• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[02.09.1972] Catch Me If You Can || Ambroise & Geraldine

[02.09.1972] Catch Me If You Can || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
15.01.2025, 19:16  ✶  
Wdrapała się na niego. Jakimś cudem utrzymała się na jego mocno wierzgającej nodze, usztywniając chwyt na tyle, że była w stanie wdrapać mu się przez udo na korpus, chwytając go w coś, co już za chwilę mogło okazać się potrzaskiem. Może nie śmiertelnym, za to śmiertelnie upokarzającym, bo przecież to on za wszelką cenę chciał udowodnić jej, że się myliła.
Miał z nią wygrać. Zamierzał triumfować do końca dnia a może nawet jeszcze dłużej. W zależności od tego, co byłaby w stanie zrobić, żeby zamknąć mu usta. To zresztą również było coś, czego wyjątkowo mocno wyczekiwał, czując ten naprawdę przyjemny rodzaj ekscytacji, wręcz dziecięcej uciechy, słodki smak zwycięstwa rozchodzący mu się w ustach wraz z falą wewnętrznego ciepła ogarniającą ciało.
Tyle tylko, że powinien wiedzieć lepiej. Tak jak należało, aby spodziewał się powtórnego skoku Geraldine, tak wypadało, by zdawał sobie sprawę z tego, że gdy się usrała to nie było zmiłuj. Ich potyczka pochłonęła już dwie ofiary w postaci kuchennego krzesła (no cóż - i tak miało jedną nóżkę bardziej, więc gwałtowne szurnięcie nim po podłodze nie było wielką stratą) oraz tej nieszczęsnej poduszki, w której flakach właśnie się tarzali.
Gdyby któreś z nich postanowiło teraz odpuścić, zapewne mogliby uniknąć dalszych zniszczeń. Tak właściwie to z poziomu podłogi i perspektywy, w której się znalazł, Ambroise mógł dostrzec jeszcze trzecią i czwartą, piąta i szóstą... ...no, naprawdę dużo ofiar w postaci sterty książek, którą rozwalił kopnięciem, gdy wyszarpał nogę spomiędzy nich a kanapy, skacząc na podłogę. Mimo to wcale nie zamierzał pozwolić Rinie wygrać.
No, chyba po jego trupie. Całkiem prawdopodobnym, bo mimo miękkości całkiem drogiego, naprawdę dobrej jakości dywanu i poduszki, którą podłożył sobie wtedy pod brzuch, uderzenie o podłogę wcale nie było takie miłe. Pobijał się przy tym, nawet jeśli teraz nie zwracał na to uwagi.
Adrenalina buzowała w żyłach Greengrassa, który oddychał coraz szybciej, powoli czerwieniąc się na twarzy. Był zgrzany, zdyszany, niemalże gotował się w swojej bawełnianej koszuli i długich spodniach, które od początku dnia zdążyły już naprawdę solidnie się wynieść.
Był rozczochrany. Jego oczu błyszczały, gdy przeniósł wzrok na Yaxleyównę próbującą usiedzieć na nim w taki sposób, by ostatecznie go spacyfikować. W jednej chwili mogło zdawać się, że zamarł, przygnieciony jej ciężarem i uściskiem kolan wokół jego torsu.
Tylko po to, aby w następnym momencie wyszczerzyć do niej zęby w naprawdę szerokim, niepokojąco wariackim uśmiechu, robiąc coś, czego mogła, choć nie musiała się spodziewać. Chwycił ją za kolana, mocniej dociskając jej nogi do swojego ciała i szarpiąc się w bok.
Rozkołysał się na tyle mocno, żeby w przeciągu jednej chwili bez ostrzeżenia spróbować przewalić ich na bok i przeturlać się z nią tak, aby to on mógł się znaleźć na górze. Nie zamierzał trwać tam zbyt długo. W końcu to nie on planował ją łapać, on wyłącznie spierdalał przed potencjalnym marnym losem człowieka postrzelonego z kuszy.
Jeśli jednak mu się to nie udało, miał też jeszcze jednego asa w podwiniętym i solidnie wymiętym rękawie. Zamierzał zacząć łaskotać ją pod kolanami i na samych brzegach ud. W taki sposób, aby poluzowała chwyt i żeby mógł ją z siebie zepchnąć na poduszkę.

AF (III) - przyciśnięcie dziewczyny do siebie i wywrotka, aby znaleźć się na górze
Rzut Z 1d100 - 13
Akcja nieudana


AF (III) - jeśli się to nie powiedzie, na ile skuteczne będą łaskotki
Rzut Z 1d100 - 49
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
15.01.2025, 19:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.01.2025, 19:52 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Mówiła przecież, że ma doświadczenie, zresztą nie musiała tego mówić, powinien zdawać sobie z tego sprawę. Nawet najebana jakoś potrafiła się na nim utrzymać. Te lekcje jazdy konnej, które brała latem w końcu mogły się do czegoś przydać. Widać było, że czas, który temu poświęciła nie poszedł na marne. Cóż była z siebie naprawdę dumna, gdyby tylko teraz widział ją jej nauczyciel na pewno by docenił technikę z której korzystała.

Żadne z nich nie miało zamiaru odpuścić, co wiązało się z kolejnymi zniszczeniami w ich domu, które zapewne się za chwilę pojawią. Nie przejmowała się tym jednak specjalnie, jakieś starty musiały się pojawić podczas tej, jakże zaciętej walki.

Yaxleyówna jeszcze nie do końca miała szansę ocenić szkody, które się pojawiły, bo znajdowała się na górze, skupiała całą swoją uwagę na Roise. Wiedziała, że spróbuje jej się wymknąć, pokazał, że nie zamierza łatwo odpuścić, co tylko zachęcało ją do dalszego działania. Nie mogła pozwolić mu się wymknąć z tego żelaznego uścisku.

Była czujna niczym ważka, dlatego też bardzo szybko zareagowała, kiedy próbował docisnąć jej nogi do swojego ciała, nie wiedziała, że jest taka dobra w zapasach, ale może powinna spróbować i tej dziedziny sportu, najwyraźniej jej talent się marnował, co było niedopuszczalne.

Nie miała zamiaru jednak szybko osiadać na laurach, bo mógł po raz kolejny ją czymś zaskoczyć. Oczywiście, że tak się stało. Tym razem po raz kolejny chciał zagrać bardzo nisko i skorzystać z podstępu. Unieruchomiła jego prawą rękę o ziemię, gdy chciał ją zbliżyć do jej kolan, aby zacząć ją łaskotać. Zrobiła to chyba nieco za mocno, bo poczuła, że paznokcie zaczęły wbijać się w skórę mężczyzny. Cóż, najwyraźniej zniszczone meble nie miały być jedyną szkodą, jaka się pojawiła.

Spojrzała na niego przepraszająco, miała nadzieję, że nie zabolało go to za bardzo, mimo wszystko jednak nie uważała, że przypadkowe zranienie było powodem, przez który miałaby odpuścić. Gdy się na coś usrała to nie ma zmiłuj, później pewnie przeprosi go za to, że za bardzo się w to zaangażowała, aktualnie jednak była w jakimś wariackim transie, który miał doprowadzić Yaxleyównę do wygrania tego starcia.

Póki miała taką możliwość postanowiła jeszcze bardziej wzmocnić nacisk swoich nóg. W zasadzie to docisnęła Roisa do podłogi swoimi udami, na jej twarzy pojawił się uśmiech, bo wydawało się jej, że moment kulimancyjny się zbliża.

- Wygrałam! - Tak, postanowiła powiedzieć to w głos. Nie miała pojęcia, czy zamierza jeszcze walczyć, jeśli tak... cóż, udało jej się w końcu go złapać. Mógł próbować uwolnić się z tego uścisku, ale nie sądziła, że mu się to powiedzie. Oczy Yaxleyówny błyszczały, widać w nich było radość, bo chyba faktycznie zakładała, że już jest po wszystkim.



rzucam na AF PO

Rzut PO 1d100 - 98
Sukces!
pierwszy rzut na unieruchomienie prawej ręki
Rzut PO 1d100 - 69
Sukces!
drugi rzut na dociśnięcie Roisa udami do podłogi
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
15.01.2025, 20:20  ✶  
Nawet nie syknął, gdy wbiła mu paznokcie w ramię. Być może to był wynik alkoholu, możliwe, że to adrenalina zrobiła swoje. Tak czy siak niemal tego nie poczuł, posyłając dziewczynie harde spojrzenie spod potarganych włosów. Teraz pozlepianych w mocno lokowaną, niemal baranią (a niby był osłem) grzywkę na czole.
Nie przejmował się dokonanymi zniszczeniami. Nie zamierzał dawać po sobie poznać niczego, co teraz odczuwał w związku ze sposobem, w jaki przygwoździła go do ziemi albo sam wcześniej wywalił się na dywan. Teraz walczył. Nie planował mieć jabłka na głowie. Ani dziś, ani nigdy.
- Kiedy mówiłem - wydyszał, usiłując podnieść prawą rękę z podłogi, mimo ciążącego na niej żelaznego uścisku Geraldine - że to byłaby dobra śmierć - sapnął ciężko, próbując zmobilizować wszystkie mięśnie, żeby wymknąć się jej palcom zaciśniętym wokół jego nadgarstka - nie miałem na myśli tego - z dużym prawdopodobieństwem zdawała sobie sprawę z jego ówczesnej logiki, po prostu obecnie miała to gdzieś, coraz mocniej ściskając go swoimi ciepłymi, kształtnymi udami, o których nacisk normalnie nie byłby ani trochę zły, ale teraz po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Potrzebował koniecznie podkreślić, że choć uda zdecydowanie w dalszym ciągu były jedną z ulubionych części ciała Yaxleyówny, które miał okazję podziwiać i doceniać, to dopóki siedziała mu na klatce piersiowej, nie na twarzy...
...no cóż, był niespecjalnie przekonany co do tego, że warto było odejść w ten sposób. A zdecydowanie czuł siłę, z jaką usiłowała go przy tym przycisnąć do podłogi. Cokolwiek robiła przez ostatnie półtora roku, jej mięśnie były jeszcze bardziej twarde i wyćwiczone. Zdecydowanie nie próżnowała podczas treningów. Zresztą pewnie miała na nie całkiem dużo czasu.
Wiedział to przecież po sobie. Sam starał się jakoś zabijać cały ten czas wolny, jaki wcześniej przeznaczał na bycie dobrym chłopakiem. Teraz już praktycznie nie gotował, bo nie czuł takiej potrzeby, skoro skrzaty mogły go wyręczyć. Nie sprzątał - ponownie robiły to skrzaty. Tylko okazjonalnie musiał wykorzystywać przymusowe dni urlopu w pracy, więc wtedy raczej zajmował się czysto fizycznymi czynnościami.
Ogrodem, szklarniami, może nie naprawami tak jak to miało miejsce w Whitby, gdzie zawsze się coś psuło. A jednak w ostatecznym bilansie nawet przemieszczanie się z miejsca na miejsce podczas załatwiania interesów na Nokturnie czy Ścieżkach sprawiało, że był chyba w najlepszej formie od lat. W lepszej był tylko w czasach szkolnych, gdy grał w drużynie quidditcha.
Nie powinna go bagatelizować. Nawet teraz, gdy znalazła się na górze i uniemożliwiła mu te łaskotki, które miał dla niej zaplanowane, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie zwyciężyła. No chyba po jego trupie. Zimnym i sztywnym. A teraz był raczej rozgrzany i wyjątkowo giętki przez ilości alkoholu, które wypił.
- Chyba śnisz - syknął, wypuszczając powietrze z ust i starając się jak najbardziej wypchnąć je przy tym z płuc, żeby mocniej wciskać plecy w podłogę.
Nie, ni chuja nie zamierzał uznać tego zwycięstwa. Nie zamierzał zacząć walić ręką w metaforyczną matę (a faktyczny dywan), ani przez chwilę nie planując tak tego skończyć. Jeśli była w stanie tak szybko uznać swoje zwycięstwo to tym bardziej zamierzał pokazać jej jak grubo i srogo się myliła.
Na wydechu wcisnął się w podłogę, aby bez ostrzeżenia znowu wziąć głęboki oddech, angażując wszystkie mięśnie ciała, żeby jednocześnie spróbować poderwać się z ugiętych kolan do czegoś na kształt ułomnego, raczej niestabilnego mostka z dziewczyną w dalszym ciągu siedzącą mu na torsie.
Nie sądził, żeby była w stanie się tego spodziewać. Nigdy zresztą nie miał okazji wozić jej na sobie na odwróconego konika. Mógłby mrugnąć do niej okiem, przypominając, że woleli bawić się jak inne zwierzątka, ale w tym momencie zdecydowanie zbyt mocno skupił się na próbie wypchnięcia jej w górę. Może i trzymała go za rękę, ale nie miała dodatkowych chwytników w kolanach, nie?
Jeśli powiodło mu się uniesienie jej w górę i nie wyjebali się przy tym ponownie na podłogę, spróbował zepchnąć ją z siebie miotaniem się na boki.
Jeśli zaś ponownie uderzyli o ziemię, usiłował skorzystać z impaktu, ignorując gwiazdki, które zapewne pojawiły mu się przed oczami. To mógł być jego jedyny moment zaskoczenia, więc wtedy też spróbował wywalić się z nią na prawy bok, korzystając z tego, że trzymała go tylko za tę jedną rękę.

AF (III) - mostek i zwalenie Geraldine
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana


AF (III) - jeśli nie, to skorzystanie z impaktu upadku/momentu zaskoczenia i wywalenie się z nią na prawy bok
Rzut Z 1d100 - 93
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
15.01.2025, 21:04  ✶  

Oddychała ciężko, wbrew pozorom włożyła w to niemało wysiłku. Policzki miała zaróżowione od tego biegania po domu, ale na jej twarzy mógł dostrzec uśmiech, triumfujący, nawet jeśli było to tylko chwilowe, to udało jej się go złapać, no prawie, miał jeszcze szansę się jakoś wyswobodzić, chociaż czy aby na pewno. Używała sporo siły, aby mu to uniemożliwić.

- Powinieneś bardziej uważać na to, jakie masz życzenia. - Tak, pamiętała tamtą rozmowę, spodziewała się, że raczej nie miał na myśli tego, co robiła mu teraz. Była całkiem zadowolona z tego, że udało jej się pokazać swoją przewagę. - Jak widzisz niektóre z nich mogą się spełnić w nieco inny sposób, niż zakładałeś. - Powoli uspokajała oddech. Nie musiała nigdzie biec, skupiała się na tym, aby się na nim utrzymać i jego utrzymać w tej pozycji. To wcale nie było takie proste, wiedziała, że wystarczy krótki moment nieuwagi i będzie pozamiatane.

Tyle, że póki co Ambroise się nie wierzgał, nie powiedział jednak w głos, że wygrała, co mogło sugerować, że jeszcze nie zrezygnował. Co innego miała zrobić, jak dla niej sprawa bardzo jasno się klarowała.

Nie powinna była chwalić dnia przed zachodem słońca, to było by najrozsądniejsze, ale jak wiadomo Yaxleyówna w głębokim poważaniu miała wszystkie powinności, co kiedyś zapewne ją zgubi, może jeszcze nie teraz, ale nie wątpiła, że tak się może zdarzyć.

- Nie, we śnie wolałabym robić coś innego. - Rzuciła jeszcze spoglądając mu w oczy i dotarło do niej, że gra się jeszcze nie skończyła. W sumie to czekała na kolejną próbę, nie miała pojęcia, co wymyśli, bo możliwości powoli zaczynały mu się kończyć, nie ma się co oszukiwać, z tej pozycji nie mógł wykonać zbyt wielu, wyszukanych manewrów.

Nie spodziewała się tego, że spróbuje zrobić mostek, w sumie to nie był mostek, tylko jego przeciwieństwo? Chuj jeden wiedział co. Zachwiało to jej równowagę, aczkolwiek nie udało mu się jej odepchnąć. Nie zmieniało to jednak faktu, że jej nacisk osłabł. Ten ruch spowodował, że straciła pewność, jej ręce się poruszyły.

Roise jebnął o podłogę dość mocno, ale to wystarczyło do tego, aby zyskał kolejną szansę na spierdolenie jej sprzed nosa. Zacisnęła zęby, bo nie była zadowolona z takiego obrotu sytujacji.

Czuła, że lecą, w prawo. Nie mogli tego uniknąć, wszystko przez to, że wykonał ten dziwny ruch. Warknęła cicho pod nosem, nie zamierzała pozwolić mu się od niej uwolnić. Nie, to jeszcze nie był odpowiedni moment.

By nie daj Morgano nie przeturlał się na którąś ze stron, odruchowo wyciągnęła lewą nogę, żeby uniemożliwić mu spierdalanie, właściwie to próbowała owinąć nią mężczyznę, liczyła na to, że zrobi to na tyle szybko, że faktycznie jej się to powiedzie, co innego jej pozostawało?

Nie znosiła przegrywać, nie w dziedzinach, w których uważała się za specjalistę. To byłaby ogromna ujma na jej honorze, była naprawdę zdeterminowana, aby wybrnąć z tego z twarzą. Jej irytacja rosła, bo nie zakładała, że Ambroise będzie walczył do samego końca. Nie miała zamiaru mu tego mówić, ale okazał się być nieco silniejszym przeciwnikiem, niżeli zakładała.

O ile udało jej się narzucić na niego tę nogę po raz kolejny, to wyciągnęła lewę ramię tak, aby oprzeć je na jego klatce piersiowej, tuż przy samej szyi, tak, by tym razem faktycznie nie miał opcji, aby się jej wyswobodzić, powoli zaczynał ją wkurzać.

Jeśli jej noga nie trafiła tam gdzie miała, to cóż, zamierzała przeturlać się nieco dalej, aby przypadkiem nie znalazł się nad nią, bo to mogłoby spowodować jej przegraną, nie ona tutaj miała zostać złapana.


AF na PO

Rzut PO 1d100 - 41
Sukces!
zarzucenie nogi
Rzut PO 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
jeśli pykło to przedramię wędruje tuż przy szyi, jeśli nie to się turlaaaa
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
15.01.2025, 21:50  ✶  
Nie pamiętał, kiedy ostatnio aż tak bardzo dali ponieść się szaleństwu chwili. Nie w tym samym sensie, w którym robili to przez ostatnie dwa razy zanim udali się wspólnie na akcję prowadzącą ich do tu i teraz. Nie w ten sposób prowadzący ich do rzucania ostrych i nieprzemyślanych słów.
Teraz zachowywali się nieodpowiedzialnie, ale radośnie. W tym sensie, w którym przez lata pozwalali sobie na coś, co w teorii nie powinno wypadać ludziom ich pokroju. Na to, by zachowywać się jeszcze mniej dojrzale. Jeszcze bardziej niekonwencjonalnie i impulsywnie.
Ale to było ich. Kiedy na zewnątrz wszystko zaczynało się walić, zawsze mieli swój dom. Od tamtego pamiętnego początku lata, gdy wszystko zaczęło tak bardzo do siebie pasować, nie musieli rozmawiać o tym, czego pragnęli i potrzebowali. Sam nie pamiętał, kiedy tak właściwie po raz pierwszy pozwolił sobie przy niej na ten rodzaj swobody.
Czy ona zrobiła to pierwsza, czy może jednak on tak bardzo spuścił z tonu, że postanowił zaryzykować wygłupienie się w jej oczach. To nie było istotne. Rozumieli się. Znali swoje potrzeby, potrafili dać się tak po prostu bezmyślnie ponieść tym pragnieniom. Częstokroć znacznie bardziej fizycznym, dużo mniej niewinnym.
Teraz? Mimo jej ud zaciśniętych wokół jego ciała, jeszcze nie poddał się pożądaniu. Nie dał się skusić jej długiej, wygiętej szyi i rumianym policzkom. Omijał wzrokiem zaczerwieniony, wilgotny od potu dekolt i rozwiane włosy wypadające z jasnego kucyka. Nie pozwalał sobie na to, by za długo patrzeć w te błyszczące niebieskie oczy.
Bo by przepadł. Doskonale wiedział, że miałaby go tu i teraz. Dokładnie w tej chwili, gdyby tylko choć o sekundę zbyt długo zawiesił spojrzenie na skrawku jej odsłoniętej skóry. Już teraz czuł ten znajomy zapach, już teraz mógłby złapać ją w dużo bardziej niepoprawny sposób.
Od dawna nie byli ze sobą tak blisko. Nie zachowywali się nie tyle jak ludzie spragnieni swojego dotyku, co jak przyjaciele. Ci, którzy potrafili w jednej sekundzie docinać sobie nawzajem, rywalizować w tych wszystkich głupotach tylko po to, by w kolejnej mimo wszystko wciąż patrzeć na siebie z czułością.
Nawet, gdy próbował ją z siebie zrzucić, robiąc te wszystkie niezbyt skoordynowane, dosyć pokraczne figury, wciąż starał się wycelować w taki sposób, aby opadła na płaską (bo tylko w połowie wypełnioną piórami) poduszkę. Ona zaś dalej była w stanie posłać mu te przepraszające spojrzenie, jednocześnie próbując zadusić go udami.
- Powinienem, ale nie muszę - sapnął, jednocześnie próbując wymanewrować się z jej uścisku. - A wiesz czemu? - Oczywiście, że potrzebował zadać to pytanie, nawet nie czekając na odpowiedź. - Bo ja nic kurwa nie muszę. Poddać się też nie - chuja zatem miała a nie wygrać.
Patrzył na nią zmrużonymi oczami, usiłując skondensować dwie Geraldine w jedną, choć teraz przynajmniej nie musiał już domyślać się, która jest prawdziwa. Kiedy siedziała mu na piersi, zdecydowanie wyczuwał jej obecność. Mógł złapać ją za kolana, poczuć pod palcami mięśnie długich nóg, które tym razem wykorzystywała po to, aby nie dać mu spierdolić tam, gdzie pieprz rośnie.
Był zarumieniony i zdyszany. Kropelki potu skrzyły się na jego skórze w smudze światła padającej przez okno do salonu. Wszędzie dookoła nich fruwały tumany kurzu, który poruszyli swą gonitwą po domu. Jeśli była tu jeszcze jakaś powierzchnia, na której w dalszym ciągu znajdowała się jego warstwa, to zapewne wkrótce mieli znaleźć i zetrzeć także ją. Bowiem Ambroise wcale nie zamierzał odpuścić.
Tamta zniewaga wymagała tego, by się teraz nie poddał. Nie mogła bezkarnie nazywać go słowem na T i oczekiwać, że tak łatwo jej to teraz odpuści. W żadnym razie. Zresztą, gdyby się tak zastanowić to właśnie w tej chwili robili jedną z rzeczy, jakie mieli w planach. Mimowolnie sprzątali Piaskownicę.
Weryfikowali wytrzymałość kolejnych mebli i położenie przedmiotów. To czy stały we właściwym miejscu. Wycierali ubraniami podłogę do czysta, zbierając też wszelkie możliwe kłaczki z dywanu w jedną linię pod plecami Greengrassa. Pozbywali się popsutych poduszek, nawet jeśli to oznaczało, że później mieli sprzątać pierze. To, które unosiło się i opadało w rytm ich szamotaniny.
- Tylko we śnie? To mi urąga - oczywiście, że miał mieć co najmniej tyle samo słów odpowiedzi na to, co docierało do niego z ust dziewczyny.
Nawet wtedy, kiedy jednocześnie starał się zmobilizować wszystkie swoje siły do tego mostka-nie-mostka czy czymże to było. Z pewnością czymś. Czymś, co za chuja mu nie wyszło, bo gdzieś po drodze poplątał się o własne nogi, tracąc równowagę i dosyć mocno uderzając plecami o ziemię. Sapnął głośno, mimo to próbując przewrócić się na bok. Zwalić ją z siebie, wygrać, bo przecież przegrana nie wchodziła w grę.
Nie znosił przegrywać. Nie w dziedzinach, w których uważał się za specjalistę. W końcu nie pierwszy raz tarzał się z kimś po ziemi. Za to zdecydowanie po raz pierwszy robił to tak intensywnie ze swoją dziewczyną, nie próbując doprowadzić przy tym do niczego innego niż tylko wyswobodzenia się z jej coraz bardziej intensywnego uścisku.
Nie chciał przyznać, że złapała go w potrzask. Że jej noga zdecydowanie zbyt mocno owinęła się wokół niego, że nie był w stanie wyślizgnąć się z tego chwytu, szczególnie gdy dołożyła do niego swoją rękę. Wyciągnęła lewe ramię, by założyć mu chwyt. Nie miał możliwości poruszenia prawą dłonią, bo w dalszym ciągu mu ją blokowała. Lewa też przestała wchodzić w grę, więc w teorii powinien być w impasie, prawda?
Normalnie pewnie nie wiedziałby, co zrobić. A jednak w tej chwili był pijany. Na tyle pijany, aby nie do końca panować nad swoimi instynktami. Jasne, nie chciał jej zrobić krzywdy. W żadnym momencie by tego nie zrobił, ale przecież nie mógł przegrać, prawda?
Spróbował więc kolejny raz przewrócić ich tak, by znalazł się na niej. Już leżeli obok siebie na bokach, owinięci wokół siebie, więc mógł spróbować zachować się jak żuk. Przetoczyć się z nią, korzystając z jej owiniętych wokół niego ramion i braku podparcia z tyłu. Przyprzeć ją do ziemi. Jeśli to się jednak nie udało, trzykrotnie uderzył nogą o ziemię, sygnalizując poddanie walki.

AF (III) - przetaczamy się? tylko w przypadku 100 na kościach, ech
Rzut Z 1d100 - 5
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 7
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
15.01.2025, 22:45  ✶  

Była to bardzo zacięta walka, nie ma się co dziwić, skoro mierzyły się ze sobą dwa osły, które nie potrafiły odpuścić. Sama siła woli jednak nie wystarczała, musiało to nieść ze sobą faktyczne umiejętności. Jedno i drugie je miało, ale, ktoś z nich musiał być lepszy. Nie dało się mieć identycznego poziomu. Zależało jej na tym, aby udowodnić mu, że tą osobą była ona. Nie wyobrażała sobie innego scenariusza.

Nie kiedy już wpadł w jej uścisk, gdy Geraldine w końcu znalazła się na górze. Dzielnie walczył, próbował sięgać po różne metody, nie poddawał się, ale ona wiedziała, że nie mogło się to zakończyć inaczej, jak tylko i wyłącznie jej zwycięstwem. Może brakowało jej skromności, ale w tym wypadku nie uważała tego za coś złego.

Poświęciła wiele czasu na to, aby faktycznie mieć pewność, że jej ciało nigdy jej nie zawiedzie. Jasne, korzystała z broni, zaklęć, różnych sztuczek, ale najważniejsza była jej sprawność fizyczna. Od tego w dużej mierze zależało to, czy uda jej się przeżyć polowania. Nie mogła sobie pozwolić na momenty słabości, bo mogło ją to naprawdę wiele kosztować. Nie osiadała na laurach, wręcz przeciwnie, naprawdę dużo czasu spędzała na tym, aby być jeszcze lepszą, zależało jej na tym, aby inni wiedzieli, że nie można jej lekceważyć, chciała zostać najpotężniejszą łowczynią tego pokolenia. Miała wrażenie, że znajduje się bardzo blisko celu.

Roise na pewno miał doświadczenie w podobnych sytuacjach, nie wątpiła w to, że wdawał się w bójki, w końcu skądś miał te swoje nowe blizny, które udało jej się zauważyć, gdy znaleźli się pod prysznicem. Tyle, że to mogło nie wystarczyć do tego, aby ją pokonać, nie to na pewno nie miało wystarczyć.

Usrała się, wyjątkowo się usrała. Nie myślała już jasno, adrenalina spowodowana tym rzuconym między nich wyzwaniem krążyła jej w żyłach i powodowała, że liczyło się tylko to, aby go pokonać.

- Zobaczymy, jeszcze będziesz prosił o to, żebym z Ciebie zeszła. - Jasne, nic nie musiał, zdawała sobie z tego sprawę, chciała mu jednak pokazać, że powinność trochę różni się od przymusu. W dupie miała to, że coby się nie działo nie zamierzał dać jej wygrać. Jeśli trzeba będzie to nawet odrobinę zbyt mocno go dotknie, by pokazać mu, że nadszedł moment, w którym nie znajdzie innego wyjścia.

- Przez pewien czas sny były jedynym, co mi pozostało. - Tak, miała go tutaj teraz, mogła zmienić przebieg ich zabawy, wykorzystać okazję, że znajdują się tak blisko siebie, ale to nie był odpowiedni moment. Nie kiedy wkrótce miało się wyjaśnić to, które z nich wygra te starcie.

Jakimś cudem jej długa noga owinęła się wokół jego ciała ponownie. Udało się Yaxleyównie również bardzo mocno oprzeć przedramię w okolicach jego szyi. Nachyliła się wtedy nad nim, tak, że niemalże dotykała jego nosa swoim nosem, patrzyła mu w oczy, a na jej twarzy malował się ogromny uśmiech.

Wiedziała, że znalazł się w potrzasku, tym razem w takim z którego nie miał już jak się wyswobodzić, czy się na to zgadzał, czy nie, sytuacja była bardzo jasna - wygrała.

Usłyszała dźwięk nogi, która uderzała o ziemię. Poddał się, może nie wypowiedział tych magicznych słów, ale sytuacja była jasna. Faktycznie udało jej się to zwyciężyć.

Cóż, skoro nadeszła ta wiekopomna chwila, zsunęła się z niego i padła tuż obok na ziemię. Roześmiała się głośno, zadowolona ze swojego sukcesu. Co ona mu jeszcze obiecywała? Że jak go złapie, to przywiąże go do drzewa... Ta, jasne nie miała pojęcia, gdzie jest jej różdżka, więc musiała pozostawić tę część zabawy na później.

Aktualnie więc leżała na ziemi i śmiała się w głos, szczęśliwa, że udało się jej osiągnąć cel. Była zmęczona, nie dało się tego nie zuważyć, musiała uspokoić oddech, nogi jej drżały, bo sporo siły włożyła w to, aby utrzymać go w jednym miejscu, okazało się jednak, że wszystko co robiła miało sens, bo udowodniła, że była od niego lepsza.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
16.01.2025, 00:04  ✶  
- Ta, jasne - niemalże parsknął na to śmiechem. - To sobie na to poczekasz, moja droga - skwitował znacząco, w żadnym razie nie zamierzając wypowiadać słów, których od niego oczekiwała.
Nie, nie zamierzał błagać jej, by z niego zeszła. W żadnym z możliwych sensów. Ani tym teraz, ani tym znacznie bardziej przez niego dopuszczalnym, ale w tej chwili przesuniętym na drugi plan. Tak jak i on zamierzał przesunąć dziewczynę ze swojego ciała. Ba, zrzucić ją na dywan i spierdolić na czterech tak jak jej to zakomunikował. Może nie wprost, ale doskonale wiedział, że znała jego plan.
Dostrzegł to w jej oczach za pierwszym razem, gdy spróbowała założyć mu ten iście uliczny chwyt. Od tamtej pory natomiast niewiele się zmieniło. W dalszym ciągu kotłowali się na ziemi pośród kurzu i pierza z rozerwanej poduszki. Żadne ani myślało o tym, aby odpuścić. Zresztą to nie było nic dziwnego, prawda?
Byli siebie warci. W tym wypadku, co prawda, trudno było stwierdzić czy to był bardziej komplement, czy coś na kształt zawoalowanej obelgi. W końcu oboje dosyć mocno usrali się przy wygranej, nie robiąc sobie zbyt wiele ze sposobu, w jaki zamierzali ją osiągnąć. Posuwali się do coraz dziwniejszych kroków, coraz bardziej nieskoordynowanych ruchów. Do czegoś, na co raczej nie patrzyło się w poważny sposób.
Daleko było temu do jakiejkolwiek bójki. To nie były techniki stosowane w ulicznej walce. Nie były temu nawet ani trochę bliskie, bo nawet w stanie upojenia alkoholowego i przy tak głębokiej chęci zwycięstwa nie zamierzali zrobić sobie przecież krzywdy, nie?
Jasne, uderzenia o podłogę bolały. Tąpnięcie na dywan nie było zbyt przyjemne. Wbicie paznokci w skórę również nie należało do najbardziej lubianych przez niego chwytów, szczególnie gdy nie było związane z tym, o czym postanowiła tak otwarcie mu teraz wspomnieć. Uniósł brwi, posyłając jej trochę dłuższe spojrzenie, choć w dalszym ciągu wił się i kręcił, nie zamierzając ulec temu chwilowemu czarowi.
- Nadal wspominasz tamten maj? Nie sądziłem, że jesteś taka sentymentalna, Yaxley - wypalił, nawet jeśli doskonale wiedział, że nie miała na myśli sześćdziesiątego szóstego.
Mimo wszystko nie potrafił się powstrzymać. Liczył bowiem na to, że dzięki temu będzie w stanie zbić ją z tropu. Rozproszyć dziewczynę na tyle, że uda mu się jeszcze jakoś wyswobodzić z jej mocnego chwytu. Nadal miał nadzieję pokazać jej, że zadarła z niewłaściwym człowiekiem, że był naprawdę trudnym przeciwnikiem, że niczym nie odbiegał od poziomu, który prezentowała podczas swoich polowań.
A jednak musiał odpuścić. Z ciężkim, urywanym oddechem, aż za dobrze wiedząc, że znalazł się w kompletnym impasie i nie był już w stanie zrobić wiele więcej niżeli zatupać nogą o podłogę...
...wreszcie odpuścił. Rzecz jasna nie zamierzał uznać przegranej na głos. Wyłącznie nieznacznie wywrócił oczami, unosząc wzrok ku sufitowi, gdy Geraldine zsunęła się z niego na podłogę.
- Łajza - mruknął w jej kierunku, opadając płasko na plecy i oddychając ciężko, pozwalając na to, by unormował mu się oddech.
Potrzebował odsapnąć zanim w ogóle mógłby zrobić cokolwiek innego niż leżeć plackiem na podłodze, wpatrując się w sufit i wciągając powietrze w płuca. Wdech i wydech. Nie przetarł czoła z potu, czując jak jego policzki w dalszym ciągu pieką od krwi buzującej w naczynkach. Z pewnością był czerwony. Bez wątpienia był także rozczochrany i wygnieciony, ale...
...nie wściekły. Wbrew wszystkiemu, co deklarował, nie czuł zawodu czy irytacji. Poczucie porażki nie kłuło go w piersi. Nie był naburmuszony, nie czuł konieczności wymamrotania czegoś, co choć trochę zmyłoby gorycz z jego języka, bo wcale jej nie czuł. Nawet wtedy, kiedy usłyszał pierwszą salwę śmiechu Geraldine.
Zamiast tego sam mimowolnie uniósł kąciki ust, bo czuł się... ...dobrze. Czuł się naprawdę dobrze. Był zmęczony i zziajany, adrenalina w dalszym ciągu krążyła w jego żyłach, świat nadal kręcił mu się przed oczami, ale to nie było nic złego. To było wirowanie przypominające pobyt na karuzeli w magicznym lunaparku. W jednej z tych gigantycznych kręcących się filiżanek, w której siedział mając niespełna trzy czy cztery lata.
Tak i wtedy jak teraz czuł się po prostu szczęśliwy. Ni mniej i ni więcej. Bez nadmiernego analizowania otaczającej go rzeczywistości. Z kurzem skrzącym się w powietrzu i promieniami słonecznymi wpadającymi przez rozchylone zasłony. Nie patrzył na Rinę, ale jej śmiech, choć wariacki i niekontrolowany, brzmiał dla niego kojąco. Melodyjnie i szczerze - jak coś, dla czego usłyszenia mógł faktycznie odpuścić ten jeden raz.
Nie przegrał. Nie w taki sposób. Nie, gdy jednocześnie w dalszym ciągu czuł się jak zwycięzca, bo w końcu doprowadził ją niemalże do łez rozbawienia. Tych samych, na które wreszcie skierował wzrok. Obrócił się na bok ku Yaxleyównie. Przetoczył się powoli i ze stłumionym jękiem, bo chyba obił sobie jednocześnie i kręgosłup, i kość ogonową.
Przeniósł na nią błyszczące, po prostu ciepłe spojrzenie, nie mówiąc ani słowa, tylko bardzo ostrożnie wyciągając kciuk ku jej twarzy, żeby zetrzeć opuszką drobne kropelki z kącików jej oczu.
Równie powoli przypatrując się własnemu palcowi zanim bez wahania wsunął go sobie do ust. Nie po to, by zlizać stamtąd słoność (choć bez wątpienia i to zrobił), tylko po to, żeby w kolejnej chwili tym samym kciukiem zetrzeć odrobinę kurzu z policzka ukochanej. A potem bezwiednie jeszcze mocniej uniósł kąciki ust, zaczynając się śmiać...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
16.01.2025, 01:44  ✶  

- Potrafię być cierpliwa. - Tak, jasne, kto jak kto, ale ona na pewno. Była istnym przeciwieństwem cierpliwości, można o niej mówić, że była w gorącej wodzie kąpana. Najchętniej usłyszałaby te słowa właśnie w tej chwili, ale jeśli jeszcze nie zamierzał rezygnować nie miała nic przeciwko temu. Mogła zaczekać chwilę, albo dwie, byleby tylko w końcu usłyszeć te słowa padające z jego ust. Nie wątpiła w to, że to ona zwycięży, teraz już nie. Mógł nadal próbować, ale miały to być już tylko i wyłącznie nic nie znaczące próby. Poczuła się bardzo pewnie i miała ku temu podstawy.

Nie metoda była najważniejsza, a cel. Miała w nosie to, że jej czyny z boku mogły wyglądać dość pokracznie, ciekawe, czy ktokolwiek inny był w stanie odnaleźć się w podobnych warunkach... Przyszło im się ścigać w salonie, pełnym przeszkód, musieli korzystać z tego, co nawinęło się pod rękę.

Starała się w miarę nad sobą panować, pojawił się moment, w którym chętnie wbiłaby mu swój łokieć pod żebra, ale tego nie zrobiła, bo przecież to nie była prawdziwa walka, nie chciała faktycznie go skrzywdzić, gdyby tak było sięgnęłaby po zupełnie inne chwyty, nie zależało jej aż tak na wygranej, jasne przypadkowo może wbiła mu paznokcie w nadgarstek, ale jakieś straty spowodowane tym tarzaniem się po podłodze musiały się pojawić. Na szczęście - nie były zbyt wielkie. Pomimo tego, że bardzo chciała zwyciężyć to jakoś udało jej się ograniczyć niektóre z zapędów.

- Najwyraźniej nadal potrafię Cię zaskoczyć. - Nie miała pojęcia, czy faktycznie zdarzyło się to w maju sześdziesiątego szóstego, nie do końca kojarzyła daty, wspomnienia rysowały jej się bardzo dokładnie, tyle, że nie wszystkie z nich potrafiła umieścić w czasie. Wydawało jej się jednak, że to nie mógł być tamten maj, bo wtedy raczej nie rozmawiali o śmierci, to był czas kiedy byli bardzo szczęśliwi i beztroscy, sam początek ich jakże burzliwego związku.

Złapała się na tym, że zaczęła nieco odpływać, próbowała odszukać w pamięci te wspomnienia, o których mówił, nie mogła robić jednak tego w tym momencie. Dosyć szybko wróciła duchem do ciała, bo przede wszystkim powinna skupić się na tym, aby jej chwyt nadal był pewny. Nie zamierzała wypuścić go z rąk, to była dopiero parszywa zagrywka - na szczęście nieudana.

W końcu doszło do tego na co czekała. Dźwięk tupania o podłogę dotarł do jej uszu - wygrała. Mogła odpuścić. Była zadowolona z takiego rozwoju sytuacji i oczywiście nie zamierzała tego ukrywać. Przecież właśnie o to im chodziło. Mieli ustalić, kto był lepszy.

- Może i Łajza, ale Twoja. - Wymsknęło jej się. Nie powinna tego mówić, bo przecież tak naprawdę nic ich już nie łączyło, jednak zatraciła się w tej krótkiej chwili, podczas której wrócili do tego, co mieli kiedyś.

Zachowywali się w końcu tak, jakby te półtora roku przerwy wcale im się nie przytrafiło, jakby nadal byli przyjaciółmi. Naprawdę jej tego brakowało, z nikim nigdy nie bawiła się tak dobrze, jak z nim. Czy w ogóle istniała na tym świecie inna osoba, z którą mogłaby odbyć taki wyścig po domu? No nie, nie było szans, aby ktoś inny niż Roise zrobiłby z nią coś takiego.

Oddychała głęboko i powoli, musiała nieco się ogarnąć, bo po tym alkoholu, który spożyli ten wysiłek fizyczny był dosyć mocno wyczerpujący. Nie żałowała jednak niczego - udowodniła to, co chciała, więc wszystko poszło po jej myśli. Była zadowolona z takiego obrotu wydarzeń, chociaż nieco zmęczona.

Bolały ją przede wszystkim kolana, jebła dosyć mocno o podłogę, dywan tego nie zamortyzował, ale jakoś sobie poradzi z tymi drobnymi niedogodnościami.

Nie przestawała się śmiać, szczególnie kiedy zwróciła uwagę na bałagan, który panował w salonie. Nieco tutaj narozrabiali, ale było to warte tego ich całkiem zabawanego starcia. Gorzej, że później to oni będą musieli ogarnąć ten syf, na szczęście póki co była pijana i nieszczególnie ją to interesowało.

Próbowała się uspokoić, ale szło jej to dość toporonie. Cała ta sytuacja... cóż, była bardzo wyjątkowa. Zdecydowanie ochujali skoro rozegrali to we własnym domu, ale czego więcej można się było po nich spodziewać?

Do jej uszu dotarł jęk, który wydał z siebie odwracający się w jej stronę Ambroise, dopiero wtedy postanowiła mu zawtórować i również znalazła się na boku. Oczy jej błyszczały, wyglądała jak siedem nieszczęść po tym turlaniu się po podłodze, ale była szczęśliwa. Nie dało się tego ukryć.

Poczuła dotyk opuszki jego kciuka na swojej twarzy, najwyraźniej musiała coś na niej mieć? To było prawdopodobne, w końcu zdążyli wytarzać się w pierzu i w kurzu. To było miłe, przyjemne ciepło zaczęło jej się rozchodzić po całym ciele, dawno nie towarzyszyły jej podobne uczucia. Niczym się nie przejmowała, właściwie wszystko wydawało się teraz takie proste i realne.

- Pojebało nas do reszty, co nie? - Skomentowała jeszcze po tym, jak i on wybuchnął śmiechem. Nie dało się ukryć, że zachowali się bardzo dojrzale doprowadzając do tej całej sytuacji, najważniejsze jednak, że byli u siebie i nikt poza nimi nie miał pojęcia, co właściwie się wydarzyło.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
16.01.2025, 02:41  ✶  
Parsknął donośnie słysząc słowa Geraldine. Ona? Cierpliwa? Równie dobrze mógł użyć tego określenia w stosunku do siebie samego, jednak nawet on nie był chyba na tyle bezczelny, by to teraz zrobić. W istocie mógł zarzucić jej zupełne smocze łajno płynące z tych słów. Nie była cierpliwa, znał ją na tyle dobrze, aby zdawać sobie z tego sprawę.
A jednak zamiast jej to wytknąć, zaśmiał się jedynie pod nosem, jednocześnie podejmując kolejne próby wyswobodzenia się spod nacisku Yaxleyówny, bo to było dla niego teraz najważniejsze. Nie to, aby wytykać jej zupełną niepoprawność. To, by rzeczywiście wygrać tę potyczkę.
Mimo to musiał się poddać. Zaskoczyła go nie tylko swoimi słowami. Nie tylko uporem, który przecież tak doskonale znał. Powinien spodziewać się, że nie próżnowała, że tak jak on skupiła się na wszystkim, co mogłoby pozwolić jej zapomnieć. A jednak dał się podejść. Otoczyć udami i ramionami, zamknąć w pułapce, osaczyć.
- Może i moja, ale wciąż łajza - nie zaprzeczył, gdy powiedziała te słowa.
Nie zareagował przecząco, nie zrobił nic, by powiedzieć jej, że przecież już nie była jego. Nie powinna nazywać się jego łajzą, tak samo jak on nie powinien reagować na to uśmiechem. Nie powinien jej dotykać, wyciągać ku niej dłoni, dotykać miękkiego policzka. Nie należeli już do siebie. A jednak?
Leżeli na podłodze otoczeni miękkim światłem padającym na dywan przez okno. Jedne z ostatnich promieni odchodzącego lata oświetlały ich sylwetki, rozlewając się wokół rozczochranych włosów Geraldine. Jego pełne czułości spojrzenie wędrowało po jej twarzy, zatrzymując się na jej oczach w tym samym momencie, w którym Ambroise opuszką palca starł odrobinę kurzu z twarzy Yaxleyówny.
Nie mógł pozbyć się wrażenia, że w pewnym sensie rzeczywiście powrócili do tamtego pamiętnego lata sześćdziesiątego szóstego roku, kiedy pojawili się tu po raz pierwszy. Młodzi i zakochani. Nie myślący o nikim ani niczym innym. Pełni tego entuzjazmu, nadziei na przyszłość, patrzący na życie przez różowe okulary.
Wtedy też zdarzyło mu się ją gonić. Pamiętał tamte chwile na plaży. To, w jaki sposób chwytał ją wtedy w ramiona. To jak triumfalnie rzucił się z nią w wodę, ignorując ogarniające ich zimno i wodorosty płaczące się między palcami stóp. Wszystkie te momenty, kiedy odkrywali się po raz pierwszy. Kiedy ścigał się z nią po piasku, żyjąc, nie tylko egzystując.
Miał wtedy raptem dwadzieścia siedem lat. Niecałe, dwadzieścia sześć z kawałkiem. Dla niektórych całkiem poważny wiek. Dla niego? Pierwszy taki czas. Pierwszy i jedyny moment, kiedy się w kimś zakochał. Gdy poddał się ogarniającym go uczuciom, nawet nie próbując z nimi walczyć, no po co?
Mieli być razem już zawsze, na zawsze. Miała być jego domem a on jej. Swoją wzajemną bezpieczną przystanią. Jedyną stabilną i pewną rzeczą w życiu, bo przecież się kochali. Nie było co do tego ani krzty wątpliwości. Ani chwili zawahania czy zastanowienia.
Być może on sam potrzebował jeszcze wielu tygodni, by wtedy w trakcie tej rozmowy w kuchni pierwszy raz wyrzucić z siebie kocham cię. Być może zbyt rzadko jej to mówił, nigdy nie przykładając wielkiej wagi do wypowiadanych słów a zbyt dużą do składanych deklaracji.
W ostatnich miesiącach uświadamiał sobie, ile razy powinien coś uczynić, ale tego nie zrobił. Ile szans utracił przez własne zaniechanie. Ile razy nie powiedział czegoś, co powinno paść z jego ust, bo gdzieś tam z tyłu głowy wypychał to w niebyt, twierdząc, że przecież i tak wiedziała.
Żałował tego. Podczas tych wszystkich ciemnych, zimnych i samotnych nocy. Wtedy, kiedy próbował odgonić własne demony, poszukując ciepła gdzieś, gdzie nigdy go nie było. W obcych ramionach, w fałszywych uśmiechach, w chwilach nie wartych zapamiętania. Nic nigdy nie miało równać się nawet takim chwilom jak ta.
Patrzył na nią, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy. Kształt jej ust, sposób, w jaki włosy opadały na czoło Geraldine, delikatny cień, który grał na jej zaróżowionych policzkach. Błękit oczu, te maleńkie kropelki potu na czole i dekolcie, każdy nawet najdrobniejszy detal.
Przełknął ślinę, zaczepując tchu. Nie był w stanie powstrzymać tego spojrzenia, nie potrafił ukrywać tego, co czuł w tej jednej chwili, w której znaleźli się tak blisko siebie. Alkohol nie pomagał w zachowywaniu maski. Nie ułatwiał niczego prócz tego, co tak bardzo chciało wydostać się na zewnątrz. Miękkiego spojrzenia zielonych oczu będących w tej chwili portalami do duszy, dwoma błyszczącymi lustrami odbijającym najszczerszą prawdę.
Cofnęli się do sześćdziesiątego szóstego. Do sześćdziesiątego czwartego. Do zagubionego, po części utraconego sześćdziesiątego piątego. Do pięćdziesiątego ósmego, który nie był im dany. Jeszcze wcześniej, jeszcze dalej w czasie i w przestrzeni. Do tych wszystkich momentów, w których należeli do siebie nawzajem, nawet jeśli nie zdawali sobie z tego sprawy.
Patrzył na nią z czułością, z zachwytem dostrzegając jak promienie słońca tańczą na jej włosach, tworząc złote refleksy. Bez namysłu wyciągnął ku niej rękę, jednocześnie znowu zaczerpując tchu.
- Mhm - odmruknął, wpatrując się w te błękitne oczy. - Do reszty. Ale co z tego? - W istocie, czy naprawdę musieli się tym przejmować?
Naprawdę nie sądził, by tak było. By musieli teraz drążyć tak głęboko, zastanawiać się nad konsekwencjami tego, że zachowywali się nie tak jak powinni, bo kto tak właściwie ustalał to, co powinni? No, właśnie. W tej jednej chwili ponownie byli odpowiedzialni za własne życie. W tej jednej chwili po raz kolejny było ono czymś niosącym nadzieję, nawet jeśli tylko złudną. Chwilą zapomnienia. Momentem, w którym ani przez chwilę nie wahał się przed tym, by musnąć palcami jej policzek, zahaczając kciukiem o dolną wargę Riny.
- Kocham cię, wariatko, zawsze będę cię kochać - zbyt rzadko jej to mówił, tłumacząc się tym, że to wiedziała.
A przecież powinien to powtarzać, prawda? Każdego jebanego dnia. Do końca ich świata, który już nadszedł, nawet jeśli teraz o tym nie mówili.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
16.01.2025, 17:52  ✶  

Yaxleyównie często brakowało autorefleksji, to był właśnie jeden z takich momentów, bo nie ma się co oszukiwać wolałaby dostać wszystko na czym jej zależało od razu, mogła opowiadać bajki o swojej cierpliwości, ale bardzo dobrze zdawała sobie sprawę, że ona nie istniała. Zresztą, gdyby była bardziej cierpliwa to może pozwoliłaby mu się ponownie wymknąć spod swojego ciała, a tego nie robiła, wręcz przeciwnie coraz mocniej dociskała go do podłogi.

Nie umykało jej to, że nie odpuszczał. Nadal próbował się wierzgać, tyle, że to nie miało najmniejszego sensu, nie kiedy naprawdę mocno przyparła go swoimi udami do ziemi. Mało kto by sobie z tym poradził, bo nie da się ukryć uda Yaxleyówny były naprawdę wyjątkowe.

Ostatni czas spędziła przede wszystkim na doskonaleniu swoich umiejętności. Nie miała nic innego do roboty, więc poświęcała niemalże każde wolne chwile na to, by stać się jeszcze bardziej wysportowaną, nie, żeby miała tu zbyt wiele do nadrobienia, ale wychodziła z założenia, że zawsze może być silniejsza. Zresztą aktywność fizyczna była w jej przypadku dobrym wyborem jeśli chodzi o zajęcie myśli, nie skupiała się wtedy na tych wszystkich niepowodzeniach, tylko zatracała w tych ćwiczeniach, które sama sobie narzucała.

- Myślałam, że się do tego przyzwyczaiłeś. - To nie powinno być nic nowego. Geraldine nie należała do grona osób, które odpuszczały, nawet jeśli chodziło o niego, wręcz przeciwnie, w przypadku Ambroisa jeszcze mocniej zależało jej na udowodnieniu swojej racji, bo miała świadomość, że trudno jest to zrobić. Tak jak okna - gdy się na coś usrał to nie było zmiłuj. Słowne argumenty nie miały w tym przypadku żadnego sensu, więc po prostu musiała mu pokazać, kto ma rację. Tym razem udowodniła, że ona z czego była niesamowicie dumna, bo to oznaczało, że jej treningi przynoszą oczekiwane efekty. Stawała się coraz silniejsza, poradziła sobie w końcu z całkiem trudnym do pokonania przeciwnikiem i to po pijaku.

Podłoga nie należała może do tych najwygodniejszych, ale skupiała się na tym, by w końcu uspokoić oddech, pozwolić ciału odpocząć po tej dość wyczerpującej gonitwie. Ten wyścig nie trwał może jakoś długo, ale był bardzo intensywny, nawet jak na nią, pełen zwrotów akcji, o których nawet nie myślała. Nie spodziewała się, że ich salon może się okazać takim atrakcyjnym torem przeszkód. Może nie wyglądał aktualnie najlepiej, bo raczej było mu blisko do pobojowiska, właściwie to chyba nawet trochę nim był. Urządzili sobie przecież drobne zapasy.

Czuła, że zrobiło się między nimi inaczej, jakby przekroczyli jakąś niewidzialną granicę i przestali zupełnie przejmować się tym wszystkim o czym rozmawiali jeszcze zupełnie niedawno. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, a nawet wydawało jej się to właściwie. Była zdania, że niepotrzebne myślenie może doprowadzić ludzi do zguby, więc zazwyczaj po prostu tego nie robiła. Miło, że Ambroise pozwolił sobie do niej dołączyć. Byli nawaleni, nie było sensu skupiać się na problemach, które zapewne wrócą do nich gdy otrzeźwieją. Szkoda byłoby nie wykorzystać tej okazji, kiedy mogli poczuć się jak dawniej, kiedy rzeczywistość nie była taka okrutna.

Można było odczuć wrażenie, że zachowywali się jak dawniej, jak ja samym początku ich znajomości. Zaślepieni zupełnie nowym uczuciem, nie przejmujący się tym, co działo się wokół nich, odcięci od świata, zatracający się po prostu w swojej obecności. Teraz też to robili, a przy okazji zdecydowanie świetnie się bawili. Nie dało się temu zaprzeczyć, bo Roise też się śmiał, ona niemalże płakała ze śmiechu, więc obydwoje byli zadowoleni z tego, co się między nimi teraz działo, chociaż czy w ogóle coś się działo? Po prostu zapomnieli o tych wszystkich sprawach przez które nie mogli wrócić do tego co kiedyś mieli. To nie było nic nie naturalnego, dawniej przecież ciągle się tak zachowywali.

Nigdy nie miała mu za złe tego, że raczej miarkował się w słowach. Wiedziała, że wszystkie gesty świadczyły o tym, co do niej czuje. Nikt nigdy się tak o nią nie troszczył, nie opiekował nią - zdawała sobie sprawę co to oznacza. Jasne, czasem przez nieodpowiednia dochodziło między nimi do spięć, ale to nie było nic wielkiego. Nie oczekiwała nigdy, że Ambroise się zmieni pod tym względem, zresztą nie wyobrażała go sobie jako typa srającego słodkimi słówkami. To do niego nie pasowało i było im do niczego niepotrzebne, bo po prostu wiedziała. Zdawała sobie sprawę, była pewna, że czują do siebie to samo, to było niezaprzeczalne.

- Nic z tego, chociaż tak właściwie to wiesz, szykuj się Słońce, muszę tylko znaleźć kuszę i zakończymy ten odwieczny spór. - Złapanie Roisa miało być przecież dopiero początkiem. Skoro zrobiła A to teraz wypadało przejść do punktu B, który nadal miała na swojej liście. Nie zapomniała o nim, chociaż aktualnie raczej średnio miała ochotę wstać, bo całkiem miło jej się leżało na tej podłodze, tuż obok niego, gdy wpatrywał się w nią tymi swoimi zielonymi oczami.

Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, nie spodziewała się takich wyznań po tej ich dziwnej gonitwie, błękitne oczy błyszczały jej, gdy się w niego wpatrywała, dobrze było wiedzieć, że nadal ją kochał, ostatnio padało to z jego ust częściej niż wcześniej, co było zadziwiające, bo przecież nie mogli być razem, więc nie powinien jej tego powtarzać, bo za bardzo uwierzy w to, że to nie była tylko krótka chwila wyrwana ich smutnej rzeczywistości.

- Też Cię kocham, Ośle. - Sięgnęła dłonią do jego tworzy, aby schować mu za ucho pasmo włosów, które spadało mu na oczy, później odruchowo zatrzymała dłoń na jego policzku i zaczęła nią po nim gładzić. Dobrze było znów czuć to przyjemne ciepło pod opuszkami palców.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (8724), Geraldine Greengrass-Yaxley (7239)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa