Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Poniedziałkowe popołudnie w Londynie było szare i deszczowe. Krople deszczu nieprzerwanie stukały o chodnik a ciężkie stalowogranatowe chmury zasnuwały niebo. Nie wyglądało na to, by deszcz zamierzał rozmyć się w najbliższych godzinach. Wręcz przeciwnie. Wydawało się, że z godziny na godzinę może być wręcz coraz gorzej, szczególnie przy nasilających się podmuchach wiatru sprawiających, że wszystko było dosłownie zlane wodą.
Opatuleni w płaszcze lub zawinięci w peleryny ludzie z parasolami w rękach przemykali ulicami, nie zatrzymując się ani na chwilę. Sklepowe witryny, które zazwyczaj przyciągały wzrok jaskrawymi kolorami widocznymi pod londyńskim ulicznym kurzem, teraz były śliskie i mokre. Skrzyły się delikatnie, odbijając krople, w których rozszczepiało się barwne światło kontrastujące z ponurym niebem. Strugi deszczu spływały po szybach a na ulicy unosił się zapach wilgotnego betonu, ziemi, mokrych liści i świeżo zaparzonej kawy z pobliskich kawiarni.
Oni także zmierzali w stronę jednej z kamienic, mijając kolejne sklepiki i nieco rozmyte, zamglone przez deszcz budynki.
Ambroise milczał. Z wyrazem skupienia na twarzy przemierzał kolejne metry chodnika, w jednej dłoni trzymając bezrefleksyjnie wyciągnięte klucze, drugą rękę wyciągając zaś ku Yaxleyównie.
Nijak nie skomentował faktu, że w którymś momencie sięgnął do kieszeni, wyciągając stamtąd portfel z kluczami do tego samego budynku, w którym znajdowało się mieszkanie ich przyjaciela. Nie wyjaśnił tego, co tak właściwie sprawiło, że był ich posiadaczem. Po prostu wyjął je jeszcze w momencie, w którym znajdowali się pod daszkiem Dziurawego Kotła i ruszył przed siebie.
Sam nie wiedział, kiedy dokładnie ponownie splótł ich palce, zamykając jej chłodną dłoń w swojej, jednak robił to co najmniej odkąd pojawili się w mieście. Instynktownie wyrywał na przód, bez słowa prowadząc dziewczynę przez kałuże, których nie mogli uniknąć, obchodząc łukiem wszystkie inne.
Nie był zły. Nie zaciskał warg w wyrazie rozdrażnienia ani nie mrużył oczu. Nie uśmiechał się, bowiem zdecydowanie nie miał ku temu powodu, jednak wyraz jego twarzy pozostawał całkowicie neutralny. Milczenie między nimi było tak spokojne i naturalne jak tylko mogło być w podobnych okolicznościach.
Kiedy dotarli do wejścia na klatkę schodową jednej z kamienic, Greengrass (ponownie bez słowa, jakby w którymś momencie po prostu mu ich zabrakło) przekręcił klucz w zamku. Drzwi z cichym skrzypieniem otworzyły się, wpuszczając ich do suchego wnętrza.
Ustąpił miejsca Geraldine, pozwalając, by dziewczyna pierwsza przekroczyła próg. Nie puszczał dłoni Yaxleyówny, jakby nie chcąc rozstać się z tym prostym gestem bliskości, pozwalając, aby ich ręce pozostały splecione przez jeszcze chwilę dłużej.
Wspólnie weszli po schodach. Echo ich kroków odbijało się od ścian ciepłego i jasnego korytarza. Tak czystego i suchego, że jedynie odgłos deszczu uderzającego w szyby wciąż przypominał o szarości za oknami.
Gdy dotarli pod drzwi mieszkania Corneliusa, Ambroise zwolnił uścisk, puszczając rękę Geraldine i przenosząc wzrok ku jej twarzy. Pozwolił, by ich spojrzenia na moment się spotkały, niemal instynktownie wyciągając przy tym rękę, aby odgarnąć jej mokry kosmyk włosów z policzka. Nim to zrobił, zreflektował się jednak, zawieszając dłoń w powietrzu i powoli opuszczając ją na swoje udo. Wcisnął palce do kieszeni, jednocześnie wyciągając drugą rękę ku chłodnej drewnianej powierzchni, w którą bez słowa zastukał czterokrotnie. Mocno i zdecydowanie.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down