Nigdy nie założyłby, że musiał ujmować sobie, aby ją rozbawić, aby na chwilę odsunąć jej myśli od mroków nocy. To z pewnością była jakaś technika, ale gdyby ją odkrył, pewnie zareagowałby na to w bardzo pobłażliwy sposób. Może nawet z politowaniem. Tym bardziej, że poniekąd pasowało to do jego opinii na temat tego, co obecnie czuła do niego przez większość czasu.
Tak się jednak złożyło, że przymknął wtedy oczy, starając się przetrzymać falę mdłości i łupania w czaszce, toteż machnął ręką (i to tylko metaforycznie, bo nie chciał wypuszczać jej z objęć) na słowa o tym, że wiedziała jak to u niego wygląda. Tak, tutaj rzeczywiście niewiele się zmieniło. A nawet jeśli to w dalszym ciągu starał się podtrzymywać wrażenie tak pewnego siebie, że to aż bolało. Innych, nie jego.
On nigdy nie świecił wyjątkowo mocnymi skłonnościami do introspekcji. Wręcz przeciwnie - zazwyczaj brał świat w bardzo specyficzny sposób, bo nie lubił czuć się jak idiota czy jak ktoś, od kogo za chwilę ktoś mógłby chcieć udowadniania własnej wartości. Dostatecznie często musiał to robić.
Czy jako syn swojego ojca (albo raczej matki, obojga zamieszanych), czy w towarzystwie czystokrwistych rodów, czy w szkolnej drużynie, czy w Mungu na początku stawiania pierwszych kroków na ścieżce kariery. Na Nokturnie i na Ścieżkach. Wszędzie na jakimś etapie musiał wykazać się wyjątkowo hardą pewnością siebie i chyba po prostu tak mu zostało. Wybierał tę wersję, nie chciał, by było inaczej.
Nie zamierzał mówić komukolwiek o tym, że w ostatnim czasie coraz częściej kwestionował własne zdolności radzenia sobie z nową rzeczywistością. Że częściej niż rzadziej czuł, że czegoś mu brakowało. Że tylko ślizgał się od punktu a do punktu b, nie osiągając po drodze nawet połowy tego, czego pragnął i na co sądził, że zasługuje. Toteż bywały momenty, kiedy zastanawiał się, czy w istocie na to zasługuje.
I czasami musiał powiedzieć sobie nie. Dokładnie tam, gdzie najbardziej pragnął, by wybrzmiało tak.
W ich domu, w swoim starannie budowanym życiu, we własnym ogródku z tyłu domu i na plaży. W przytulnym salonie z kominkiem. W powoli nagrzewającej się sypialni. W pustym pokoju, który już nigdy nie miał przyjąć podświadomie przeznaczonej mu roli. W kuchni, w której wkrótce znów miał osiąść kurz. Na materacu, na którym teraz siedzieli - objęci w ciasnym, ciepłym uścisku, który też musiał się skończyć.
- To brzmi całkiem nieźle - przyznał, odnosząc wrażenie, że powoli, bo powoli, jednak osiągali ten wcześniejszy stan.
Nie ten z poprzedniego dnia. On nie miał już wrócić. Ta błogość zniknęła gdzieś pośrodku nocy. Poranek przyniósł bolesną trzeźwość, ale przynajmniej mogli spróbować osiągnąć przy tym coś na kształt spokoju. Melancholijnego, pasującego do dwójki ludzi, którymi teraz byli.
- Nic a nic - spróbował przebić się przez tę powracającą nostalgię, podejmując temat. - Bo ja też nic nie muszę? - Lekką ręką przyszło mu wypowiedzenie tych słów zamiast stwierdzenia, że była to ta jedna rzecz, jaką musiał robić.
Musiał ją lubić. Nie potrafił czuć w stosunku do niej niczego innego, nawet jeśli starał się od niej zdystansować, nawet jeśli usiłował wmawiać sobie, że jest na nią zły i nic ich już ze sobą nie łączy. Nawet wtedy, kiedy go irytowała, w dalszym ciągu głęboko w sercu ją lubił. A to było naprawdę wiele, bo przecież można było kogoś kochać i go nie lubić, to też wchodziło w grę.
Tyle, że nie w tym przypadku. Tutaj to było dla niego bardzo jasne. Zależało mu na niej, uważał ją za właściwą, za dobrą osobę. Nic nie mogło tego zmienić.
Nawet to, że nie chciała się przed nim otworzyć. Odtrąciła jego wyciągniętą dłoń. To zapiekło, zabolało, bo nie był do tego przywykły. W przypadku dopplegangera też nie chciała jego pomocy, jednak tam miał powody, by się uprzeć. W końcu chodziło o fizyczne zagrożenie. Tutaj? Nie był w stanie siłą wedrzeć się do jej mózgu. Nie chciała go tam wpuścić.
Nie podważył tego. Nie zamierzał. W każdym innym momencie pewnie w jakiś sposób spróbowałby nakłonić Geraldine do mówienia, ale teraz podświadomie nie chciał rozgrzebywać jej ran, jeśli później nie mógł ich zaleczyć. Nie chciał drążyć w czymś, czego nie dało się jednorazowo przesmarować maścią dającą nie tylko ukojenie czy ulgę, lecz także ostateczne rozwiązanie problemu.
To było trudne acz prawdziwe - nie mogli sobie pomóc z wzajemnymi demonami, musieli sami z nimi jakoś żyć. To była ich ścieżka. Teraz jeszcze przez chwilę wspólna, lecz prędzej czy później mająca ponownie rozdzielić się na dwie osobne drogi.
Kiwnął głową. Nie odezwał się, bo kolejny raz z rzędu zabrakło mu słów. W ostatnich miesiącach to zdarzało się zatrważająco często. Człowiek mający odpowiedź niemalże na wszystko nieświadomie ustępował miejsca osobie, która po prostu zamykała usta i wzruszała ramionami. W dalszym ciągu walczył z rzeczywistością, ale co to była za walka?
Przez większość czasu to było po prostu dobieranie kolejnych masek. Szczególnie tej, która tak bardzo przylegała do jego twarzy, że niemalże się nią stała. Ale nie chciał o tym myśleć. Nie teraz. W tym momencie nie chodziło o niego i nawet on nie zamierzał robić z tego własnego przedstawienia.
Wbrew pozorom zbyt mocno mu na niej zależało. Tylko przy niej jednej był w stanie ująć sobie bez poczucia, że sobie ujmuje, biorąc to raczej jako żart, jako próbę rozluźnienia atmosfery. Tylko przy niej potrafił być tak lekko samoświadomy. Sama go tego nauczyła. Wiedziała o tym czy nie.
- Widzisz - zaczął, unosząc brew i posyłając dziewczynie pierwsze trochę bardziej żywe spojrzenie; być może w dalszym ciągu pozbawione błysku w oczach, lecz tym razem z uniesieniem kącików ust w przekornym wyrazie. - Śmiem to teraz kwestionować - gdyby nie to, że nie chciał przestawać jej do siebie przytulać, pewnie wyciągnąłby ku niej palec - tuż przed jej nos, bardzo oskarżycielsko. - Geraldine Yaxley, ty mnie nie cierpisz. Działam ci na nerwy. Cholernie, kurewsko działam ci na nerwy i wiesz, co? Ty mi też - mimo wypowiadanych słów, ton głosu Ambroisa był całkowicie pozbawiony wyrzutu czy gniewu, paradoksalnie, wskazywał na coś zupełnie przeciwnego.
To go bawiło. Może nie w momencie, w którym się działo, bo wtedy na ogół był już tylko naprawdę zirytowany. Jednak z perspektywy czasu to wyglądało zgoła inaczej. Dużo bardziej zabawnie. Zwłaszcza, gdy oboje jednocześnie mieli świadomość, jak bardzo ich ku sobie ciągnie. Przeskakiwali od skrajności w skrajność, neutralność w istocie nie była im pisana.
To mogło być przykre. Przez większość czasu rzeczywiście było, bo skoro nie mogli być tuż obok siebie, łącząc wspólną rzeczywistość, przeżywając razem to wszystko, co zsyłał na nich los to powinni chociaż móc reagować na siebie bez bólu w sercu. Bez tych wszystkich gwałtownych emocji. Bez ciskania w siebie gromami i nie tylko, bo jak do tej pory ciśnięte zostały też kwiaty i torba z krwią - bardzo ciekawe połączenie.
A jednak w tym momencie to było na swój sposób zabawne. Trochę pełne rozgoryczenia, odrobinę desperacko śmieszne, a jednak. Szczególnie, że w tym momencie miał tak morderczego kaca, że wszystko było dla niego naprawdę przerysowane. Czy to w jedną, czy to w drugą stronę. Słowa Geraldine wydały mu się zaś tak absurdalnie, że naprawdę nie mógł zareagować na nie inaczej niż tylko parsknięciem.
Tak właściwie to przecież Cię lubię, całego, z tym wszystkim, co tam w Tobie siedzi było największą bujdą, jaką usłyszał podczas ich wspólnego pobytu w Whitby. Szczerze nie sądził, że była w stanie przebić to czymś innym. Nie, gdy doskonale pamiętał te wszystkie jej reakcje podczas urodzin Fabiana, wtedy na mugolskim cmentarzu czy w Dolinie Godryka albo podczas wędrówki przez las w Snowdonii. Ziała jednoczesnym ogniem i chłodem nawet poprzez listy, które mu wysyłała.
Tak właściwie to jedynym momentem, kiedy tego od niej nie odczuł (nie mówiąc o ich wspólnych chwilach na plaży czy tu w tym domu) było tamto pierwsze od miesięcy spotkanie w barze na Carkitt Market, ale wtedy była najebana. Prawdopodobnie równie mocno, co wczoraj na dywanie. Najwyraźniej tu leżało sedno polepszenia ich relacji - musieli być nawaleni w trzy dupy, by niekwestionowalnie móc się lubić.
- Nie wmówisz mi, że jest inaczej. Wiem, że gdybyś mogła to co najmniej kilka razy strzeliłabyś już do mnie z kuszy - nie mówił o tym, czy miała ku temu właściwe powody, bo nie o to teraz chodziło.
Nie chciał zagłębiać się w te aspekty, które czyniły jego założenia prawdziwymi lub błędnymi. Analizować, z czego wynikało to, że w istocie naprawdę nie dało się ukryć, że działa jej na nerwy. Nie. Teraz po prostu musiał postawić na swoim zgodnie z tymi pierwszymi słowami - były rzeczy, których w nim nie lubiła. Były i z pewnością miała ich całą listę, każdy powód bardziej wydumany od poprzedniego. Wszystkie brzmiące z tym jej walijskim akcentem.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down