• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[koniec 05.1971] Judge, Jury, Executioner || Ambroise & Cornelius

[koniec 05.1971] Judge, Jury, Executioner || Ambroise & Cornelius
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
19.01.2025, 22:28  ✶  
Devon. Miejsce, które Ambroise znał całkiem dobrze. W młodości zazwyczaj spędzali czas zupełnie gdzieś indziej, jednak gdy o nim myślał, raczej nie czuł tego, co teraz. W przeszłości kojarzyło mu się z wieloma naprawdę pozytywnymi chwilami. Na ogół wspominał je może nie tyle z rozrzewnieniem (bo to zupełnie nie byłoby w jego stylu), co choć z cieniem sympatii.
Teraz?
Teraz pojawił się tutaj jak na ścięcie.
Przezornie nie odkładając podróży na ten sam dzień, w którym miał spotkać się z Corneliusem. Powoli wracając do trzeźwości umysłu, był na tyle przytomny, żeby nie zostawiać przekornemu losowi zbyt wiele pola do popisu. Nie zrobił tego ochoczo, jednak przybył tu już poprzedniego wieczoru.
Jasne, mógł na tę okoliczność znaleźć sobie jakąś naprawdę wygodną prywatną miejscówkę. Mógł wynająć na weekend jeden z tych uroczych małych domków na uboczu, żeby doprowadzić się tam do względnie przyzwoitego stanu. Nie przeszkadzać nikomu swoją obecnością. Nie snuć się ponuro po jadalni zajazdu typu B&B, w której ostatecznie postanowił spędzić noc.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że od samego początku nie wzbudził zaufania właścicieli. Udostępnili mu pokój wyłącznie z powodu przymusu finansowego. Płacił sporo, wymagał niewiele a było jeszcze przed sezonem. Ulokowali go zatem w niezbyt dużym pomieszczeniu z dwoma osobnymi łóżkami, zostawiając mu ulotkę z informacjami na temat śniadania i całej reszty lokalnych atrakcji, z których zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał skorzystać.
Bowiem w istocie tak było. Nie pojawił się tu w celach turystycznych. Prawdę mówiąc, gdyby nie informacja zwrotna otrzymana od Corio, Greengrass jeszcze przez wiele miesięcy (jeśli nie lat) unikałby jakichkolwiek nadmorskich widoków. Nie zjawiłby się tu z własnej nieprzymuszonej woli, gdyby nie okoliczności poniekąd to na nim wymuszające.
Jasne. Uwielbiał powtarzać, że nic nie musiał i zazwyczaj trzymał się tego podejścia, jednakże czasami nawet on nie był w stanie obejść rzeczywistości. Ta zaś była przytłaczająco określona. Nie mógł jej zmienić. Już próbował. Powinien, musiał po prostu spróbować sobie z nią poradzić. Albo przepaść bezpowrotnie. Jeszcze nie doszedł do wniosku, co było lepsze. Nie dla niego. Dla tych, na których mu zależało.
Na ulicy prowadzącej do molo i deptaku, na której się znalazł, nie było wielu ludzi. Był za to wdzięczny temu, co sprawiło, że nie musiał przepychać się między turystami. Nie wiedział czy była to jakaś nagle sprzyjająca mu siła (w co szczerze wątpił; ostatnio wszystko w jego życiu układało się raczej tragicznie) czy może po prostu fakt, że było jeszcze przed sezonem. Pozostało co najmniej kilka dni do oficjalnego rozpoczęcia czerwcowej fali ludzi. Teraz jeszcze było tu pusto.
Pozwoliło mu to na chwilę samotności od otaczającej go rzeczywistości, choć czy aby na pewno? Mijał puste ławki i pozamykane sklepiki, które zazwyczaj tętniły życiem. W jego myślach pojawiały się wspomnienia, które wracały jak bumerang, przypominając o chwilach szczęścia, które odeszły bezpowrotnie.
To nie było to samo miejsce, jednak w dalszym ciągu było zbyt podobne, by Greengrass był w stanie umknąć temu wrażeniu. Czuł, że czas płynie inaczej, że każdy krok, który stawiał, był jakby trudniejszy od poprzedniego. Dochodziło południe, zegar na wierzy ratusza nieubłaganie odliczał kolejne minuty.
Przechodząc obok parku, dostrzegł małe dzieci bawiące się na placu zabaw. Ich radość była dla niego jak cios w serce, przypominając mu o tym wszystkim, o czym nie chciał pamiętać ani tym bardziej myśleć . I choć starał się nie zwracać na to uwagi, wewnętrzny ból, który mu towarzyszył  był nie do zniesienia.
Czuł się jak wrak, cień człowieka. Ktoś, kto nie powinien się tu znaleźć. Nie powinien tu być, a jednak wreszcie postawił pierwsze kroki na nabrzeżu. Nie musiał rozglądać się po plaży, by wiedzieć, w którą stronę powinien pójść. Powolnym krokiem ruszył w kierunku samotnej postaci stojącej w miejscu.
Ciemnozielony prochowiec Ambroisa łomotał na wietrze. Zegar zaczął wybijać dwunastą. Samo południe - to nie mogło być bardziej wymowne.
Jego nieco przydługie blond włosy falowały na wietrze, raz za razem wpadając mu do oczu. Gdzieś po drodze zupełnie zapomniał o tym, by je spiąć. Mimo ich starannego uczesania, nie chciały układać się tak jak wcześniej.
Niedawno ogolony, z krótkim aczkolwiek starannie przystrzyżonym zarostem, nie był w stanie ukryć swoich zapadniętych policzków, które nadawały mu zdecydowanie niezdrowy wygląd. Opalona, może nawet wręcz ogorzała od słońca skóra sprawiała wrażenie chorobliwie bladej. Opinała kości policzkowe i zarys szczęki, który jeszcze nigdy nie był tak wyostrzony.
Jego ubrania, choć czyste i zwyczajowo eleganckie, leżały na nim w niewłaściwy sposób. Prochowiec wyglądał bardziej jak peleryna, wisząc mu na ramionach zaś w pasku musiał dorobić dodatkową dziurkę. Mimo że Greengrass zachował swoją zwyczajową posturę, jednocześnie wydawał się wychudzony. Zupełnie tak, jakby mięśnie nie wystarczały, by nadać mu zdrowszy wygląd.
Jego oczy były matowe, podkrążone i puste zaś ich zielony kolor (teraz jakby ciemniejszy, choć jednocześnie bardziej wyblakły) sprawiał, że wydawały się jeszcze bardziej wyraziste w zestawieniu z jego bladością. W jego ruchach można było dostrzec pewną nerwowość, ale czy to było coś dziwnego?
Był zmęczony. Po prostu zmęczony. A najcięższe wyzwanie tego dnia dopiero nadciągało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#2
22.01.2025, 18:11  ✶  

Cornelius stał na nabrzeżu w Devon, zaciśnięty w ramionach chłodnego wiatru, ściskającego także jego gardło, patrzył na morze, gdzie łodzie kołysały się na falach. Mocny wiatr huczał w jego uszach, a fale uderzały o brzeg z nieustępliwą siłą. Powietrze miało w sobie coś lodowatego, niemalże nieprzyjemnego, ale mężczyzna nie zwracał uwagi na warunki atmosferyczne. Był zbyt pochłonięty swoimi myślami, zbyt zaabsorbowany nadchodzącym spotkaniem z Ambroise’em. Nie widzieli się od kilku tygodni, od momentu, gdy Cornelius stracił swoją żonę. To wydarzenie zmieniło wszystko, a w jego sercu zagościła pustka, której nie potrafił wypełnić. Mimo, że majowy dzień był ładny, słońce świeciło jasno, a niebo miało odcień błękitu, on nie potrafił cieszyć się tym widokiem. Czasami zastanawiał się, czy kiedykolwiek jeszcze mógł poczuć radość. W powietrzu czuł tylko chłód i osamotnienie. Miał w sobie mnóstwo emocji, ale żadna z nich nie była radością. Po śmierci żony, pustka, którą pozostawiła, zdawała się wypełniać jego życie coraz bardziej i bardziej. Nie potrafił się odnaleźć w codzienności. Wszędzie widział jej ślad, na książkach, które leżały otwarte na stoliku, w zaschniętych kwiatach w wazonie w sypialni, na ubraniach, których nie zdążył jeszcze posegregować. Każdy zakątek ich wspólnego mieszkaniu przypominał mu o chwili, gdy jeszcze wszystko wydawało się normalne, a ich plany na przyszłość były pełne nadziei. Musiał wyrwać się z Londynu, Devon wydawało się naturalnym krokiem, bo spędził tu część młodości.

Otulił się mocniej płaszczem, kiedy wiatr znów zawiał, przynosząc ze sobą chłód, który wdzierał się pod skórę. Spojrzał na wskazówki zegarka, obserwując ruch po tarczy, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego czas działał inaczej, odkąd stracił Amandę. Każda minuta przeciągała się do absurdu. Zimny wiatr smagał jego twarz, mężczyzna zaciągnął się głęboko powietrzem, próbując znieść ten nieprzyjemny chłód, który zdawał się być odbiciem jego wewnętrznego stanu. Patrzył na przechodniów po drugiej stronie deptaku, którzy z uśmiechem na twarzy spieszyli gdzieś, ignorując jego obecność, bo było za zimno na kąpiel, więc nikt nawet nie patrzył w kierunku plaży, nie na dłużej niż na kilka sekund. Czuł się jakby był w innym świecie, w którym radość i beztroska istniały daleko od niego. Nieszczęście, które spadło na niego kilka tygodni temu, wykluczyło go z normalnego życia.

Cornelius spojrzał w stronę horyzontu, gdzie morze łączyło się z niebem. Czekał. Czekał na przyjaciela, którego nie miał teraz ochoty widzieć, a jednak wiedział, że to spotkanie jest konieczne. Cornelius wciąż pamiętał, jak kilka dni temu, w przygnębiającej atmosferze, Geraldine odwiedziła go po długiej nieobecności. Od tego momentu był świadomy, że drugie z kolei spotkanie też musiało nadejść. Faktycznie, kilka dni później Ambroise napisał do niego list, w którym zaproponował spotkanie. Był to moment, na który Cornelius czekał z niepokojem i niechęcią zarazem. Z jednej strony pragnął usłyszeć głos przyjaciela, z drugiej zaś, złościł się na niego za jego wybory. Musiał zrozumieć, co się wydarzyło w ich życiu, a także to, co wydarzyło się między nimi. I choć czuł złość, w głębi serca wciąż pragnął, aby ich przyjaźń przetrwała, dokładnie tak, jak w przypadku jego i Yaxley, nawet, jeśli już nie mogli mówić o „ich czwórce” ani nawet o „ich trojgu” ze względu na decyzje będące poza jego kontrolą.

Zatopiony w swoich myślach, stał nieruchomo, aż wiatr znów uderzył w jego twarz, przynosząc mu odrobinę słono wilgotnego chłodu, który mogło przynieść tylko morze. Cornelius wciągnął głęboko powietrze, próbując odgonić czarne myśli. Mimo gniewu, który tlił się w jego sercu, czuł, że potrzebował tej relacji. W końcu, w obliczu straty, czyż nie powinno się pielęgnować tego, co pozostało? Chyba tak.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
24.01.2025, 02:10  ✶  
Jego kroki były powolne, nawet jeśli stawiał je raz za razem. Nieuchronnie zbliżał się ku samotnej sylwetce stojącej u brzegu na plaży, pozwalając wiatrowi szarpać jego płaszczem, plącząc mu włosy i zawierając piaskiem w oczy. Czyż to nie było metaforyczne?
Aż wreszcie stanął w miejscu. Pół metra, może niespełna metr od milczącego mężczyzny, który ani na chwilę nie zwrócił ku niemu wzroku. Nie powitał go tak samo jak Ambroise nie wyciągnął ku niemu dłoni. Byli przyjaciółmi, niemal braćmi, ale teraz?
Nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Słowa nigdy nie przychodziły mu z tak wielkim trudem jak w tych naprawdę istotnych momentach, kiedy to potrzebował, by samoistnie płynęły z jego ust. Nie miewał problemu z błahymi odżywkami. Z błyszczeniem w sztucznie wykreowanych sytuacjach towarzyskich. Z brylowaniem na salonach, gdzie nie musiał pokazywać swojej prawdziwej twarzy, gdzie mógł z łatwością wejść w wyuczoną rolę, traktując swoje wypowiedzi niczym wyuczony skrypt, nie zaś szczerą prawdę.
Bowiem w ich środowisku mało kto potrzebował zupełnej szczerości, czyż nie? Szczególnie w miejscach, w których liczyło się głównie utrzymanie pozorów, pokazanie siebie i swoich bliskich od najlepszej strony. Nawet jeśli był to wyłącznie sztucznie wykreowany obraz czy powszechnie przyjęta narracja.
Ambroise nie miał z tym problemu. Wychowując się w takim a nie innym środowisku już jako chłopiec przyswoił reguły gry. Znał je. Mógł powiedzieć, że niemalże na wylot, bo były one czymś, czego nie zmieniła obecnie rozpętująca się wojna. Tą jedną rzeczą pozostającą niemalże dokładnie taką samą od wielu pokoleń. Zresztą nie można było się temu dziwić, prawda?
Zwłaszcza teraz, gdy świat dookoła zaczynał dymić i płonąć, sprawianie pozorów było sztuką radzenia sobie z coraz bardziej brutalną rzeczywistością. Tyle tylko, że w tym momencie czuł, że nie umie ponownie podjąć tej gry. Założyć maski, otworzyć ust, wydobyć z nich dźwięku, jakiegokolwiek pustego słowa, które byłoby w stanie przerwać panującą między nimi ciszę.
Wiedział, że Cornelius go dostrzegał. Zdawał sobie sprawę z tego, że przyjaciel był świadomy jego obecności. Co z tego? Milczeli. Wsłuchani w szum morza. W odgłos fal uderzających o nabrzeże. Stali na chłodnym piasku tuż przy linii wody tak lodowatej jak atmosfera panująca pomiędzy nimi.
Kiedy tak bardzo się od siebie oddalili? Kiedy to wszystko, co było dla niego istotne, momentami ważniejsze od czegokolwiek innego, co miało dla niego znacznie... ...w tamtych minionych ostatnich momentach pozornej walki o normalność, ważniejszych od niego samego... ...kiedy to zniknęło? Przepadło zatracone gdzieś w odmętach przejmującej ciszy i wiatru przejmującego do szpiku kości, który rozwiewał resztki nadziei?
Cornelius milczał. Nie patrzył w jego kierunku. Miał ku temu prawo. Ambroise tego nie kwestionował. W ostatnim czasie nie potrafił dalej ukrywać przed sobą tego, co się stało. Zawiódł, zawodził, miał zawodzić. Raz za razem. Raz po raz. Wszystko, na czym mu zależało rozwiało się w podmuchach. Jak piasek przesypujący mu się między palcami.
A on nie potrafił otworzyć ust. Wyciągnąć ręki, by dotknąć ramienia kogoś, kto był przy nim przez ponad dwadzieścia lat. Na dobre i na złe, na gorsze i najgorsze, na najlepsze brzmiało tak samo jak to drugie kłamstwo, które przez lata wypowiadał w kierunku innej osoby. Do usranej śmierci.
Tyle tylko, że to drugie uporczywie nie chciało nadejść. Podejmował głupie, pochopne decyzje. Miotał się między złym i najgorszym a usrana śmierć nie chciała nadejść. Szczególnie teraz, gdy nie miał już nic do stracenia. Omijała go raz za razem. Uderzała w innych. W ludzi dookoła niego, nie patrząc na to, czy na to zasługiwali.
On zaś trwał. Nie jak opoka. Nie jak kamienny posąg. Bardziej niczym drzewo targane wiatrem. Trzymające się w miejscu mimo połamanych gałęzi i wydartych korzeni. Nie rozumiał tego. Nie potrafił pojąć kolei losu prowadzących go ku tej chwili.
Tych samych, które dały mu tak wiele wyłącznie po to, żeby mu to odebrać. Żeby zawiesić go w ciszy między dwoma światami, sprawiając, że ta chwila, choć realna, wydawała się nie istnieć.
Wiatr szarpał ich płaszczami. Rozwiewał jego przydługie włosy, ogarniał ciało przejmująco zimnym dreszczem. Podobnym do tego wewnątrz, który sprawiał, że Ambroise milczał. Bo co miałby powiedzieć? Nie było słów, które cokolwiek by zmieniły. Zawiódł i miał zawodzić...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#4
26.01.2025, 13:23  ✶  

Czarnowłosy mężczyzna, z posępnym wyrazem twarzy, powoli skierował wzrok na nadchodzącego blondyna. Jego oczy, pełne rezerwy i niechęci, zatrzymały się na sylwetce Ambroisa, który z trudnością stawiał kroki w jego kierunku. Cornelius zauważył, że jego przyjaciel wyglądał tragicznie, wręcz upiornie. Włosy, które kiedyś lśniły blaskiem, były zaniedbane, nieprzycięte i sprawiały wrażenie, jakby nie widziały szczotki od miesięcy. Zawsze byli podobnej postury, ale teraz Ambroise wyraźnie schudł, wymarniał, a gdy zbliżył się dostatecznie, żeby Lestrange mógł mu się przyjrzeć, Cornelius z niechęcią zauważył, że ogolone policzki Roise’a były wklęsłe, jakby utracił nie tylko wagę, ale i wszelką radość życia. Zarys jego szczęki był ostrzejszy niż kiedykolwiek, co sprawiało, że wyglądał jak cień samego siebie, śmierć w formie człowieka. To nie był ten sam mężczyzna, którego znał. Ani mentalnie, ani fizycznie, Corio nie mógł być bardziej świadomy tego faktu.

Nie potrafił zrozumieć, jak to możliwe, że ten człowiek, którego znał tak dobrze, mógł tak nagle zniknąć, zostawiając go samego w chwilach potrzeby. Wkurwiony, że przyjaciel porzucił go w najtrudniejszych momentach, Cornelius dusił w sobie cień sympatii, który próbował się z niego wydobyć. Nie zamierzał udawać, że wszystko było w porządku.

Kiedy stanęli naprzeciwko siebie, Cornelius zauważył, że oczy Roise'a były inne niż te, które pamiętał. Wydawały się puste, jakby życie, które kiedyś w nich tętniło, po prostu odeszło. Patrząc na niego, czuł, jak w jego sercu narastała złość. Był wkurwiony, że przyjaciel go porzucił w potrzebie i zniknął zaraz po pogrzebie. Zamiast serdecznego powitania, Cornelius obdarzył Greengrassa spojrzeniem pełnym rezerwy i niechęci. Zgodził się na to spotkanie, ale nie zamierzał udawać, że to cokolwiek zmieniło. stał przed nim człowiek, który w obliczu trudności zniknął, porzucił go w najciemniejszym momencie.

Nie wyciągnął ręki na powitanie, nie ścisnął go mocno, bo nie potrafiłby tego zrobić. Zamiast tego przeniósł wzrok na horyzont, starając się zignorować to, co widział.

- Wyglądasz tragicznie, Ambroise, jak... - Zaczął, a jego głos brzmiał sucho i chłodno. Nie był w stanie dokończyć zdania, bo w jego duszy kotłowały się sprzeczne uczucia. Zamiast tego skupił się na wyglądzie Ambroisa, który był wręcz zatrważający. - Menel. Jakbyś przez ostatnie tygodnie spał w rynsztoku. - Zakończył szczerze.

Cornelius nie mógł powstrzymać się od krytyki. Wszyscy wiedzieli, że życie potrafiło być trudne, ale to, co widział przed sobą, było czymś więcej niż tylko efektem złych wyborów, to był obraz kogoś, kto zrezygnował, oddał się w ręce chaosu i niepewności. Roise mógł być jego przyjacielem, ale Cornelius nie zamierzał mu tego ułatwiać. Wciąż miał w pamięci ból, który czuł, gdy Ambroise zniknął, i nie zamierzał mu tego wybaczać, przynajmniej nie teraz.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
26.01.2025, 23:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2025, 23:32 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Stali tak blisko brzegu, że w pewnych momentach fale niemalże muskały ich buty. Morze w odcieniach szarości i błękitu falowało leniwie. Białe grzywy załamujących się dał uderzały o brzeg z łoskotem. Momentami cichym i miarowym, w pewnych momentach znacznie głośniejszym, niemal przejmująco głośnym. Musiały być lodowate. Tak przejmująco zimne jak powiewy wiatru szarpiące włosami Ambroisa, łopoczące jego płaszczem, wdzierające się pod ubrania, muskające nagą skórę i pozostawiające po sobie dreszcz.
Piasek pod ich podeszwami w dalszym ciągu pozostawał wilgotny, jakby z uwagi na niską, wciąż jeszcze wiosenną temperaturę nie zdążył wyschnąć po porannych przypływach i najpewniej nie miał tego zrobić. Drobinki kwarcu błyszczały w słońcu usiłującym przebić się przez okrywę szarych chmur raz po raz przysłaniających błękit nieba. Przy części wysuniętego w morze molo można było dostrzec kontury rybackich łodzi kołyszących się na falach. To był naprawdę piękny dzień. Doskonały dzień na to, by pożegnać się z odchodzącą przeszłością.
Sezon turystyczny zbliżał się wielkimi krokami, jednak dziś plaża pozostawała pusta. Nie otaczali ich żadni ludzie. Nikt nie miał usłyszeć ich rozmowy. Z oddali ich samotne sylwetki musiały wyraźnie odcinać się na tle morskiej panoramy. Dwie wysokie postaci. Dwaj mężczyźni stojący ramię w ramię, otoczeni niemal namacalną pustką.
W powietrzu unosił się zapach soli i wilgoci, intensywny, ale jednocześnie mający w sobie coś z nadmorskiej świeżości. Znajoma woń towarzysząca mu przez te wszystkie ostatnie lata teraz była dla niego wręcz nie do zniesienia. Zupełnie tak jak cisza, która zapadła, gdy stanął obok przyjaciela, pierwszy raz od dawna zupełnie nie wiedząc, co mógłby powiedzieć.
Milczenie między nimi było gęste, niemal namacalne. Każdy z nich zdawał się być zanurzony w swoich myślach, odcięty od rzeczywistości, w której się znajdowali. Teraz stojąc na tej plaży, Ambroise nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby zniwelować dystans, jaki między nimi powstał. Stał bez słowa, wpatrując się przed siebie, pozwalając na to, by jedynymi świadkami ich milczenia były mewy latające nad ich głowami i od czasu do czasu wydające przeraźliwe okrzyki.
Ptaki, wodne szczury krążyły nad nimi, czasami zniżając lot, by złapać coś z morskiej toni. Chociaż plaża była pusta, jej cisza zdawała się być głośniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Szczególnie, że raz na jakiś czas przerywał ją nieoczekiwany odgłos dochodzący od strony deptaka. Odgłos, który w normalny dzień mógłby być radosny: śmiech dzieci sunących na deskorolkach, dzwonek rowerowy, krzyki rybaków, bicie ratuszowego zegara. Teraz jednak te dźwięki wydawały się odległe, zagłuszone przez szum fal i nieustanny wiatr, który szarpał płaszczem Roisa.
Nie wiedział, ile tak stał, patrząc to na przyjaciela, to w wodę. Dostrzegając, że Cornelius się w niego wpatruje, odwrócił głowę w stronę morza. Robiąc to niemalże w tej samej chwili, w której jego towarzysz również postanowił przenieść wzrok w kierunku horyzontu. Zadziwiające, że nawet w takiej chwili, gdy wszystko dookoła zdawało się rozsypywać niczym piasek na wietrze, niektóre ich reakcje pozostawiały tak bardzo zbliżone, tak do siebie podobne.
Nie powinien się dziwić. Kiedyś by tego nie robił. W końcu przyjaźnili się od lat. Teraz? Teraz Cornelius wydawał się bliski a jednak jednocześnie tak odległy jak nigdy wcześniej. Milczeli, nie patrząc na siebie nawzajem. Ciężkie, puste spojrzenie, którym Ambroise obdarzał wodę było pozbawione blasku. On także wpatrywał się w dal. W ten sam odległy punkt, gdzie horyzont łączył się z morzem. Nie potrafił oderwać wzroku od fal, które przypływały i odpływały. Rozbijały się o brzeg, niemal obijając mu się o nogi, jakby chciały przypomnieć mu o tym, co stracił. O czasie, który minął, o ludziach, którzy zniknęli z jego życia.
Nie. Bujda. Kłamstwo. On to zrobił, czyż nie? To on się wycofał, nabierając pozornego dystansu.
Drgnął, gdy Cornelius postanowił przerwać ciszę. Ciężki i ponury głos przyjaciela był niemalże tak przejmująco zimny jak podmuchy nadmorskiego wiatru usilnie szarpiące połami płaszcza Ambroisa. Mimo to tak samo jak nie sięgnął, by zapiąć całkowicie rozpięte guziki czy mocniej otulić się ciemnozielonym materiałem, tak nie zrobił niczego, co mogłoby odgonić od niego wrażenie lodowatego zimna bijącego od Lestrange'a.
Tym razem nie mógł tego przed sobą kryć. Nie miał wyjaśnień, nawet przed samym sobą. Nawet nie próbował ich mieć. Wiedział, że zawiódł. Być może nie pytał jak bardzo, jednak nie przez to, że nie chciał wiedzieć (w istocie chyba nie chciał), po prostu nie musiał. To, co się stało było boleśnie proste. To była jedna z najbardziej krystalicznie czystych prawd w życiu Greengrassa i jakiekolwiek próby ukrycia tego faktu nie mogły nic zmienić.
Słowa Corio również były brutalnie szczere w swojej prostocie. Cornelius nie starał się ująć tego, co myślał w żadne delikatne metafory czy ostrożne próby dociekania, co tak właściwie się stało, że Ambroise wyglądał jak wyglądał. A on sam wiedział jak się prezentuje. Tego także nie potrafił ukryć pod pozornie starannie przystrzyżonym zarostem i czystymi ubraniami.
To, co stało się na Nokturnie. To wszystko, co pchnęło go ku tamtym dniom. To zakorzeniło się w nim tak głęboko, że nie sądził, by kiedykolwiek mógł się tego całkowicie wyzbyć. Zresztą... ...tego też nie próbował cofnąć. W ostatnich dniach otaczająca go rzeczywistość była dla niego tak przytłaczająca, że nawet oddychanie momentami wydawało mu się wyzwaniem niemalże nie do przejścia.
- Wyjeżdżam - odezwał się cicho, ignorując słowa o swoim wyglądzie; jego głos był zachrypnięty, nienaturalnie pozbawiony miękkości, niemal namacalnie chropowaty. - Wiem, że prawdopodobnie masz to w dupie, ale skoro wciąż jestem chrzestnym Fabiana - urwał, pozwalając na to, by niewypowiedziane ponure słowa zawisły w powietrzu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#6
27.01.2025, 02:18  ✶  

Cornelius stał na nabrzeżu, jego postać odcinająca się wyraźnie na tle szarego, wzburzonego morza, które rozlewało się aż po horyzont. Nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby wyrazić jego ból i złość. Zamiast tego znów wpatrzył się w horyzont, jakby tam, w dalekiej linii, mógł znaleźć odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Chłodny wiatr targał jego czarnym płaszczem, przenikając mężczyznę do szpiku kości, ale Lestrange nie zwracał na to uwagi. Jego myśli były gdzie indziej, w głębi jego duszy, gdzie wciąż tkwił ból po utracie ukochanej żony. Spoglądał w dal, jakby oczekiwał, że morze wypluje na brzeg jakieś odpowiedzi, które mogłyby przynieść ulgę w cierpieniu, które go gnębiło.

Obok niego stał Ambroise, jego przyjaciel od ponad dwudziestu lat, dwudziestu jeden, jak sam powiedział Geraldine, niedawno, gdy się spotkali. Lata przyjaźni, wspólne śmiechy i łzy zdawały się w tej chwili należeć do zupełnie innego życia. Cornelius zerknął na niego kątem oka, postać, która niegdyś była mu bliska, teraz wydawała się obca. Ambroise, z potarganymi, blond włosami rozwianymi na wietrze, wyglądał jak wrak człowieka. Jego zgarbiona sylwetka i widoczne oznaki zaniedbania były dla Corneliusa uderzające. Greengrass wyglądał tragicznie, jeszcze gorzej niż Lestrange, który sam starał się trzymać pozory, chociaż jego serce było rozbite, a umysł otumaniony eliksirami, to przynajmniej potrafił jeszcze udawać, że wszystko było w porządku. Otumaniał się eliksirami, które miały znieczulić ból, ale wyglądał, jakby podniósł się po stracie, a to było istotne, pozory były ważne, zwłaszcza w jego sytuacji, bo tydzień temu wrócił do pracy.

Corio czuł narastające w sobie uczucie frustracji. Ambroise był na pogrzebie, stał obok niego, gdy jego żona została pochowana. Wtedy, wśród łez i lamentów, Lestrange miał nadzieję, że przyjaciel przyniesie mu wsparcie, że nie zostawi go samego w tym mrocznym czasie, ale Roise zniknął. Porzucił Geraldine, swoją dziewczynę, ich wspólną przyjaciółkę, i zniknął z jego i jej życia, jakby nigdy nie istniał. Teraz, gdy stali obok siebie, Cornelius odczuwał dziwną, ciężką atmosferę. Mimo, że byli blisko, wydawali się sobie obcy. Cornelius zerknął na przyjaciela, próbując odnaleźć w nim coś znajomego, ale Ambroise wydawał się obcy, nie spojrzał na niego, wciąż wpatrzony w morze. Jego przyjaciel był wyraźnie zniszczony, z rysami twarzy, które zdradzały nieprzespane noce i długi czas spędzony na dnie butelki.

Lestrange chciał zadać mu pytania, wiele pytań, co się z nim stało, dlaczego tak po prostu zniknął, dlaczego nie odezwał się przez te wszystkie tygodnie. Czuł gniew, ale w obliczu tej obcości nie potrafił znaleźć słów, zamiast tego milczał, wpatrując się w morze. Wiedział, że powinien go wyzwać, powiedzieć mu, co myśli o jego stanie, o tym, jak porzucił ich wspólną przyjaciółkę, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Nie potrafił zaatakować słownie kogoś, kto kiedyś był dla niego jak brat. Ta wewnętrzna walka złości i żalu sprawiła, że czuł się jeszcze bardziej bezsilny, przynajmniej dopóki nie zaczęli rozmawiać.

Jego myśli były pełne gniewu i frustracji, gdy słuchał słów byłego przyjaciela, który nagle pojawił się w jego życiu po kilku tygodniach milczenia. Czuł, jak fala irytacji narosła w nim do granic możliwości i przelała się, gdy ten oznajmił, że znów znikał.

- Tak, jakby to miało jakieś znaczenie. To nie jest lotnisko, nie musisz oznajmiać swojej odprawy. Gdzie byłeś przez te tygodnie? Uciekłeś bez słowa, jakbyśmy się nigdy nie znali, a teraz wracasz i myślisz, że wszystko jest w porządku? - Cornelius prychnął, patrząc na niego z ironicznym uśmiechem, jego głos był zimny, a w oczach widać było gniew. - Jakież to wygodne, wrócić, kiedy ci pasuje i znowu zniknąć. Nie potrzebuję kogoś takiego w moim życiu, Fabian też nie, nie obchodzi mnie, co musisz załatwić. Nie obchodzi mnie, że jesteś ojcem chrzestnym. To nic nie znaczy, skoro tak łatwo potrafisz się wypisać z naszego życia, możesz wleźć w pierwszy lepszy kominek i znów zniknąć. Może to i lepiej. - Słowa te wypełniły powietrze napięciem, a Cornelius odwrócił wzrok, wracając do widoku morza, nie chciał, by ten człowiek miał wpływ na jego życie, ani teraz, ani nigdy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
27.01.2025, 05:02  ✶  
Stali na samym krańcu plaży. W miejscu, w którym morze niemal łączyło się z lądem. Wystarczyłoby pół kroku, by woda oblała jego buty. Kolejny krok, by wszedł w nią po kostki. Krok za krokiem - w pewnej chwili straciłby grunt pod stopami. Dno znalazłoby się zbyt daleko pod nim, by mógł tak po prostu stanąć na piasku, oddychając morskim powietrzem. Musiałby machać nogami, poruszać ramionami, młócąc wodę, aby nie opaść w dół, powoli tracąc oddech.
Był doskonałym pływakiem. Tak jak ziemia, tak i woda zdecydowanie była jego żywiołem. Wiele lat spędził na spędzaniu nadmorskich weekendów tuż przy plaży. Ostatnie miesiące siedemdziesiątego i pierwsze kilkanaście tygodni siedemdziesiątego pierwszego roku były dla niego związane ze stałym pobytem niemalże przy samym Morzu Północnym. Patrzył na nie codziennie z okna domu, który miał być jego miejscem. Bezpieczną przystanią. O ironio: z jasnym światłem pobliskiej latarni morskiej co wieczór rozświetlającej dolną łazienkę i nigdy nie wykończony gabinet.
Nigdy nie miał problemu, by zanurzyć się w lodowatej wodzie. By rozgrzać się w niej na tyle, że po pewnym czasie zaczynała robić się może nie do końca przyjemna, ale tolerowalna. Już kiedyś zresztą bez większego zastanowienia wpadł do wody mniej więcej o podobnej porze roku. Nie raz i nie dwa skakał z paczką przyjaciół z klifów w okolicach Yorkshire. Za każdym razem wynurzając się z triumfalnym okrzykiem.
Ale to były inne czasy. Inni ludzie. Momentami wydawało mu się, że zupełnie inne życie. Może nawet nie jego własne? Nie wiedział. W ostatnich tygodniach czuł się jak cień samego siebie. Jak złudzenie, jak widmo człowieka, którym mógł tak naprawdę nigdy nie być. Jakby sam zaraz mógł rozwiać się na wietrze.
W milczeniu przyjmował kolejne oskarżenia. Zdawał sobie sprawę z tego, że były słuszne, czyż nie? A on chyba nie miał już siły, by bronić się przed prawdą. Cornelius nie musiał nawet na niego patrzeć. Wystarczyło, że stał tuż obok, wyrzucając z siebie kolejne ostre słowa wbijające się głęboko w duszę Greengrassa.
Ambroise milczał, bo co miałby odpowiedzieć? Nawet jeśli nienawidził siebie za to, że nie potrafił przezwyciężyć własnej słabości i otworzyć ust, jednocześnie czuł, że Cornelius miał rację. W jego własnych oczach również nie było już miejsca na nadzieję. Zimny, bezlitosny osąd był tym, co przyjmował bez słowa sprzeciwu, nawet nie dostrzegając tego jak dalekie to było od tego, co zwykł robić.
Gniew Corio był niczym twardy mur otaczający Lestrange'a. Mur zbudowany z tak wielu twardych, lodowato zimnych cegieł, że nie było już sensu próbować go burzyć. Chciałby móc cofnąć czas, ale nie był w stanie tego zrobić - zdawał sobie z tego sprawę. Chciałby móc naprawić to, co zniszczył, ale wiedział, że to niemożliwe. Nie było już miejsca na wyjaśnienia. To, co się wydarzyło było nieodwracalne.
Myśli Roisa niemal automatycznie powracały do tamtego niechlubnego rozdziału. Nie Nokturnu, nie Ścieżek. Czegoś znacznie bardziej posępnego i godnego pożałowania. Do tamtych mrocznych dni spędzonych w samotności. Chwil, gdy powoli trzeźwiał, starając się dojść do siebie. Tylko po to, żeby uświadomić sobie, że z obranej ścieżki nie ma już powrotu.
Czuł się przygnieciony tym wszystkim, co niegdyś wywoływało w nim niemal wyłącznie pozytywne uczucia. W jego myślach kłębiły się wspomnienia, oczekiwania, nadzieje. Wszystkie niespełnione plany, obrazy przyszłości, która nie miała nadejść, bowiem on sam ją skreślił. Nie swoim odejściem. Zniszczenia sięgały znacznie głębiej. Już dawno temu. Lata wstecz, choć konsekwencje dogoniły go dopiero teraz.
Skinął głową, nie odwracając spojrzenia od horyzontu - tego drugiego punktu łączącego morze już nie z piaskiem pod ich stopami a z nieboskłonem.
Pierwsze pół kroku sprawiłoby, że fala dopłynęłaby mu do podeszw. Drugi długi krok sprawiłby, że woda mogłaby omieść mu kostki. Trzeci, czwarty, piąty krok. W końcu w pewnej chwili straciłby grunt pod nogami. Nie musiałby nimi poruszać. Opuściłby ramiona wzdłuż ciała. Pozwoliłby fali zagarnąć się pod powierzchnię, powoli wypuszczając powietrze z płuc aż nie pozostałoby nic prócz ostrego duszącego bólu. Granatu, bieli, czerwieni i powolnej czerni.
Tak po prostu kiwnął głową, przyznając Corio rację. Cisza, która go otaczała była głośniejsza niż jakiekolwiek słowa, które mogłyby paść z jego ust. Może to wszystko rzeczywiście nie miało znaczenia. Zawiódł. Uciekł, bo nie potrafił znieść własnej obecności. Koniec. Kropka. W jego życiu nie było miejsca na wybaczenie ani na zrozumienie.
Może rzeczywiście był egoistycznym dupkiem nie myślącym o kimkolwiek innym. Był tylko on, jego ból i nieprzenikniona otchłań, z której nie potrafił się wydostać. Wciąż unosił się na powierzchni, ale tonął już zbyt długo. Zniknął na kilka tygodni, próbując poradzić sobie z tym wszystkim, ale co mu to dało?
Nic. Tak właściwie - od tamtej pory nie miał siły, by walczyć ze światem. Dni mijały a on wciąż tkwił w tym samym miejscu w pułapce swoich własnych myśli. Bez nadziei, bez celu. Nie miał siły walczyć z rzeczywistością, nie miał już energii, aby kontynuować tę niekończącą się walkę. Ostatnie tygodnie spędził na błąkaniu się po miejscach, które nie miały dla niego żadnego znaczenia zamiast wrócić do domu.
Nie miał już domu.
W jego głowie krążyły myśli, których nie chciał mieć. Rozczarował wszystkich, zawiódł samego siebie, Geraldine, Corneliusa, Fabiana, niezliczone osoby. Każdy krok, jaki robił wydawał mu się bezsensowny, każdy oddech był dla niego wyzwaniem. Nie miał siły, by walczyć. Nie miał siły, by... ...żyć.
W pewnym momencie po prostu przestał marzyć.
Nie widział dla siebie ścieżki powrotu. Wszystkie drogi, które kiedyś wydawały się otwarte i zapraszające... ...wszelkie szanse... ...nieograniczone możliwości... ...otwarte drzwi teraz były zamknięte na głucho.
Był zmęczony i...  ...przerażony. Cholernie przerażony. Przytłoczony własnymi lękami nasilającymi się z dnia na dzień, z nocy na noc. Jednak to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że to uczucie coraz bardziej mu nie przeszkadzało.
Kiedy Cornelius zakończył swoją tyradę, Ambroise w końcu otworzył usta.
- Rozumiem. Nie oczekuję - urwał po raz kolejny, przymykając oczy, odginając głowę w tył i wypuszczając powietrze przez niemal całkowicie zaciśnięte wargi.
Czego tak właściwie nie oczekiwał? Akceptacji? Wybaczenia? Zrozumienia? Wyrozumiałości? Wszystkiego? Niczego? Zamknął oczy na ułamek sekundy, starając się wyciszyć myśli i uciszyć chaos, jaki panował w jego głowie. Bezskutecznie.
- Nie oczekuję, że wszystko między nami wróci do normy - stwierdził w końcu, nadając swoim słowom zdecydowane brzmienie; tak naturalne jak tylko mógł z siebie wydusić.
Zupełnie tak, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. Oto pojawił się tutaj po to, aby porozmawiać z Corneliusem, nie oczekując od niego jednak niczego, czego ten nie chciałby mu dać. Nie zamierzając się tłumaczyć. Nie próbując udawać, że ma czelność wchodzić z butami w coś, z czego sam spierdolił. Nie.
Mimo to nie zamierzał brzmieć jak ktoś, kto pojawił się tu, aby podkulać ogon. By się kajać i tłumaczyć, by żalić się na swój jakże ciężki los, bo wtedy to wszystko potoczyłoby się inaczej. Zupełnie niezgodnie z tym, co sobie założył. Nie pierwszy raz - ostatnio wszystko tak wyglądało, jednak miał nadzieję, że już ostatni. Ostateczny.
- Chciałbym tylko zobaczyć się z Fabianem. Planuję... ...dłuższą nieobecność w kraju. Nie chcę znikać bez pożegnania z chrześniakiem - wyjaśnił, starając się zachować maskę neutralności.
Nie zamierzał dodawać proszę. Nie chciał dać Corneliusowi znać, że coś było nie tak. Że to w istocie była jego ostatnia deska ratunku, ostatnia chwila, w której mógł poczuć, że coś jeszcze ma znaczenie. Zresztą ulotna, bo nie zamierzał się już więcej starać. Życie, które kiedyś planował rozpadło się w pył a on nie miał siły, by zbierać coś, co już nie istniało.
Pozwalał, by ciężar go przygniatał, zamykając się w sobie. Z zewnątrz sprawiając wrażenie zmęczonego, ale stanowczego. W końcu podjął już decyzję. Nie był pewien, co przyniesie przyszłość tych wszystkich ludzi, na których mu zależało. Aniego, Corio... ...Riny... ...ale wiedział, że nie ma w niej dla niego miejsca.
Nie miał siły na walkę. Nie planował wracać ze swojego wyjazdu. Ta podróż miała być jego końcem a nie nowym początkiem. Nie mógł wybaczyć sobie tego, co zrobił, nie potrafił odnaleźć drogi powrotu. Cornelius miał rację: mógłby zniknąć na zawsze. Właśnie w tym momencie czuł, że to byłoby dla wszystkich lepsze.
Ostateczna prawda.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#8
29.01.2025, 00:06  ✶  

Cornelius stał na nabrzeżu w Devon, czując, jak gniew pulsował w jego żyłach. Jego oczy nie mogły oderwać się horyzontu, nie chciał patrzeć na Ambroise'a, który wydawał się tak spokojny, jakby cała ta sytuacja nie dotyczyła go w najmniejszym stopniu. Roise, z tą swoją neutralną maską, wydawał się nieprzenikniony, ale Corio wiedział, że za tym wszystkim kryło się coś więcej, może strach, może wstyd, a może po prostu brak słów. Czuł, jak gniew narastał w nim z każdą chwilą, gdy słowa Ambroise'a docierały do jego uszu. Patrzył na swojego byłego przyjaciela, który wydawał się tak spokojny, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie obchodził go ból, którego Cornelius doświadczył po stracie żony, ani smutek, który teraz towarzyszył mu na każdym kroku.

- Nie oczekujesz? - Powtórzył z sarkazmem, jego głos był twardy jak stal. Zacisnął pięści, walcząc z chęcią, by nie krzyczeć. Roise był chrzestnym jego syna, ale w tej chwili Corio czuł, że ten tytuł nie znaczył dla niego nic. „Chciałbym tylko zobaczyć się z Fabianem…” Ambroise mówił to tak, jakby to było jedynie formalnością, a Cornelius nie wiedział, czy miał większą ochotę na dalszą rozmowę, czy na wykrzyczenie mu, co myśli o jego egoizmie.

- Nie oczekujesz? - Powtórzył Lestrange, jego głos był twardy, a w oczach płonął gniew. - Nie oczekujesz? To ciekawe, bo ja oczekiwałem, oczekiwałem, że jako mój przyjaciel będziesz przy mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję! Oczekiwałem, że będziesz przy Fabianie, że nie zostawisz go na pastwę losu, gdy jego matka leży w grobie! - Miał ochotę krzyczeć, ale zamiast tego mówił dalej, coraz bardziej szorstko i głośno. - Przyszedłeś tu, żeby powiedzieć, że się pakujesz i znów znikasz, i to wszystko? Nie masz nic do powiedzenia? Żadnych przeprosin? Żadnej chęci, by wytłumaczyć swoje zachowanie? Fabian zasługuje na kogoś, kto będzie przy nim, a nie na kogoś, kto znika bez słowa. Tak, chcesz go zobaczyć, ale co potem? Znowu znikniesz, a ja zostanę z tym wszystkim sam, tak jak byłem sam przez te ostatnie tygodnie? - Cornelius zadrżał, nie mogąc dłużej powstrzymać emocji. Spojrzał na Ambroise'a, czując w sobie mieszankę goryczy i rozczarowania. - Nie oczekujesz? - Ponowił. - To dobrze, bo ja nie zamierzam ci tego ułatwiać. Zrozum, że w tym wszystkim chodzi o mnie i o Fabiana, a nie o twoje poczucie winy czy twoje wyjazdy. Zrozum, że nie możesz po prostu przyjść i odejść, kiedy ci się podoba. - Z całej siły stłumił chęć rzucenia się na przyjaciela, ale jego gniew był tak intensywny, że musiał z nim walczyć.

- Chcesz zobaczyć się z Fabianem? - Zapytał, a w jego głosie brzmiała gorycz. - To dobrze, bo on nie ma pojęcia, co się dzieje. Nie wie, dlaczego jego ojciec jest zły, dlaczego nie ma mamy. Może powinieneś mu to wszystko wyjaśnić, zanim znów znikniesz na dłużej. Może to ty powinieneś mu powiedzieć, dlaczego tak łatwo zapomniałeś o nas, o tej rodzinie, którą stworzyliśmy. Nie zamierzam cię zatrzymywać, ale nie myśl, że możesz przyjść tu i wziąć mnie za idiotę. Jeśli chcesz się zobaczyć z Fabianem, to dobrze, ale nie oczekuj, że przyjmę cię z otwartymi ramionami. Nie teraz. Nie oczekuj, że przyjmę twoje słowa bezkrytycznie. - Dodał, nie mogąc już dłużej znieść tej pozornej obojętności. - Moja żona zginęła, a ty chcesz tylko zobaczyć się z Fabianem, żeby móc powiedzieć, że jesteś dobrym chrzestnym? W porządku, niech będzie, jak sobie życzysz. - Nie krył goryczy, tyle razy próbował zrozumieć, ale teraz czuł, że nie miał już miejsca na zrozumienie. To była tylko maska neutralności, którą Ambroise przywdział, a Cornelius nie miał zamiaru jej tolerować, więc stał tam, na nabrzeżu, z sercem pełnym żalu i wściekłości, gotowy wykrzyczeć wszystko, co go trapiło.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
01.02.2025, 16:06  ✶  
Stał na nabrzeżu. Na skrawku lądu rozciągającego się wzdłuż linii wody. Stał i milczał, przyjmując na siebie wszystkie uderzające w niego słowa, bo co innego miał zrobić? Kłócić się? Warczeć? Gryźć i drapać niczym zdziczałe zwierzę? Kąsać, jednocześnie próbując zrzucić z siebie to wszystko, co w istocie było tylko i wyłącznie jego winą? Przecież wiedział, że Cornelius ma rację. Nie potrafił temu zaprzeczyć, więc nawet nie próbował tego robić.
Słowa i tak nigdy nie przychodziły mu łatwo. Zawsze z trudem formułował myśli dotyczące tak trudnych tematów. W momentach takich jak ten, Ambroise nie potrafił wyrzucać z siebie długich i złożonych zdań, głębokich i poruszających przeprosin. Szczególnie, gdy nie miało iść za nimi nic, prócz chęci wyłącznie chwilowego pojednania. Kolejnego zniknięcia. Tym razem już na stałe.
Jeszcze nie wiedział, gdzie i kiedy, w jaki sposób, lecz ta myśl towarzyszyła mu na tyle długo, że powoli po prostu się z nią godził. Szczególnie teraz, gdy dostrzegał kolejne wymiary zniszczenia, którego był twórcą. Nie było go wtedy, kiedy przyjaciel potrzebował go najbardziej. Nie było go w najtrudniejszych chwilach i nie miało być go wtedy, kiedy spokój wreszcie powoli zacznie powracać do życia Lestrange'ów.
Był bowiem pewien, że taki moment miał kiedyś nadejść. Może nie dziś ani nie jutro, ale ulga musiała ponownie zagościć w świecie ludzi, którzy zdecydowanie na to zasługiwali.
- Rozumiem - powiedział powoli, zbierając w sobie dostatecznie dużo wewnętrznej siły, by zakończyć tę rozmowę w pozornie neutralnym tonie.
Bowiem dobiegała końca, czyż nie? Nie mógł tu dłużej stać, przyjmując na siebie wyrzuty. Nawet w tym stanie nie potrafił być cudzym workiem treningowym, nawet jeśli te wszystkie wyrzuty kierowane przeciwko niemu były całkowicie słuszne.
Próbował. Przynajmniej próbował. Tak. Chciał odezwać się do Corneliusa przed wyjazdem. Zobaczyć się z nim i z Fabianem. Poniekąd osiągnął swój cel. Dokładnie na to się teraz umawiali, prawda? Co z tego, że w gniewie, niemalże furii ze strony jego przyjaciela? Deklaracja padła a Corio też nigdy nie zwykł przecież rzucać słów na wiatr. Nawet tak chłodny i gwałtowny jak ten szarpiący teraz ich ubraniami. Niezwykle podobny do zawieruchy między nimi.
Tak, Ambroise zdecydowanie wyrażał chęć spotkania się z synem chrzestnym. Ostatni raz przed opuszczeniem tego miejsca. To było coś, co pragnął zrobić. Domknąć choć jedną ze spraw, które zawalił. Choć czy właściwie było to w ogóle możliwe? W głębi duszy obawiał się, że nie.
Ba, podświadomie wiedział, że nie powinien tego robić. Emanować dłużej tym wszystkim nie tylko na bliskich. Nie tylko na człowieka przez wiele lat będącego mu praktycznie bratem. Teraz obcym i zdystansowanym. Pełnym całkowicie słusznego gniewu, którego nie szło przygasić żadnymi słowami. Lecz także na niewinne dziecko. Na małego chłopca, który w swoim krótkim życiu i tak przeżył już dostatecznie wiele strat.
Chyba lepiej byłoby, by go nie pamiętał. Nie w ten sposób, w jaki to wszystko teraz wyglądało. Jeśli Fabian w ogóle miał mieć o nim jakieś wspomnienia, zdecydowanie lepiej, by przynajmniej on jako jedyny pamiętał go jako tego człowieka podczas hucznych urodzin. Szczęśliwego, pogodnego, rozbawionego. Zakochanego w życiu i w ciotce, której własna pamięć o ich wspólnych chwilach już nie była taka sama.
Wszystko spierdolił. Zniszczył niemal każdy aspekt swojego życia. W tym momencie dostrzegał to jak nigdy wcześniej. To spotkanie mu to uświadomiło. Jeśli wcześniej miał w sobie jeszcze jakąś iskrę nadziei, co prawda nie spodziewając się cudów, jednak wciąż wierząc w to, że jest w stanie cokolwiek wyjaśnić... ...teraz już tego nie miał. Wygasło, zdmuchnięte przez kolejny gwałtowny podmuch lodowatego wiatru.
Bardzo powoli odwrócił wzrok od morza i horyzontu przenosząc spojrzenie na Corio. W milczeniu kiwając głową i pierwszy raz, odkąd się tu wspólnie znaleźli rzeczywiście otulając się płaszczem przed wiatrem. Krzyżując dłonie na piersi i biorąc głęboki wdech.
- Odezwę się do ciebie - stwierdził, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że kłamie.
A jednak to powiedział, jednocześnie obracając się na pięcie. Tym razem już zupełnie nie przejmując się potencjalnymi konsekwencjami wystawienia się na niepowołane oczy. Plaża i molo były niemalże całkowicie puste.
- I... ...Corio... ...przepraszam - wymamrotał zanim z cichym trzaskiem opuścił plażę, teleportując się cholera wiedziała, gdzie.
Nie do pokoju w pensjonacie. Nie do Doliny Godryka. Nie do Londynu. Instynktownie wybrał zupełnie inne miejsce.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4364), Cornelius Lestrange (2268)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa