• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[03.09.1972] Seasons don't fear the reaper || Ambroise & Geraldine

[03.09.1972] Seasons don't fear the reaper || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
16.01.2025, 17:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:47 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

03.09.1972, poranek, Whitby, Piaskownica

Poranek przyniósł kolejną porcję wrześniowego chłodu. Choć do rozpoczęcia astronomicznej jesieni były jeszcze ponad dwa tygodnie, nawet bez otwierania okna w sypialni dało się dostrzec, że na zewnątrz musiało być zimno. Drobne kropelki wody skraplały się na szybach a gęsta mgła otulała wrzosowiska. W bieli otaczającej nadmorski dom nie dało się dostrzec nawet skrawka skalistego klifu czy zarysów krzewów w ogródku. Wszystko spowijała gęsta zasłona wilgoci.
Ambroise sam nie wiedział, co sprawiło, że otworzył oczy. Czy były to pierwsze promienie słońca wpadające do pokoju przez nie do końca zaciągnięte zasłony. Gwałtowny powiew wiatru, który trzasnął zewnętrznymi okiennicami gdzieś w którymś z pomieszczeń na dole. Niebo dostrzegane przez niego za oknem było błękitne. Nie było chmur, które mogłyby po nim pędzić, ale ledwo widoczne liście winorośli porastającej jedną ze ścian przy sypialni falowały w podmuchach.
W pomieszczeniu było ciepło. Może nie gorąco, bo ogień w kominku na dole zapewne zdążył już dawno wygasnąć a inne źródło ogrzewania zamontowane tu przez poprzednich właścicieli szwankowało od lat. Jeszcze w czasach, gdy bywali tu częściej niż rzadziej i wtedy, gdy na stałe przenieśli się do Whitby, podejmowali niezliczone próby poradzenia sobie z tym problemem. Oczywiście, bez wzywania odpowiedniego fachowca, bo Roise wręcz uparł się, że sam doskonale da sobie radę.
Rzecz jasna - nie dał, nawet jeśli wielokrotnie zarzekał się, że nie była to kwestia jego personalnych zdolności czy wiedzy a raczej złośliwość rzeczy martwych (i mugolskich, szczególnie mugolskich). Starał się dojść do sedna problemu nawet tamtej pamiętnej wiosny, gdy wszystko ostatecznie się spierdoliło.
A teraz budząc się w ciepłym, lecz powoli ziebnącym pomieszczeniu, niemalże jęknął z frustracji. Tym bardziej, że zimno, które niechybnie miało niedługo ogarnąć sypialnię nie było jego jedynym problemem. Tak, zaczęło kąsać jego nagą skórę, gdy wystawił czubek stopy poza obrys miękkiej kołdry, jednak jeszcze na ten moment nijak mu nie przeszkadzało. Dużo gorsze było tępe łupanie w czaszce.
Kac. Miał kaca. Nie pamiętał, kiedy ostatnio przyszło mu czuć się w ten sposób. Zmrużył oczy przed zdecydowanie zbyt jasnym światłem, wydając z siebie niezadowolony pomruk i prawie w tym samym momencie naciągając poduszkę na głowę. Wcisnął czoło w miękką szyję obejmowanej przez niego dziewczyny, chwilowo jeszcze nie podejmując próby wyswobodzenia sztywniejącego lewego ramienia spod jej głowy.
Nie planował się od niej odsuwać. Nie miał nawet najmniejszego zamiaru udawać, że było mu źle z tym, do czego kolejny raz doprowadzili poprzedniego popołudnia i w nocy. Prawdę mówiąc, dawno nie czuł się tak dobrze. No, abstrahując od kaca mordercy wprawiającego go teraz w raczej średni nastrój.
Jasne, schlał się w trzy dupy, raz za razem doprawiając swój stan przy pomocy znalezionej snowdońskiej księżycówki. Od powrotu do domu z wrzosowiska zachowywał się co najmniej nieodpowiedzialnie, całkowicie ignorując świadomość, że jego trzeźwiejąca wersja nie będzie z tego powodu zbyt zadowolona.
W efekcie teraz napierdalała go nie tylko głowa, lecz także kręgosłup, kość ogonowa, prawy bark i nadgarstek noszący ślady paznokci wbitych mu w skórę podczas popołudniowego starcia. Czuł łupanie w głowie, suchość w gardle i miał światłowstręt.
Bezwiednie przewrócił się na bok, usiłując znaleźć wygodniejszą pozycję. Wcisnął sobie zdjętą z głowy poduszkę za plecy, jednocześnie prawą nogą i tym samym ramieniem przygniatając Geraldine, o którą oparł się jeszcze bardziej, zatapiając twarz w jej włosach i znowu mamrocząc nieskładnie.
No cóż, przynajmniej nie miał moralniaka.
Spróbował ponownie zasnąć, żeby przespać pierwsze chwile powrotu do trzeźwości ciała i umysłu, i chyba nawet poniekąd mu się to udało, bo gdy ponownie się obudził w pomieszczeniu było już zdecydowanie chłodniej.
Słońce w dalszym ciągu znajdowało się nisko. Musiało minąć dwadzieścia, może trzydzieści minut, ale dom zaczął robić się coraz zimniejszy a Ambroise, choćby chciał, nie mógł już zmrużyć oka.
To znaczy - w dalszym ciągu mrużył je od światłowstrętu, ale ponowne zaśnięcie nie wchodziło już w grę. Poza tym miał zadanie do wykonania, doskonale pamiętając swoje zapewnienia, że zajmie się tą kwestią. Kolejny raz nieskładnie burknął pod nosem, ostrożnie wyciągając rękę spod głowy dziewczyny i wstając z łóżka. Naprawdę starał się być cicho.
Tyle tylko, że średnio mu to wychodziło. Ostatecznie jedynie oplątał się szlafrokiem, schodząc boso po schodach i tłumiąc kurwę w ustach, gdy zorientował się, że wewnątrz brakuje drewna. Zagryzł zęby, wyślizgując się w tym stanie na zewnątrz i w kolejnych minutach skupiając się na naniesieniu kawałków drzewa do domu i ponownym rozpaleniu zarówno w piecu, jak i w kominku. Coś musiało zadziałać.
Przez ten czas zdążył już się rozbudzić, zamiast kawy łykając eliksir trzeźwiący, choć zdawał sobie sprawę, że jego działanie nie miało zagwarantować mu całkowicie bezbolesnego dnia.
Planował zabrać się za śniadanie, tym razem zdecydowanie zamierzając zagwarantować im obojgu coś dostatecznie tłustego i sycącego, aby jakoś przeżyli ten poranek. Markotnie poruszając się po kuchni, zaczął wyciągać kolejne składniki, gdy coś kolejny raz przyciągnęło jego uwagę.
Nie do końca wiedział, co to było, ale mimo wszystko przystanął w miejscu, niemalże strzygąc uszami. W kolejnej chwili pokonał schody po dwa stopnie na raz, otwierając drzwi do sypialni i rzucając spojrzenie na kołdrę na podłodze. Nie pytał. Nie musiał.
- Ciiii - wymamrotał, bez wahania wciskając się na łóżko, jednocześnie po drodze chwytając kołdrę, żeby okryć ich oboje, chroniąc ciała przed zimnem w dalszym ciągu walczącym z rozpalającym się kominkiem.
- Jest dobrze. Wszystko jest dobrze - nie zastanawiał się zbytnio, gdy zamknął ją w swoich objęciach, jednocześnie bezwiednie chwytając Geraldine za lewą rękę i przyciskając ją sobie do piersi. - Dobrze, jest dobrze. Jest dobrze - być może zazwyczaj sam w to nie wierzył.
Ostatnio częściej niżeli rzadziej był w stanie wmówić sobie, że jeszcze miało być pięknie, ale nie w tej chwili. To nie był jeden z tych momentów zwątpienia. To nie był czas na to, by analizować trudną i ponurą rzeczywistość, posępnie patrząc w przyszłość. Nie, nie teraz. Teraz, gdy trzymał w ramionach mocne, a jednak wciąż rozdrgane ciało dziewczyny, nie starał się być racjonalny. Po prostu kołysał ją z boku na bok, opierając wargi na jej rozczochranych włosach i mrucząc słowa, które nie miały żadnego sensu, jednocześnie mając go naprawdę wiele.
Chciał nimi odgonić nocne mary, czymkolwiek były. Wszystkie te nocne demony, wszelkie wątpliwości, każdą nawet najmniejszą myśl, która sprawiała jej ból. Nieświadomie pocierał dłońmi chłodne ramiona Yaxleyówny, raz za razem przechylając ich to w jedną, to w drugą stronę.
Był ciepły. Jego naga pierś nie była tak zimna jak wtedy tej pamiętnej nocy w salonie. Tym razem biło od niego jego własne ciepło i żar niedawno rozpalanego kominka, którego dymny zapach zostawił ślad na skórze i we włosach Greengrassa pachnących też solą morską po pobycie na zewnątrz i pieprzem przesypywanym do młynka w kuchni, który kilka minut wcześniej prawie zwalił sobie na głowę. Milczał, nic nie mówił. Po prostu był, bo powinien być. Tak jak to kiedyś poprzysiągł. Tym razem nie złamał obietnicy.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
16.01.2025, 20:59  ✶  

Nadeszła kolejna noc, którą spędzili wspólnie w tym domu. Tym razem właściwie, nie tak jak dzień wcześniej. Każde z nich znajdowało się na swoimi miejscu. Nie miała pojęcia, jak dzień wcześniej mogli dopuścić do tego, aby Ambroise został na kanapie. Nie zdarzało im się to nigdy, nawet podczas najgorszych kłótni. Skoro dali sobie czas na to, by odpocząć wspólnie w tym miejscu, to powinni robić to właściwie, w jedyny odpowiedni sposób. Faktycznie razem.

Yaxleyówna spała, po swojej prawej stronie łóżka, jak to miała w zwyczaju. Noc była dla niej wyjątkowo spokojna, nie męczyły ją koszmary, spowodowane to było zapewne odpowiednim znieczuleniem, wlali w siebie bowiem dzień wcześniej sporo alkoholu, który potrafił odsunąć wszystkie złe myśli, no i znalazła się w tym łóżku u jego boku, jakoś tak miała, że kiedy znajdował się obok to nie miewała problemów ze snem. Tak było kiedyś i powtarzało się to teraz. Dziwne, chociaż, czy faktycznie, aż tak dziwne? To nie było nic nietypowego, bezpieczne miejsce, osoba, której najbardziej ufała u jej boku, nie potrzebowała nic więcej, aby faktycznie pozwolić sobie odpłynąć.

Potrzebowali snu, bo te kilka ostatnich dni i nocy było dla nich bardzo intensywne, mieli tu odpocząć, a sen był przecież jedną z naijstotniejszych części odpoczynku.

Nie poczuła, kiedy wyciągnął jej rękę spod głowy i wyszedł z łóżka. Geraldine spała jak zabita, zdecydowanie właśnie tego potrzebowała. Zresztą zazwyczaj tak to wyglądało, Roise wstawał pierwszy, przygotowywał śniadanie, a ona pojawiała się w kuchni dopiero, gdy wszystko było gotowe.

Kiedy opuścił pomieszczenie jej sen przestał być spokojny, zabawne, że jej ciało i umysł potrafiły reagować na to tak intensywnie.

Pojawił się koszmar, jeden z wielu, to też nie było dla niej niczym nowym, tak już miała. Podczas snu pojawiały się demony, które nie dawały jej spokoju. Tym razem po raz kolejny był to Thoran, który śmiał się w jej twarz, sugerował, że wcale nie wygrała tej walki, że jak zawsze wszystko spierdoliła i niedługo dosięgną ją konsekwencje.

Nie miała pojęcia o tym, że jej krzyki były takie głośne, chociaż właściwie to musiały być, bo przecież i ją zdołały obudzić. Próbowała uspokoić oddech, kiedy została wyrwana ze snu, jednak szło jej to bardzo topornie, nie była tutaj jednak sama, ledwie otworzyła oczy zobaczyła Roisa, który wrócił do łóżka, by się nią zająć.

Musiała być bardzo głośna, trochę jej było przez to wstyd, bo nie zniosiła robić wokół siebie takiego zamieszania, jej ciało nadal drżało, mimo tego, że wziął ją w swoje ramiona. To był bardzo intensywny sen i bardzo prawdziwy, miewała już podobne i to było w tym najgorsze, spodziewała się, że znikną, że to już się nie powtórzy, jak widać i tego nie mogła być pewna.

Było jej zimno, czuła chłód, który ogarnął jej ciało. Nie wiedziała, czym to było spowodowane, czy tym, że zrzuciła z siebie ciepłą kołdrę, czy po prostu emocjami, które ją ogarnęły. Ciepło ciała Roisa było przyjemne, trochę obawiała się tego, że może mu je odebrać, bo przecież to miała w zwyczaju - niszczyła wszystko, co było dobre, samoistnie, nawet jeśli tego nie chciała.

Dopiero po chwili poczuła, że poza tym, że jest jej kurewsko zimno okropnie boli ją głowa. Niemalże od razu zamknęła oczy, bo promienie słońca, które wpadały przez szyby wyjątkowo głośno dzisiaj świeciły. Tak, alkohol, który wczoraj w siebie wlali teraz zamierzał się na niej zemścić. Westchnęła ciężko, bo czuła, że to nie będzie dobry dzień, musiała jakoś go przeżyć, tyle, że jeszcze nie wiedziała jak dokładnie powinna to zrobić.

- Nie będzie dobrze. - Nie wiedzieć czemu była tego niemalże pewna, czy to lęk po koszmarze, czy to zimno, którego nie mogła się pozbyć, coś mówiło jej, że nie ma szans, aby kiedykolwiek jeszcze było dobrze. Zniknęło pozytywne nastawienie, dobry humor, który miała jeszcze wczoraj.

Jak właściwie jeszcze miało być dobrze? Kac zdecydowanie jej nie służył, wręcz przeciwnie chyba potęgował tylko wszystkie negatywne emocje, które w niej siedziały. Przez ostatnie kilka dni naprawdę próbowała uwierzyć w to, że będzie lepiej, że jest jakaś nadzieja, a tego poranka wszystko zaczęło wydawać się nie mieć sensu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
17.01.2025, 00:31  ✶  
Starał się nie dać po sobie poznać tego jak bardzo zaskoczył go stan, w którym znalazła się Geraldine. Tego, co pomyślał w pierwszej chwili, gdy jeszcze znajdował się w korytarzu, pokonując po kilka stopni na raz, żeby wpaść do sypialni gnany przekonaniem, że stało się coś naprawdę złego.
To nie było normalne. Zazwyczaj spędzali naprawdę spokojne noce, równie błogie poranki. Jasne, od czasu do czasu zdarzało się, że było gorzej. Gdzieś tam pod osłoną nocy zdarzało się, że koszmary triumfowały nad tym spokojnym i błogim stanem, który potrafili osiągnąć śpiąc u swojego boku.
Bywało, że wracał nad ranem z pracy po to, żeby w pierwszej chwili znaleźć się w sypialni, obejmując ją ramionami i pytając o to, jak długo (i czy w ogóle) spała. Bywało trudno, lecz nie aż tak. Ostatnie miesiące przyniosły jednak coś, co teraz zaczynało wypływać, rozmywając grunt pod ich nogami.
Spodziewał się, że było trudno. Niełatwo było powrócić do przewracania się z boku na bok w zimnym, pustym łóżku. W pościeli pachnącej znajomo, a jednak obco, bo brakowało tam tej łagodnej znajomej nuty ciepła i bezpieczeństwa. Poprzednia nic spędzona przez niego na kanapie była czymś, czego nie chciał wspominać. Nie pierwszym i nie ostatnim momentem desperackiej próby ocknięcia się i wyrwania marom.
Gdy poprzedniego wieczoru powrócili do wspólnego łóżka, sen nadszedł niemalże samoistnie. Być może częściowo chodziło o wypity alkohol. On zawsze pozwalał na chwilę zapomnieć, odlecieć w krainę nieważkości, jednak przypisywanie tego przyjętym procentom byłoby czymś naprawdę żałosnym. W istocie nigdy nie chodziło o nie. Po nich i tak pojawiały się koszmary.
To była obecność nie tyle drugiego człowieka, co tej konkretnej, właściwej osoby. Jej ciepło i zapach. Miękkość ciała, uścisk ramion. Teraz starał się jej to dać na jawie. Usiłował sprawić, że dygotanie zniknie tak szybko jak się pojawiło. Przyciskał dziewczynę do siebie ignorując wszystko dookoła. Tylko ona miała teraz znaczenie.
- Będzie - odparł, starając się zabrzmieć tak jak ona wtedy, kiedy znaleźli się w może nie analogicznej, jednak na swój sposób podobnej sytuacji. - Jeszcze będzie pięknie, tak? - To też musiał jej teraz przypomnieć, nie zastanawiając się nad tym, czy we właściwy sposób zacytował tamte słowa, ale w gruncie rzeczy nawet nie starając się przywołać ich z pamięci.
Skupiał się jedynie na pierwotnym sensie tego, co mu wtedy powiedziała. Na brzmieniu tak, jakby w istocie nie tylko potrafił w to uwierzyć, lecz także właśnie to robił. Wierzył. Jakby w którymś magicznym momencie rzeczywiście postanowił dać wiarę tamtej wypowiedzi. Może nie być cholernie entuzjastycznym, nie emanować przesadną pewnością, bowiem w to zdecydowanie by mu nie uwierzyła, jednak dać Rinie poczucie, że miała wtedy rację a to on się mylił.
Próbował. Naprawdę próbował ją okłamać. Białe kłamstwo, tak? Coś, czego teraz od niego potrzebowała. Powoli kołysał ją w swoich ramionach, uważając na swoje naciągnięte i poobijane mięśnie a także na siniaki, które i ona sobie nabiła, przytrzymując ją w taki sposób, aby nie zadać jej jeszcze fizycznego bólu. Ten psychiczny, jaki ją ogarnął był wystarczająco paskudny.
Sam zaś starał się nie zaciskać zębów na ból obitej kości ogonowej ani na łupanie w krzyżu, utrzymując tak łagodny wyraz twarzy jak tylko mógł. Usiłował być. Być tak jak ona wtedy w nocy w salonie. Być - może nie mówić zbyt wiele, bo brakowało mu słów, ale wciąż znajdować się tuż przy niej.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
17.01.2025, 01:45  ✶  

Nie spodziewała się tego, że tak szybko może jej się to odmienić. Jeszcze wczoraj patrzyła na świat dosyć pozytywnie. Wystarczył jeden koszmar połączony z bólem głowy, aby nieco zmieniła swoje podejście, nie nieco, o niemalże sto osiemdziesiąt stopni.

Nie miała pojęcia skąd jej się to wzięło, może po prostu tak miało być? Pojawił się niepokój, bała się tego, że to wszystko co działo się między nimi było chwilowe, zresztą, przecież miała ku temu podstawy. Roise jasno wyznaczył granice, których chciał przestrzegać, mimo, że tego nie akceptowała to nie mogła z tym niczego zrobić, do tego dochodził fakt, że odkąd opuścili jaskinię towarzyszyło jej jakieś dziwne uczucie. Miała wrażenie, że doppelganger coś mu zrobił, że prędzej, czy później zapomni o niej, że nie będzie wiedział kim dla niego była. Może nie mieli mieć tego ponownie, ale nie umiała sobie wyobrazić tego, że on mógłby zapomnieć to wszystko co było między nimi. Te wspomnienia były jej nadzieją, gdy znikały - ona miała zniknąć. Z jego przeszłości, z ich przeszłości, to ją przerażało, bo łączyło się to ze stratą całej nadziei, która była wybudowana na tym, co ich kiedyś łączyło.

Niby czuła jego ciepło, czuła ciało przytulone do jej ciała, ale tym razem to ona zaczęła wątpić w to, czy to ma jakikolwiek sens. Co właściwie tutaj robili, po co dawał jej złudną nadzieję na to, że tak to miało wyglądać? Towarzyszyło jej dziwne uczucie, że prędzej, czy później go straci i co wtedy? Jak niby będzie miała się odnaleźć w tej szarej rzeczywistości?

- Przepięknie. - Wyszpetała cicho, bo to były jej słowa, te, które powtarzała mu jak mantrę poprzedniej nocy. Nie czuła jednak teraz, że miały jakikolwiek sens.

- Nie będzie przepięknie. - Bo mieli to wszystko stracić, tak właściwie przecież niczego nie mieli, więc czy było w ogóle po co mówić o jakiejkolwiek stracie? Nie wydawało jej się.

Nie miała pojęcia, czy on w to wierzy, mówił do niej, że będzie pięknie, ale czy te słowa miały jakikolwiek sens? Dotyk mężczyzny był jednak ciepły i przyjemny, więc bez żadnego zawahania wtuliła się w jego ciało, jakby to mogło jej w jakikolwiek sposób pomóc.

- Przepraszam. - Mruknęła jedynie cicho, nic więcej nie była w stanie powiedzieć. Za co właściwie przepraszała? Sama chyba nie wiedziała, czy za to, że musiał tu przybiec, że odciągnęła go od tego co robił, za to, że wczoraj go nieco poobijała, czy za to, że sądziła, iż jest jakakolwiek nadzieja.

Nie była w najlepszej formie, chyba coś w niej pękło przez ten koszmar, który się pojawił, w połączeniu z kacem dostarczał jej bardzo negatywnych emocji, z którymi nie umiała sobie poradzić sama.

Jasne, miło było mieć kogoś u swojego boku w tej sytuacji, tyle, że nie do końca rozumiała dlaczego to się działo. Poprzedni dzień był całkiem przyjemny, ale poprzednie? Poprzednie niosły ze sobą spore piętno i nie miała pojęcia, co było prawdziwe, a co sobie najzwyczajniej w świecie ujebała. Chciałaby, aby to wszystko było prawdą, ale wiedziała, że tak nie jest. Nic nie miało być jak dawniej - to też ustalili, dlaczego więc zachowywali się w stosunku do siebie tak, jakby nic się nie zmieniło? Nie miała pojęcia i to przestawało jej się podobać, bo zaczynała się gubić, nie umiała stwierdzić, co jest snem, a co prawdą, wszystko się rozmazywało.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
17.01.2025, 03:20  ✶  
Siedział na łóżku otulony w milczenie, które zdawało się być cięższe niż okrywająca ich puchowa kołdra. W pomieszczeniu zdążyło zrobić się trochę cieplej, jednak chłód bijący od drżącego ciała Geraldine nie pochodził z zewnątrz. Wiedział to aż nazbyt dobrze, nie musiał pytać o to, co się stało.
Obejmował ją mocno, zamykał w swoich napiętych ramionach, jednocześnie czując jak niewiele to daje. Nawet jeśli drżące ciało ukochanej wtulało się w niego, poszukując w nim oparcia, jej oddech w dalszym ciągu był płytki i niespokojny.
Wiedział, że wiedziała. Nie musiał o to pytać. Oboje mieli świadomość, że nie mógł już być tym, którym był wcześniej, ale w tej chwili pragnął, by znów mogła poczuć się bezpieczna. W tym ulotnym momencie pragnął być dla niej wszystkim, czym niegdyś mógł być. Wciąż trzymał ją blisko, jakby to miało naprawić to, co zostało zniszczone
Przytulił ją nieco mocniej, jego palce delikatnie błądziły po końcówkach jej miękkich włosów spływających po chłodnych plecach. Milczał starając się ukoić ból, którego nie mógł zrozumieć. Z tego również zdawał sobie sprawę. Ich spojrzenia na świat były zupełnie inne, mijały się gdzieś w czasie i przestrzeni.
- Jestem tu - mógłby wymamrotać, kołysząc ją powoli. - To tylko sen, kochanie. Nie ma się czego bać - być może na ułamek sekundy rzeczywiście mógłby spróbować ukoić ją tymi słowami, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to nieprawda, że rzeczywistość była pełna lęków, które nie znikały tak łatwo, bo mogły spełnić się niemalże w każdej chwili.
Żyli w ciemnym i brutalnym świecie. W czasach niepewności. W momencie tak samo przełomowym dla magicznego świata jak i druzgocącym dla wszystkich, którzy musieli mierzyć się ze zmienną rzeczywistością.
Zamiast tego milczał tak długo aż wreszcie usłyszał jej odpowiedź na te pierwsze złudne słowa.
- Skąd wiesz? - Odbił jej stwierdzenie tym jednym prostym pytaniem wymierzonym we wszystkie bezsensowne słowa padające teraz z ust Yaxleyówny.
Co prawda niemalże dokładnie te same teksty niespełna dwadzieścia cztery godziny wcześniej opuszczały również jego własne usta, jednak w tym momencie nie zwracał na to żadnej uwagi. Nie to, by nie miał tej świadomości.
Tak, był hipokrytą - to nie była żadna nowość. Wyjmował słowa z kontekstu, dopuszczał do siebie wybiórcze prawdy, manewrował rzeczywistością. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie z tego sprawę, tym bardziej, że sam w dalszym ciągu nie wierzył w jakikolwiek pozytywny aspekt nadchodzącej przyszłości. Szczególnie w związku z tym tu i teraz.
Nie było dla nich szczęśliwego zakończenia. Nie mieli pozostać tu na tak długo, żeby dać sobie dostatecznie dużo czasu, aby tak naprawdę o tym zapomnieć. Zresztą nie powinni. Im dłużej odwlekali rozstanie, tym bardziej się wzajemnie krzywdzili.
Tym trudniej było zaakceptować fakt, że nic z tego, co się między nimi działo nie było prawdziwe. Tym trudniej było zaakceptować fakt, że wszystko z tego, co się między nimi działo w istocie było prawdziwe.
Tyle tylko, że nie należało już do nich, bo tylko jedno z dwojga zasługiwało na swoje miękkie, ciepłe światło nadmorskiego poranka.
- Kiedy ostatnio sprawdzałem, nie byłaś jasnowidzem - próbował, naprawdę próbował ująć to w taki sposób, aby sama dostrzegła własną nagłą zmianę narracji.
Tak, by nie musieć potrząsnąć jej chłodnymi, drżącymi ramionami, by pozostać tak spokojnym jak tylko mógł, jednocześnie nie tracąc resztek opanowania, bo to...
...to było trudne. Patrzeć na nią w tym stanie, zdając sobie sprawę z tego, że cokolwiek by zrobił czy powiedział, miał wrażenie, że nic nie byłoby w stanie wystarczyć. Nic nie mogło zapełnić tej pustki. Odegnać demonów na dobre, wyzbyć się ich w taki sposób, aby już nigdy nie powróciły. Był tego aż nazbyt świadomi, bo byli do siebie zbyt podobni.
Przeszli nazbyt wiele. W ostatnich miesiącach uświadamiał sobie, że niektórych zniszczeń nie dało się naprawić. Niektóre pęknięcia na szklanej tafli nie były czymś, co mogłyby zalepić jakiekolwiek czyny czy słowa. Drobna siateczka pęknięć okrywała każdy fragment obrazu tworzonego przez lata.
Nawet jeśli z pozoru przypominała pajęczynę, nie była tak wytrzymała. Była krucha, bliska całkowitego posypania się pod wpływem nawet najlżejszego uderzenia. Kolejnego, ale tym razem ostatecznego. Nie mieli się po nim pozbierać.
- Ani żadną wersją czarnowidza - kontynuował mimo tej świadomości, pomimo własnego ponurego patrzenia na to wszystko, co działo się dookoła.
Poranne zderzenie z rzeczywistością było trudniejsze niż założył. Tym bardziej, że poprzedniego dnia, cóż, może nie powinien się okłamywać? Nic. Nic nie założył. Dał się ponieść chwili. Tamtym wszystkim emocjom, nagłemu zrywowi wręcz szczeniackiej radości. Wydawało mu się to słuszne. Pragnął tego, więc po to sięgnął.
Dokładnie tak jak zarzekał się, że już nigdy nie uczyni. Miesiącami próbował zachowywać się słusznie, tylko po to, żeby zniweczyć to zaledwie w przeciągu kilku chwil słabości. Błogich i radosnych, jednak w tym momencie stawiających ich oboje w obliczu świadomości, że nic, zupełnie nic nie było w stanie wymazać najboleśniejszej z prawd.
Lgnęli do siebie, mimowolnie poszukiwali swojego dotyku, obecności, ciepła, lecz nie tylko. W dalszym ciągu potrafili tak po prostu się przyjaźnić. Zachowywać się tak naturalnie, że świadomość tego piekła i bolała niczym ostre cięcie niedostrzegalne gołym okiem. Tylko przy niej potrafił zapomnieć, tylko z nią potrafił pamiętać. Usiłował to od siebie odsunąć. Odegnać to niczym kolejne widmo przeszłości. Coś niewłaściwego. A przecież wcale tym nie było, prawda?
Mimo wszystko nie czuł wyrzutów sumienia związanych z tym, co się między nimi wydarzyło. Z zeszłą nocą w swoich ramionach, z pobudką w ramionach Geraldine, z gonitwą po domu, ze wspólnym śniadaniem, jakie dla nich szykował zupełnie tak, jakby to był po prostu kolejny niedzielny poranek.
Czuł wyłącznie smutek.
- Nie rób tego - nie chciał słyszeć od niej podobnych słów, nieważne, co miała przez to na myśli.
Powoli, ale zdecydowanie ujął podbródek Geraldine w palce, jednocześnie usiłując skierować jej wzrok na swoje oczy. Kręcąc głową w milczeniu, zaczerpnął głęboki wdech, nie pozwalając sobie jednak na kolejne słowa. Nie chciał jej okłamywać. Próbował po prostu być.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
17.01.2025, 10:17  ✶  

Coraz częściej miewała podobne wahania, nie miała pojęcia z czego wynikają, pojawiały się bez żadnego ostrzeżenia, niepokój chyba dotyczył wszystkich. U niej nasiliło się to w momencie, w którym Thoran postanowił namieszać w jej życiu, wtedy wydawało jej się, że jest szansa, że może wszystko stracić, wszystko w sumie nic, bo przecież ostatnio nie miała zbyt wiele, jednak i tak się tego bała, bo nie chciała umierać, jeszcze nie.

Trochę bała się wrócić do rzeczywistości, koszmary jej przypomniały o tym, że nie może tkwić w zamknięciu na dobre, że niedługo faktycznie opuszczą to miejsce i co wtedy? Po raz kolejny miała się wpakować w sytuacje, które mogły spowodować, że odejdzie z tego świata chociażby następnego dnia, obawiała się, że nie ma dla niej lepszego jutra, że ciągle będzie za czymś gonić, a tak naprawdę sama nie wiedziała, czego pragnie. Właściwie to wiedziała, ale nie mogła tego mieć, bo przecież i o tym rozmawiali. Wszystko było tylko iluzją.

Kac nie pomagał, pulsujący ból głowy narastał, nie był szczególnie przyjemny, nie miała tendencji do tego, aby skupiać się na tym, co było złe, jednak ten poranek nieco ją przytłoczył.

Bliskość mężczyzny pomagała, chociaż zupełnie nie wierzyła w jego słowa, miała ku temu powody, nie powinien jej teraz pocieszać w ten sposób, bo przecież miał świadomość, że to były tylko słowa, które nie miały za sobą przynieść niczego konkretnego. Wypadałoby mieć nadzieję, że kiedyś będzie przepięknie, bo przecież kiedy nie było nadziei, to jak mogłoby być jeszcze cokolwiek innego.

- Czuję to. - Podskórnie wiedziała, że już niedługo znowu wszystko się rozsypie, że stanie się wrakiem człowieka, że wszystko, czego by chciała, na czym jej zależy nie zostanie jej dane. Miała przeczucie.

- Nadal nim nie jestem. - Nie musiała jednak być jasnowidzem, aby wyczuwać, że nie było już dla nich nadziei. Mocno uderzyło w nią to, co robili wczoraj, bo tamten dzień był, aż nadto przyjemny. Wszystko wydawało się takie lekkie, zapomnieli o całym świecie i dali się ponieść, a przecież to nie miało żadnego sensu, to nie powinno się powtórzyć, bo jeszcze nie będzie potrafiła zapomnieć o tym, jak mogło być dobrze. Tyle, że to nie było właściwe, nie przy tym, co działo się wokół nich.

- Nie ma czarnowidzów, ale to powinieneś wiedzieć. - Powoli się uspokajała, jej ciało przestawało drżeć, oddech był wolniejszy, spokojniejszy, nie zaciągała się już tak głęboko powietrzem. Nie mogła sobie pozwolić na kolejne chwile niepewności. Nie chciała pokazywać, jaka jest słaba. Nie powinna była tego robić. Nie znosiła wzbudzania w innych litości, a tak się teraz czuła. Biedna, zmasakrowana przez życie Yaxleyówna - nie chciała, aby widział ją w ten sposób. Musiała się ogarnąć.

Przymknęła na moment oczy i odetchnęła głęboko, tak, było lepiej. To nie tak, że te wszystkie myśli, które pojawiły się w jej głowie nagle zniknęły, bo nadal jej towarzyszyły, ale przynajmniej jej ciało postanowiło z nią współpracować, może nadal była chłodna, ale miała złudne wrażenie, że już była w stanie zapanować nad tymi odruchami, które wcześniej same się pojawiały.

Dotyk Roisa na pewno jej w tym pomagał, zawsze pomagał, jego ramiona oplatające się wokół jej ciała, ciepło, które od niego biło, tyle, że to nie powinno mieć miejsca, bo przecież nie mieli nic z tym zrobić. Reagowali na swoje zachowania odruchowo, przychodziło im to zupełnie naturalnie, tyle, że co z tego, skoro nie miało to być tym, czym było wcześniej.

Nie powinni dawać sobie złudnej nadziei. To nie miało najmniejszego sensu, była tego świadoma, ale kiedy dobrze było przez te krótką chwilę poczuć się jak wcześniej, mieć świadomość, że jest ktoś, kto się o Ciebie troszczy, kto jest w stanie po prostu być obok.

- Przepraszam, już nie będę, to mija. - Zawsze mijało, nie tak, żeby to uczucie miało zniknąć, wiedziała, że to do niej wróci, może nawet wtedy bardziej zaboli, ale musiała jakoś egzystować, więc próbowała przyjąć najwygodniejszą postawę, to nie było nic takiego, chwilowy moment słabości, nic wiecej.

- Nie będę. - Nie chciała go rozczarować, jeszcze wczoraj miała zupełnie inne podejście, dzisiaj zaatakowały ją te wszystkie wątpliwości zupełnie znienacka.

Próbowała się skupić tylko na tym, że był tu przy niej, póki co miała go przy sobie. Resztą będzie się martwić później, kiedy znowu będzie sama, wtedy demony będą mogły wziąć to, po co przychodziły. Spoglądała w jego oczy i próbowała odnaleźć w nich spokój, jak robiła to już wiele razy wcześniej, to pomagało - teraz, wiedziała, że jest to tylko chwilowe, ale na tym się skupiła. Nie było sensu rozgrzebywać tego wszystkiego, to nie był odpowiedni moment. - Dziekuję. - Za to, że znalazł się obok, kiedy go potrzebowała, to przyniosło oczekiwany efekt, przynajmniej tymczasowo.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
17.01.2025, 13:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2025, 13:36 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Zdawał sobie sprawę z tego, że te wszystkie chwile, które spędzali tu razem w Piaskownicy były tylko chwilowym złudzeniem. Iluzją, której nie mogli się trzymać. Prędzej czy później mieli opuścić wychłodzone mury nadmorskiego domu, bo to nie była już ich bezpieczna przystań. Wiedział o tym nawet, gdy tego ranka schodził do kuchni, walcząc z zakwasami, naciągniętymi mięśniami i kacem. Wyczuwał inność tego miejsca. Zupełnie tak, jakby gdzieś po drodze i tutaj wkradł się cień zewnętrznego świata.
Wszystkie zabezpieczenia, każdy drobny element, wszelkie starania poczynione ku temu, aby uczynić z Whitby ich ostoję najpewniej już nie istniały albo były na granicy zatracenia. Być może gdzieś tam jeszcze pozostał drobny fragment czegoś, co kiedyś zrobili. W końcu minęło półtora roku. Aż i tylko. Niektóre zaklęcia były tak silne, że powinny przetrzymać próbę czasu. Tyle tylko, że gdy przestawały być związane intencjami, czy wtedy nie słabły i nie rozmywały się w powietrzu?
Każdy pokój, w którym miał okazję znaleźć się sam, gdy ona jeszcze spała - pierwszy raz od dawna przebywając tu tak długo, nawet biorąc pod uwagę tamtą przelotną wizytę z dokumentami. Pomieszczenia, po których przeszedł się z rana tylko po to, by spróbować rozchodzić ciało, ostatecznie jednak zadając sobie tym samym nieprzemyślane rany na duszy. Wszystko przypominało mu o utraconej przeszłości, nieistniejącej przeszłości i teraźniejszości, która z bladym światłem poranka na powrót przestała być kolorowa.
Sądził, że dali sobie chwilę ukojenia. Coś, czego oboje potrzebowali. Na kilka momentów odnaleźli w sobie dwójkę dawnych ludzi. Wtedy to działało. Nie zastanawiali się nad niczym, co sprawiło, że przez kilka godzin zachowywali się zupełnie tak, jakby w dalszym ciągu to był ich dom. Leniwa sobota, beztroski weekend nad morzem, długie godziny spędzone przed kominkiem a potem w łóżku. Absurdalne rozmowy na najbardziej dziwaczne tematy, jakie tylko były w stanie przelecieć im przez głowę.
Dawno nie był tak szczęśliwy jak przez ten czas. W jednej chwili na moment zapomniał o miesiącach brodzenia przez coraz to głębsze bagno. Zatapiania się w nie z początku po pas, teraz już nawet nie dostrzegania powierzchni.
Domyślał się, co mogła przeżywać Geraldine zanim obudziła się z krzykiem. Nie pytał jej o to, bo jeśli sama nie zamierzała mu o tym mówić, on nie zamierzał wpychać szponów w te rany. Nie chciał szarpać ich ponownie. Obejmował ją ramionami, próbując dać jej tę odrobinę ciepła, którego potrzebowała.
- Najwyraźniej patrzę na jedynego w swoim rodzaju - odparł, starając się zachować cichy i spokojny ton głosu. - Co mnie nie dziwi, bo w końcu jesteś wyjątkowa - tym razem nie zamierzał dodawać do tego żadnego określenia ani podkreślać tego, że oboje tacy byli.
Wielokrotnie to sobie powtarzali. Podkreślali ten fakt zarówno na serio, jak i w żartach. Mówili o tym, jakby to było coś niesamowitego. W istocie chyba było? Tyle tylko, że teraz niosło im różnie dużo radości, co i trosk, bo przez tę wyjątkowość nie potrafili już patrzeć na świat w ten sam sposób. Każde miało swoje racje i przekonania.
- Przestań mnie przepraszać - nieznacznie pokręcił głową, mimowolnie posyłając jej karcące spojrzenie. - Chuja a nie mija. Nie próbuj mi wciskać kitu - ani nie dziękuj, bo nic kurwa nie zrobiłem.
Przytulił ją mocniej, obejmując jej ramiona swoimi dłońmi. W dalszym ciągu przytrzymywał palcami jej podbródek, jednocześnie oddychając głęboko, by zniwelować kaca, który mu doskwierał.
Z całych sił próbował nie myśleć o tym, co minęło, o ich wspólnych marzeniach, które rozpadły się na kawałki. Teraz w tej chwili byli tylko dwojgiem ludzi, którzy kiedyś się kochali, a jednak wciąż musieli zmierzyć się z rzeczywistością. Nie chciał, by to było bardziej bolesne niż musiało być.
- Mieszają w głowie, prawda? Jakby rzeczywistość nagle przestała mieć sens - nie musiała dawać mu odpowiedzi. - Mówią, że w nocy wszystkie lęki stają się rzeczywistością, ale to bardziej jak cień, który nie chce odejść, nawet gdy świta - sam nie wiedział, do czego zmierzał, poza tym, że był w tym cholernie poetycki.
Nigdy nie był dobry w takie rzeczy, nie potrafił pocieszać ludzi, nawet tych najbliższych. Więc po prostu zamilkł, kręcąc głową.
- Parszywe gówno - było tym, co jednocześnie oddawało istotę rzeczy i wciąż było niedopowiedzeniem...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
17.01.2025, 19:12  ✶  

Trudno jej było zaakceptować to, że za chwilę to stracą. Wczorajszy dzień spowodował, że wiele wspomnień wróciło, przede wszystkim tych dobrych, co nie do końca służyło jasnemu myśleniu, bo skoro było im razem tak dobrze, to dlaczego tak po prostu zaakceptowali to, co nadeszło? Nie chcieli walczyć, pogodzili się z tym, że nie czekało na nich szczęście.

Wyciągnęła wczoraj z niego dużo informacji, kiedy wlała mu do kawy ten nieszczęsny eliksir, ale nie do końca spodziewała się tego, co usłyszy. Nadal ją kochał, nadal mu na niej zależało, ale nie chciał, żeby byli razem, nie chciał mieszać jej w swoje sprawy. Próbował jej opowiadać o tym, jakim to był złym człowiekiem - ale nadal nie umiała w to uwierzyć, nadal nie potrafiła na niego spojrzeć w taki sposób, może wtedy byłoby jej łatwiej, cóż, nie zamierzała jednak zmieniać swojego zdania. Dla niej był idealny, był w końcu jej wszystkim, przez bardzo długi okres czasu, a teraz nie miała już niczego.

Nie chciała dzielić się z nim swoimi troskami, i tak już poświęcił jej wiele uwagi, opiekował się nią, pomagał jej w sprawach, które nie powinny go dotyczyć. Przez to ich drogi znowu się splątały, pewnie doszłoby do tego prędzej, czy później, tyle, że żałowała, że trafiło akurat na moment, w którym była cieniem własnej siebie. Brakowało jej dawnej beztroski i lekkości, miesiące, które przeżyła samotnie dosyć mocno ją napiętnowały.

- Tak, bardzo wyjątkowa. - Aktualnie była na etapie wyjątkowego spierdolenia, ale tego nie dopowiedziała, bo nie sądziła, aby to było potrzebne. Miała mętlik w głowie, nie miała pojęcia, co będzie dalej, jak się wszystko potoczy. Obawiała się cholernie powrotu do rzeczywistości, ale o tym też wolała nie wspominać, bo dużo lepiej było nadal tkwić w tym, co aktualnie sobie dawali, chociaż przez chwile pozwolić sobie zapomnieć o tym, co na nią czekało.

- Nie lubię być taka. - Dlatego przepraszała, że widział ją w stanie, w którym wolałaby, aby nikt jej nie oglądał, to nie było nic dobrego. Zdecydowanie łatwiej jej było radzić sobie z tym samej, chociaż w sumie radzenie sobie to było zbyt wiele powiedziane. Jakoś zawsze udawało jej się przetrwać te momenty słabości, trwało to krócej, lub dłużej, ale jakoś się w tym odnajdywała. Nie chciała, aby ktokolwiek na to patrzył.

- Kiedyś musi minąć. - W końcu nie powinno się to ciągnąć przez wieczność. Na pewno przyjdzie moment, w którym poczuje się pewniej, gdy przestanie ją to niepokoić. Musiało tak być, inaczej pewnie szybciej, niż później ja to wykończy, a tego by nie chciała.

- Tak, mieszają w głowie, chociaż aktualnie czuję się, jakbym była zawieszona poza rzeczywistością. - Nie miała pojęcia, czy już mu o tym wspominała, ale to, co robili tutaj tylko jeszcze bardziej mieszało jej w głowie, traciła już chyba całą kontrolę, jaką miała nad swoim życiem i zaczynało jej to przeszkadzać, tyle, że za bardzo chciała znowu być blisko, aby reagować. Sami to sobie robili. Ponownie mierzyli się z tym, co stracili.

- One ciągle się gdzieś czają, czekają na odpowiedni moment, żeby zaatakować. - Nie zdarzało się to tylko i wyłącznie w nocy, te myśli potrafiły ją nawiedzać podczas najbardziej prozaicznych czynności.

- Nie podoba mi się, że to tak bardzo rozumiesz. - Oznaczało to bowiem, że miał tak samo jak ona, a życzyłaby Roisowi jednak wszystkiego, co najlepsze, a nie mierzenia się z takim gównem. Najwyraźniej i ona i on byli na to skazani, chuj wie dlaczego, bo przecież nie robili niczego złego, a jednak obrywali. Zabawne, że gdy byli razem wszystko wydawało się być łatwiejsze, a teraz każde z nich mierzyło się ze swoim własnym, wielkim gównem.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
17.01.2025, 21:56  ✶  
Pokręcił głową. Tym razem dużo bardziej intensywnie niż wcześniej, obdarzając Geraldine naprawdę poważnym spojrzeniem.
- Jesteś najbardziej wyjątkową osobą, jaką znam - wbrew pozorom nie musiał się specjalnie wysilać, aby powiedzieć te słowa, przyszły mu tak samo naturalnie jak druga część zdania. - A przypominam ci, że siebie też znam - zaznaczył, bowiem przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że rzadko kiedy był w stanie ująć sobie, aby podkreślić znaczenie własnych słów.
Jednakże teraz to zrobił. To w istocie była jedna z tych nielicznych chwil, kiedy bez namysłu wydobył z siebie te słowa. Zupełnie tak jak wtedy na samym początku lata, gdy znaleźli się tu po raz pierwszy, jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, jak istotne będzie dla nich to miejsce.
- Tylko nie powtarzaj tego Ministrowi - tym razem nawet bardzo nieznacznie się uśmiechnął, co prawda tylko pod nosem, bardzo lekko unosząc kąciki ust, ale mimo wszystko poczuł coś na kształt niemrawego rozbawienia.
Nie miał zielonego pojęcia czy Geraldine w dalszym ciągu utrzymywała szerszy kontakt z ich wspólnym przyjacielem. Jasne, spotykali się na urodzinach Fabiana, bo byli jego chrzestnymi, jednak prócz tego Ambroise wolał nie pytać a Cornelius nigdy nie poruszał tematu swojej aktualnej relacji z Yaxleyówną.
W pewnym sensie tak było trochę lepiej. Widzieć się dwa razy do roku, nie częściej, wymuszając na sobie tą całą względną neutralność. Trzymać się na dystans, nawet jeśli przestrzeń kamienicy przy Horyzontalnej nie pozwalała na zbyt wiele ruchów. Przeżyć kilka godzin wewnętrznej męczarni, po czym wrócić do domu...
...albo w istocie nie - wcale tam nie wracać, bo przecież nie zrobił tego, gdy wyszedł z mieszkania Lestrange'a wtedy wczesną wiosną. Zimą nie mieli okazji się zobaczyć. Teraz już zdawał sobie sprawę z tego, że nie było jej wtedy w kraju, jednak w tamtym momencie nie mógł przełknąć tego wewnętrznego zawodu. Naprawdę chciał ją zobaczyć.
Tak mocno jak unikać wszelkich możliwości kontaktu, bo gubił się we wszystkim, co czuł na samą myśl o znalezieniu się obok siebie. Paradoksalnie w znacznie lżejszy sposób niż w tej chwili. Nie tak blisko, bo przez te wszystkie miesiące naprawdę usiłował nie dopuszczać do siebie myśli, że tęsknił za tym, co mieli.
Zadziwiające jak łatwo dali ponieść się chwili. Sądził, naprawdę starał się twierdzić, że to nigdy się nie stanie. Tym bardziej słysząc o Eriku Longbottomie, wydawało mu się to niemożliwe. Wręcz wykluczone, stracone. Nieważne, jak bardzo pragnąłby, by było inaczej.
Zamierzał wzmocnić wszystkie ściany wokół siebie nie tylko po to, żeby nie dać jej się prześlizgnąć (zresztą wybierał wmawianie sobie, że i tak tego nie chciała). Również po to, żeby samemu nie wyślizgnąć się poza narzucone sobie granice. Przecież się znał. Mógł zapierać się rękami i nogami, że i bez tego miałby dostatecznie silną wolę.
I co? Co by sobie wtedy powiedział? Co miał powiedzieć sobie w tej chwili, gdy pomimo tego całego dystansu, wszelkich starań, znaleźli się w swoich ramionach? Mając świadomość, że to było najwłaściwsze i zarazem najbardziej niewłaściwe uczucie?
- Nie musisz się taką lubić. Wystarczy, że ja to robię - odpowiedział powoli, nie mając na myśli tego stanu, w którym się teraz znalazła, lecz coś znacznie głębszego.
Kochał ją. Wielokrotnie to powtarzał a jedna chwila niekontrolowanej słabości nie mogła tego zmienić. Nie miała naruszyć niczego, co się między nimi wydarzyło. Nie wpływała na to, w jaki sposób patrzył na Yaxleyównę. Tego, że może nie mówił tego na głos, ale mogła pozwolić sobie przy nim na to, czego potrzebowała. Nawet jeśli to było zupełne pogrążenie się we wrażeniu zawieszenia poza rzeczywistością.
- Nie mówię, że nie minie. Mówię, że teraz nie mija - zaprzeczył, bo przecież nie był ślepy i doskonale dostrzegał, kiedy faktycznie odczuwała wyraźną ulgę, kiedy zaś tylko to przed nim udawała.
Nie musiała wmawiać mu, że te wszystkie lęki zaczęły ustępować. Ba, nie była w stanie mu tego wmówić. Być może nie zadawał pytań tam, gdzie sama nie chciała mu o wszystkim powiedzieć. Starał się to rozumieć i nie drążyć, dopóki to ona sama nie zdecyduje o otwarciu się przed nim. Mógł zaczekać. Mógł tak po prostu tu być.
- Wiem - czy musiał dodawać coś więcej?
Coś prócz dotyku ramienia, którym w dalszym ciągu obejmował dziewczynę, palcami drugiej dłoni wreszcie puszczając jej podbródek, lecz nie po to, by odsunąć je z twarzy Riny. Wręcz przeciwnie. Bardzo delikatnie przesunął kciukiem po jej dolnej wardze, lekko o nią zahaczając i mrużąc oczy. Zamknął je dosłownie na ułamek sekundy. Dłużej niż wskazywałoby na mrugnięcie, bardziej celowo.
Kiedy ponownie na nią spojrzał, jego tęczówki nadal pozostały ciemne i matowe. Oczy wciąż były przekrwione. Powieki nadal mu ciążyły, wory pod nimi wcale nie zniknęły. Ta drobna czułość i pozwolenie sobie na zaczerpnięcie tchu w istocie niewiele zmieniły, ale gdy się odezwał, brzmiał trochę spokojniej.
- Cóż, to nie pierwsza i nie ostatnia rzecz, która ci się we mnie nie podoba - rzucił podejrzanie lekkim tonem, przekrzywiając głowę i wzruszając ramionami, jednak w jego oczach brakowało w tym momencie zwyczajowego łobuzerskiego błysku.
Udawał. Grał. Starał się wciągnąć ją w jakąś rozmowę, spróbować ją jakoś pocieszyć. Tyle tylko, że za cholerę nie wiedział jak powinien to robić. Kiedyś takie rzeczy też miewały miejsce. Ich życie nigdy nie było usłane różami, ale niektóre zachowania przychodziły mu wtedy znacznie łatwiej. Miał wrażenie, że wtedy robił to dużo bardziej intuicyjnie.
Obecnie nie mógł postępować w zgodzie z własną intuicją. Częściowo świadomie, po części nieświadomie spychał te odruchy gdzieś daleko poza jaźń. Tak, by nie myśleć o tym, czego chciał czy wręcz potrzebował, zachowując się ze wszech miar właściwie.
Tyle tylko, że trudno było myśleć perspektywicznie, gdy nie dostrzegało się żadnych perspektyw.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
18.01.2025, 00:10  ✶  

Mimowolnie kącik ust drgnął jej w uśmiechu. Wiedziała, ile go to kosztowało, Ambroise nie miał w zwyczaju rzucać podobnych słów na wiatr, rzadko kiedy stawiał kogoś za samym sobą, w jej przypadku zawsze wyglądało to inaczej. Dostrzegał w niej coś więcej, coś, czego nikt inny nie był w stanie zobaczyć, zresztą patrzył też na nią tak, jakby nikt inny nie istniał. Znowu to robił, chociaż nie powinien, to nie było wskazane, nie w sytuacji w jakiej się znaleźli. - Nie musisz mi o tym przypominać, wiem jak to wygląda. - Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, iż Roise należał do osób, które były bardzo mocno przekonane o swojej własnej wartości, w sumie to nawet czasami mu nieco tego zazdrościła, bo ona mimo tego, że była też mocno pewna siebie, to nie potrafiła tego robić, aż w taki sposób. To, że postawił ją przed sobą, cóż, to też na pewno było wyjątkowe.

- Nie ma szans, to będzie naszą tajemnicą. - To, co działo się w Whitby miało pozostać w Whitby, przynajmniej tak się jej wydawało, szczególnie, że gdy rozmawiali o przyszłości poza murami tego domu raczej w niej siebie nie widzieli, nie razem. Starała się to zaakceptować, zresztą co innego miała zrobić, walić głową w mur, który Roise próbował wokół siebie wybudować? Nie teraz, teraz zachowywał się zupełnie inaczej, ale nie sądziła, że to miało znaczenie w dłuższej mierze. Kiedyś opuszczą Piaskownicę, rozejdą się każde w swoją stronę i przestaną być dla siebie kimś. Ten czas zbliżał się nieuchronnie, nie mogli trwać tu w zawieszeniu nieskoniecznie.

Jakimś cudem udawało im się trzymać od siebie z daleka, wcześniej, nim jej życie faktycznie się popierdoliło. Wcześniej było skomplikowane, ale nie tak bardzo, ale gdy zjebało się najbardziej to znalazł się przy niej, zupełnym przypadkiem i krążył wokół Geraldine, zaangażował się w jej bagno, chociaż go o to nie prosiła. Przez ten rok widzieli się tak naprawdę tylko raz - na urodzinach Fabiana. Obawiała się tego spotkania, jednak wiedziała, że nie mogła sobie pozwolić na to, żeby tam pęknąć. Musiała trzymać fason, jakoś radzić sobie z emocjami, które ją wypełniały. To nie o nią wtedy chodziło, a ich chrześniaka, który miał dostawać od życia to co najlepsze, szczególnie, że mimo młodego wieku spotkało go naprawdę wiele złego. Yaxleyówna pojawiała się u Lestrange'ów w wolnym czasie, czuła, że jest to dłużna Amandzie. Jakimś cudem udało jej się mijać z Roisem, nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale nigdy nie trafiła na jego osobę, kiedy przychodziła w odwiedziny. Zresztą nie zastanawiała się też za bardzo, jak on i Cornelius wyjaśnili sobie to wszystko, pamiętała, że przyjaciel miał do niego spory żal o to, że przepadł. Musiał się jakoś z tego wytłumaczyć, skoro spotkała go na tamtych urodzinach. Poźniej nigdy nie wypytywała Corio o niego, nie wydawało jej się to słuszne, nie chciała stawiać ich wspólnego przyjaciela pod ścianą. Mimo, że była ciekawa, co działo się w życiu Roisa. W tym przypadku musiała odpuścić, bo nie chodziło o nich.

- Tak, bo w końcu nic nie muszę, prawda? - Próbowała nieco rozluźnić atmosferę, nie chciała znowu znaleźć się w tym dziwnym zawieszeniu, wolała jakoś uciec od tego, co się wydarzyło. Tak było lepiej, bezpieczniej. Mogłaby w końcu przestać zwracać uwagę na swój raczej średni stan psychiczny.

- Ty też nie musisz mnie lubić, wiesz o tym, prawda? - Miała świadomość, że tak jak ona nic nie musiał, wolała mu jednak o tym przypomnieć, gdyby przypadkiem pozwolił sobie zapomnieć. Nie chciała, żeby przejmował się tymi momentami słabości, które czasem się pojawiały, one jej nie określały, raczej starała się te momenty oddzielać grubą linią od tego jej standardowego zachowania, tyle, że tym razem nie była sama, widział to, a znając Roisa nie będzie chciał tego ignorować, bo zawsze wyjątkowo się wszystkim przejmował. Miała jednak nadzieję, że porzuci ten temat, że uda im się o nim zapomnieć, bo nie znosiła poruszać tematu swoich słabości. Zresztą, co miała mu powiedzieć, że bała sie tego, że może o niej zapomnieć, że wyprze ją zupełnie ze swojego życia, że nie będzie pamiętał, że kiedyś była dla niego kimś. To było żałosne, okropnie żałosne.

- Wolałabym jednak skupić się na czymś innym. - Odsunąć to wszystko, co ciągnęło ją na dno. Nie chciała się na tym skupiać, ani teraz, ani w zasadzie nigdy. Kiedyś sobie z tym poradzi, sama, bez niczyjej pomocy. Musiała to zrobić.

Wiedział, cóż, musiał wiedzieć, bo przecież przyłapała go nocą na czymś podobnym. Też nie mógł spać, demony męczyły również i jego. To było bardzo przykre, źle się patrzyło na to, czym się stali podczas tego czasu, gdy ich drogi się rozeszły, nie było jednak innego wyjścia, jak pogodzenie się z tym, bo co niby innego mieli zrobić?

Dotknął opuszkiem palca jej wargi, nie miała pojęcia dlaczego nadal skłaniał się ku tej bliskości, w końcu wiedzieli, że to miało jeszcze im się odbić czkawką. Nie powinni do tego dopuszczać, ale z drugiej strony to właśnie tego pragnęła, aby było jak dawniej. Nie chciała, aby pojawiały się między nimi żadne granice, które narzucali sobie przymusowo. Tak było lepiej, nawet jeśli później miało ich to dość mocno zaboleć.

- Czy ja wiem? Tak właściwie to przecież Cię lubię, całego, z tym wszystkim, co tam w Tobie siedzi. - Raczej nigdy nie skupiała się na tym, co jej się w nim nie podobało, bardziej w drugą stronę. Widziała Roisa jako osobę pełną zalet, potrafił się o nią zatroszczyć jak nikt inny, zresztą znowu to robił, znowu przejmował się nią i tym w jaki sposób się czuła.

Nie miała pojęcia na ile mogą sobie pozwolić, nie wiedziała, kiedy przestaną tworzyć tę iluzję, kiedy stąd wyjdą, kiedy będą musieli zmierzyć się z szarą rzeczywistością. To też ją niepokoiło, bo dobrze jej tu było, tkwiącej w jego ramionach, to wydawało jej się właściwe, ale czy powinno? Skoro nie było im pisane nic więcej niż te kilka dni wykradniętych teraźniejszości.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (10104), Geraldine Greengrass-Yaxley (7188)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa