Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Przepraszam. Chcesz mnie obok?
Ambroise wziął głęboki, ale bezgłośny oddech, jeszcze jeden raz unosząc różdżkę i posyłając stworzonko w kierunku Geraldine. Nie chciał naruszać jej prywatności. Miała prawo nie chcieć z nim teraz rozmawiać, nie mieć ochoty na niego spoglądać. Cokolwiek robili sobie wzajemnie, w tym momencie stało się jeszcze trudniejsze. Bardziej skomplikowane. Szczególnie po tych wszystkich słowach rzuconych w mieszkaniu Corneliusa.
Potrafili się ranić jak nikt inny. Umieli nawzajem uderzyć w swoje najczulsze punkty. Zazwyczaj nie posuwając się tak daleko. Znając umiar i wiedząc, kiedy należy przestać. A jednak w przeciągu tych kilku ostatnich dni stanowczo zbyt często przekraczając tę granicę.
Nawet jeśli miał wrażenie, że oboje podświadomie wcale tego nie chcieli. To po prostu się działo. Utracili grunt pod nogami. Przez ostatnie półtora roku każde z nich mierzyło się z własnym bagnem. Jakże mieli więc odnaleźć wspólny grunt, gdy z osobna dawno zapomnieli jak to jest stać stabilnie na twardej ziemi? Nie zapadać się w nią ani o nią nie uderzać?
No właśnie.
Tak. W dalszym ciągu był poruszony tym, co wysyczała mu Rina. Tym, co wyrzucił z siebie Corio. Tym, co sprawiło, że on sam pękł, mówiąc coś, co nigdy nie powinno paść z jego ust. Nie chciał tego wyciągać. To niczemu nie służyło. Jedynie wszystko jeszcze bardziej skomplikowało, całkowicie zniszczyło ich szanse na powrót do Piaskownicy, by spędzić w niej jeszcze trochę czasu.
A przecież to planowali. Nie musieli zbyt długo o tym rozmawiać. Tak właściwie to niemalże wcale. Zabrali tu kawałek swojego londyńskiego życia. Psy i kota. Przywieźli kilka osobistych drobiazgów. Zrobili zakupy. Zanim Yaxleyówna pojawiła się z wieściami o Brennie, Ambroise zaczął przygotowywać obiad.
Teraz to wszystko rozpadło się w proch i w pył. Milczeli, gdy wrócili do domu, który nie był już ich domem. Nic nie mówili, gdy każde z nich ruszyło w stronę innego pomieszczenia. Kiedy Roise zajął się bezmyślnym przeglądaniem rzeczy w salonie, powoli zbierając część z nich do tej samej torby, którą zabrał tu na ich pierwszy wyjazd.
Nie śledził poczynań Geraldine. Wiedział tylko, że niemal od razu zniknęła w sypialni. Kilkanaście minut później usłyszał kroki na schodach i charakterystyczne trzaśnięcie tylnych drzwi.
Podświadomie wiedział, że nie zniknęła. Jeszcze lepiej wiedział, gdzie on sam powinien się pojawić. Dając jej chwilę, dopiero kilka minut później odkładając trzymaną książkę i również wychodząc z domu. Tyle tylko, że ciszej.
Mimo to spodziewał się, że i tak nie ukryje się przed zmysłami Geraldine. Nawet nie próbował. Stanął kilka metrów za nią. Ze ściskiem w gardle i piersi wpatrując się w jej sylwetkę na tle fal.
Nieduże zwierzątko przebiegło po plaży, zatrzymując się kilkanaście centymetrów przed siedząca dziewczyną i spoglądając na nią okrągłymi oczkami. Ostro zakończony ogonek drgnął w prawo i w lewo, mimo to nie poruszając w górę ani jednej skrzącej w słońcu drobinki. Zupełnie tak, jakby miniaturowa wydra jednocześnie stała na piasku i dryfowała w powietrzu. Kilka sekund później rozwiewając się na nadmorskim wietrze, jakby nigdy nie istniała.
Przepraszam. Porozmawiajmy.
Był gotowy odejść bez słowa, jeśli nie zamierzała się obrócić. Chciał się pożegnać. Nie wiedział, czy ona też.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down