Jeszcze się okaże, czy nie, będzie oznaczało nie. Panna Figg potrafiła być bardzo, ale to bardzo przekonująca, Ambroise powinien mieć tego świadomość. Jeszcze mu to dzisiaj udowodni.
- Zwariowałeś, brzydzę się sportem. - Kto jak kto, ale ona zdecydowanie nie należała do osób, które z własnej, nieprzymuszonej zapisałyby się na jakiekolwiek zajęcia, w których trzeba było się ruszać. To nie miało najmniejszego sensu, nie znosiła ruchu, Norka była pod tym względem bardzo stanowcza. SPORT to była dla niej największa katorga z możliwych.
- No jasne, oczywiście, że nie miałbyś problemu z przekazaniem takiej informacji, nawet by ci powieka nie drgnęła, co? - Przewróciła oczami, nie do końca zadowolona z tego, co powiedział. Powinna się tego po nim spodziewać, nie dało się mu grozić, na pewno nie takimi durnymi przypuszczeniami. Ambroise zawsze potrafił odpyskować. - Wiesz, że bardzo Cię lubię Roise, ale nie dopuściłabym do tego, żeby moja córka trafiła pod Twoja opiekę, jeśli by się tak stało to wstałabym z martwych, gwarantuję Ci to. - Nora czasem zastanawiała się nad tym, co by było gdyby odeszła nieplanowanie z tego świata, zresztą nie bez powodu to Longbottomowie byli rodzicami chrzestnymi Mabel, wiedziała, że odpowiednio się nią zaopiekują, gdyby jej zabrakło. Jasne, ufała Greengrassowi, był jej przyjacielem i w ogóle, ale zdecydowanie wolała nie sprawdzać na jaką kobietę wychowałby Mabel, zważając na charakter jego samego.
- Nie chciałam tego wiedzieć. - Rzuciła jeszcze, bo poziom twardości dupy Roisa zdecydowanie leżał poza zakresem jej zainteresowań, oczywiście, że nie mógł jej tego odpuścić. Nie miała zamiaru jednak tego sprawdzać, fujka.
- Damie nie wypada pluć. - Zresztą powiedziała prawdę, w jej oczach naprawdę słodziutko razem wyglądali, pasowali do siebie (ta, jasne, jak pięść do nosa).
- Zdajesz sobie sprawę, że z nią nie musisz wychodzić? Co nie? Koty są dużo lepsze od psów. - Tutaj się nieco skrzywiła, bo Figgówna zdecydowanie była kocim człowiekiem. - Nie będę Cię jednak do niczego zmuszać. Idź z nią tam. - Pokazała ręką kierunek, w którym miał się udać Ambroise ze swoim gustownym, kocim szalikiem.
Ledwie się ruszyli z jednego z drapaków zeskoczył na nich wielki, szary kocur. Najwyraźniej nie podobało mu się to, że Lilia się tak wygodnie rozgościła na ramionach mężczyzny. Syknął głośno, zahaczył o łapkę kotki i podrapał Greengrassa, kiedy zeskakiwał na ziemię. Nie przestawał syczeć, gdy znalazł się przed nim, właściwie to zbierał się do kolejnego skoku.
Norka spoglądała na to nieco zdziwiona, bo te koty raczej nie zachowywały się w ten sposób, Powinna chyba zareagować? Tak wypadałoby to zrobić, zdecydowanie. - Puszek, uspokój się. - Powiedziała stanowczo, ale chyba średnio jej słuchał.