Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Poranek przyniósł kolejną porcję wrześniowego chłodu. Choć do rozpoczęcia astronomicznej jesieni były jeszcze ponad dwa tygodnie, nawet bez otwierania okna w sypialni dało się dostrzec, że na zewnątrz musiało być zimno. Drobne kropelki wody skraplały się na szybach a gęsta mgła otulała wrzosowiska. W bieli otaczającej nadmorski dom nie dało się dostrzec nawet skrawka skalistego klifu czy zarysów krzewów w ogródku. Wszystko spowijała gęsta zasłona wilgoci.
Ambroise sam nie wiedział, co sprawiło, że otworzył oczy. Czy były to pierwsze promienie słońca wpadające do pokoju przez nie do końca zaciągnięte zasłony. Gwałtowny powiew wiatru, który trzasnął zewnętrznymi okiennicami gdzieś w którymś z pomieszczeń na dole. Niebo dostrzegane przez niego za oknem było błękitne. Nie było chmur, które mogłyby po nim pędzić, ale ledwo widoczne liście winorośli porastającej jedną ze ścian przy sypialni falowały w podmuchach.
W pomieszczeniu było ciepło. Może nie gorąco, bo ogień w kominku na dole zapewne zdążył już dawno wygasnąć a inne źródło ogrzewania zamontowane tu przez poprzednich właścicieli szwankowało od lat. Jeszcze w czasach, gdy bywali tu częściej niż rzadziej i wtedy, gdy na stałe przenieśli się do Whitby, podejmowali niezliczone próby poradzenia sobie z tym problemem. Oczywiście, bez wzywania odpowiedniego fachowca, bo Roise wręcz uparł się, że sam doskonale da sobie radę.
Rzecz jasna - nie dał, nawet jeśli wielokrotnie zarzekał się, że nie była to kwestia jego personalnych zdolności czy wiedzy a raczej złośliwość rzeczy martwych (i mugolskich, szczególnie mugolskich). Starał się dojść do sedna problemu nawet tamtej pamiętnej wiosny, gdy wszystko ostatecznie się spierdoliło.
A teraz budząc się w ciepłym, lecz powoli ziebnącym pomieszczeniu, niemalże jęknął z frustracji. Tym bardziej, że zimno, które niechybnie miało niedługo ogarnąć sypialnię nie było jego jedynym problemem. Tak, zaczęło kąsać jego nagą skórę, gdy wystawił czubek stopy poza obrys miękkiej kołdry, jednak jeszcze na ten moment nijak mu nie przeszkadzało. Dużo gorsze było tępe łupanie w czaszce.
Kac. Miał kaca. Nie pamiętał, kiedy ostatnio przyszło mu czuć się w ten sposób. Zmrużył oczy przed zdecydowanie zbyt jasnym światłem, wydając z siebie niezadowolony pomruk i prawie w tym samym momencie naciągając poduszkę na głowę. Wcisnął czoło w miękką szyję obejmowanej przez niego dziewczyny, chwilowo jeszcze nie podejmując próby wyswobodzenia sztywniejącego lewego ramienia spod jej głowy.
Nie planował się od niej odsuwać. Nie miał nawet najmniejszego zamiaru udawać, że było mu źle z tym, do czego kolejny raz doprowadzili poprzedniego popołudnia i w nocy. Prawdę mówiąc, dawno nie czuł się tak dobrze. No, abstrahując od kaca mordercy wprawiającego go teraz w raczej średni nastrój.
Jasne, schlał się w trzy dupy, raz za razem doprawiając swój stan przy pomocy znalezionej snowdońskiej księżycówki. Od powrotu do domu z wrzosowiska zachowywał się co najmniej nieodpowiedzialnie, całkowicie ignorując świadomość, że jego trzeźwiejąca wersja nie będzie z tego powodu zbyt zadowolona.
W efekcie teraz napierdalała go nie tylko głowa, lecz także kręgosłup, kość ogonowa, prawy bark i nadgarstek noszący ślady paznokci wbitych mu w skórę podczas popołudniowego starcia. Czuł łupanie w głowie, suchość w gardle i miał światłowstręt.
Bezwiednie przewrócił się na bok, usiłując znaleźć wygodniejszą pozycję. Wcisnął sobie zdjętą z głowy poduszkę za plecy, jednocześnie prawą nogą i tym samym ramieniem przygniatając Geraldine, o którą oparł się jeszcze bardziej, zatapiając twarz w jej włosach i znowu mamrocząc nieskładnie.
No cóż, przynajmniej nie miał moralniaka.
Spróbował ponownie zasnąć, żeby przespać pierwsze chwile powrotu do trzeźwości ciała i umysłu, i chyba nawet poniekąd mu się to udało, bo gdy ponownie się obudził w pomieszczeniu było już zdecydowanie chłodniej.
Słońce w dalszym ciągu znajdowało się nisko. Musiało minąć dwadzieścia, może trzydzieści minut, ale dom zaczął robić się coraz zimniejszy a Ambroise, choćby chciał, nie mógł już zmrużyć oka.
To znaczy - w dalszym ciągu mrużył je od światłowstrętu, ale ponowne zaśnięcie nie wchodziło już w grę. Poza tym miał zadanie do wykonania, doskonale pamiętając swoje zapewnienia, że zajmie się tą kwestią. Kolejny raz nieskładnie burknął pod nosem, ostrożnie wyciągając rękę spod głowy dziewczyny i wstając z łóżka. Naprawdę starał się być cicho.
Tyle tylko, że średnio mu to wychodziło. Ostatecznie jedynie oplątał się szlafrokiem, schodząc boso po schodach i tłumiąc kurwę w ustach, gdy zorientował się, że wewnątrz brakuje drewna. Zagryzł zęby, wyślizgując się w tym stanie na zewnątrz i w kolejnych minutach skupiając się na naniesieniu kawałków drzewa do domu i ponownym rozpaleniu zarówno w piecu, jak i w kominku. Coś musiało zadziałać.
Przez ten czas zdążył już się rozbudzić, zamiast kawy łykając eliksir trzeźwiący, choć zdawał sobie sprawę, że jego działanie nie miało zagwarantować mu całkowicie bezbolesnego dnia.
Planował zabrać się za śniadanie, tym razem zdecydowanie zamierzając zagwarantować im obojgu coś dostatecznie tłustego i sycącego, aby jakoś przeżyli ten poranek. Markotnie poruszając się po kuchni, zaczął wyciągać kolejne składniki, gdy coś kolejny raz przyciągnęło jego uwagę.
Nie do końca wiedział, co to było, ale mimo wszystko przystanął w miejscu, niemalże strzygąc uszami. W kolejnej chwili pokonał schody po dwa stopnie na raz, otwierając drzwi do sypialni i rzucając spojrzenie na kołdrę na podłodze. Nie pytał. Nie musiał.
- Ciiii - wymamrotał, bez wahania wciskając się na łóżko, jednocześnie po drodze chwytając kołdrę, żeby okryć ich oboje, chroniąc ciała przed zimnem w dalszym ciągu walczącym z rozpalającym się kominkiem.
- Jest dobrze. Wszystko jest dobrze - nie zastanawiał się zbytnio, gdy zamknął ją w swoich objęciach, jednocześnie bezwiednie chwytając Geraldine za lewą rękę i przyciskając ją sobie do piersi. - Dobrze, jest dobrze. Jest dobrze - być może zazwyczaj sam w to nie wierzył.
Ostatnio częściej niżeli rzadziej był w stanie wmówić sobie, że jeszcze miało być pięknie, ale nie w tej chwili. To nie był jeden z tych momentów zwątpienia. To nie był czas na to, by analizować trudną i ponurą rzeczywistość, posępnie patrząc w przyszłość. Nie, nie teraz. Teraz, gdy trzymał w ramionach mocne, a jednak wciąż rozdrgane ciało dziewczyny, nie starał się być racjonalny. Po prostu kołysał ją z boku na bok, opierając wargi na jej rozczochranych włosach i mrucząc słowa, które nie miały żadnego sensu, jednocześnie mając go naprawdę wiele.
Chciał nimi odgonić nocne mary, czymkolwiek były. Wszystkie te nocne demony, wszelkie wątpliwości, każdą nawet najmniejszą myśl, która sprawiała jej ból. Nieświadomie pocierał dłońmi chłodne ramiona Yaxleyówny, raz za razem przechylając ich to w jedną, to w drugą stronę.
Był ciepły. Jego naga pierś nie była tak zimna jak wtedy tej pamiętnej nocy w salonie. Tym razem biło od niego jego własne ciepło i żar niedawno rozpalanego kominka, którego dymny zapach zostawił ślad na skórze i we włosach Greengrassa pachnących też solą morską po pobycie na zewnątrz i pieprzem przesypywanym do młynka w kuchni, który kilka minut wcześniej prawie zwalił sobie na głowę. Milczał, nic nie mówił. Po prostu był, bo powinien być. Tak jak to kiedyś poprzysiągł. Tym razem nie złamał obietnicy.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down