adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
—05/09/1972—
Szkocja, schronisko ''Jelenia Góra''
Erik Longbottom & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=ttuTvKV.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ttuTvKV.png)
Dłoń moją ujmij, pójdziemy razem
w stronę galerii, gdzie wspomnień tyle.
Piękni i dumni w krainie marzeń,
tam pikanterii dodadzą chwile.
Spójrz na obrazy w przeszłości tonie
bosa nadzieja na tafli wody,
tam wielkie głazy w kamieniołomie,
tu leśna knieja… spróchniałe kłody.
Przytul się do mnie tak bardzo czule,
niech da radości oddech na twarzy,
ja blaskiem wspomnień Ciebie otulę
i o przyszłości zacznijmy marzyć.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=ttuTvKV.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ttuTvKV.png)
Dłoń moją ujmij, pójdziemy razem
w stronę galerii, gdzie wspomnień tyle.
Piękni i dumni w krainie marzeń,
tam pikanterii dodadzą chwile.
Spójrz na obrazy w przeszłości tonie
bosa nadzieja na tafli wody,
tam wielkie głazy w kamieniołomie,
tu leśna knieja… spróchniałe kłody.
Przytul się do mnie tak bardzo czule,
niech da radości oddech na twarzy,
ja blaskiem wspomnień Ciebie otulę
i o przyszłości zacznijmy marzyć.
Ten wyjazd nie był taki sam, jak poprzednie.
O swoich planach Anthony z oczywistych względów uprzedził Erika, jeszcze zanim ten wyraził zgodę na delegację. Tylko praca. Uczciwie, bez naciągnięć, ze szczerą ostrożnością wobec uczuć, które być może chciałyby być okazywane, ale nie powinny. W cichej sierpniowej rozmowie, której ton był nader poważny, żeby nie powiedzieć pompatyczny, Anthony nie zwierzył się ze wszystkich swoich zmartwień, nie znalazł wciąż odwagi, żeby wyrazić swoją absolutną niechęć do układu w którym stawał się przełożonym swojego kochanka. Nienawidził tego szczerze, uznając to przez lata jako zło konieczne, aby mogli w ogóle spotkać się i cieszyć sobą na wzajem. Zamiast tego skupił się na przeładowanym planie zwartego wyjazdu, w którym spotkania upchane były co do minuty, a przydział ochrony Shafiqa traktowany wymiennie z drugim z brygadzistów.
Ten wyjazd zdecydowanie nie był taki sam, jak poprzednie.
Nawet gdy finalnie udali się do Egiptu, a nie Kambodży, a może zwłaszcza wtedy, zachowanie lidera wyprawy nabrało znamion nieprzejednanej skały. Prócz obowiązków dyplomatyczny, dołączyły te względem rodziny, odbywające się spotkania za zamkniętymi drzwiami, wpasowane w i tak zagęszczony do granic możliwości harmonogram spotkanie z władzami afrykańskiej magicznej szkoły. Shafiq pozornie tylko był w swoim żywiole - Ci co znali go dłużej, a przecież wliczał się do tego zarówno Erik, jak i Morpheus, czy prowadzący go lekarz, mieli świadomość jego gry, uśmiechu wymalowanego na masce spełniającej oczekiwania zebranych. Skutecznie skrywał swój niepokój za koleinami salonowego tańca, nie dając sprowokować się ani rodzicom, ani nikomu, kto chciałby odkryć cóż kryje się w głębi jego duszy. Czy w ogóle posiadał dusze przez te kilka dni, czy przechowywał ją w Anglii, bezpiecznie ukrytą we własnym skarbcu?
...i były jeszcze żurawie.
Nigdy przekazane wprost papierowe ptaki, które Longbottom miał już okazję widzieć podczas wymieniania w Ministerstwie drobnych notek między nimi. Tym razem żaden z nich nie latał - jak rozsypane płatki, mógł je znajdować w przeróżnych okolicznościach, w miejscach oczywistych, jak dokumenty przekazane w oficjalnej teczce do podpisu szefa ochrony, w miejscach mniej oczywistych, jak kieszeń własnego munduru. Co wieczór Erik dostawał też pełną paterę łakoci, której mimo swojego przepastnego apetytu nie byłby w stanie zjeść sam, a która była strzeżona przez pojedynczego, smutnego ptaka, pozbawionego słów wewnątrz swoich papierowych trzewi, choć w intencji tego, który go złożył - niosącego więcej słów i tęsknoty, niż mógłby realnie dźwignąć wprawionymi magią w ruch skrzydełkami.
W końcu powrót i ostatnia wiadomość spisana znajomą kursywą, pozostawiona nim oficjalnie ich drogi się rozeszły.
O swoich planach Anthony z oczywistych względów uprzedził Erika, jeszcze zanim ten wyraził zgodę na delegację. Tylko praca. Uczciwie, bez naciągnięć, ze szczerą ostrożnością wobec uczuć, które być może chciałyby być okazywane, ale nie powinny. W cichej sierpniowej rozmowie, której ton był nader poważny, żeby nie powiedzieć pompatyczny, Anthony nie zwierzył się ze wszystkich swoich zmartwień, nie znalazł wciąż odwagi, żeby wyrazić swoją absolutną niechęć do układu w którym stawał się przełożonym swojego kochanka. Nienawidził tego szczerze, uznając to przez lata jako zło konieczne, aby mogli w ogóle spotkać się i cieszyć sobą na wzajem. Zamiast tego skupił się na przeładowanym planie zwartego wyjazdu, w którym spotkania upchane były co do minuty, a przydział ochrony Shafiqa traktowany wymiennie z drugim z brygadzistów.
Ten wyjazd zdecydowanie nie był taki sam, jak poprzednie.
Nawet gdy finalnie udali się do Egiptu, a nie Kambodży, a może zwłaszcza wtedy, zachowanie lidera wyprawy nabrało znamion nieprzejednanej skały. Prócz obowiązków dyplomatyczny, dołączyły te względem rodziny, odbywające się spotkania za zamkniętymi drzwiami, wpasowane w i tak zagęszczony do granic możliwości harmonogram spotkanie z władzami afrykańskiej magicznej szkoły. Shafiq pozornie tylko był w swoim żywiole - Ci co znali go dłużej, a przecież wliczał się do tego zarówno Erik, jak i Morpheus, czy prowadzący go lekarz, mieli świadomość jego gry, uśmiechu wymalowanego na masce spełniającej oczekiwania zebranych. Skutecznie skrywał swój niepokój za koleinami salonowego tańca, nie dając sprowokować się ani rodzicom, ani nikomu, kto chciałby odkryć cóż kryje się w głębi jego duszy. Czy w ogóle posiadał dusze przez te kilka dni, czy przechowywał ją w Anglii, bezpiecznie ukrytą we własnym skarbcu?
...i były jeszcze żurawie.
Nigdy przekazane wprost papierowe ptaki, które Longbottom miał już okazję widzieć podczas wymieniania w Ministerstwie drobnych notek między nimi. Tym razem żaden z nich nie latał - jak rozsypane płatki, mógł je znajdować w przeróżnych okolicznościach, w miejscach oczywistych, jak dokumenty przekazane w oficjalnej teczce do podpisu szefa ochrony, w miejscach mniej oczywistych, jak kieszeń własnego munduru. Co wieczór Erik dostawał też pełną paterę łakoci, której mimo swojego przepastnego apetytu nie byłby w stanie zjeść sam, a która była strzeżona przez pojedynczego, smutnego ptaka, pozbawionego słów wewnątrz swoich papierowych trzewi, choć w intencji tego, który go złożył - niosącego więcej słów i tęsknoty, niż mógłby realnie dźwignąć wprawionymi magią w ruch skrzydełkami.
W końcu powrót i ostatnia wiadomość spisana znajomą kursywą, pozostawiona nim oficjalnie ich drogi się rozeszły.
Wieczorem w Jeleniej Górze? Będę czekał.
Koleina.
Przyzwyczajenie.
Strach.
Nie potrafił inaczej, licząc że w ten sposób przełamie klątwę. Minął przeszło miesiąc, odkąd koryta ich rzek ponownie się złączyły. Minął przeszło miesiąc, a on mimo słów, zapewnień, mimo chwil uniesień, które na nowo pojawiły się w ich relacji, on wciąż wątpił. Wciąż bał się, że to sen, że każdy wieczór może być tym ostatnim. Że jedna egipska noc klamrą dopełni opowieść, a oni rozleją się znów z dala od siebie, wrócą i stracą głos, ich przysłowiowe sowy znów przestaną działać.
Mógł oczywiście zaprosić go do siebie, zamiast - pokrętnie - zapraszać Erika do jego własnego przyczółku. Anthony jednak czuł, że w tej małej górskiej chatce wydarzyło się miedzy nimi coś wyjątkowego. Czuł, że w chwili wspólnej modlitwy, że w noc spadających gwiazd rozpoczęli nowy rozdział i marzył, tak bardzo marzył, aby właśnie taka była rzeczywistość i przyszłość. Na ich ziemi, nie poza nią. Lecz czy Erik chciał tego samego? Przyjaciółka doradziła mu przebić w końcu bańkę własnej niepewności i otwarcie o tym porozmawiać. Ktoś inny, życzliwy, wskazywał na prostotę słów w doborze, w opisie, w pytaniu.
Był więc koszmarnie stremowany - prościej nie można było tego ująć.
Koszmarniej niż przed wyjściem do teatru. Wtedy była to pospolita "randka", teraz zaś och! Teraz czekała ich konfrontacja dotykająca najwrażliwszych części jego istnienia. Próżno szukać było tych emocji w podpisywaniu międzynarodowych traktatów, próżno było szukać było od lat, tak głębokiego zaangażowania i niepewności w którymkolwiek z podejmowanych przez niego działań. A jednak...
Niewielki, kilkumetrowy kwadrat ziemi przed drewnianym domkiem był perfekcyjnie przystrzyżony. Ktoś naniósł kamieni, robiąc ścieżki pośród rabatkami przygotowanymi do zimowego snu. Drzewa i krzewy odpowiednio przycięte jeszcze czekały na opatulające je kołdry przed zimą. Płot odmalowany, choć ginący w chaszczach i zaroślach otaczających "posiadłość", albowiem najwidoczniej ogrodnik zadbał tylko o obejście, nie wychodząc poza wskazany obszar, dając siedzącemu wewnątrz uczucie ładu w oceanie chaosu.
Anthony siedział na kufrze pod zamkniętymi drzwiami, w miejscu w którym wcześniej leżeli na magicznym kocu i rozmawiali o istocie gwiazd. Swobodnie założona noga na nogę zmuszała ciało do ograniczenia nerwowego tiku i nerwowego spaceru po odsłoniętych ścieżkach. W dłoni trzymał błękitny tomik poezji, czytany przy dogasającym świetle dnia. Nie przerzucał jednak stron. Nie mógł się skupić na treści, zapominając momentalnie przeczytany werset sonetu, widząc w nim albo bełkot pozbawiony sensu, albo w biegunie doświadczeń słowa, które boleśnie prawdziwie opisywały jego obecny stan, do tego stopnia - że nie mógł odstąpić od nich, kontemplując formę i rytm splecionej emocji zawartej na wysłużonym papierze.
Przydługie włosy układały się łagodną falą, kontrując nieco odstające uszy, na których spoczywały obecnie cienkie złote ramiona noszonych okularów. Ciemnobrązowe palto chroniło przed tchnącymi chłodem wieczorami, maskowało też nieco jego obecność wtapiając się w koloryt belek tworzących ścianę. Wełniana granatowa kamizelka zdobna mało odznaczającą się kratą otulała czarny golf, chowając w kopertowej kieszonce bijący miarowo zegarek odmierzający każdą nerwową sekundę niepewności oczekiwania. Przybył za szybko, nie mógł jednak usiedzieć na miejscu. Nie w taki dzień, nie przed takim wieczorem. Pozostawało mu więc udawać, że jest rozluźniony, absolutnie nieprzejęty tym oczekiwaniem. Pochłonięty lekturą. Jak w ten deszczysty wieczór, gdy los postanowił dać im drugą szansę.