• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 11 Dalej »
[04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius

[04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
13.01.2025, 13:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:48 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Poniedziałkowe popołudnie w Londynie było szare i deszczowe. Krople deszczu nieprzerwanie stukały o chodnik a ciężkie stalowogranatowe chmury zasnuwały niebo. Nie wyglądało na to, by deszcz zamierzał rozmyć się w najbliższych godzinach. Wręcz przeciwnie. Wydawało się, że z godziny na godzinę może być wręcz coraz gorzej, szczególnie przy nasilających się podmuchach wiatru sprawiających, że wszystko było dosłownie zlane wodą.
Opatuleni w płaszcze lub zawinięci w peleryny ludzie z parasolami w rękach przemykali ulicami, nie zatrzymując się ani na chwilę. Sklepowe witryny, które zazwyczaj przyciągały wzrok jaskrawymi kolorami widocznymi pod londyńskim ulicznym kurzem, teraz były śliskie i mokre. Skrzyły się delikatnie, odbijając krople, w których rozszczepiało się barwne światło kontrastujące z ponurym niebem. Strugi deszczu spływały po szybach a na ulicy unosił się zapach wilgotnego betonu, ziemi, mokrych liści i świeżo zaparzonej kawy z pobliskich kawiarni.
Oni także zmierzali w stronę jednej z kamienic, mijając kolejne sklepiki i nieco rozmyte, zamglone przez deszcz budynki.
Ambroise milczał. Z wyrazem skupienia na twarzy przemierzał kolejne metry chodnika, w jednej dłoni trzymając bezrefleksyjnie wyciągnięte klucze, drugą rękę wyciągając zaś ku Yaxleyównie.
Nijak nie skomentował faktu, że w którymś momencie sięgnął do kieszeni, wyciągając stamtąd portfel z kluczami do tego samego budynku, w którym znajdowało się mieszkanie ich przyjaciela. Nie wyjaśnił tego, co tak właściwie sprawiło, że był ich posiadaczem. Po prostu wyjął je jeszcze w momencie, w którym znajdowali się pod daszkiem Dziurawego Kotła i ruszył przed siebie.
Sam nie wiedział, kiedy dokładnie ponownie splótł ich palce, zamykając jej chłodną dłoń w swojej, jednak robił to co najmniej odkąd pojawili się w mieście. Instynktownie wyrywał na przód, bez słowa prowadząc dziewczynę przez kałuże, których nie mogli uniknąć, obchodząc łukiem wszystkie inne.
Nie był zły. Nie zaciskał warg w wyrazie rozdrażnienia ani nie mrużył oczu. Nie uśmiechał się, bowiem zdecydowanie nie miał ku temu powodu, jednak wyraz jego twarzy pozostawał całkowicie neutralny. Milczenie między nimi było tak spokojne i naturalne jak tylko mogło być w podobnych okolicznościach.
Kiedy dotarli do wejścia na klatkę schodową jednej z kamienic, Greengrass (ponownie bez słowa, jakby w którymś momencie po prostu mu ich zabrakło) przekręcił klucz w zamku. Drzwi z cichym skrzypieniem otworzyły się, wpuszczając ich do suchego wnętrza.
Ustąpił miejsca Geraldine, pozwalając, by dziewczyna pierwsza przekroczyła próg. Nie puszczał dłoni Yaxleyówny, jakby nie chcąc  rozstać się z tym prostym gestem bliskości, pozwalając, aby ich ręce pozostały splecione przez jeszcze chwilę dłużej.
Wspólnie weszli po schodach. Echo ich kroków odbijało się od ścian ciepłego i jasnego korytarza. Tak czystego i suchego, że jedynie odgłos deszczu uderzającego w szyby wciąż przypominał o szarości za oknami.
Gdy dotarli pod drzwi mieszkania Corneliusa, Ambroise zwolnił uścisk, puszczając rękę Geraldine i przenosząc wzrok ku jej twarzy. Pozwolił, by ich spojrzenia na moment się spotkały, niemal instynktownie wyciągając przy tym rękę, aby odgarnąć jej mokry kosmyk włosów z policzka. Nim to zrobił, zreflektował się jednak, zawieszając dłoń w powietrzu i powoli opuszczając ją na swoje udo. Wcisnął palce do kieszeni, jednocześnie wyciągając drugą rękę ku chłodnej drewnianej powierzchni, w którą bez słowa zastukał czterokrotnie. Mocno i zdecydowanie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#2
13.01.2025, 16:02  ✶  

Cornelius wyszedł z pracy zmęczony po bardzo długiej niedzieli, która w rzeczywistości, w sposób nieprzewidziany, przeciągnęła się aż do poniedziałku. Jego obowiązki często wymagały pracy w nietypowych godzinach, a dzisiejszy, czterdziestogodzinny „dzień” nie był wyjątkiem. Niedzielna szarówka przekształciła się w bardzo deszczowy poniedziałek, kiedy w końcu zamknął drzwi do swojego biura. Pracując dla organów prawnych, jako koroner w trakcie wojny czarodziejów, znał trudności związane z wykonywaniem swojej pracy, ale ten tydzień był wyjątkowo ciężki. Po całonocnym zmaganiu się z konsekwencjami nie jednego, a dwóch powiązanych, magicznych starć, które pozostawiły po sobie tragiczne skutki, marzył tylko o chwili wytchnienia.

Kiedy przekroczył próg swojego pustego mieszkania, od razu poczuł ulgę. Syn był pod opieką babci, a Corio miał nadzieję na kilka chwil relaksu. Rzecz jasna, po nadrobieniu kilku zaległych spraw, bo mimo tego, że w mieszkaniu panował porządek, mężczyzna doskonale wiedział, że wciąż czekała na niego sterta papierów związanych z domowymi obowiązkami. Z westchnieniem zasiadł przy biurku, przeglądając dokumenty i układając je w kolejności. Zmęczenie wciąż ciążyło mu na barkach, ale musiał najpierw zająć się bieżącymi rachunkami, płatnościami, papierami i innymi sprawami, które jak na złość zawsze czekały na jego uwagę. Usiadł na krześle, z kawą w dłoni, jedną ręką przeglądając dokumenty. Właśnie miał nadzieję, że uda mu się skończyć przynajmniej część pracy, gdy nagle usłyszał pukanie do drzwi. Westchnął, odkładając pióro, nieco znużony, ale ciekawy, kto mógłby go odwiedzić. Mrużek, jego skrzat domowy, był akurat zajęty sprawami poza domem, więc Cornelius musiał podnieść się z krzesła i samodzielnie otworzyć drzwi. Zmęczonym, powolnym krokiem podszedł do wejścia, zerkając przez judasza. W życiu nie spodziewał się, że jego wzrok padnie właśnie na te dwie postacie.

Otworzył drzwi, robiąc krok w tył, a jego spojrzenie przesunęło się od jednego gościa do drugiego. Cornelius cofnął się nieco, nawet nie mrugając, niebieskie oczy mężczyzny stały się bardziej badawcze, jawnie oceniające. Jego wzrok padł na pierwszą osobę, a potem na drugą, nie będąc w stanie nic wyczytać z ich twarzy, co wywołało w nim falę konfuzji. Mina Lestrange'a z miejsca wyrażała podejrzliwość, gdyż nie oczekiwał, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy ich razem bez konkretnego, wymuszonego okolicznościami takimi, jak na przykład urodziny Fabiana, powodu. Powstrzymując się od komentarza, po raz kolejny spojrzał to na jedno, to na drugie. Jego spojrzenie przeszyło ich oboje, a twarz przybrała wyraz czujności i podejrzliwości. Geraldine i Ambroise? To połączenie było dla niego zaskoczeniem.

Jego wzrok wędrował między nimi, i mimo tego, że mężczyzna milczał, niektóre pytania dały się sformułować nawet bez słów.

„Kto z was wpadł na pomysł, żeby zorganizować to spotkanie, cokolwiek ma na celu, w moim domu? Powinienem pamiętać, kto z was powinien mieć u mnie swój tydzień, a kto się przyłączył, i wyprosić to niewłaściwe? Co, Florence zamknęła się w swoim gabinecie i nie chce was wpuścić, a Thomas wyjechał zagranicę, więc musieliście skondensować się do jednego człowieka i to akurat mnie?” A przede wszystkim: „Czy jesteście pewni, że nie chcecie wybrać się na kawę do kogoś innego?”

- Cóż, witajcie. - Powiedział, próbując brzmieć obojętnie, ale w jego głosie dało się wyczuć nutę ironii, tym bardziej, że jak na konkretnego człowieka przystało, od razu zadał najważniejsze pytanie. - Jak bardzo fatalna jest sytuacja, że oboje zdecydowaliście się nawiedzić mnie w tym samym czasie? - Dodał, gestem dłoni zapraszając ich do środka. Powstrzymał się od dalszych komentarzy, ale jego oczy w dalszym ciągu badawczo przyglądały się obojgu, oceniając ich stan i wygląd. Ruchem ręki zaprosił ich w kierunku salonu, przepuszczając oboje w korytarzu, po czym zamknął drzwi, czując, że w powietrzu coś się zmieniło. Tylko, co?

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
13.01.2025, 18:02  ✶  

To nie był jej dzień. Nie, żeby ją to specjalnie dziwiło. Powroty do rzeczywistości bywały bardzo bolesne. Okazywało się, że nie była ona wcale tak kolorowa, jak mogło się wydawać. Gdy znajdowali się w Whitby jakoś nie myślała o tym, co zastaną na miejscu, gdy wrócą. Było to w końcu dopiero kilka dni. Nie do końca tego się jednak spodziewała. Nie wiedziała, że z Astarothem jest tak źle, że męczą go koszmary, że to ona nawiedza go w snach. To było mocno przytłaczające, jeszcze jednak nie zdążyła się tym podzielić z Roisem.

Było wiele spraw bardzo naglących, które nie mogły zaczekać. Krąg w lesie, który widziała, gdzie miała ich zaprowadzić, ale dała dupy - to też nie było szczególnie pocieszające, bo po raz kolejny kogoś zawiodła i nie popisała się swoimi umiejętnościami. Wyszło chujowo, ale stabilnie, bo przecież zawsze mogli wylądować w samym środku Kniei i zostać wpierdoleni przez Widma. Z dwóch opcji, tak która im się przytrafiła była chyba lepsza. Był inny sposób na to, aby przekazać Longbottomom informacje, które miała, tak powinna po prostu wyciągnąć swoje wspomnienia i je im dostarczyć, to było zdecydowanie bezpieczniejsze. Cóż, nie wątpiła, że Brenna podzieli się z nią informacjami, jeśli już jakieś uzyskają, to był barter - ona pokaże im co dokładnie widziała, a oni powiedzą jej co to oznaczało. Chyba każdy w tej sytuacji wygrywał.

Przemierzali uliczki Londynu dosyć szybko, nie miała nic przeciwko palcom splecionym z jej i podążaniu za Ambroisem. Nie widziała w tym nic złego, chociaż, czy nie powinna? W końcu nie znajdowali się już w Piaskownicy, w bezpieczniej przystani, tylko tutaj, gdzie rzeczywistość miała ich pogrążyć. Cóż, nie odzywała się ani słowem. Szła za nim nie zadając żadnych, niepotrzebnych pytań.

Nie miała pojęcia skąd Ambroise wziął klucze, czy Corio mu je dorobił, żeby mógł się tutaj pojawiać, gdy tylko będzie miał na to ochotę? Być może. Nie wnikała w to, to nie była jej sprawa. Nie pojawiła się tutaj, aby wypytywać. Nie wątpiła, że nadal się przyjaźnili, bo w końcu ta relacja łączyła ich od dawna.

Warto było połączyć siły, nie do końca wiedziała, jak wyjaśnią swoją wspólną obecność przyjacielowi, ale tym pewnie będzie się martwić dopiero, gdy staną przed jego drzwiami. Kiedyś nie było by nic dziwnego w ich wspólnym pojawieniu się tutaj, teraz - cóż, to nie było normalne i Lestrange na pewno nie będzie miał ku temu żadnych wątpliwości.

Gdy znaleźli się przed drzwiami Greengrass wypuścił jej dłoń, w sumie to posunięcie mogło spowodować, że ominą ich nie do końca mile widziane pytania, na które pewnie nie potrafiłaby udzielić odpowidzi. Schowała więc dłonie w głąb kieszeni skórzanego płaszcza, tak było bezpieczniej, nie będzie szukała zupełnie przypadkowego dotyku.

Zauważyła ten gest, niemalże to zrobił, ale się powstrzymał, spoglądała na Roisa dłuższą chwilę zastanawiając się, co oni właściwie teraz robią, ale chyba nie chciała znać odpowiedzi. Czekała, aż drzwi w końcu się otworzą i będą musieli się zderzyć z Corneliusem.

Drzwi się otworzyły, czuła na sobie spojrzenie przyjaciela, uśmiechnęła się dość niemrawo, bo chyba wypadało to zrobić. Nie sądziła, że mógł się ich tutaj spodziewać, nie w tej wersji, nie razem, cóż - niespodzianka.

- Cześć. - Rzuciła po czym wpakowała się do środka bez najmniejszych skrupułów, przecież nie robili nic złego, przyszli po prostu odwiedzić przyjaciela. Jasne, niestety znał ich zbyt dobrze, żeby wiedzieć, iż nie był to przypadek. Taki przypadki im się nie zdarzały, nie ostatnio.

- W skali jeden do stu, jakieś pięćdziesiąt? Nie jest najgorzej, ale mogło być lepiej, w sumie sam ocenisz. - Nie miała zamiaru udawać, że jest kolorowo. Mieli trochę do nadrobienia, właściwie to nie miała pojęcia od czego zacząć, bo trochę szamba ostatnio wyjebało.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
13.01.2025, 21:27  ✶  
Ani przez moment nie zamierzał bez potrzeby komentować niczego z tego, co stało się od momentu, w którym Geraldine wróciła do Piaskownicy. Szczególnie, że wtedy mieli okazję przelotnie porozmawiać o tym, co tak właściwie sprawiło, że Rina dosłownie w tempie błyskawicy wpadła do domu, odrywając go od tego, co robił i przekierowując niemal całą jego uwagę na sprawy w Dolinie Godryka. Później zaś wszystko działo się na tyle szybko i chaotycznie, że komentowanie tego na bieżąco, choć zdecydowanie byłoby w jego stylu, nagle wydało mu się bardziej nie na miejscu niż kiedykolwiek wcześniej.
Tak właściwie, być może sam nie doszedłby do tego wniosku, jednak mimowolnie powtórzył dokładnie tę samą strategię, jaką instynktownie obrał tuż po opuszczeniu jaskini dopplegangera.
Nie mówił nic o tym, co mogło być przyczyną, przez którą nie powiodła im się łączna teleportacja w krąg w Kniei Godryka. Ani tym bardziej nie rzucił ani jednego ostrzejszego słowa w kierunku nikogo, z kim znalazł się nie w lesie a niemalże pod wodą w jeziorze. Nie komentował faktu, że Yaxleyówna mogła być rozkojarzona, że każdy miewał czasem gorszy dzień, że to przecież nie był koniec świata. Nie pokusił się o próbę pocieszenia dziewczyny ani stwierdzenia, że może tak było lepiej, bo zawsze mogli wpaść w pułapkę między widma albo coś z tych rzeczy.
Było to wręcz znaczącym kontrastem do tego, w jaki sposób żarli się (choć bardziej na siebie syczeli i powarkiwali) ze sobą przy trzech ostatnich okazjach do spotkania. Dwukrotnie w jego samotni w rodzinnej posiadłości i jednokrotnie na cmentarzu podczas przypadkowego spotkania.
Choć czy tak naprawdę było to coś nowego? Był z nią szczery. Przynajmniej zazwyczaj i do takiego stopnia jak tylko mógł być. Nie był jednak brutalny i ostentacyjny w kierowaniu ku niej swoich prawd objawionych lub komentarzy, szczególnie gdy dostrzegał, że i tak czyniła sobie wyrzuty. Dostrzegał, gdy zdecydowanie nie powinien dopierdalać jej swoimi komentarzami. Tak samo jak widział, kiedy powinien spróbować coś z tym zrobić i jednak może nie tyle skłamać, co choć trochę zakrzywić rzeczywistość, aby pocieszyć dziewczynę.
Nie zamierzał być okrutny w swojej szczerości. Mógł powiedzieć coś, z czym nie do końca by się zgadzał, byleby tylko rozluźnić napięcie i zrzucić trochę ciężaru z jej barków. Potrafił zrobić dobrą minę do złej gry na tej samej zasadzie, wedle której umiał również bez chwili zawahania stanąć w jej obronie, gdy ktoś pozwalał sobie na zbyt ostre komentarze, nawet jeśli miały wiele wspólnego z rzeczywistością... ...i nawet jeśli mieliby się później pokłócić w domu, bo w istocie wewnętrznie zgadzałby się z tamtą osobą.
Szczęście w nieszczęściu, akurat tego dnia nie musiał robić żadnej z tych rzeczy. Opuścili Dolinę Godryka w tak względnie przyzwoitej atmosferze jak tylko dało się określić moment, gdy wszyscy byli zmuszeni rozejść się ze świadomością konieczności zmiany planów. Nie powiodło im się, ale przecież powinni być poniekąd całkiem świadomi tego, że los ostatnio im nie sprzyjał. Wręcz wziął sobie za cel rzucanie im jak największej ilości kłód pod nóg. Ta była jeszcze całkiem nieszkodliwa w skutkach.
Tyle tylko, że musieli znaleźć inne rozwiązanie. Alternatywną metodę sprawdzenia, czym tak właściwie był tamten krąg i na czym polegało jego działanie. Skoro nie mogli zabrać tam ani siebie, ani Tessy, która jako jedyna mogła spróbować rozszyfrować tajemnicę funkcjonowania kręgu...
...należało poszukać innego sposobu, aby jej to umożliwić.
Kolejny plan powstał równie szybko i instynktownie, co ten skutkujący wyprawą z Whitby do Doliny. Tyle tylko, że tym razem za cel wzięli sobie ponury i deszczowy Londyn. Zupełne przeciwieństwo złoto-jesiennych łanów i przyjemnego słońca świecącego w rodzinnych stronach Ambroisa.
Greengrass nie myślał o sposobie, w który trzymał rękę towarzyszącej mu kobiety, gdy przemierzali niezbyt długi dystans między miejscem, gdzie się pojawili a kamienicą będącą miejscem zamieszkania ich przyjaciela. Wcześniej trzymał ją znacznie bliżej siebie, pozwalając sobie wyciągnąć ku niej ramię, bo przecież w taki sposób mogli najwygodniej się teleportować. Później, gdy nie było już takiej konieczności, bezwiednie splątał ich dłonie.
Ani przez chwilę nie zwracając uwagi na to, że było to zupełnym zaprzeczeniem wszystkiemu, co usiłował na nowo wpleść w ich życie. To nie był ten należyty dystans, jaki jego zdaniem powinni zachować znajdując się poza Piaskownicą. To nie był sposób, aby nie zgubić się nawzajem na ulicy. To był...
...chyba pewien rodzaj milczącego wsparcia. Ściśnięcie za rękę, jakby próbował niewerbalnie przekazać dziewczynie, że może jedno za cholerę im się nie udało, ale przecież to nie mogło być jedyne rozwiązanie. Musieli wyłącznie odnaleźć alternatywną ścieżkę.
Zresztą wiedzieli już przecież, jakim tropem powinni podążać. Nie błądzili całkowicie po omacku, nawet jeśli deszcz i wiatr zacinały im w oczy. Być może on sam od dawna nie był ani trochę pozytywnie nastawiony, ale w obliczu aktualnych naglących spraw usiłował zachowywać się rozsądnie.
Zresztą, gdyby musiał to powiedzieć, pewnie niechętnie mógłby teraz przyznać Geraldine rację w tym jednym, co niedawno mu powiedziała. Nie byli sami, teraz stając przed drzwiami jednej z osób, które z dużym prawdopodobieństwem były w stanie naprawdę wiele wnieść do sprawy, jeśli tylko wcześniej nie zeszłyby z wrażenia.
A patrząc na wytrzeszcz, jakim Cornelius obdarzył ich już w pierwszej chwili po otwarciu drzwi... ...oraz na chaotyczne, zdecydowanie wiele mówiące spojrzenie ich przyjaciela... ...cóż, bez wątpienia udało im się go nieświadomie zaskoczyć.
Nieświadomie, bowiem do momentu, w którym stanęli razem przed drzwiami Corio, Roise tak naprawdę ani przez sekundę nie zastanawiał się nad tym, co tak właściwie robią. Wszedł w tryb działania, zachowując się instynktownie i polegając na własnych głęboko zakorzenionych odruchach. Dopiero, gdy niemal odsunął mokry kosmyk włosów z twarzy Yaxleyówny, prawie gładząc ją palcami po policzku...
...dopiero na widok jej przeciągłego, nieswojego spojrzenia. Dopiero wtedy tak naprawdę zaczął się reflektorać. Zaś reakcja Lestrange'a sprawiła, że Greengrass ostatecznie dotarł do momentu, w którym przepuścił Geraldine w drzwiach, już dłużej nie poszukując fizycznego kontaktu.
- No siema - prawdę mówiąc, unikając dotyku, nie ścisnął również Corneliusa powitanie, dosyć jednoznacznie spoglądając na swoje przemoczone ciuchy i kiwając głową.
Słysząc zaś komentarz przyjaciela i odpowiedź niemal od razu odbitą przez Rinę, bardzo nieznacznie uniósł kąciki ust i zmrużył oczy, wzruszając przy tym ramionami.
- Nie ma co ukrywać, jest raczej chujowo - stwierdził, nie do końca przekonany o tym, czy Geraldine nie była trochę zbyt delikatna i wyrozumiała w ocenie ich sytuacji na raptem pięćdziesiąt w stustopniowej skali.
Nie pytał o to, czy Cornelius ma coś do picia. Tak samo jak o to, co mógłby zrobić z kompletnie przemoczonym cienkim płaszczem, którego nie chciał traktować żadnym zaklęciem użytkowym, bo za cholerę nie umiał suszyć ubrań w taki sposób. Po prostu zdjął z siebie ociekający wodą prochowiec, jednocześnie bez słowa wyciągając rękę ku Rinie po jej skórzany płaszcz, aby odwiesić je w korytarzu zanim wejdą do salonu. Buty wytarł, ani myślał je zdejmować, szczególnie że o dziwo nie nosiły śladów błota. Umyły się w kałużach.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#5
14.01.2025, 01:35  ✶  

Cornelius stał w drzwiach swojego mieszkania, a jego spojrzenie wędrowało między Geraldine a Ambroise'em. Oboje wydawali się spięci, ich twarze zdradzały napięcie, które wypełniało przestrzeń między nimi. Nie to, że to było coś niecodziennego, skoro te ich napięcia trwały już prawie dwa lata, to samo w sobie nie było niczym szczególnym. To, co go zaniepokoiło, to była ta wspólna wizyta, bez konieczności bycia tutaj razem, którą dyktowały by urodziny jego albo Fabiana. W dodatku, im dłużej na nich patrzył, tym bardziej miał wrażenie, że ich na czymś przyłapał, tylko nie do końca wiedział, co to mogło być, bo nic nie dostrzegł, gdy otworzył drzwi. Jednakowoż miał wrażenie, że coś przeoczył, czegoś nie dostrzegł, gdy na moment ogarnęła go fala zaskoczenia, usprawiedliwiona, bo nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział ich razem, a już na pewno nie w takiej sytuacji, ale coś mu przysłoniła. W jego umyśle zapaliła się czerwona lampka. Automatycznie spojrzał po twarzach przyjaciół - nic - potem skierował wzrok na ich ubrania, które były przemoczone, lecz nie wymięte - znowu nic - więc ostatecznie nie miał wyjścia. Wpuścił oboje do swojego mieszkania, ale w dalszym ciągu mierzył ich wzrokiem.

Pięćdziesiąt na sto. Z perspektywy Corneliusa to nie mogło być pięćdziesiąt, bo gdyby tak było, nie przyszliby do niego razem. Znał ich zbyt dobrze.

- Pięćdziesiąt? - Powtórzył, nie kryjąc niedowierzania, tym bardziej, że nie zamierzał ukrywać tego, co myślał. - Nie przyszlibyście tu razem, gdyby to było tylko pięćdziesiąt. To nie może być pięćdziesiąt, bo nie ma mowy, żebyście się tak zebrali, gdyby sprawy były „nie najgorsze”. Coś się dzieje, prawda? Coś, co was łączy, coś, co sprawia, że chcecie być tutaj, w moim domu, razem. - Wiedział, że połowa skali to nie była liczba, która skłaniałaby ich do wspólnego przyjścia. W jego umyśle natychmiast ponownie zamigotała czerwona lampka. Coś musiało być nie tak. Tylko, co?

Kolejny raz spojrzał na nich z nieufnością. To, że przyszli razem, nie wróżyło niczego dobrego. Zmiany, które zagościły w jego życiu, sprawiły, że był czujny na wszystkie sygnały, które mogły zwiastować kłopoty. Od ich rozstania, które miało miejsce w czasie, gdy on przeżywał swoją osobistą tragedię, był dla nich punktem wspólnym, ale prawie nigdy nie jednocześnie. Wyjątkiem były wspomniane urodziny. No, właśnie, urodziny. Szybko odrzucił myśl, ale nie potrafił się powstrzymać. Gdy Geraldine zdjęła płaszcz, jego wzrok mimowolnie skupił się na jej sylwetce. Odezwał się szybciej, niż pomyślał, że może nie powinien tego robić.

- Czy wy znowu ze sobą sypiacie? Wpadliście? To jest to wasze „pięćdziesiąt na sto”? - Zapytał bez ogródek, wpatrując się w Geraldine. Nie czuł potrzeby owijać w bawełnę. W końcu to byli jego przyjaciele, znali się na wylot, dobrze wiedział, że ich relacja zawsze była burzliwa. Czekał na odpowiedź, mierząc wzrokiem kobietę, szukając jakiegokolwiek potwierdzenia swojej teorii. Od zawsze był bezpośredni, a w tej chwili nie miał zamiaru tego zmieniać. To pytanie wydało mu się całkowicie uzasadnione. W końcu, dlaczego mieliby się powstrzymywać? Geraldine i Ambroise byli chaotyczni i porywczy, prędzej czy później musieli znowu pójść do łóżka, więc Cornelius nie byłby zdziwiony, że tak się stało. Znał ten mechanizm, wiedział, że w obliczu widma śmierci, szalejącej wojny, dramatów i tragedii, ludzie często szukali pocieszenia w ramionach innych. W końcu w tak chaotycznym świecie, w którym żyli, łatwo było o przypadkowe zbliżenie, nawet między obcymi, a co dopiero mówić o ludziach, którzy tak bardzo chcieli udowodnić wzajemną obojętność, że aż byli w tym przerysowani i nieprzekonujący. Wzrok Corneliusa błądził między nimi, jakby próbował odczytać ich nastroje i intencje. Był gotów na to, co mogły przynieść ich słowa, ale w głębi duszy pragnął, by to nie było to, czego się obawiał. Nie był Amandą, ocipiałby w takich okolicznościach, szczególnie, że tak nie wyglądali szczęśliwi rodzice.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
14.01.2025, 11:03  ✶  

Skala chujowości mogła być naprawdę różna. Patrząc na to, co działo się ostatnio w życiu Geraldine jej ocena wydawała się raczej słuszna. W sumie nikt nie próbował zabić konkretnie Yaxleyówny, co było całkiem budujące, zważając na to, że ostatnie trzy miesiące spędziła polując na swojego wiymaginowanego brata bliźniaka, który miał zamiar przejąć jej życie, ale istoty mieszkające w Kniei mógły pozbawić życia więcej osób, co chyba przesuwało tę skalę? Chuj jeden wiedział, starała się to ocenić najbardziej rozsądnie, jak potrafiła. Widać mężczyźni dosyć szybko postanowili to negować. Wspaniale.

Jasne, miała świadomość, że ich wspólna wizyta w mieszkaniu Corio mogła wzbudzać kontrowersje, bo ostatnio tego raczej nie robili, nie licząc tych wyjątkowych dni, jak urodziny jednego lub drugiego Lestrange'a kiedy wypadałoby, aby znaleźli się w tym miejscu w tym samym czasie. Nie sądziła jednak, że będzie to, aż takie dziwne, może powinna od razu to założyć, wtedy przygotowałaby się na tę serię niewygodnych pytań.

Zaczęła ściągać swój skórzany płaszcz, z którego nadal lała się woda, takie już uroki mieszkania w Londynie, miała wręczyć go Roisowi, ale jej ręka zatrzymała się w powietrzu, gdy usłyszała pytanie zadane przez Corio.

Milcząc przeniosła na niego spojrzenie, później wróciła nim do Roisa, aż ponownie spojrzała na Corneliusa. Pierdolony detektyw, ciekawe niby skąd to wiedział, przecież nie dało się tego tak po prostu stwerdzić, może i miała na sobie koszulę Greengrassa, ale to nie powinno wzbudzać żadnych kontrowersji, bo przecież w jej szafie nadal były jego rzeczy. Nie, żeby wydawało jej się to aktualnie istotne z kim sypia, z kim nie, uważała to raczej za swoją prywatną sprawę (najwyżej później znowu będą do siebie strzelać piorunami z oczu w jego obecności, jakoś powinien sobie z tym poradzić).

- Nie, to znaczy tak, ale nie, nie, zresztą chuj Cię to obchodzi, Corio. - Najeżyła się nieco, bo to nie był powód ich wizyty w tym miejscu, ale jak widać nie mogli rozpocząć rozmowy bez tego jakże błyskotliwego pytania. W końcu nie potrzebowali jego zgody na to, żeby ze sobią sypać, chyba, że coś ją ominęło?

Cisnęła swoim płaszczem w Roisa, nieco zbyt mocno, bo brakowało jej dzisiaj w tym chujowym dniu tylko oceniającego ją, ich? spojrzenia przyjaciela. - i nie, nie wpadliśmy, kurwa mać, jeszcze tego mi... to znaczy nam brakuje do szczęścia. - Nie było żadnych ich, ale mimo wszystko poprawiła się dość szybko, jakoś tak zupełnie naturalnie jej to przyszło. Dopiero dotarło do niej to, co miał na myśli. Jej życie aktualnie było jednym wielkim rozpierdolem, naprawdę sądził, że zamierzała przypadkiem dorobić się teraz jakiegoś gówniaka? To nie był odpowiedni moment (czy w ogóle jakikolwiek mógł być uznany za odpowiedni?). - Zresztą dobrze wiedzieć, że oceniasz nasze ewentualne, hipotetyczne posiadanie potomstwa w skali chujowości pięćdziesiąt na sto, na Ciebie zawsze można liczyć. - Od tego w końcu byli przyjaciele, czyż nie? Kto jakże nie oni potrafili człowieka odpowiednio podbudować.

To ona wspomniała Ambroisowi, że mają wokół siebie ludzi, którzy będą mogli im pomóc z każdym gównem, ale teraz nieco tego żałowała, przyszło to bardzo szybko, bo przy pierwszej okazji, kiedy postanowili skorzystać z rad swoich najbliższych. Powinna się spodziewać, że to wcale nie będzie takie proste, jak zakładała.

Westchnęła ciężko, chyba mogli przejść do rzeczy, skoro już zaliczyli ten small talk. Nie zwlekała, w sumie przecież bywała tu dosyć często więc po prostu ruszyła w stronę salonu, chociaż ich tam nie zaprosił, bo nie zamierzała kontynuować tej rozmowy praktycznie w drzwiach.

Kiedy znalazła się w salonie usiadła na kanapie i czekała, aż mężczyźni do niej dołączą. Mieli chyba kilka spraw do obgadania, właściwie to jedną palącą, dotyczącą tego kromlechu, który odnalazła w lesie zupełnie przypadkowo, informacje, które posiadała mogły się przydać większej ilości osób, ale nie mogła dzielić się z nimi z kim popadnie, bo oczywiście uzyskała je nie do końca legalnie. Powinna chyba wreszcie zalegalizować to, że jest animagiem, ale jakoś nigdy jej się do tego nie spieszyło, nie uważała tego za szczególnie istotne. Jak widać teraz jednak nie mogła oficjalnie opowiedzieć o tych runach, bo znając ministerstwo ktoś by się przypierdolił co do tego, w jaki sposób znalazła się w Kniei.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
14.01.2025, 16:34  ✶  
- Co? - Rzucił w pierwszej chwili, gotów stwierdzić, że się przesłyszał.
Powinno go przytkać, nie? Powinien rzucić coś w rodzaju nie, absolutnie nie jesteśmy razem w tym sensie. Powinien zareagować choć trochę bardziej zbliżenie do tego, w jaki sposób zareagowała Geraldine, zastygając w miejscu i mrugając parokrotnie zanim wreszcie przeniósłby wzrok na Corneliusa, otwierając usta i w pierwszej chwili zaprzeczając temu jakże absurdalnemu założeniu.
Bowiem tym właśnie powinny być wszystkie słowa ich przyjaciela. Całkowicie bezsensownym zarzutem. Czymś, co nie miało żadnej racji bytu, ponieważ stanowczo i zdecydowanie zakończyło się półtora roku temu. Gdyby był tak odpowiedzialnym i logicznym mężczyzną, za którego się miał, nie pozwoliłby sobie na żadną chwilę słabości. Nie szukałby wymówek, aby zostać w Whitby na te wszystkie dni, które faktycznie tam spędzili.
Wychodząc (a właściwie to wybiegając) z jaskini dopplegangera był w szoku. Ona również. Bezwiednie złapali się za ręce, mimowolnie dał się pociągnąć korytarzem, bardzo odruchowo i bezmyślnie teleportował ich w jedyne miejsce, które przeszło mu przez myśl, gdy potrzebował poczuć się stabilnie, poczuć się bezpiecznie. Później na tamtej plaży w dalszym ciągu potrzebowali otrząsnąć się z szoku i złapać oddech.
Ale potem? Chyba nie miał dla siebie żadnego wytłumaczenia. Mieli naprawdę wiele okazji, aby się od siebie odsunąć, nie doprowadzając do tego, żeby pozwolić sobie dać się ponieść chwili. Tak naprawdę przez cały czas mogli podjąć znacznie bardziej twarde decyzje, nie zasłaniając się niczym, z czego tak chętnie korzystali. Nie popisując się desperacją, przez którą na kilka dni ponownie znaleźli się tuż obok siebie.
Z początku usiłując uczynić z tego sojusz, jednak nietrudno było stwierdzić, że sojusznicy nie zachowywali się tak jak oni w stosunku do siebie nawzajem. Ambroise nigdy nie starał się ukrywać przed przyjacielem, że niełatwo było pozbyć się ciężaru tych wszystkich cegiełek, które kiedyś fragment po fragmencie zbierało się, żeby zbudować sobie z nich dom.
I nawet jeśli później z dnia na dzień zaczęły służyć głównie temu, by wściekle ciskać je w kierunku bliskich osób, jednocześnie nie chcąc przyznać się do porażki i odnajdując w tym jedyne rozwiązanie, by poczuć się trochę mniej przygnieciony przeszłością. To w niespełna dwa lata nie dało się cisnąć w twarz wszystkimi zebranymi kamieniami, szczególnie całkowicie celowo unikając wszystkich okazji ku temu.
Przytłoczeni sytuacją z demonicznym bytem, zagrożeniem życia, wizją straty...
...pozwolili sobie na kilka dni czegoś, czego chyba ani nie chciał, ani nie umiał nazwać. To nie do końca było zapomnienie. Nie do końca ponowna odbudowa domu z tych noszonych cegiełek, ale też nie coś zupełnie bez znaczenia. W innym wypadku, gdy opuścili Whitby a następnie Dolinę Godryka byliby dla siebie co najwyżej neutralni. A jednak jeszcze chwilę wcześniej wbrew wszelkim zasadom logiki, w kontraście do tego, co mówił, splatał na ulicy ich palce, prawie musnął jej policzek na klatce schodowej. Teraz też odruchowo wyciągnął rękę po jej płaszcz, choć mogła sama go odwiesić.
Nie emanowali tym w jakiś bardzo ostentacyjny sposób, ale z drugiej strony może rzeczywiście to nie było aż tak niewinne i neutralne.
To, że Yaxleyówna nosiła jego koszulę? Zwracając na to uwagę już wcześniej podczas ich spotkania w Dolinie Godryka, gdy przecież faktycznie nie łączyły ich wspólne noce (czy tam dni, czy tam popołudnia, czy tam ostatnie sto godzin) raczej zakładał, że nie zrobiła tego celowo czy specjalnie, by coś komuś zasugerować. Najpewniej zostawiła sobie pewną część jego garderoby, której nie zabrał ze sobą, gdy odchodził.
Tyle tylko, że w tym momencie chodziło o całkowicie świeżą, niemalże nową koszulę. Niedawny zakup tuż po bardzo nieudanym spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego, na którym wydarzyło się...
...cóż, dużo, bardzo dużo, o czym zresztą miał okazję opowiedzieć pokrótce nieobecnemu tam Lestrange'owi. Jednak nie na tyle dużo, aby Ambroise zapomniał odnotować sobie w głowie pytanie do swojego kuzyna o naprawdę przyzwoitego krawca. Wyposażając się następnie w kilka naprawdę dobrze skrojonych koszul z peruwiańskiej bawełny, z których to właśnie jedną teraz drugi raz dosłownie mu skrojono.
Nie zauważył tego wcześniej z uwagi na płaszcz, jaki nosiła Yaxleyówna. Wyszedł z Piaskownicy z samego rana zanim dziewczyna zdążyła się jeszcze dobrze dobudzić. Kiedy wrócił już jej nie było. Z początku zresztą myślał, że wpuściła go w okoliczne jeżyny i postanowiła zniknąć, jednakże pozostawiona mu kartka co nieco wyjaśniła.
Gdy Geraldine wróciła do domu, stosunkowo szybko ponownie stamtąd wybyli. Tyle tylko, że razem. To był pierwszy moment, gdy Ambroise zorientował się w kwestii przywłaszczenia, bardzo nieznacznie unosząc brwi i uznając to cóż jednocześnie za całkiem zabawne, co i bardziej wymowne niż można byłoby z początku zakładać. Nie miał pojęcia, czy zdawała sobie z tego sprawę. Tak czy inaczej, było stosunkowo niewiele innych tak logicznie nasuwających się wniosków jak ten, że pozyskała jego koszulę wyjmując mu ją dziś z szafy albo zdejmując z ciała. Każda inna partia mogłaby być stara, pozostawiona, gdy się rozstali, ale nie ta.
Komentarz Lestrange'a częściowo trafił w sedno i chcąc nie chcąc, Greengrass bardzo lekko wykrzywił usta w czymś na kształt gorzkawego grymasu. Ni to rozgoryczenia z powodu zostania podsumowanym w zaledwie jednym pytaniu, ni to uśmiechu przyznającego się do tego, co mu zarzucano (a nawet nie, bo to nie był zarzut; to był raczej kąśliwy komentarz).
Zanim się jednak odezwał, Geraldine przejęła pałeczkę. W jednej chwili wciskając mu swój mokry płaszcz w ręce w tak wściekły sposób, że Ambroise poczuł się skonfundowany. W kolejnej sycząc na Corneliusa, co w ich obecnej sytuacji i przy tym jaki był Lestrange raczej należało do całkiem odważnych posunięć.
Powinien być zły, nie? Sfrustrowany, bo Corio zdecydowanie nie miał tu zamiaru przyklaskiwać ich ponownemu zaangażowaniu. Wręcz przeciwnie. Roise zdecydowanie znał zdanie przyjaciela, toteż powinien poczuć się dokładnie tak jak czuł się przez ostatnie miesiące na myśl o przeszłości.
Powinien być sfrustrowany i rozgoryczony, ponadto czuć się co najmniej trochę ugodzony tym, że kumpel nie wierzył w jego silną wolę i ostateczność podejmowanych decyzji. Wściekły sam na siebie, bo przecież w istocie złamał złożone sobie przyrzeczenia.
Ponadto ten dzień nie należał do najlepszych. Działo się cholernie dużo złych rzeczy. Przyszli tu z jednego z takich powodów. W napięciu wiszącym między nimi można było powiesić siekierę (albo kuszę, Geraldine uwielbiała kusze).
Tymczasem Ambroise...
...Ambroise się zaśmiał. No, może to nie był szczery, rubaszny, serdeczny śmiech. To było raczej krótkie, szczekliwe parsknięcie. Lekko niedowierzające, trochę kąśliwe, raczej niezbyt wesołe, a jednak. Po tym, w jaki sposób Rina podsumowała ich rzekome, ewentualne, hipotetyczne posiadanie potomstwa w taki a nie inny sposób, brwi Roisa powędrowały wysoko zaś z ust wydostał się ten lekko szaleńczy parsk.
- Daruj sobie, okay? Sam słyszałeś - odezwał się do Corneliusa, jednocześnie rzucając spojrzenie na mokry płaszcz moczący mu cały przód koszuli. - Zdarzyło się, co tu wiele mówić. Ostatnio bywa popierdolenie, ale nie ma mowy o dzieciach. O wielkich powrotach też nie - to było tak absurdalne jak mało co.
Dokładnie tak jak to stwierdziła Geraldine zanim nagle wyjebała z korytarza, pozostawiając ich samych i cóż. Zapewniając im chwilę mniej lub bardziej niezręcznego milczenia, zanim obaj mogli dobrze zorientować się w tym, co właśnie miało miejsce. Roise zamrugał parokrotnie, zaciskając wargi w wąską linię i kręcąc głową. Nie potrzebował teraz kolejnych pytań czy komentarzy na temat tej jakże pojebanej sytuacji. Tym bardziej, że zdecydowanie tu po to nie przyszedł.
Korzystając natomiast z tego, że na moment zostali sami w korytarzu, Ambroise postanowił załatwić jeszcze jedną poboczną sprawę.
Znacząco zniżył głos. Być może nie czując się zmuszonym do tego, aby szeptać, jednakże zdecydowanie nie zamierzając udawać, że to był temat przeznaczony dla uszu kogokolwiek prócz Corneliusa. Stojąc blisko drugiego mężczyzny, posłał Lestrange'owi poważne spojrzenie, po czym wreszcie się odezwał.
- Slim zdechł. Dwudziestego trzeciego. Inez usiłowała podtrzymać wrażenie, że to niewiele zmienia, prócz wybicia jej o stopień w górę. No i oczywiście, że nie ma z tym żadnego związku - poinformował bez mrugnięcia okiem.
Bowiem w istocie, gdyby ktokolwiek usiłował doszukiwać się udziału kobiety w całym tym nieszczęśliwym wypadku niczego by nie znalazł; typowe białe rękawiczki. Nawet jeśli sama śmierć mężczyzny zapewne nie pozostawiała wątpliwości, że wypadek nie miał z tym wiele wspólnego to mówili o Ścieżkach, gdzie zazwyczaj lepiej było zamykać dochodzenie zanim je jeszcze dobrze otwarto.
- Nie utrzyma tego. Zdaje sobie sprawę, że nie utrzyma tego sama. Iteti jej w tym nie pomoże. Nie zrobiłaby tego, gdyby pękła - w końcu starsza z sióstr latami wytrzymywała nastroje Slima. - Więc tym bardziej coś musi być na rzeczy. Zwłaszcza, że od tamtego czasu jest spokojnie - zakończył znacząco tylko po to, by podkreślić potencjalną wagę sytuacji.
Zamilkł na chwilę, dając przyjacielowi czas na przemyślenie jego słów. W końcu nie czekając na odpowiedź, ruszył nie w stronę salonu, w którym czekała Geraldine a do łazienki, bo musiał jakoś ogarnąć mokrą plamę na koszuli pozostawioną tam przez płaszcz dziewczyny.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#8
17.01.2025, 17:20  ✶  

Cornelius stał w korytarzu, z rękami skrzyżowanymi na piersi, obserwując przyjaciół, którzy, po długim czasie milczenia, postanowili razem znów pojawić się w jego mieszkaniu. To było niepokojące, że zrobili to wspólnie, a gdy jeszcze zauważył, że Geraldine miała na sobie koszulę Ambroisa, w jego umyśle zapaliła się nie tylko czerwona lampka, a gigantyczny halogen. Naturalnie, w jego głowie pojawiła się myśl, że być może znów się zbliżyli, mimo, że to wydawało się absurdalne. Przecież rozstali się z hukiem, a teraz stali obok siebie, jakby nic się nie stało. Musiał zająć stanowisko, nie mógł tego nie skomentować. Spojrzał na nią wymownie, a jego sceptycyzm wzrastał.

- Dobra, ta, jasne. „Nie, ale tak, ale nie, nie, ale tak, ale nie, ale tylko trochę, zdarzyło się, bywa”, serio, nie oceniam, ale jeśli czujecie, że musicie to robić, to przynajmniej nie róbcie tego w moim korytarzu. Możecie się przynajmniej na chwilę przenieść piętro wyżej, bo nie jestem pewien, czy moje ściany są przystosowane do takiej intensywności emocjonalnej. Albo najlepiej przejdźcie od razu do rzeczy i tego, co was tu sprowadza w tym układzie, skoro nie trafiłem. - Stwierdził.

Oczywiście, że dostrzegł, jak ich spojrzenia co rusz krzyżowały się w milczeniu, czuł, że pomiędzy nimi wisiało coś, co przypominało napięcie, które on sam znał z własnej przeszłości. Mężczyzna nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ta dwójka, mimo pozornego dystansu, wciąż miała ze sobą coś wspólnego, coś, co ich łączyło, ale co jednocześnie dzieliło. Nie potrzebował tego słyszeć na głos. A potem Geraldine zdjęła płaszcz, prezentując się w koszuli, której krój, styl oraz materiał były mu znane, wymowne. Kiedy jego oczy spoczęły na tym widoku, nie mógł powstrzymać myśli, która przemknęła mu przez głowę. Ponownie, to było dla niego wymowne, zbyt wymowne. Jeśli miał jeszcze jakieś wątpliwości, że to wcale nie było takie proste i okazjonalne, jak mu wmawiano, to przestał je mieć.

Sceptycyzm wkradł się w jego myśli. W tej chwili czuł się jak świadek dramatu, który rozgrywał się na jego oczach, chociaż nie był pewien, czy chciał być częścią tej historii. Jego słowa, które wypowiedział bez wahania, były szczere i bezpośrednie, nie czuł się winny, że powiedział im prawdę. Ostatecznie, nie było jego sprawą, co się działo między nimi, ale jednocześnie czuł, że był zamieszany w ich dramaty, jakby ich zawirowania były też jego zawirowaniami. W końcu, przynajmniej kilka godzin dziennie, musiał stawać się dla swojego dziecka ojcem, a nie kimś, kto sam zachowywał się jak dzieciak.
[a]- Nie sądzę, że wasze hipotetyczne dzieci byłyby dramatem, ale wiem, że dzieci potrzebują rodziców. Nie kogoś, kto ostatnio zachowuje się jak para dzieciaków. - Powiedział, nie kryjąc swojego zdania. Stał w korytarzu swojego mieszkania, w cieniu lampy, zapalonej mimo wczesnej godziny, która przez zachmurzone, ciemne niebo rzucała wyraźne światło na ściany pokryte obrazami z różnych zakątków świata. Zbierali je z Amandą, Amandy już nie było, Amanda lepiej poradziłaby sobie w tej sytuacji, miał pewność, że tak. - Nie jest mi przykro, że wam to mówię. Po prostu tak to widzę. - Podsumował, bo tak, zgadzał się z tym, że ich wybory były ich własne, ale on był częścią tego układu. Ostatnie słowa wyszły z jego ust z większą siłą, niż zamierzał. Nie było mu przykro, że to im mówił, wydawało mu się, że musieli usłyszeć prawdę.

Odkąd jego żona zginęła, dla Corio czas płynął inaczej, a dni były jedynie niekończącym się pasmem rutynowych obowiązków z dwuletnim dzieckiem u boku. Wiedział, że dzieci potrzebowały tak wiele uwagi, ile tylko można było im dać, a on, jako ojciec, starał się dać Fabianowi wszystko, co mógł. Jednak nie dało się ukryć, że w jego sercu tliła się pustka, a wizja szczęśliwej rodziny była jedynie echem minionych dni. Nic dziwnego, że niepokoił się tym, czy sytuacja przyjaciół nie wyglądała równie fatalnie.


•••

Odprowadził wściekłą Geraldine wzrokiem i odczekał, co najmniej pół minuty, zanim się odezwał.

- Wiem o tym, bo znaleziono go w ten weekend, dopiero w ten weekend. - Podkreślił. - Nie był to nieszczęśliwy wypadek, Inez nawet nie próbowała tak tego upozorować. To wszystko było zbyt oczywiste. - Miał wrażenie, że każda informacja, którą posiadał, była jedynie wierzchołkiem góry lodowej. - A teraz niespodzianka. - Kontynuował, wpatrując się intensywnie w swojego towarzysza - Przedwczoraj znaleziono jej siostrę martwą w Little Hangleton. To nie jest dobra wróżba, zwłaszcza biorąc pod uwagę, z kim miałeś do czynienia, powinny były to przewidzieć, dałbym sobie uciąć rękę, że to przewidzą. - W jego głosie zabrzmiał niepokój, który nie miał nic wspólnego z dramatyzmem sytuacji. Znał półświatek i jego zasady, wiedział, że w tej grze nie ma miejsca na sentymenty, jednak fakt, że jego przyjaciel miał do czynienia z tymi ludźmi, nie dawał mu spokoju. - Tym bardziej musisz być ostrożny. - Dodał, patrząc mu prosto w oczy. - To nie jest zwykła sprawa. Wiesz, jak to działa. Ktoś tu może chcieć zamieść wszystko pod dywan. - Nic go już nie dziwiło w tym świecie, w którym śmierć i zdrada były na porządku dziennym, to było bardzo prawdopodobne, że następny cios miał paść w lub od Inez, a potem miał zostać wyprowadzony w kierunku innych osób, które z nią ostatnio współpracowały.


•••

Zatrzymał przyjaciela ruchem dłoni, gdy ten przeszedł obok niego w korytarzu. Spojrzał mu prosto w oczy, a w jego głosie brzmiała powaga, jaką rzadko można było u niego usłyszeć. Odzywając się, Cornelius miał nadzieję, że jego słowa dotrą do Ambroise'a. W końcu w gruncie rzeczy troszczył się o niego, tak samo o Geraldine, mimo, że to nie była jego sprawa.

- Słuchaj, wiem, że masz swoje intencje, na koniec dnia to ty decydujesz, ale... - Zaczął, zniżając głos, by nikt inny, pod postacią kobiety albo wracającego Mrużka, nie usłyszał. - To nie jest dobry pomysł, żeby się znowu emocjonalnie angażować, jeśli w twoim życiu nadal wybija szambo. Nie zasługujesz na to, a już na pewno nie zasługuje na to Geraldine. Nie, gdy w grę wchodzi zaangażowanie emocjonalne. Nie chcę, żeby to się skończyło fatalnie, mimo, że teoretycznie to nie jest moja sprawa. Nie unoś się, po prostu nie widzę, by to mogło skończyć się dobrze, nie teraz, gdy tam... - Zawiesił na chwilę głos, wskazując gestem w stronę okna i miejsca, które obaj dobrze znali. - Nadal jest syf. Zbyt wiele niewłaściwych ruchów może nas kosztować więcej, niż jesteśmy w stanie zapłacić. - Jego twarz była poważna, a oczy zdradzały niepokój.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
17.01.2025, 18:41  ✶  

Czy on musiał tyle ględzić? Naprawdę nie potrzebowała tego, aby teraz, w tej chwili ktoś to komentował. Miała świadomość, że nie powinni się znowu do siebie zbliżać, ale jakoś tak wyszło. To był odruch, zresztą nie zamierzała się teraz tłumaczyć ze swojego zachowania, to nie był odpowiedni moment, a Corio nie był jej ojcem.

Po tym jak wyszli z jaskini dopplegangera zaliczyli moment słabości, który ciągnął się do dzisiaj. Wiedziała, że nie było to najrozsądniejsze, ale jakoś jej to nie przeszkadzało, najwyżej znowu sobie trochę pocierpi, w końcu miała już w tym spore doświadczenie, to nie było dla niej nic nowego. Mógł sobie myśleć, że była głupia, tyle, że właściwie tym razem nie miała żadnych oczekiwań, w sumie to wiedziała na co się pisze, a i tak podjęła taką decyzję, a nie inną. Sama zdawała sobie sprawę z tego, że to nie mogło przynieść niczego dobrego. Nigdy nie była osobą, która szczególnie przejmowała się konsekwencjami, jakie przynosiły podejmowane przez nią spontaniczne decyzje.

Przewróciła więc jedynie oczami, kiedy skończył swój monolog.
- Nie potrzebujemy się nigdzie przenosić. - Wolała to dodać, gdyby jednak stwierdził, że da im chwilę. Ostatnio mieli ich dla siebie wiele i to nie było to, czego potrzebowali, nie w tym momencie.

Zdawała sobie sprawę, że to nie był odpowiedni moment na dokładanie sobie kolejnych dramatów, szczególnie, że aktualnie nie brakowało jej ich w życiu, ale jakoś tak wyszło. Nie chciała z tym walczyć, później jakoś się pozbiera, nie widziała innego rozwiązania. Potrzebowała na moment odetchnąć, zapomnieć o tym, co się wydarzyło, a że trafiła się idealna okazja - to z niej skorzystała. Nie była naiwna, nie sądziła, że uda jej się w jakikolwiek sposób wpłynąć na decyzje, które podejmował Roise, co i tak nie spowodowało, że zamierzała się w jakikolwiek sposób ograniczać.

- Cieszę się, że podzieliłeś się z nami swoją opinią, naprawdę była mi ona potrzebna do szczęścia. - Nie mówił nic, czego sama by nie wiedziała. Nie skomentowała tego tekstu o dzieciakach, bo właściwie to chyba nie do końca miał pojęcie, jak wiele gówna się ostatnio wydarzyło. Jej błąd, powinna była mu też wspomnieć o swoich problemach, ale jakoś nie przychodziło jej to lekko, zresztą nie chciała niepokoić przyjaciela, bo miał swoje sprawy, którymi musiał się zajmować. Nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby go zaciągnąć ze sobą do tej nieszczęsnej jaskini mając świadomość, że czeka na niego Fabian, miał zbyt wiele do zaryzykowania.

Zresztą na samą myśl, że ona mogłaby zostać czyimś rodzicem... cóż, nie, wolała porzucić ten temat, bo aktualnie naprawdę miała za dużo rzeczy na głowie, żeby jeszcze przejmować się takimi komentarzami. Jasne, bywały takie chwile, kiedy była gotowa podjąć podobne decyzje, myślała o tym, że mogłaby dorobić się potomstwa akurat z Roisem, ale z tego też nic nie wyszło, więc to było nieco nieaktualne, zwłaszcza, że przecież do siebie nie wrócili, po prostu bywali obok siebie ostatnio.

Sama Yaxleyówna zapewne nawet nie zauważyła, że założyła jego koszulę, i nie dostrzegła, że była ona zupełnie nowa. To był odruch, jak zawsze zresztą narzuciła na siebie to, co było pod ręką. Wiele razy postępowała w ten sposób, nie należała do osób, które szczególnie dbały o to w co się ubierają w przeciwieństwie do jej towarzyszy.

Posłała jeszcze Ambroisowi spojrzenie, które mogłoby zabić, gdy wspomniał o tym, że to się zdarzyło i nie było mowy o wielkich powrotach, trochę w nią to ugodziło, ale nie zamierzała tego komentować, zresztą to spojrzenie wyrażało więcej niż tysiąc słów.

Zrezygnowała więc z dalszej rozmowy w korytarzu i znalazła się w salonie, gdzie na nich czekała. Siedziała chwilę na tej nieszczęsnej kanapie, po czym stwierdziła, że w sumie znajdują się u Corio, to tak trochę, jakby byli u najbliższej rodziny, więc nie miała większego oporu z tym, aby zbliżyć się do barku i wyciągnąć z niego pierwszą lepszą butelkę.

Potrzebowała się napić, tak to wydawało się być najbardziej słuszne. Jak mogłaby opowiadać o tym wszystkim na trzeźwo, zresztą nie do końca wiedziała, od czego powinna zacząć. Greengrassowi też nie wspomniała o tym, co powiedział jej brat, a co dosyć mocno wyprowadziło ją z równowagi, chujowo, że bał się tego, że może chce go zabić, nie spodziewała się, że może mu dawać ku temu powody, jak widać tu też działała nieco nieporadnie. Wszystko, co ostatnio robiła było jednym, wielkim pasmem niepowodzeń. Rozejrzała się jeszcze w poszukiwaniu szklanek, póki co ich nie znalazła - więc trzymała po prostu butelkę w dłoni.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
18.01.2025, 14:59  ✶  
To był ciężki czas. Wszystko komplikowało się raz za razem, częściej niż rzadziej. Bardziej aniżeli Greengrass był w stanie przyznać. Radził sobie z tym. Być może nie szczególnie wybitnie, nie tak jak mógł tego chcieć lub oczekiwać, jednak liczyło się to, że w dalszym ciągu starał się mieć kontrolę nad sytuacją. Nie potrzebował ojcowskich porad czy monologów, na które w przypadku innego człowieka prawdopodobnie zareagowałby w otwarcie alergiczny sposób.
Nie tolerował wpierdalania mu się z butami w życie. Tym bardziej, że już i tak nie było lekko. Nie miał moralniaka w związku z tym, co się wydarzyło. Co chyba w dalszym ciągu się działo, choć nie powiedzieli sobie tego wprost. Zabranie zwierząt do Piaskownicy było całkiem wymowne. W momencie, w którym to zrobili, odniósł zatem wrażenie, że ich czas w tamtym domu faktycznie nie urwie się z dnia na dzień. Nie potrzebował poruszać tego tematu.
Tyle tylko, że słowa Corneliusa uderzyły w to podświadomie skrywane drugie dno. W coś, co Roise starał się odsuwać od siebie przez ten cały czas. Mimowolnie odwlekali rozstanie. Robili kolejne rzeczy mające dać im pretekst do pozostania w Whitby. To nie było zdrowe, nawet jeśli właśnie tego teraz potrzebowali.
Wmawiali sobie, że skoro i tak poniosą konsekwencje własnych impulsywnych zachowań to mogą przynajmniej wycisnąć z tego jak najwięcej. Dać sobie odpocząć, przynieść sobie odrobinę spokoju i ulgi. Tyle tylko, że w dalszym ciągu to nie był ten upragniony odpoczynek. To była wyłącznie marna iluzja, imitacja dawnego życia.
- Wspaniale, następnym razem zachowaj to dla siebie - to było jedyne, co padło z jego ust na cały ten monolog, wszystkie raczej gorzkie, nawet jeśli prawdziwe słowa.
Nie musiał dodawać nic więcej, prawda? Mieli jasność w każdym zakresie. We wszystkim, co powinno a co nie powinno zaistnieć. Zresztą Ambroise znał już przecież opinię przyjaciela. Być może to właśnie w związku z tym nie przyjebał się teraz do Corneliusa. Zrobił to wiele miesięcy wcześniej w tak dosadny sposób, że teraz mógł sobie po prostu pozwolić na posłanie mu pociemniałego, iście grobowego spojrzenia.
To nie był jego dzień, nawet jeśli zaczął się naprawdę dobrze. Powinien spodziewać się, że prędzej czy później wszystko się spierdoli. Chyba nawet nie był tym jakoś specjalnie zaskoczony. Lestrange nigdy nie trzymał swoich komentarzy dla siebie.
Było wiele momentów, w których Ambroise zupełnie inaczej zareagowałby na spojrzenie Yaxleyówny. Prawdę mówiąc, przez większość czasu hardo odwzajemniłby jej minę, być może nie ciskając gromami z oczu, ale prowokując ją do powiedzenia tego, co chciała powiedzieć.
Wbrew temu, co działo się między nimi podczas ostatnich urodzin Fabiana, kiedy to Greengrass również mroził dziewczynę spojrzeniem, zazwyczaj po prostu usiłował wywołać u niej jakąś bardziej zdecydowaną reakcję. Jeśli chciała o czymś wspomnieć, powinna nie wahać się i to zrobić. Jeżeli pragnęła wyrwać mu teraz swój mokry płaszcz z dłoni i ponownie nim w niego cisnąć - mogła spróbować to zrobić. Milczenie i brak ekspresji, ponad wyraz jej oczu były dla nich całkowicie nienaturalne.
A jednak Ambroise tym razem się na to nie zdecydował. Odwzajemnił spojrzenie. Nie uciekł wzrokiem ani nawet nie spróbował uniknąć gromów ciskanych ku niemu przez Yaxleyównę. Mimo to nie próbował jej bardziej prowokować. Nieznacznie, ale to bardzo nieznacznie, niemalże niedostrzegalnie pokręcił głową. Nie musiał tego mówić, prawda? Wszystkie słowa, które padły z jego ust miały prawo wybrzmieć w przestrzeni korytarza. Nawet jeśli były cholernie gorzkie.
Ustalili to sobie. Nie było szans na wspólną przyszłość, nie mogli do siebie wrócić. Nie powiedział nic, co byłoby niezgodne z prawdą. Mogła go za to obecnie nienawidzić (nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że tak nie było; po prostu ją uraził), ale nie była w stanie być na niego bardziej wściekła niż on sam był wkurwiony na siebie.
Obserwował ją bez słowa, gdy opuszczała pomieszczenie, odprowadzając dziewczynę wzrokiem w kierunku salonu. Przez cały czas trzymał przy tym w rękach ten cholernie mokry płaszcz, ignorując wodę kapiącą na podłogę.
Nie spodziewał się jednak, że przyjdzie mu na dłużej zamrzeć w tej pozycji. Gdy otwierał usta, aby poinformować Corneliusa o ich wspólnych znajomych, miał co prawda przeczucie, że Lestrange mógł wiedzieć co nieco o sprawie. Jednak w żadnym wypadku nie wziął pod uwagę tego, co usłyszał w odpowiedzi.
- Iteti nie żyje? - Powtórzył słowa Corneliusa, skracając je jednak do jednego kluczowego pytania, nawet jeśli już otrzymał na nie odpowiedź.
Może nie zabrzmiał przy tym zbyt światło, jednak ta informacja była dla niego całkowitym zaskoczeniem.
Kurwa mać.
Nie tak dawno, bo dosłownie dzień przed wydarzeniami z jaskini dopplegangera, był na spotkaniu z oba kobietami. Żadna z nich ani przez moment nie zająknęła się na temat potencjalnego zagrożenia wiszącego nad ich głowami, lecz gdy tak o tym teraz myślał, podczas tamtej rozmowy miało miejsce całkiem wiele bardzo nietypowych rzeczy.
Przede wszystkim to, że obie dołączyły do niego razem. Znalazły się z nim w jednym pomieszczeniu, w którym zresztą obie na niego wyczekiwały. Żadna nie siedziała z przodu sklepu, żadna nie wyszła mu na powitanie. W tylnej salce było jakby ciemniej i duszniej niż zazwyczaj. Charakterystyczna chłodna tarcza chroniąca przejście przed nieproszonymi gośćmi nie była tak zimna, była wręcz nieprzyjemnie letnia, jak gdyby dużo bardziej brejowata.
Ambroise nie mógł zgodzić się ze słowami Corneliusa - Inez i Iteti wiedziały. To z tej świadomości brały się niecodzienne okoliczności ich spotkania, jak i wrażenie jeszcze bardziej wyczuwalnego niepokoju krążące nad ich głowami. Wtedy nie zwrócił na to aż takiej uwagi.
Obecnie? Aktualnie wszystko zaczęło samo się spinać, jednak miał wrażenie, że nie do końca we właściwy sposób. Układanka wcale się nie układała, kolejne fragmenty wpinały się w siebie, jednak ktoś całkiem celowo przeszlifował brzegi w taki sposób, aby jeden puzel pasował do wielu luk. Obaj zdawali sobie z tego sprawę, lecz nie było to w żaden sposób pocieszające.
- Och, ktoś tu zdecydowanie próbuje zamieść wszystko pod dywan. Inez z pewnością ma w tym jakiś cel, ale wątpię, że tylko ona stara się to zrobić - nie padło z jego ust, jednak spojrzenie, które Greengrass posłał w stronę Lestrange'a było dostatecznie wymowne. - Mów - rzucił zamiast tego, oczekując dodatkowych informacji na temat całej sytuacji.
Tak, to zdecydowanie było bagno. To był syf co rusz wybijający od środka i od zewnątrz. To było coś, na co się pisał i z czego powinien zdawać sobie sprawę już wiele lat wcześniej. Tak się jednak nie stało, więc teraz musiał ponieść konsekwencje nieprzemyślanych decyzji. Nie musiał wysłuchiwać kolejnej dawki upomnień.
- Zajebiście, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jeszcze tylko przestań być fiutem i będziemy w domu - miał ochotę odsyknąć tym samym zniżonym, może jeszcze niższym tonem, wymijając Corneliusa i kontynuując drogę do łazienki.
Nie musieć słuchać tego, co przyjaciel ma mu do powiedzenia, bo przecież sam aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób wygląda sytuacja. Nie potrzebował uświadamiania go w tym zakresie. Sam od wielu miesięcy, praktycznie pierdolonych dwóch lat doskonale wiedział, w co się władował i co samo okręciło się wokół niego jak powoli splatany stryczek. Naprawdę nie musiał wysłuchiwać przypomnień o czymś, co sam pamiętał niemalże w każdej sekundzie mijającego dnia.
Tym bardziej, że już kiedyś o tym rozmawiali, prawda? Tamten jeden raz w naprawdę gwałtowny, ekspresyjny sposób, kiedy to w akcie czegoś, czego sam nigdy nie nazwałby ostateczną desperacją (ale w istocie nią było) wysrał Corneliusowi niemalże wszystko, co leżało mu na wątrobie. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie pękł tak bardzo.
Tym bardziej, że nie pamiętał co najmniej trzech czwartych własnych słów z kuchni w Whitby, więc nie mógł porównywać tych dwóch momentów. Zresztą - mylił tamte wypowiedzi z myślami, jego umysł był zamglony a zdania opuszczające usta nie brzmiały naturalnie. Były zbyt monotonne, za spokojne. Miały związek z zadawanymi mu pytaniami i niczym więcej.
W przypadku jego spotkania z Corio było zupełnie inaczej. Dał się wtedy ponieść całej atmosferze, w której rozpoczęła się rozmowa. Wszystkim odczuwanym druzgocącym emocjom. Wyrzutom sumienia i poczuciu bycia najgorszym, które jeszcze bardziej nakręcało jego wewnętrzne demony.
Nienawidził okazywać się niewystarczającym. Nie potrafił tak po prostu przejść do porządku dziennego z informacją jak bardzo spierdolił wszystko to, na czym mu wtedy (i teraz przecież też) zależało. To pchnęło go do rzeczy, z których zdecydowanie nie był dumny. Później zaś do wyrzucenia z siebie jeszcze bardziej parszywych słów (i nie tylko), gdy poczuł się zaatakowany. Nigdy więcej o tym nie mówił.
Być może dlatego teraz wyłącznie posłał Corneliusowi jedno długie spojrzenie zanim się odezwał.
- Doskonale wiem, że to jest zły pomysł, nie musisz mi tego przypominać. Sam dobrze wiem jak to teraz wygląda - teraz i zawsze, ale tego już nie uściślał; po prostu pokręcił głową, starając się zachować twarz i nie brzmieć tak znużenie jak się obecnie czuł. - Wierz mi, Stary, kurewsko dobrze wiem, jakie konsekwencje mogą z tego wyniknąć i nie, nie chcę jej ranić jeszcze raz. Nie zamierzam wciągać jej w moje bagno. To jednorazowy wyskok, nie analizuj - mówił powoli, wyraźnie ważąc każde wypowiadane słowo, co nie zdarzało mu się wyjątkowo często.
Zazwyczaj już dawno by się uaktywnił. Tym bardziej, że słowa Corneliusa nie były łatwe. To nie było coś, co ktokolwiek mógłby chcieć usłyszeć. Nawet od jednej z najbliższych mu osób.
Mimo to, chyba mieli za sobą etap powarkiwania na siebie w związku z całą sytuacją. Rozmawiali o tym nie raz i nie dwa. Z początku bardziej intensywnie niż później, bowiem musieli przy okazji wyjaśnić sobie całkiem sporo innych cholernie trudnych kwestii. Nic więc dziwnego, że wtedy im się ulało.
Teraz? Nie zamierzał mówić Corio, że było mu ciężko, bo bo mimo wszystko wciąż ją kochał. Że musiał być odpowiedzialny i zakończyć to, zanim będzie za późno. Że to, ta chwila słabości niechybnie miała ponownie zniszczyć część tego, co wokół siebie zbudował. Że miał mieć po tym naprawdę parszywe tygodnie czy wręcz miesiące.
Nie musiał nic mówić, prawda? Wystarczyło ciężkie i posępne spojrzenie posłane w stronę Lestrange'a, aby wszystko wyjaśnić. Tym bardziej, że przecież Ambroise nigdy nie był i nigdy nie miał być człowiekiem słowa. Nic więc dziwnego, że brakowało mu ich, aby opisać całą sytuację.
Zamiast próbować je znaleźć, zwyczajnie wyminął Corneliusa w korytarzu, kierując swoje kroki, by odwiesić płaszcze a następnie udać się do łazienki. Bezceremonialnie nie tej dla gości. Tej przy głównej sypialni, bo nie zamierzał ryzykować suszenia koszuli zaklęciami. Tym bardziej, że byli z Corio podobnego wzrostu i bardzo zbliżonej postury, toteż Ambroise bez pytania czy mrugnięcia okiem postanowił pożyczyć sobie jego ciuchy.
Własne wrzucił do kosza na pranie, zamierzając odebrać je od skrzata domowego w przeciągu kilku następnych tygodni. Gdy wrócił do salonu, miał ponownie przeczesane i spięte włosy, cholernie niepasującą do niego jasnoszarą koszulę i proste popielate spodnie. Bez słowa przeszedł przez pomieszczenie, zajmując jeden z foteli na przeciwko kanapy. Tak, by nie siadać przy Geraldine.
Usiadł zakładając nogę na nogę. Ignorując alkohol i wszystko, co działo się w pomieszczeniu. Jeśli wcześniej był dosyć chmurny, teraz ponownie stał się chłodny i zdystansowany.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (13038), Cornelius Lestrange (12807), Geraldine Greengrass-Yaxley (11022)


Strony (4): 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa