12.02.2025, 00:16 ✶
Mógłby jej powiedzieć czym była prawdziwa potrzeba ciała. Głód, którego nie dało się zaspokoić na Nokturnie. Zsunąć z ramion szatę, obnażając wystające kości, pozwolić przeliczyć żebra, czy aby na pewno żadnego nie wyrwano by ukształtować kolejną zdzirę. Obnażyć głupotę kobiety, która gdzieś w sercu nadal wierzyła, że Baldwin tęskni za posmakiem luksusu.
Gdy całe życie wpatrujesz się w obrazy ukrzyżowanych proroków zaczynasz dostrzegać piękno w męczeństwie. Malfoy wyniósł swoje na poziom Sztuki.
Bogactwo było wspaniałą obosieczną bronią. Gdy pozwalało ci kupić każdą dziwkę na Nokturnie, ale po wyjściu prosiłeś bardzo ładnie, by nie rozpowiadała szczególnie głośno że jeden z drugim szefów departamentów też mieli swoje potrzeby. Gdy wypalało się ludzi z gobelinów, pozwalając Podziemiu chować swoje bękarty. Granica upodlenia była cienką linią, a nic nie sprawiało Baldwinowi większej przyjemności niż balansowanie na niej na wzór cyrkowców.
I rzeczywiście, sama w sobie sukienka nie była warta jego wolności. Ale była najbliższą temu za co gotów był się ów wolności wyzbyć bez słowa sprzeciwu. Lorraine była tego warta, choć w życiu by tego umiłowanej siostrze stryjecznej nie powiedział. Tak samo jak nie walczył z matką, gdy ta napomknęła o jakimś idiotycznym balu u Parkinsonów. Nienawidził spędów w jakie zamieniały się te wszystkie przyjęcia. Fałszywych uśmiechów, którymi karmił stare “ciotki” pozwalając im rozbierać się wzrokiem bez cienia większego wstydu; jakby próbowały przeżyć drugą młodość. Chyba wolał nie wiedzieć z jakiej okazji zorganizowano bal i którego z dziedziców planowano aktualnie sprzedać. Może Aidana? Może chcieli opchnąć jakąś podstarzałą, pewnie z dwudziestopięcioletnią kuzynkę z bocznej, nieznaczącej gałęzi i szukali frajera co się da złapać?
- Jak okrutny musiałby być syn, by odmówić Tej, która go zrodziła uczucia dumy.- Odpowiedział, nawet już na matkę nie patrząc. Jego pełną uwagę pochwyciła i utrzymywała w szponach zerwanych nici i brudnej koronki, zawieszona już na manekinie sukienka. Wspomnienia czystości, którą Armandowa córka porzuciła tak dawno wpadając w objęcia Nokturnu, wciąż pozostawały w nim żywe. - Czy… moja siostra również otrzyma zaproszenie?
Zapytał.
Oczywiście, że musiał zapytać o Calanthe. I choć jego twarz zdradzała niewiele, to z jaśniejących głębokim uczuciem oczu Baldwina szło odczytać wszystkie tajemnice, które kryły zasznurowane usta. Jeśli ofiarował kobiecie jedną rzecz = była to szczerość. Zasługiwała na nią i całe cierpienie, zdradę, czy wstręt, które ze sobą niosła.
Odpowiedź nie miała tak naprawdę dla niego żadnego znaczenia, bo Baldwin podjął decyzję od razu jak usłyszał cenę. Grzechy wymagały pokuty, ta zdawała się być odpowiednio sroga.
- Nie wrócę do domu po odpowiedni strój.- Powiedział jeszcze. Profilaktycznie. Jakby dał matce do zrozumienia, że może się na balu pojawić albo w teatralnym kostiumie, albo w swojej najlepszej szacie, która pewnie za nic nie spełniała jej wyśrubowanych standardów, albo mogła sama zająć się tą kwestią. Posłał przy okazji wyuczony uśmiech dwóm nowoprzybyłym klientkom.- Znasz adres mamo. - Ociekający przesłodzonym jadem słowo było ostatnim jakie wypowiedział.
Skłonił lekko głową, oferując jej tylko i wyłącznie to nonszalanckie pożegnanie. A potem bez słowa wyszedł z pracowni.
Gdy całe życie wpatrujesz się w obrazy ukrzyżowanych proroków zaczynasz dostrzegać piękno w męczeństwie. Malfoy wyniósł swoje na poziom Sztuki.
Bogactwo było wspaniałą obosieczną bronią. Gdy pozwalało ci kupić każdą dziwkę na Nokturnie, ale po wyjściu prosiłeś bardzo ładnie, by nie rozpowiadała szczególnie głośno że jeden z drugim szefów departamentów też mieli swoje potrzeby. Gdy wypalało się ludzi z gobelinów, pozwalając Podziemiu chować swoje bękarty. Granica upodlenia była cienką linią, a nic nie sprawiało Baldwinowi większej przyjemności niż balansowanie na niej na wzór cyrkowców.
I rzeczywiście, sama w sobie sukienka nie była warta jego wolności. Ale była najbliższą temu za co gotów był się ów wolności wyzbyć bez słowa sprzeciwu. Lorraine była tego warta, choć w życiu by tego umiłowanej siostrze stryjecznej nie powiedział. Tak samo jak nie walczył z matką, gdy ta napomknęła o jakimś idiotycznym balu u Parkinsonów. Nienawidził spędów w jakie zamieniały się te wszystkie przyjęcia. Fałszywych uśmiechów, którymi karmił stare “ciotki” pozwalając im rozbierać się wzrokiem bez cienia większego wstydu; jakby próbowały przeżyć drugą młodość. Chyba wolał nie wiedzieć z jakiej okazji zorganizowano bal i którego z dziedziców planowano aktualnie sprzedać. Może Aidana? Może chcieli opchnąć jakąś podstarzałą, pewnie z dwudziestopięcioletnią kuzynkę z bocznej, nieznaczącej gałęzi i szukali frajera co się da złapać?
- Jak okrutny musiałby być syn, by odmówić Tej, która go zrodziła uczucia dumy.- Odpowiedział, nawet już na matkę nie patrząc. Jego pełną uwagę pochwyciła i utrzymywała w szponach zerwanych nici i brudnej koronki, zawieszona już na manekinie sukienka. Wspomnienia czystości, którą Armandowa córka porzuciła tak dawno wpadając w objęcia Nokturnu, wciąż pozostawały w nim żywe. - Czy… moja siostra również otrzyma zaproszenie?
Zapytał.
Oczywiście, że musiał zapytać o Calanthe. I choć jego twarz zdradzała niewiele, to z jaśniejących głębokim uczuciem oczu Baldwina szło odczytać wszystkie tajemnice, które kryły zasznurowane usta. Jeśli ofiarował kobiecie jedną rzecz = była to szczerość. Zasługiwała na nią i całe cierpienie, zdradę, czy wstręt, które ze sobą niosła.
Odpowiedź nie miała tak naprawdę dla niego żadnego znaczenia, bo Baldwin podjął decyzję od razu jak usłyszał cenę. Grzechy wymagały pokuty, ta zdawała się być odpowiednio sroga.
- Nie wrócę do domu po odpowiedni strój.- Powiedział jeszcze. Profilaktycznie. Jakby dał matce do zrozumienia, że może się na balu pojawić albo w teatralnym kostiumie, albo w swojej najlepszej szacie, która pewnie za nic nie spełniała jej wyśrubowanych standardów, albo mogła sama zająć się tą kwestią. Posłał przy okazji wyuczony uśmiech dwóm nowoprzybyłym klientkom.- Znasz adres mamo. - Ociekający przesłodzonym jadem słowo było ostatnim jakie wypowiedział.
Skłonił lekko głową, oferując jej tylko i wyłącznie to nonszalanckie pożegnanie. A potem bez słowa wyszedł z pracowni.
Koniec sesji