Celem była stajnia, w której wieczorem abraksany już ułożyły się do snu. Ktoś zakradł się do niej i podłożył ogień, twój wierny Alexander został zaalarmowany hałasem abraksanów i łuną ognia na tyle szybko, by zdołać go ugasić, nim stajnia spłonęła doszczętnie, nie na tyle jednak, by udało się ją zachować w całości. Abraksany, które tam mieszkały, zdołały jednak uciec, bo otworzył im wejście, gdy z boksami poradziły sobie same. Wyleciały w popłochu, musisz je teraz wszystkie znaleźć i wyłapać (a większość z nich wzbiła się w niebo…), część będzie poparzona i ranna, większość przerażona i obrażona, że nie zapewniłeś im należytej ochrony.
Udało się to wszystkim prócz jednego. Jednego, który musiał zostać rażony jakimś zaklęciem i wykrwawił się w stajni, gdy znalazł go Alexander. Na szczęście nie był to twój wierny Michael.
Dom był pusty. Nie mógł być pełny - Flynn przepadł w pracy, a może w międzyczasie nawet tutaj był, ale Laurenta od południa właściwie nie było. Wrócił po spotkaniu z Caroline dosłownie na chwilę. Opatrzył swoją dłoń, siadł do korespondencji i ledwo do niej usiadł - wyruszył znów. Więc dom był pusty, chociaż promienie słońca już schowały się na horyzontem. Piękna pogoda. Piękny wieczór. Tylko Laurent chwiał się na niepewnych nogach i kręciło mu się w głowie do stopnia, w którym nawet nie przejął się pyłem z kominka ani otoczeniem. Ciemnością wokół. Oparł się ręką o wezgłowie kanapy. Tam dalej grzmiał ogień. Trzaskały deski. A on? Stał tutaj... wiedząc o niczym.
Tylko przez krótką chwilę.
- Panie! - Migotek pojawił się przy jego ręce, opierając na niej swoje długie palce. Laurent rozchylił ciężkie powieki, chcąc się do niego uśmiechnąć. Strach na twarzy skrzata nie od razu była dla niego oczywista i zrozumiała. - Panie, stajnia płonie! - Nie dotarło to do niego od razu. Migotek zacisnął nieco mocniej palce na białym materiale koszuli. - Paniczu! Płonie stajnia, kazali mi panicza poinformować! - Powtórzył skrzat, usilnie starając się złapać jego uwagę i skupienie, bardzo chcąc, żeby blondyn pojął, że teraz nie będą mówić o tym, czy zjadł kolację, albo nie zapyta, czy zrobić mu kąpiel. Wzrok pełen niezrozumienia, pusty, nadal spoczywał na Migotku. Zrezygnowany skrzat po prostu mignął - i zabrał go ze sobą.
Dym buchał wysoko w las, a czerwona łuna była jak malowane na horyzoncie słońce, które układało się już w pierzynie granatu do snu. Okrutny hałas bolał aż w uszy - krytycznie sprzeczny z ciszą, która rządziła w domu nieopodal. Kilku czarodziei biegało po terenie - ich ciemne sylwetki odcinały się na tle tej czerwieni. Wszystko tak błyszczało, tak nienaturalnie mocno lśniło, kiedy różdżki wydobywały z siebie kolejne fale wody w próbach ugaszenia wściekle wijących się płomieni. Węże w gnieździe, które wypełzły z podwoi Piekieł.
Stajnia rzeczywiście płonęła.
- Paniczu! Paniczu..! - Migotek teraz ciągnął za jego nogawkę. Chyba wołał tak od dłuższej chwili. Laurent słyszał pisk w swoich uszach. Nie słyszał tego świstu ognia, trzasku ciężkiej belki, która spadła w dół, wołania Migotka, ani krzyków pracowników, których musiał ściągnąć Alexander. Nie słyszał śpiewu feniksa, który krążył między płomieniami. Drgnął. Adrenalina uderzyła do jego głowy i serca. Już nie oddychał wolno, tętno przyśpieszyło mu bardzo szybko. Zrobił kilka szybszych kroków w kierunku stajni, a potem rzucił się do biegu. Wyciągnął różdżkę. Nie czuł, nie myślał, nie był. Słyszał nie słysząc. Zamienił się w te migoczące płomienie i tańczył razem z nimi, gdy gwałtownie zatrzymał się przed otworzoną bramą stajni. Pod jego butami wirowały pióra abraksanów, a przed tymi butami - wywarzone drzwi. Fuego zapikował w dół i wleciał do wnętrza - a on, jak pchnięty do działania, ruszył za nim. Do tego jasnego punktu leżącego na ziemi. Do tej plamy, w której płomienie migotały jak świetliki w środku boru.
- Panie Prewett! - Głos Alexandra zatonął w wyciu dookoła niego. Szalony żywioł wyciągał swoje ramiona, chciał wydrzeć cały surowiec z tego miejsca. Machnął różdżką, chcąc wnieść kamienną posadzkę, zbudować ściany z kamienia odgradzając się od ognia, al różdżka nie była do końca skłonna go słuchać. Zamigotała sama, wybrzuszyła tę podłogę nieznacznie. Zakaszlał i zakrył swoje usta rękawem. Dym gryzł w płuca, kuł w oczy. Nie było tu czym oddychać.
Lecz on zamiast zawrócić to padł na kolana, w tę kałużę krwi, przy leżącym abraksanie.
Martwym.
Puste oczy odbijały płomienie jak szklane kulki, którymi bawią się dzieci. Położył dłoń na jego szyi, rozmazując na białej sierści ciemną, gęstą krew. Nadal była ciepła. Ten abraksan nadal był ciepły. Jego palce szukały pulsu, ale na próżno. Żadnego nie mógł znaleźć.
- LAURENT! Wyjdź stąd, ten abraksan już nie żyje! - Słyszał zza swoich pleców, gdzieś w głębi tego korytarza. Krztusił się. Bardzo mocno krztusił się tym dymem. Zacisnął palce na białej grzywie, kuląc się nad piękną, nieruchomą szyją, chyląc do ziemi. Ten jeden, jedyny pierścionek na jego palcu lśnił dokładnie tak samo jak jego ślepia. Czyjeś ramiona chwyciły go od tyłu i pociągnęły do siebie. To pewnie był Alexander, który usiadł z nim na trawie przed stajnią, ocierając osmoloną twarz. Flynn... Flynn... pomóż mi... Bo to wszystko płonie. Bo ktoś zmarł. Bo znowu wszędzie jest krew, a... A potem chyba zaczął krzyczeć. Chyba się nieskutecznie wyrywał, chyba ktoś go trzymał. Wszystko zlało się w jeden długi pisk.