Skóra paliła go pod dotykiem Riny, na który patrzył, wodząc spojrzeniem za ruchami jej dłoni. Miał ochotę przesunąć jej rękę niżej, powracając do zachłannych, chaotycznych pieszczot prowadzących ich ku spełnieniu. Tu i teraz.
Nie mógł tego zrobić. Nie próbował za to przepraszać. Nawet wtedy, kiedy ponownie przeniósł wzrok na twarz Geraldine, kręcąc przy tym głową. Przeprosiny na nic by się tu nie zdały, bo byłyby puste i nieprawdziwe. Poza tym, za co miałby przepraszać? Że dał jej do zrozumienia, że nie chce być z nią w tym parszywym, neutralnym sojuszu? Czy że tak gwałtownie przerwał ich chwilę opętania, pozbawiając zarówno ją, jak i siebie szansy na kolejne minuty zapomnienia?
Za to pierwsze nie mógł szukać wybaczenia, bo przecież tego chciał. Nader wszystko pragnął się z nią w tym zatracić. A to drugie? Zrobił to, bo musiał. Zobowiązał się do tego półtora roku temu. Znał konsekwencje, jakie mogli ponieść. Już i tak ryzykowali tamtymi dwoma chwilami bezmyślnego, instynktownego opętania.
Nie zamierzał pytać, bo chyba nie chciał wiedzieć ani dłużej o tym myśleć. Nie mógł już nawet znieść jej spojrzenia, wzdrygając się pod dotykiem i odruchowo strząsając dłoń Yaxleyówny.
- Nie - zabrzmiał ostrzej niż mógłby się tego spodziewać, znacznie ostrzej niż chciałby się do niej odezwać, zaciskając usta w wąską linię.
Mógłby dodać coś więcej. O ich sojuszu, o tym, co się tak właściwie stało. Co powinni, czego nie mogli. A jednak nie był w stanie, niemal w tym samym momencie zsuwając się ze stołu wprost na sztywne nogi. Nie mówiąc, że jest mu przykro, tego też nie zrobił zanim nie wycofał się do salonu przez bezpośrednie wejście.
Prawie od razu zaczynając narzucać na siebie kolejne części garderoby. Byle jak. Tym razem ignorując nawet ich wygniecenie, choć zazwyczaj przykładał uwagę do tego, żeby nie wyglądać flejowato. Po jaskini większość jego ciuchów po prostu śmierdziała. Zostały mu tu mało wyjściowe dresowe spodnie i niezbyt pasujący do tego stylem golf. Kurtka, która może nieznacznie (ale bardzo nieznacznie) wszystko spinała i sportowe, ogródkowe buty.
Nie potrzebował wiele czasu, żeby chwycić pustą torbę i portfel, nie wracając się po listę z kartki zrzuconej z tego nieszczęsnego stołowego blatu. Był zbyt rozkojarzony, za bardzo skołowany a może nawet coraz bardziej sfrustrowany i zły. Jedynie wychylił się ku wnętrzu kuchni. Na ułamek sekundy. Tylko po to, aby zachrypniętym głosem poinformować.
- Zakupy. Wracam za półtorej godziny, może dwie, góra dwie i pół - nie pytał o ich plan wspólnego spaceru, to nie byłoby teraz wskazane.
Potrzebował powietrza, ale przede wszystkim samotności. Bo tego, czego naprawdę pragnął nie mógł mieć.
Więc wyszedł. Musiał wyjść, żeby się tu nie udusić. Kurwa mać.
Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (11027), Geraldine Greengrass-Yaxley (8741)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa