• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise

[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
19.02.2025, 11:51  ✶  

Nie zakładała tego, że zjawi się tutaj dzisiaj po to, aby porozmawiać z nim właśnie na ten temat. Starali się go omijać, nie wracali do tego, co wydarzyło się w jaskini, jednak kiedyś musieli, tak musieli, czy im się to podobało, czy nie do tego wrócić. Tamta noc była okropna, doppelganger mieszał im w głowach, czy tego chcieli, czy nie miało im to towarzyszyć jeszcze przez jakiś czas. Niczego przecież nie mogli być pewni, nie mogli zakładać, że to do nich nie wróci, bardzo by tego chciała, ale pojawił się strach przed tym, że demon resztą sił jeszcze namieszał w jej życiu, wcale by to jej nie zdziwiło.

- Mam nadzieję, że masz rację. - Nie chciała negować jego opini, chociaż nie była do końca przekonana, czy faktycznie tak było. nie mogła mieć pewności, bo niby skąd? To ją irytowało, męczyło ją. Nie miała pojęcia, czy mogli jakoś to sprawdzić, czy potwór nie pozostawił po sobie jakichś śladów swojej obecności. Może wtedy poczułaby się lepiej, może przestałby jej towarzyszyć ten strach? Chociaż, czy faktycznie? To uczucie było bardzo silne, głęboko zakorzenione, szczególnie po tym, kiedy dowiedziała się, że Cain odebrał sobie życie, że nie było go już na tym świecie, a przecież on również miał wątpliwą przyjemność spotkać się bliżej z dopplegangerem.

Podniosła się z krzesła, aby ułatwić Ambroisowi przejęcie od niej płaszcza. Kiedy się tutaj pojawiła nie zakładała, że zostanie tutaj na dłuższą chwilę, ale chyba jednak ku temu zmierzali. Skoro zaczęli już o tym rozmawiać wypadałoby kontynuować tę rozmowę, wcale nie przychodziło jej łatwo dzielenie się z nim tym wszystkim, ale czuła, że musi to zrobić. Może dzięki temu zrozumie jej zachowanie, może nie będzie traktował jej jak wariatki, bardzo by tego nie chciała.

Zauważyła, że zamierza okryć ją pledem, nie miała nic przeciwko temu, było jej chłodno, z racji na ten spacer w deszczu, który odbyła, chociaż nie do końca tylko przez to. Nie miała pojęcia dlaczego ten lęk nie dawał jej spokoju, dlaczego ciągle wracał. Nie potrafiła się pozbyć tego uczucia niepewności. Owinęła się materiałem bardzo dokładnie, licząc, że faktycznie ogrzeje on jej ciało i duszę.

Spoglądała na Roisa, gdy znalazł się znowu przed nią, tym razem splótł ich palce, dawał jej wsparcie, którego potrzebowała, chociaż nie mogła tego od niego wymagać. Znowu stawała się jego problemem, chociaż powinna być wsparciem, nie do końca jej się to podobało, ale nie umiała sobie sama z tym poradzić. Może gdy wszystko sobie wyjaśnią będzie inaczej? Może wtedy będzie myśleć jaśniej, przestanie się nad tym tak fiksować, naprawdę tego chciała, tyle, że jeszcze nie potrafiła działać w inny sposób. Naprawdę się bała, tak jak jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło, bo konsekwencje wydawały jej się być okropne, gdyby faktycznie do nich doszło.

- Ucichłoby, gdyby Ci to odebrał. - Dopowiedziała jeszcze, bo tak zrozumiała jak to działa. Nie musiał wprowadzać się w trans, żeby wiedzieć, że nadal to ma. Czy ta informacja spowodowała, że poczuła się pewniej? Nie do końca, nie mogli mieć pewności, że demon nie zrobił czegoś innego, że mówił o jednym, a robił drugie, zwłaszcza, kiedy zdawali sobie sprawę, że uwielbiał mieszać.

Rozszerzyły jej się źrenice, gdy wspomniał o tym, że czuje się inaczej. Czyli jednak coś było na rzeczy, coś się zmieniło, coś się popsuło? Nie wiedzieć czemu od razu zakładała najgorsze scenariusze, tylko bardzo szybko jej wyjaśnił, że było wręcz przeciwnie. Ulżyło jej, po raz kolejny tego wieczora.

- Nie wydaje mi się, żeby to była zasługa dopplegangera. - Zasługa, a nie wina, tak, nie widziała nic złego w tym, że to wszystko wracało, że przypominali sobie o tym, jacy byli kiedyś dla siebie istotni, że te uczucia wracały, chociaż czy faktycznie kiedykolwiek zniknęły? Tego też nie była pewna. Mogli udawać, że tak było, ale nie do końca w to wierzyła.

Kiwnęła głową, gdy ją poprawił. Czyli to też się nie zmieniło, nadal była dla niego istotna, wolała się po raz kolejny co do tego upewnić, cóż, gdyby się to zmieniło pewnie by to odczuła, aktualnie jednak nie dawał jej powodu, aby wątpiła w jego słowa. Poświęcał jej swój czas, przebywał z nią, nadal nie potrafili się od siebie odsunąć, pewnie nigdy nie będą w stanie tego zrobić. Nie mogli pozbyć się tej więzi, która ich połączyła, z tym nie mieli szansy walczyć, zresztą wcale nie chciała tego robić. Nie, kiedy zdawała sobie sprawę, że nie wszyscy mają szansę poznać kogoś, kto miał dla nich tyle znaczyć. Nie po tym, gdy już wiedziała, jak to może wyglądać, kiedy wszystko jest właściwe.

- To irracjonalne. - Powinna przecież po prostu uznać, że nic więcej się tam nie stało, że demon nie zrobił mu krzywdy, ale nie umiała pozbyć się tego dziwnego wrażenia, nie potrafiła, ciągle w nia uderzało. Naprawdę próbowała podchodzić do tego rozsądnie, ale w tym przypadku nie było to możliwe.

- Myślisz, że tak będzie już zawsze? - Nie wiedzieć czemu go o to pytała, przecież jak ona nie mógł tego wiedzieć. To było coś dziwnego, nowego, ten niepokój prędzej, czy później ją wykończy, zwłaszcza jak w końcu się od siebie oddalą, bo przecież do tego zmierzali.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
19.02.2025, 14:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 00:42 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Zawsze mam - odmruknął, usiłując przedstawić to z taką samą pewnością siebie, co zawsze.
Nadmiernie, przerysowanie, cholernie bezczelnie. Tyle tylko, że te słowa zabrzmiały raczej bardzo powierzchownie i to nie przez wzgląd na to, jak płytkie były. Nie. Brakowało im przekonania. Nie zabrzmiały tak gładko jak powinny. Nie były tu całkowicie naturalne.
- Na twoje szczęście, masz nieomylnego mężczyznę. Eksperta - we wszystkim, prawda?
Już to wielokrotnie ustalali, czyż nie? Nie było nikogo bardziej wszechwiedzącego od niego. Nawet jeśli w tym momencie poniekąd sam udowadniał, że nie miał żadnej wiedzy. Na pewno nie dotyczącej tego, co tu właśnie robili, bo kolejny raz z jego ust padło coś, na co nie powinno być miejsca w ich aktualnym układzie sił.
Nie wrócili do siebie. Nie byli razem. Mimo to bez zająknięcia (i bez zastanowienia) nazwał się jej facetem. Przydzielił sobie tę rolę, zaznaczył swoją przynależność tak, jakby nie było żadnej innej możliwości. Z jednej strony od wielu dni mówiąc o konieczności rozstania, z drugiej nie mając najmniejszych oporów przed sięgnięciem po dotyk i przed zamknięciem dziewczyny w ramionach.
Przed tymi wszystkimi gestami, które przychodziły im wobec siebie nawzajem w bardzo naturalny sposób. Tego wieczoru zupełnie samoistnie. Po prostu się pojawiały. Praktycznie od samego wejścia, obejmowali się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Kucnął przy niej, gdy uznał to za najwłaściwszą pozycję. Pomógł jej zdjąć wilgotny płaszcz, przyniósł pled do okrycia ramion. Zachowywali się tak, jakby nigdy nie rozważali nic innego.
Spróbował się uśmiechnąć, ale (paradoksalnie) pierwszy raz tego wieczoru uświadomił sobie, że miał rację. Nie potrafił udawać. Nie teraz. Nie dzisiaj. Nie w tych okolicznościach. Nie umiał bez mrugnięcia okiem okłamać Geraldine, nawet jeśli miałoby to być białe kłamstwo. Te słowa ledwo przechodziły mu przez gardło.
A był to dopiero początek trudnych rozmów. Nawet jeśli tym razem się nie kłócili. Nie wyglądało na to, by mieli kolejny raz się ze sobą zetrzeć. Wręcz przeciwnie. Z jakiegoś dziwnego powodu tym razem nie było między nimi tej wcześniejszej gęstej atmosfery. Nadal było trudno, naprawdę ciężko, ale nie do końca między nimi. Wokół nich. Z tym, co działo się dookoła.
Z wydarzeniami prowadzącymi do tej chwili. Z demonem w Snowdonii. Z Cainem Bletcheyem i całą resztą. Z konsekwencjami polowania na byt w leżu pod ziemią. Niby wyszli z jaskini, jednakże w tym momencie nie dało się ukryć, że wracali do niej raz za razem. Raz po raz. Nie fizycznie. To było w tym najgorsze. Nie musieli ruszać się z Londynu, by ponownie trafić pod ziemię.
Miał tylko nadzieję, że nigdy nie tak bardzo, by zrobić to na stałe, by zagubić się w swoich odczuciach i lękach, nie będąc już w stanie wrócić na powierzchnię. Raz niemal podążył tą drogą. Nie chciał trafić tam ponownie. Geraldine też nie mogła tego zrobić.
Musiał o to zadbać, nawet wbrew swoim chęciom zakopania tamtych wydarzeń głęboko w sobie. Więc mówił. Cicho, niemal bezgłośnym szeptem, ale cały czas utrzymując kontakt. Dotyk, choć w tym momencie nie spojrzenie. Nie potrafił jeszcze patrzeć jej przy tym w oczy. Nie sądził, aby kiedykolwiek był w stanie.
- Tak, tak sądzę. Wtedy należałoby to... ...sprawdzić - mruknął powoli, kiwając do siebie głową. - Choć i wtedy nie wiem, czy to coś, co można tak po prostu całkiem odebrać. Uśpić? Pewnie tak, ale czy odebrać - nie pytał, bo nie chciał się nad tym zastanawiać i nie chciał, żeby Rina to robiła.
Tym bardziej, że nie był już niczego pewien. Wspomnienia były czymś innym. Można było odebrać je na różne sposoby. Można było wyciągać je do myślodsiewni, wymazywać je zaklęciami, modyfikować je przy pomocy umiejętności mentalnych. To było...
...chyba coś innego. Słyszał już o blokadzie, o utracie możliwości korzystania z wątpliwego daru pod wpływem traum i lęków. To z pewnością było możliwe. Dało się uśpić zdolności tak samo jak je obudzić, ale czy całkowicie je odebrać? Na Ścieżkach byli tacy zwyrole. Ludzie tak zafascynowani fenomenem trzeciego oka, że aż fiksujący się na próbach kradzieży zdolności, ale czy im to wychodziło? Nie, raczej nie.
Z drugiej strony, mówili tu o nadnaturalnym bycie. O istocie rodem z czeluści. O czymś, o czym wiedzieli naprawdę niewiele. Mogli wyrokować, ale czy naprawdę chcieli to robić? Demon nic im nie odebrał. Nie wyglądało na to. A Ambroise zdecydowanie nie chciał napędzać lęków Riny.
- Ach, czyli to zasługa... ...czekaj... ...jak to było? Wypaczonej miłości? Tego, że jesteśmy pojebani? Toksyczni? - Mruknął cicho po raz kolejny, ściskając chłodne dłonie dziewczyny i tym razem nawet pozwalając sobie na całkiem szczere drgnięcie kącików ust.
Nie był wesoły, nie odczuwał jakiejkolwiek ulgi, daleko było im od bycia szczęśliwymi. Prowadzona rozmowa w dalszym ciągu niczego nie zmieniała. Nie było łatwo, prawdopodobnie nigdy nie miało być. Nie był w stanie zapewnić o tym Geraldine. Siebie też nie.
- Nie wiem - odparł bez cienia czegokolwiek, co mogłoby zabrzmieć jak pocieszenie, ale jego kciuki nadal rysowały małe kółka na skórze Geraldine a nieco zmęczone oczy wpatrywały się w jej twarz. - Nie wiem, Bruyère, prawdopodobnie tak? Sama słyszałaś, co mówiła Florence. A to wyłącznie dokłada do całej sytuacji. Może z czasem trochę przygaśnie, ale nie sądzę, żeby takie rany dało się kiedykolwiek do końca zaleczyć - nie mógł nic zakładać, bo nie był magipsychiatrą, ta dziedzina nigdy go nie interesowała, jednak nie wydawało mu się, aby z czasem wszystko miało tak po prostu zniknąć.
To były trudne doświadczenia. Jedne z najgorszych wyobrażalnych i niewyobrażalnych traum. Coś, czego jego zdaniem nie dało się tak po prostu zapomnieć. Można było jedynie spróbować przejść z tym do porządku dziennego, ale z pewnością nie od razu. Tu potrzebny był czas. Cholernie dużo czasu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
19.02.2025, 16:08  ✶  

Pokręciła jedynie delikatnie głową. Oczywiście, że szedł w tę narrację, jak mogło by być inaczej. Wydawał się być bardzo pewny swego, jak zawsze. Miała świadomość, że Roise miał już takie podejście, trudno było z nim w tym rywalizować. Wydawało mu się, że zawsze miał rację. Był w tej swojej pewności siebie dość mocno przekonujący. Tyle, że akurat Yaxleyówna nigdy nie miała problemu z tym, aby się z nim spierać o to, że wcale nie ma racji. Tym razem jednak naprawdę chciała mu wierzyć na słowo. Zdecydowanie wolałaby, aby to wszystko, co mówił rzeczywiście się zgadzało.

- Tak, mam ogromne szczęście, pozostaje je tylko docenić. - Nie, żeby normalnie nie miewała z tym problemu, wręcz przeciwnie, czasem specjalnie nieco go podjudzała, żeby sprowokować go do kłótni, bo Yaxleyówna sama również lubiła mieć rację. Nie umknęło jej oczywiście to, że ujął to w ten sposób, mówił o sobie tak, jakby nadal był jej mimo, że przecież nic się nie zmieniło, oficjalnie nadal nie określali siebie w ten sposób. Coś się między nimi działo, tego nie dało się nie zauważyć, zaczęli do siebie wracać, przekroczyło to też granice Whitby, coraz bardziej mieszali sobie w głowach, mimo, że przecież ustalili, że będzie inaczej. Nie zamierzała teraz tego poruszać, nie chciała łapać go za słowa, które mogłyby przynieść im tylko i wyłącznie ponowną kłótnię o nic. Miała już ich dość, wolała więc po prostu uznać, że rzeczywiście tak jest. Nie dało się nie dostrzec, że nadal się o nią martwił, interesował się jej losem, poniekąd więc ciągle był jej mężczyzną. Było to dość mocno pokręcone, ale co z tego.

Nie sądziła zresztą, że ujął to w ten sposób z jakiegoś konkretnego powodu. Nie usiłował wzbudzić w niej zaufania, nie musiał tego robić, nie potrzebowała w końcu żadnych obietnic, które miały się nigdy nie spełnić, przyzwyczaiła się już nawet do tej myśli, że może faktycznie powinna pogodzić się z tym, że musiała trochę przeczekać, aby faktycznie doszło między nimi do oficjalnego powrotu, mogła przecież poczekać, szczególnie, że ciągle znajdowali się obok siebie, nadal dawał jej to ciepło którego potrzebowała, tak właściwie to zachowywał się zupełnie tak, jak wtedy, gdy faktycznie i oficjalnie był jej chłopakiem. To jej wystarczało, nie potrzebowała żadnych deklaracji, nie były im one do niczego potrzebne.

Nie spodziewała się, że ta rozmowa będzie przebiegała tak spokojnie, mieli wobec siebie dużo cierpliwości i starali się wyjaśnić wszystkie sprawy powoli, po kolei, bez rzucania w siebie epitetami, czy podnoszeniem głosu,  co mogło przynieść kolejną kłótnię. Było zupełnie inaczej, wydawali się mieć w stosunku do siebie naprawdę sporo zaufania i opanowania. Brnęli powoli, przez wszystkie niewygodne tematy.

To był chyba spory sukces, bo jeszcze kilka dni temu nie umieli o tym rozmawiać, właściwie to wcale nie potrafili rozmawiać o czymkolwiek, a każdy poruszany temat kończył się kłótnią, mniejszą lub większą.

- Nie wiem, wiesz, że te tematy są dla mnie zupełnie obce, nie znam się na tym zupełnie. - Zresztą nie posiadała żadnego daru, nie do końca wiedziała, jak właściwie działały te talenty, czy można je było odebrać? Mogła tylko gdybać, zresztą wolałaby właśnie, aby nie musieli specjalnie w tym grzebać, najlepiej by było, gdyby demon po prostu niepotrzebnie ich wystraszył. Zresztą skoro Ambroise mówił o tym, że to nie zniknęło, to mu w to wierzyła, nie sądziła, żeby mógł ją w tym okłamywać.

- Jesteśmy wyjątkowi. - Odparła marszcząc przy tym nos, bo zdecydowanie wolała swoją wersję. Nie podobało jej się to, że ktoś móglby uznać to, co ich łączyło za coś wypaczonego. To była nadinterpretacja, przynajmniej zdaniem Geraldine.
- Pojebani na pewno na swój sposób też, trochę.
- Co do tego również nie miała żadnych wątpliwości, musiała się więc akurat z tym zgodzić. Toksyczności nie skomentowała, bo wolała się o tym nie wypowiadać, nie dało się nie zauważyć, że na pewno w pewien sposób to, co ich łączyło było toksyczne, niszczyło ich od środka, przynajmniej wtedy, kiedy z tym walczyli. Dużo prościej było, kiedy pozwalali się sobie w tym zatracać.

- Tak, słyszałam co mówiła. - Przynajmniej wyjaśniła im to, że nie byli przklęci, nie trafiło w nich żadne zaklęcie, czy coś. Po prostu się w sobie zakochali, dość mocno, natura uważała, że do siebie pasują, że powinni być razem, i nie do końca mieli na to jakikolwiek wpły. Ich ciała i dusze pragnęły swojej bliskości, zostali na siebie skazani. To było chyba lepszą opcją od klątwy, tyle, że klątwę można było zdjąć, a to? To miało trwać, zawsze.

- Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, jak od czasu do czasu pojawię się przed Tobą z tym głupim pytaniem. - Nie, żeby chciała go zbyt często nawiedzać, ale wiedziała, że na dłuższą metę nie będzie mogła trzymać się na dystans, bo ją to zeżre od środka, musiała więc go uprzedzić, że czasem na pewno zdarzy się podobna sytuacja, nie była wariatką, tyle, że te wszystkie wydarzenia nieco siadły jej na psychikę. Nie czuła jeszcze nigdy takiego lęku, nie umiała sobie z nim radzić inaczej, niż właśnie sprawdzać, czy faktycznie nic się nie zmieniło, czy nadal nie zniknęła z jego wspomnień.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
19.02.2025, 18:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 00:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Lubił być nieomylny. Bądźmy szczerzy. Mało kto nie lubił mieć rację. Ambroise nie był wyjątkiem, nawet jeśli poniekąd często się za takowy uważał. Ostatnio rzadziej niż w przeszłości, bowiem los nie oszczędzał mu kolejnych ciosów wycelowanych prosto w dumę i ego. Mimo to, Greengrass starał się uparcie trwać przy swoim. Nawet jeśli bywały momenty, gdy go to dotykało i niszczyło.
Pragnął mieć kontrolę nad swoim życiem. Chciał odzyskać władzę nad własnym losem. Do tego stopnia, że momentami nieświadomie się w tym zapędzał. Plątał się we własnym postępowaniu, w swoich myślach. Mając wrażenie, że nie mógł czegoś mieć, usilnie usiłował udowadniać sobie, że wcale tego nie chciał, że tego nie potrzebował. Że wypuszczenie tego z rąk było jego świadomą decyzją.
Gówno prawda.
Niczego tak nie pragnął jak tego, by znów wrócić do tego, co było kiedyś. Być szczęśliwszym człowiekiem. Spełnionym może nie we wszystkich płaszczyznach życia, ale na tej najważniejszej. Tej, na której tak bardzo mu zależało, że mimowolnie starał się bronić jej przed wszystkim. Nawet przed samym sobą. To było popierdolone. Bardziej niż mógłby kiedykolwiek przyznać.
Był wyjątkowy. Zaiste. Wyjątkowo uparty, zaparty, trwający przy czymś, co nie przynosiło ulgi żadnemu z nich. Momentami zdawało się, że to dostrzegał. Wtedy łagodniał. Stawał się bardziej miękki, może nie uległy, ale zdecydowanie przyjemniejszy, bardziej ugodowy. Potrafił być czuły. Umiał być troskliwy i wyrozumiały. Był w stanie zachowywać się jak ktoś komu naprawdę zależy.
Tyle tylko, że zazwyczaj spychał to w eter. Zbyt wiele razy przejechał się na własnej słabości. Zbyt wiele kosztowało go zerwanie z byciem tamtym człowiekiem, o którym teraz nieświadomie mówił, jakby nadal istniał w tym czasie i przestrzeni. Jak gdyby on sam w dalszym ciągu nim był. Mężczyzną jednej jedynej kobiety. Niczyim więcej. Tylko Geraldine. Wyłącznie jej.
Poniekąd zawsze miał nim być, prawda? Nieważne jak bardzo pokrzywiony i zastały w postanowieniach. Zawsze miało mu zależeć. Na zawsze miało być w ten sposób. Do usranej śmierci pisane im było bycie tymi wyjątkowymi ludźmi, nawet jeśli oboje zmienili się przez ostatnie półtora roku.
- Nie potrzebujesz się na tym znać. To normalne - kiwnął głową, licząc na to, że Rina po prostu przyjmie to wyjaśnienie i reszta tej rozmowy się nie odbędzie.
Nie mieli mieć zbyt wielu okazji, aby musiała wiedzieć coś więcej. Nie budowali wspólnej przyszłości, w której naturalne zdawałoby się wciągnięcie dziewczyny w meandry tego, jak to wyglądało. Nie czekały na nich wspólne wyzwania tego typu. Nie mieli też...
...przełknął ślinę, starając się nie uśmiechnąć się z goryczą na tę myśl...
...nie mieli mieć pąkli. Nie mieli założyć rodziny. Nie mieli starać się o dzieci, które w naturalny sposób mogłyby odziedziczyć po nim ten twór. Nie mieli zastanawiać się, czy padnie to na ich potomstwo. Dzieciaki, wnuki, jeszcze dalej. Bez wątpienia prędzej czy później gdzieś ponownie się ujawniając, bo przecież takie naleciałości nigdy do końca nie znikały.
A jednak to nie było im pisane. Nie musieli w to wnikać. Byli wyjątkowi. Tak. Wybitni. Również w pierdoleniu sobie życia. Mimo to nieznacznie się uśmiechnął.
- Ze wszech miar - kiwnął głową, gładząc kciukiem dłoń Geraldine. - Więc wiesz, że ta obawa też jest w to wpisana, ale - zawiesił spojrzenie na ścianie, kolejny raz oddychając głęboko - wolę myśleć, że nie ma podstaw, wiesz? Skoro jesteśmy pojebani u podstaw, byle coś nie jest w stanie tego naruszyć - mówił szczerze, nie kłamiąc.
To miało dla niego znacznie więcej sensu niż to, że miałby tak po prostu zapomnieć o miłości swojego życia. O kimś, z kim był trwale splątany, nawet jeśli nie w wyniku klątwy to przez coś równie trwałego. Jeszcze bardziej nienaruszalnego.
- Nigdy nie kwestionuj tego, że zawsze możesz do mnie przyjść - odpowiedział cicho, ściskając rękę Geraldine i wbijając wzrok w ich splecione palce.
Zawsze i nigdy, tak? Dwa słowa, na które był niesamowicie wyczulony. Określenia, których w żadnym wypadku nie nadużywał. Nawet... ...a może zwłaszcza... ...wtedy, kiedy powtarzali sobie tamte zdanie będące już zamierzchłą przeszłością, choć czy aby na pewno? W tym momencie poczuł zmęczenie przytłaczające go jak ciężka zasłona opadająca mu na twarz i ramiona. Nie ukrywał tego spojrzenia, jakim obdarzył Rinę, spoglądając na jej twarz i poszukując wzrokiem znajomych niebieskich oczu.
To była tęsknota. Już zawsze miała między nimi istnieć. Na zawsze. Do usranej śmierci. Nie dało się tego uniknąć, nie dało się tego nie czuć, całkowicie przygasić wrażenia bezradności i żalu. Żałoby po wszystkich ścieżkach, którymi nie podążyli. Po wszystkich decyzjach, których nie podjęli. Po przyszłości bez przyszłości.
- Zmienimy to - odezwał się prawie bezgłośnie, myślami będąc zupełnie gdzieś indziej. - Jakoś to zrobimy - starał się, nawet jeśli nie miał pojęcia, w jaki sposób miałby postąpić, aby rzeczywiście dotrzymać słowa.
Tak, aby być w stanie zachować ich sojusz, nie posuwając się przy tym zbyt daleko. Nie przekraczając na nowo ustanowionych granic. Nie tracąc gruntu pod nogami i nie odnajdując go w swoich ramionach. Chciał, żeby mogła do niego przyjść. Chciał, aby mogła mu zaufać. Tak naprawdę zaufać, jednocześnie nie obawiając się także tego, że ponownie jeszcze bardziej się przy tym uwikłają.
Wiedział, że to będzie cholernie trudne. Już teraz takie było, bo raz po raz sięgali po najprostsze sposoby odnalezienia oparcia. One zaś nie mogły wchodzić w grę w przyszłości. Nie, gdy jej ze sobą nie mieli.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
19.02.2025, 21:34  ✶  

Niektórzy bardziej od innych lubili stawiać na swoim, pokazywać, że zawsze mają rację, i Roise i Geraldine należeli do tego grona osób. Jak sobie coś upierdolili to nie było szans, aby ktokolwiek zmienił ich wizję, lubili udowadniać, że się nie mylą, że jest dokładnie tak, jak uważają. Tym razem, wyjątkowo Yaxleyówna nie chciała, żeby jej przypuszczenia okazały się prawdziwe, zdecydowanie wolała, aby to Ambroise miał rację. Było to naprawdę raczej niespotykane, jak widać wszystko jednak zależało od sytuacji, w której się znajdowali. W tym przypadku nie miała najmniejszego problemu z tym, aby się z nim zgodzić, naprawdę.

- Jasne, nie można się w końcu znać na wszystkim. - Rzuciła jeszcze, bo wcale nie widziała w tym nic złego, nie była w stanie do końca zrozumieć pewnych spraw, bo przecież nie mogła być wszechstronnie uzdolniona. Yaxleyówna nie posiadała żadnych ukrytych talentów, zabawne, bo sporo osób, którymi się otaczała takowe posiadała. Przy nich wydawała się być naprawdę zwyczajną jednostką. Nie urodziła się z żadnymi ukrytymi talentami, no, może poza tym szóstym zmysłem, który odziedziczyła po rodzinie ojca, ale nic innego jej nie wyróżniało. Nie czuła się przez to pokrzywdzona, wiedziała, że niektórzy po prostu widzą więcej, mieli ku temu specjalne predyzpozycje, których jej brakowało. Nigdy nie wydawało jej się, że powinno być jej z tego powodu przykro, czy coś. Nie można było mieć wszystkiego. Mimo tego rozwijała się jak tylko mogła w tych innych dziedzinach, na który miała jakikolwiek wpływ, żeby chociaż dzięki temu stać się w jakiś sposób wyjątkowa. Mogło się wydawać, że miała gdzieś opinię innych, że jej nie zależało, ale chciała być najlepsza - sama dla siebie.

- Zawsze możemy być pojebani jeszcze bardziej, chociaż może nie? Nie wiem, czy da się bardziej. - Najwyraźniej po raz kolejny się zgadzali, ostatnio nie zdarzało się to zbyt często, więc nawet nieco ją to dziwiło. Jednak temu nie dało się zaprzeczyć. Byli pierdolnięci, pod wieloma względami, szczególnie przy sobie. To było oczywiste, każdy chyba był w stanie do dostrzec, nigdy też jakoś specjalnie tego przed sobą nie ukrywali, nie mieli innej opcji jak się pogodzić z tym, że tak po prostu było. Kiedyś zupełnie im to nie przeszkadzało, faktycznie traktowali to jako coś wyjątkowego, ostatnio jednak mogli dostrzec nieco inne strony tej ich wyjątkowości. Kiedyś musiało do tego dojść.

- To wcale nie jest takie proste. - Jak mogłaby tego nie kwestionować, kiedy nie mieli już być razem, gdy ustalili, że nie powinno łączyć ich już nic. Łatwo było mu mówić, że zawsze mogła do niego przyjść, jednak dla niej nie do końca było to normalne. Nie powinna tego robić, nie chciała mu się narzucać, nie w ten sposób, to w pewien sposób jej uwłaczało. Biedna, smutna Geraldine miała najebane w głowie, więc trzeba było akcpetować to, że od czasu do czasu pojawi się i zada to głupie pytanie. Zdecydowanie wolałaby tego uniknąć, tyle, że aktualnie nie miała pojęcia, jak właściwie mogła to obejść. Czy istniał w ogóle sposób w jaki mogłaby się pozbyć tych lęków? Nie miała pojęcia, pewnie tak, z większością spraw dało się zrobić coś, z tym też powinno się dać. Tyle, że wtedy zniknąłby ostatni powód dla którego mogłaby pojawiać się w jego życiu, wtedy nie miałaby argumentów na to, aby zjawiać się przed jego drzwiami, gdy tylko będzie miała na to ochotę. To też nie do końca jej się podobało, bo zależało jej na tym, aby utrzymywali kontakt, żeby nadal coś dla siebie znaczyli. Jasne, niby nie dało się z tym walczyć, to uczucie miało istnieć zawsze, ale w tej dziwnej sytuacji mogłaby go przynajmniej spotykać od czasu do czasu, nie musiała godzić się z tym, że chciał się dystansować.

To było bardzo pokrętne myślenie, nie do końca poprawne, nieco desperackie, ale miało jej przynieść zamierzony efekt.

- Nie sądzę, żeby to się dało zmienić. - To musiało paść, właściwie to nie chciała tego zmieniać, nie była gotowa zgodzić się na nic innego. Nie potrafiłaby pojawiać się u niego od czasu do czasu, spojrzeć mu w oczy i odejść, jakby nic ich nie łączyło. Zawsze miała mieć nadzieję na to, że za którymś razem pęknie, przekona się do tego, że jednak lepszą opcją jest ponowne połączenie swoich dróg. Była gotowa na niego czekać, bez względu na to ile czasu mogło to trwać. To też nie było najlepszym wyjściem, czuła, że będzie mogło przynieść im sporo bólu, bo przecież ciągle musieliby walczyć z tym co czuli, spotykanie się nawet od czasu do czasu by tego nie ułatwiło. Ich życia były mocno zamotane, zresztą nie widziała aktualnie możliwości, nie miała pojęcia, jak niby mogliby się z tego wyplątać.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#16
19.02.2025, 22:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 00:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Uśmiechnął się. Bardzo nieznacznie, niemal niezauważalnie, ale się uśmiechnął. Miała rację. Z jednej strony pewnie mogli być bardziej pojebani, z drugiej chyba osiągnęli ostateczny poziom pojebania. Obie te opcje były równie prawdopodobne, gdy miało się naturalny talent do przekraczania granic absurdu a jednocześnie do samodzielnego narzucania ich sobie.
Wciskania się w sztuczne ramy tylko po to, aby się w nich miotać, usiłując znaleźć wyjście z bądź co bądź otwartej klatki. Z pudełka obróconego do góry dnem (tym, które poniekąd osiągali), które podbijali do góry, po czym z powrotem pod nie wpadali.
Tak, poniekąd zdawał sobie z tego sprawę. Tyle tylko, że nie wiedział, co mogli z tym zrobić. Już nie. Kiedyś przychodziło im to znacznie łatwiej. Ten wieczór w pewnym sensie był przypomnieniem o przeszłości. Dziś potrafili rozmawiać. I chyba próbował usilnie to podkreślać. Czemu? Nie wiedział. To po prostu wydawało mu się słuszną drogą. Szczególnie, że jak do tej pory jeszcze się nie pokłócili.
- Czego potrzebujesz, by takie było? - Spytał praktycznie od razu, starając się dłużej nie błądzić, tylko po prostu od razu przejść do rzeczy.
Nie mówić nic o tym, że w istocie miała rację. Nic między nimi nie było proste. Nie sądził, aby mogło być, bo obecnie mieli tendencję do komplikowania sobie życia. Nie do jego naprostowywania. Niby starali się przywrócić sobie choć część utraconego spokoju, ale raczej z marnym skutkiem, do czego Ambroise nie do końca chciał się przyznać przed nią czy przed sobą samym.
Zamiast tego spróbował ten jeden raz podejść temat od zupełnie innej strony. Nie rozdrabniając się nad tym, czego nie mogli zrobić i jak trudne miało być dojście do tego, co rzeczywiście byli w stanie zmienić. To już robili i nic im z tego nie wyszło. Parokrotnie za to dosyć mocno się ścięli, ale tego wieczoru nie czuł się tak, jakby istniało ryzyko powtórzenia tych sytuacji.
Dziś było inaczej. Może przede wszystkim dlatego, że od samego początku byli wobec siebie tak naprawdę szczerzy? Nie to, żeby wcześniej się okłamywali. Nie. Dziś po prostu stawiali sprawy naprawdę jasno. Nie zamiatali ich pod dywan. Nie szukali wymówek. Nie obchodzili trudnych kwestii.
Nie chodziło o to, co stało się w ostatnich dniach. Nie o to, co usłyszeli od Florence. Tamta rozmowa, choć bez wątpienia przecież już zdążyli do niej nawiązać, tak właściwie w oczach Ambroisa niczego im nie przyniosła. Jasne, nie mieli na sobie klątwy, w co powoli zaczynał wierzyć, mając jeszcze jakieś obiekcje i opory, ale zaczynając to do siebie dopuszczać. Ale z drugiej strony, co to tak właściwie zmieniało?
Nic. Niczego to nie zmieniało. Wręcz przeciwnie. Udowadniało im tylko, że od samego początku do samego końca to właśnie oni i ich zachowania doprowadzali do wszystkich syfiastych sytuacji. Do tego bagna, w którym byli i z którego on nijak nie dostrzegał wyjścia. Do tego całego pierdolnika i do burdelu. Nie tylko emocjonalnego, choć w tym momencie przede wszystkim takiego.
Zwłaszcza w tej chwili, gdy Roise czuł się po prostu zmęczony błądzeniem we mgle. Kolejnymi ruchami na ślepo. Zamiataniem niewidocznych brudów pod jeszcze bardziej niedostrzegalny dywan. Patrzeniem na własne stopy, ale wciąż wykonywaniem ruchów na oślep. Niewiedzą odnośnie tego, gdzie go zaprowadzą, lecz jednoczesną świadomością, że najpewniej nie będzie to miejsce, w którym chciałby być.
Bowiem ono było jedno. Znał je aż nazbyt dobrze. Momentami zdawało mu się, że dostrzega drogę ku niemu. Tylko po to, żeby zaraz świadomie podążyć inną ścieżką, bo przecież nie powinien. Ale był zmęczony. Tak zmęczony. Naprawdę wycieńczony, wyczerpany a słuchanie o tym, że i ona nie potrafiła odnaleźć spokoju...
...to było ostateczną formą ciosu niemal zwalającego go z nóg. Za każdym jednym razem. Tej nocy jakby sięgającym mocniej. Uderzającym głębiej i bardziej precyzyjnie. W pewnym sensie już teraz posłało go to na ziemię. Przykucnął przy krześle, na którym siedziała Geraldine. Spłatał ich palce, patrzył to na nią, to przez nią, to na nią, to na okno czy sufit. Kucał tuż przy jej boku, ale jednocześnie wcale go tam nie było.
Bo nie mógł tak naprawdę przy nim być. Nie, gdy sytuacja wyglądała w ten sposób. Nie mógł nawet udawać, że przy nim jest. Nie, gdy rozmawiali o czymś takim. O sojuszu. O momentach, w których faktycznie mogłaby do niego przyjść. Tylko po co? Aby skontrolować to, czy nadal żył i oddychał? Czy ją pamiętał? Czy nadal czuł zarazem tępą i piekącą pustkę na myśl o byciu z dala od niej?
Ile razy mieli powtarzać takie spotkania? Ile razy mieli stawać twarzą w twarz, wymieniając kilka słów, dystansując się i znikając ze swojego życia aż do następnego takiego spotkania?
Gdzie w tym wszystkim było to, co działo się nie między nimi a dookoła nich? Problemy z widmami? Z Knieją? Gęstniejące nastroje społeczeństwa? Woal magicznej wojny coraz ciaśniej zaciskający się wokół nich? Dało się to wyczuć, potrafili o tym rozmawiać, ale gdzie w tym wszystkim mieli to umieścić? Gdzie ulokować siebie nawzajem? Siebie dla siebie? Siebie bez siebie?
- Nie wiem - odpowiedział, pierwszy raz tego wieczoru brzmiąc tak, jakby i on potrzebował zapewnienia, że cokolwiek się działo, mogli jakoś z tego wybrnąć.
Dokładnie tak jak jeszcze chwilę temu sam usiłował twierdzić. Moment wcześniej starał się to mówić. Teraz? Czy to tak naprawdę była zmiana narracji? Czy dało się to tak określić, gdy po prostu się w niej motał? Czy to też zaliczało się do win? Do błędów przeszłości? Do czegoś, czego nie dało się zmienić?
- Wiesz, że nie chcę - stwierdził w końcu.
Cicho, bardzo cicho, jeszcze ciszej, jeśli to w ogóle było możliwe, jednocześnie mocno ściskając jej dłonie. Pokręcił głową, zaciskając wargi w wąską kreskę.
- To wcale nie takie proste - powtórzył po niej tamte słowa sprzed paru chwil, pozwalając im zawisnąć między nimi w gęstej nocnej ciszy.
Czy jeszcze kiedyś miało być prosto? Wątpił. Nie wierzył, że jeszcze będzie pięknie. Paradoksalnie, nie była to wina tego, co stało się w Snowdonii. To był wyłącznie sam wątły czubeczek góry lodowej. Jeszcze bardziej ironicznie, najprawdopodobniej całkiem łatwy do utrącenia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
19.02.2025, 23:07  ✶  

Nie dało się nie zauważyć, że sami sobie to robili. Miotali się, zamiast po prostu sięgnąć po to, co mieli na wyciągnięcie ręki, do tego, przy okazji ranili siebie nawzajem, bo czemu by nie. Zakładali pewne rzeczy, aby znaleźć sobie usprawiedliwienie, by oskarżyć drugą stronę o ich niepowodzenie. Później i tak jakimś cudem trafiali na siebie i brnęli w coś, co nie powinno mieć racji bytu. Szumnie ustalali ramy swoich znajomości, które przekraczali niemalże od razu, nie wracali do tematu, pozwalali sobie płynąć, ale jednak nie do końca, jakby faktycznie mieli możliwość odwrotu. Byli ślepi i głupi, zupełnie nie trzymali się swoich ustaleń, ale udawali, że jest zupełnie inaczej. Tak było z Whitby i tym, że to tam dadzą sobie trochę czasu, miało to być pożegnaniem, może nie powiedzieli sobie tego wprost, ale na pewno każde z nich zdawało sobie z tego sprawę. Teraz przenosili się do Londynu, tutaj też spędzali razem czas, nadal przy sobie trwali, to zdecydowanie nie było zakończeniem ich historii, ale chyba nowym początkiem również nie. Sama nie miała pojęcia, czym właściwie było to, co teraz robili. Nie umieli być sobie obojętni, nie potrafili przechodzić bez słowa obok cierpienia drugiej strony, troszczyli się o siebie, zależało im na sobie, kurwa mać - kochali się. To wszystko było pojebane, nie dało się tego inaczej nazwać, tak samo jak i oni byli pojebani, czy im się to podobało, czy nie. Grunt, że żadne z nich nie miało co do tego żadnych wątpliwości. Byli zgodni jeśli chodzi o to pojebanie.

Wyjątkowo również udawało im się ze sobą rozmawiać. Przez te kilka dni nie przychodziło im to tak lekko, teraz było zupełnie inaczej. Nie uciekali od poruszanych tematów, nie zakopywali ich pod dywan, dawali sobie odpowiedzi, a przynajmniej starali się to robić, na niektóre z ich pytań w końcu jeszcze nie potrafili ich znaleźć, nie spodziewała się, żeby szybko to się zmieniło, bo sytuacja była zagmatwana, tak samo jak i oni byli zmieszani. Niby czegoś chcieli, niby nie, nie potrafili znaleźć rozwiązania, o tym też już wcześniej rozmawiali, nie wydawało jej się, aby coś zmieniło się w przeciągu tych kilku dni, chociaż może? Przesuwali granice, z każdym dniem zmierzali w tym czymś co ich łączyło nieco dalej. Widziała to. Dostrzegała zmiany na plus, ale nie mogła być pewna do czego ich one doprowadzą. Nie kiedy jasno tego nie określili, chociaż w sumie trudno było to zrobić, wydawało jej się, że łatwiej było po prostu się w tym zatracić i zobaczyć, co przyniesie im los, chociaż miała świadomość, że w przypadku Ambroisa to może nie zadziałać, miał ku temu zupełnie inne podejście. To on był ich głosem rozsądku, a przynajmniej próbował być.

- Przecież wiesz Roise, wiesz, czego potrzebuję, ale nie mogę tego mieć. - Była to odpowiedź z serii domyśl się, ale naprawdę powinien się jej spodziewać, nie zamierzała mówić tego w głos, bo nie mogła przecież tego od niego wymagać. Nie teraz. Nie wypadało oczekiwać, że dostanie to, na czym jej najbardziej zależało, nie mogła przecież mieć jego, u swojego boku, ciągle. To już ustalili, nie chciała wracać do tego tematu, bo przecież znowu zakończy się to kłótnią, chociaż może dzisiaj nie? Ten dzień był naprawdę wyjątkowy jeśli o to chodzi, potrafili przegadać wszystko na spokojnie, przynajmniej jak na razie.

Sporo się ostatnio wydarzyło, sporo spraw ich połączyło, pojawiły się problemy, te nie do końca dotyczące ich, którymi mieli się razem zająć. Jak chociażby te widma, nie mogli tego zignorować, może raczej nie chcieli. Chcąc nie chąc czuła, że będą się częściej spotykać, a to nie będzie im wcale ułatwiało tej osobnej egzystencji na tym świecie. Tym bardziej, że pojawił się ten lęk związany z zapomnieniem, na pewno będzie szukała okazji, aby częściej go spotykać, by móc sprawdzić, że wszystko jest w porządku. Dodając do tego to, o czym wspomniała Florence, ich więź, inną niż wszystkie, wyjątkową, nie sądziła, że uda im się jakoś to ogarnąć. Zbyt wiele się tego kumulowało, nie do końca potrafiła wyobrazić sobie, co właściwie mogliby zrobić w tej sytuacji. Ignorować swoje pragnienia? To nie działało, nie kiedy spędzali ze sobą zbyt wiele czasu, łatwo przychodziło im zatracanie się w swojej obecności, miała tego świadomość, wiedziała, jak reagowała na jego bliskość jej dusza, ale również ciało. Nie potrafiła powstrzymać się przed tym, aby zbliżyć swoją dłoń do jego policzka, poczuć pod opuszkami palców jego ciepło. Nie sądziła, że to mogło się zmienić kiedykolwiek. Mogli sobie narzucać granice, ale tak, czy siak, prędzej, czy później na pewno je przekroczą.

Wydawało jej się i że u niego zaczęła dostrzegać wahanie. Ambroise również nie do końca wiedział, jak sobie z tym poradzić. Nie zdziwiło jej to wcale. Mógł udawać, że potrafi się kontrolować, prędzej, czy później musiał zacząć pękać, wiedziała bowiem, z jak silnym uczuciem mieli doczynienia. On również musiał się z tym mierzyć, walczył dzielnie, ale ileż czasu mógł to robić?

- Wiem, że nie chcesz. - Ich życia okazały się być mocno pogmatwane, brakowało im odpowiedzi, łatwych rozwiązań, ale przecież powtarzała kiedyś, że nie zawsze jest łatwo, czasem trzeba się było nieco wysilić, aby osiągnąć satysfakcję i to chyba był jeden z takich momentów.

- Jakoś sobie z tym poradzimy, zawsze sobie ze wszystkim radzimy. - W końcu byli w tym razem, kto inny, jeśli nie oni powinien sobie z tym dać radę? Razem mogli osiągnąć wiele, mieli w tym doświadczenie, to, że aktualnie nie mieli pojęcia, co powinni robić, wcale nie przekreślało ich sukcesu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#18
20.02.2025, 00:41  ✶  
Po co zadał to pytanie? Przecież oboje znali odpowiedź. Nie mogli łudzić się, że tym razem cokolwiek będzie inaczej. Że ona czy on porzucą swoje stanowisko, że tym razem znów spotkają się gdzieś pośrodku, przekraczając i łamiąc barykady.
- Wiem - przytaknął ciężko, czując jak w gardle narasta mu dusząca gula.
Kamień wepchnięty w tchawicę. Nie w tej chwili. Już tak dawno, że niemal zdążył zrosnąć się z ciałem, obrosnąć tkanką, stać się czymś, z czym musiał żyć. Nigdy na pełnym wdechu. Nigdy na głębokim wydechu. Nigdy nie bez wrażenia ciężaru spoczywającego mu jednocześnie również na klatce piersiowej i barkach. Zupełnie tak, jakby cały został przygnieciony niedostrzegalnym ciężkim głazem. Tyle miesięcy, tyle długich lat temu, że stali się już jednością.
A przecież wbrew temu, co usiłował okazywać, wcale nie był z kamienia. Musiał mieć twardą dupę. Jego życie wymagało od niego otaczania się wieloma warstwami ochronnej tarczy. Prezentowania sobą postaw nie zawsze wywołujących pozytywne reakcje otoczenia. Szybko zresztą musiał przestać przejmować się opiniami innych ludzi. Stłumić w sobie chęć zabiegania o ich aprobatę czy uwagę. W innym wypadku już dawno by go to przytłoczyło.
W pewnym sensie nawet ścieżka zawodowa, jaką wybrał, obie te ścieżki zawodowe odpowiadały tym zachowaniom. Wykształceniu w sobie schematów chłodnego, analitycznego postępowania. Dystansowania się, ukrywania uczuć. Twardości, nie miękkości. Miękkość nigdy nie przyniosła mu nic dobrego.
Choć czy aby na pewno tak było? Geraldine nie musiała obawiać się o to, czy mógłby o niej zapomnieć. Nie, gdy mijał czas a on wciąż pamiętał te wszystkie wspólne lata. Praktycznie każdą z chwil. Zupełnie tak, jakby to było wczoraj.
To mu nie pomagało. Nie sprawiało, że było łatwiej. Te wspomnienia nie przynosiły ulgi, bo były dowodem na to, że kiedyś mogło być lepiej, mogło być inaczej. Przy niej potrafił spuścić z tonu. Zachowywać się swobodniej, zdjąć wszystkie maski, być po prostu sobą. Tą wersją siebie, którą miał wrażenie, że zaczął zatracać, ale ponownie się mylił. Nadal potrafił nim być. Tym człowiekiem.
Tyle tylko, że nie mógł. Nie nie chciał. Nie mógł. Nie teraz, nie w tych okolicznościach, nie w tych czasach. Nie ryzykując wszystkim, na czym mu zależało. Nie mając wrażenia, że prędzej aniżeli później obróci się to przeciwko niemu, przeciwko nim, nawet jeśli zapierał się, że nie powinno ich już być. Gesty świadczyły inaczej. Słowa kolejny raz stawały się ciążące, zawodziły.
Spojrzał na rękę Geraldine, gdy niespiesznie dotknęła nią jego policzka. Nadal miała chłodne palce, ale ten dotyk sprawił, że mimowolnie się uśmiechnął. Zadrżały mu kąciki ust. W oczach na moment pojawiło się coś na kształt subtelnego błysku, który niemal na pewno nie miał żadnego związku ze światłem lampy na suficie czy lampki na pojedynczą świecę na biurku. Może trochę przyzezował przy tym, aby być w stanie spojrzeć na dłoń dziewczyny, co odjęło mu cześć powagi.
Jej palce zresztą szybko rozmyły mu się przed oczami, więc zamrugał parokrotnie, powracając wzrokiem do twarzy Yaxleyówny. Ale nie cofnął głowy. Nie odsunął się, choć gdyby miał postępować całkowicie zgodnie ze swoimi deklaracjami i decyzjami, powinien to zrobić. Jego nocny dyżur był wręcz idealną okazją na to, aby zaczęli się od siebie odsuwać.
Należało, aby zaczęli wracać każde do swojej codzienności. Być może Rinę obowiązywały trochę inne reguły, ale on zakończył już swój urlop. Nie mógł tak po prostu dłużej wyrywać się rzeczywistości jak to robili przez ostatnie dni w Piaskownicy, czy przez te dwa dni w Londynie. Miał swoje zobowiązania. Te bardziej i te mniej oficjalne. Najwyższa pora, aby w pełni do nich powrócił, ponownie rzucając się w wir pracy.
Tyle tylko, że nie potrafił tego zrobić. Nie w tak całkowicie obojętny, zdecydowany sposób. Ta chwila była dowodem na to, że nie umiał do końca zerwać wszystkich nici, jakie ponownie zaczęły pleść się pomiędzy nim a Geraldine. Nie był w stanie powiedzieć dość, stwierdzić stop i przewinąć taśmę do tyłu. Melodia dalej płynęła. Niczym z szafy grającej w lokalu, w którym jedli kolację po wizycie u Florence. Dźwięki wciąż wybrzmiewały w ciszy.
Teraz było to jego własne stłumione westchnienie. Odgłos podeszw butów sunących po podłodze, gdy zdecydował się nie kucać dłużej w niewygodnej pozycji, tylko przysiąść na kolanach przy krześle. Znalazł się nieco niżej niż wcześniej, ale w dalszym ciągu nie cofnął twarzy. Nie chciał, żeby zdejmowała dłoń z jego policzka. To, co robiła było miłe. Uspokajało chyba nie tylko jego, ale poniekąd i ją.
W końcu, gdyby zaczął o niej zapominać, nie dałby dotykać się w ten sposób, prawda? Nie miał w zwyczaju szukać kontaktu fizycznego z obcymi. Nie w taki sposób. Jasne, ostatnie miesiące obfitowały u niego w sytuacje, w które świadomie się plątał, a o których nie chciał nigdy rozmawiać z Geraldine.
W tym momencie nie pałał dumą z powodu tego jak szybko dał się ponieść tamtej przekornej, wręcz popierdolonej chęci udowodnienia zarówno jej, jak i sobie tego, że w rzeczywistości ponownie był tym człowiekiem. Nawet nie mężczyzną. Chłopcem bawiącym się w dorosłość przepełnioną fizycznością, ale pozbawioną bliskości. Nie był z tego dumny, nawet jeśli już zdążyli wysrać sobie to, że byli kwita.
Nie o to tu zresztą teraz chodziło. Nie zwykł szukać tego kontaktu fizycznego z nikim innym. Rzadko komu pozwalał przytulać się bez uprzedzenia. Niewiele osób mogło cieszyć się z nim na tyle zażyłą relacją, aby dał się im dotykać, ciągnąć za rękę, szturchać w ramię. Zazwyczaj pozostawał zdystansowany, nawet nieświadomie, o ile nie dostrzegał w tym żadnych korzyści a nie był z kimś, komu pozwalał na zbliżenie się.
Pozostawała też ta jedna kwestia. Coś, o czym nie mówił, nawet w chwilach nagłej szczerości. Coś, co było jasne tylko i wyłącznie dla niego samego. A przynajmniej tak właśnie sądził. Nikt inny nie miał u niego tych specjalnych względów. Tych bardzo naturalnych fizycznych odpowiedzi i reakcji. Nikt inny nie mógł tak odruchowo i bez jakiegokolwiek konkretnego powodu muskać palcami jego policzek, wplatać palce w jego włosy, dotykać karku. Do niczyjej dłoni nie przyciskał warg w ten sposób, nikogo innego nie łaskotał zarostem w opuszki palców.
Nikt inny nie zasługiwał na to spojrzenie. Na uśmiech podszyty smutkiem i żalem. Melancholią i tym rodzajem ciężkiego, duszącego spokoju. A jednak także czułością. Miłością. Bowiem ona bez wątpienia nadal w tym wszystkim była. Miała być.
Nawet nie próbował z tym walczyć, nie chciał tego zmieniać, nawet mając świadomość, jak bardzo przytłaczające to teraz było. Jak bardzo miało go dusić w przyszłości. Już tak bardzo niedalekiej, że niemalże czekającej tuż za rogiem. Na niego, na nią, ale nie na nich.
Nadchodził czas, w którym pożegnania nie miało dać się odsunąć. Na swój pokrętny, nie do końca szczęśliwy sposób kradli sobie jeszcze ten wieczór, ale niewiele więcej. I on miał minąć, nawet jeśli teraz ta cisza, późna noc za oknem, miasto i szpital pogrążone w sennej ciszy sprawiały wrażenie, jakby czas znowu się zatrzymał.
- Potrafimy się usrać, huh? - Odbił te słowa, raz jeszcze starając się zachować tamten wcześniejszy ton głosu.
Ten sprzed poprzednich słów, jakie wypowiedział. Ten być może nieco niezgodny z tym, co Ambroise czuł w tej chwili, ale nie chciał psuć tego momentu brakiem wiary. Nie chciał ponownie być tym, który przypomni im, że to wszystko to wyłącznie złudne nadzieje i zamierzchłe doświadczenia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
20.02.2025, 22:26  ✶  

Tak pytanie było zbędne, bo właściwie przecież wrócili do punktu wyjścia. Każde z nich miało swoje zdanie na ten temat, nie chcieli go zmieniać, nie było raczej możliwości, żeby któreś z nich przestało się upierać przy swoim. Nie chciała jednak teraz o tym dyskutować, bo wiedziała już, że to nie miało najmniejszego sensu, nie teraz, może kiedyś, za jakiś czas, ale w przeciągu tych kilku dni nic na pewno nie wydarzyło się nic, co mogłoby spowodować, że któreś z nich zmieniło swoje podejście.

Nie chciała stawiać go pod ścianą, wymagać od niego czegoś, czego nie chciał, w sumie nawet nie chciał po prostu ujebał sobie, że nie może po to sięgnąć. Zdawała sobie sprawę, że to musiało być dla niego trudne, naprawdę próbowała to zrozumieć, może właśnie dlatego dzisiaj wolała nie rozgrzebywać tego, co powinni, a czego nie powinni. To nie był odpowiedni moment.

Zdawała sobie sprawę, że wiele złego wydarzyło się w ich życiach, nie mogli mieć pewności, że nie przytrafi się im to samo, co osobom w ich otoczeniu. Czasy były wyjątkowo trudne, świat stawał się coraz brutalniejszy. Ona sama nie sądziła, że warto było się przez to ograniczać, wręcz przeciwnie, skąd mogli wiedzieć bowiem, że kolejny dzień nie będzie tym ostatnim? Zdaniem Yaxleyówny warto więc było aktualnie sięgać po wszystko, czego się chciało. Roise miał odmienną opinię. Mocno skupiał się na tym, aby ją od siebie odsunąć, przez te kilka dni sytuacja nieco jej się rozjaśniła, wiedziała, że chodzi przede wszystkim o to, co robił w swoim wolnym czasie, o te interesy, którymi zajmował się po godzinach pracy. Nie znała szczegółów, nie wtrącała się nigdy w te sprawy, bo nie chciał, aby to robiła. Trochę tego żałowała, bo może gdyby miała większą świadomość, to mogliby uniknąć tego, co się z nimi stało. Może jakoś udałoby się jej coś zmienić.

Wiedziała, że nie ma szans na to, aby jego podejście się zmieniło. Mimo wszystko nadal się od niego nie odsuwała, nadal kręciła się koło niego, mimo, że to wszystko miało pozostać w Whitby, w murach Piaskownicy. Działo się zupełnie inaczej, pomimo tego, że znaleźli się w Londynie nadal przy sobie trwali. Nadal próbowali rozmawiać, co najważniejsze nadal nie stronili od tej bliskości, która w zasadzie była tylko i wyłącznie ich. Nie umiała się powstrzymać przed tym dotykiem, nie, gdy jego twarz znajdowała się tak blisko jego. Wiedziała, że nie doprowadzi jej to do niczego dobrego, bo przecież ustalili, że nie wrócą do tego, co mieli, a nadal to sobie robili. Roise pomimo tego, co mówił nie odsuwał się od niej, pozwalał jej dotykać się w ten sposób. To powodowało, że nie do końca wiedziała na czym stoi, bo niby nie mógł tego robić, nie mogli, a jednak to robili. Cóż, prędzej, czy później się to skończy.

Udało im się ukraść kolejną chwilę tej smutnej i szarej rzeczywistości. Nie żałowała, że się tutaj pojawiła, chociaż na samym początku wydawało jej się, że to było głupie. Jego zapewnienia jednak nieco ją uspokoiły, wiedziała, że będzie mogła to powtórzyć, że będzie mogła przyjść do niego i sprawdzić, czy nadal pamięta kim jest. Nie do końca wiedziała co zrobi, jeśli któregoś dnia okaże się, że ją zapomniał, ale póki co wszystko świadczyło o tym, że demon jednak jej go nie odebrał, a w zasadzie to nie odebrał mu tych wspólnych wspomnień, tych wszystkich lat, które razem spędzili.

- Tak, potrafimy, to też jest w nas wyjątkowe. - Mruknęła cicho i w końcu oderwała swoją dłoń od jego policzka. Twarz Roisa znajdowała się nadal bardzo blisko jej, przez chwilę uważnie mu się przyglądała. Chyba powinna już stąd wyjść, właściwie to wyjaśnili sobie dzisiaj dosyć sporo, nie spodziewała się, że ta wizyta potoczy się właśnie w ten sposób, że wyjaśnią sobie, aż tyle.

Nie sądziła, że będzie się w stanie z nim podzielić tym największym lękiem, który pojawił się po wyjściu z jaskini. Tak chyba było prościej, przynajmniej miał świadomość o tym, że zaczęła się na tym fiksować, nie, żeby to coś zmieniało, bo nadal mógł brać ją za wariatkę, ale przynajmniej uprzedziła go o tym, że tak się może stać, właściwie to już się działo. Już nie mogła znieść tej myśli, że faktycznie to mogło się wydarzyć. Kiedyś na pewno taki powód nie spowodowałby, że znalazła się w Mungu. Wyjątkowo nie znosiła tego miejsca, dzisiaj jednak wystarczyło, że nie odpisał jej na listy, a trafiła do jego gabinetu, te zachowanie świadczyło samo za siebie. Nie sądziła, że szybko minie, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że dużo czasu upłynie, nim poukłada sobie jakoś wszystko w głowie. Niestety Ambroise również oberwie przez to rykosztem, bo będzie się u niego pojawiać, będzie przypominać o swojej osobie, na pewno nie uda jej się trzymać od niego z daleka. To spowoduje, że rany się szybko nie zabliźnią, tylko ciągle będą rozdrapane. Zresztą to, co powiedziała Florence tylko potwierdziło to, co wydawało się Yaxleyównie. Byli sobie przeznaczeni, ich drogi miały się ze sobą spleść prędzej, czy później, to była miłość, nie żadna klątwa. Jakoś musieli sobie z tym wszystkim poradzić.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
21.02.2025, 00:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
To nie było jednostronne. To nigdy nie miało takie być. Nawet jeśli naprawdę mocno starał się sprawiać wrażenie niewzruszonego i niechętnego robieniu wspólnych planów, przecież raz po raz sam także sięgał ku tym słowom. Sugerował istnienie jakiejś rzeczy, którą powinni (bo w końcu nic nie musieli) uwzględnić w swoich najbliższych posunięciach. Mówił o zajmowaniu się kolejnymi sprawami. To z jego ust padły słowa o konieczności zajęcia się stanem technicznym domu w Whitby i on zasugerował uwzględnienie ich wspólnego przyjaciela w tematach dotyczących Kniei. Tych, którymi również zajmowali się wspólnie.
Jak na osobę upierającą się przy swoim stanowisku, raz za razem naginał rzeczywistość. Mieli wrócić do swoich własnych zajęć, tak? Niechybnie musieli to zrobić, ale...
...gdy miało się naturalną skłonność do kwestionowania niemalże wszystkiego dookoła, zawsze dało się znaleźć jakieś ale, prawda? Jedno, drugie, trzecie, siódme. W tym momencie być może także jeszcze jedno, bo cokolwiek teraz robili, ich poczynania wcale nie wskazywały na to, że zaraz mieli kulturalnie się pożegnać. Kiwnąć głową, podać sobie ręce, być może posunąć się co najwyżej do przelotnego pocałunku w oba policzki. Rozejść się każde w swoją stronę. On do przerwanych zajęć, Rina do łóżka.
Tej nocy własnego, przez najbliższe dni zapewne także, ale później? Co miało być później. Za kilka tygodni? Za miesiąc? Za pół roku? Rok? Kolejne lata? Niby byli całkiem boleśnie otwarci w mówieniu o tym, że nie chcą i nie planują wiązać się z nikim innym, ale życie dostatecznie mocno udowadniało im, co robiło sobie z ludzkich założeń.
W tym momencie dłoń Riny dotykała jego policzka. Teraźniejszość należała do nich i tylko do nich. Zwłaszcza tutaj w tej ciszy. Z ciemnością i światłami miasta za oknem. Z kroplami deszczu błyszczącymi w blasku ulicznych latarni. Nawet w tym szpitalnym otoczeniu. W miejscu, które zazwyczaj nie przynosiło odprężenia, naprawdę łatwo było mu kolejny raz zatonąć w wyimaginowanej (nie)rzeczywistości.
Może to było głupie. Wręcz idiotyczne. Cholernie pochopne, a jednak nie cofnął się nawet odrobinę. Przylgnął zarośniętym policzkiem do miękkiej, ciepłej skóry Geraldine, pozwalając sobie na tę błogość, dopóki to ona nie podjęła decyzji o opuszczeniu palców. Spojrzał na nie wtedy, mrugając parokrotnie i usiłując powrócić do rzeczywistości.
Tak. Byli wyjątkowi. Wyjątkowo usrani. Wybitnie poplątani. Cholernie mocno chciał znaleźć rozwiązanie na to wszystko, ale ono chyba nie istniało. Florence mogła mieć rację, nawet jeśli tym razem wolałby nie musieć jej tego przyznać (nawet we własnej głowie). Mieli rozdrapywać swoje rany. Raz po raz. Raz za razem. Zawsze, na zawsze uwikłani. Do usranej śmierci.
Było w tym coś melodramatycznego, prawda? Ironia. Powinni wieść zupełnie inne życie. I poniekąd mieli trwać u swojego boku. Tyle tylko, że nie tak jak tego naprawdę chcieli. Tu nie było prostych rozwiązań. Dobrych zakończeń. Szczęśliwych nowych początków. Nieważne, co by zrobili i przed czym by się wstrzymywali.
Przynajmniej wyjaśnili sobie dziś choć część tego ciężaru. Kolejny fragment. Teraz mogli odetchnąć, powracając do rzeczywistości. Chcieli tego?
- Skoro już tu jesteś - zaczął, całkowicie celowo nadając swoim słowom taki a nie inny, lekko grożący, odrobinę zbyt cwany ton. - Znakomicie się składa. Wręcz wyśmienicie - oczywiście, że w wykorzystaniu tego słowa też był zupełnie świadomy, przypatrując się Geraldine, patrząc na nią z niepokojąco usatysfakcjonowanym błyskiem w oku i odchrząkując cicho. - Pomożesz mi - oznajmił bez chwili dalszego zawahania, po czym kiwnął głową, bardzo zadowolony z własnej inwencji twórczej, jaką się właśnie wykazywał.
Tylko on zdawał sobie sprawę z tego, ile go to teraz kosztowało. Ba, nawet nie tylko teraz, bowiem praktycznie nieustannie. Przez cały czas mając świadomość tego, że nic ich nie powinno już ze sobą łączyć, że cokolwiek teraz robili, to było wyłącznie odwlekanie nieuniknionego. Nie mogli żyć tak na dłuższą metę. Przeciągać momentu, w którym ich ścieżki ponownie się rozejdą.
Ten wieczór powinien być dla nich impulsem, aby wreszcie to zrobić. Jeśli nie tej nocy to kiedy? Żegnając się późnym popołudniem, mieli przed sobą wizję kilkunastu godzin rozłąki. Pierwszej osobno spędzanej nocy od chwili, w której trafili do Snowdonii. Przez tydzień budzili się i zasypiali u swojego boku. Nie rozdzielali się na dłużej niż kilka godzin, wracali do siebie, do domu, jakby w dalszym ciągu tam mieszkali. Tak jak dwa lata temu, tak jak przez niemal dekadę, podczas której orbitowali wokół siebie nawzajem.
Tej nocy powinni pozwolić rzeczywistości na powrót ich od siebie odepchnąć. Tymczasem kolejny raz udowodnili sobie coś zupełnie innego. Znaleźli pretekst, wymówkę do tego, żeby spojrzeć sobie twarzą w twarz. Nie wątpił, że nie pustą ani nie marną. Wiedział, że Geraldine nie próbowała go okłamać. Naprawdę się bała. Obawiała się tak mocno, że przełamała inne, dużo głębsze, wieloletnie lęki.
Zjawiła się u niego. Spędzili razem kilka chwil, prowadząc dłuższą i spokojniejszą rozmowę niż przez jakiekolwiek razy wcześniej. Uspokoiła się, on także nie był już dłużej zaniepokojony powodem jej nagłej wizyty. Teraz mogła odejść. Wymknąć się ze szpitala w taki sposób, w jaki pojawiła się w Mungu. Tym razem nie kończąc wizyty pocałunkiem, bo choć chciałby, by to zrobiła, lepiej byłoby, gdyby na powrót spróbowali się miarkować. Dystansować od siebie, nie lgnąć i nie dotykać.
A jednak zasugerował jej coś przeciwnego. Dał jej możliwość zostania tu na dłużej. Wymówkę do tego, by mogli pobyć ze sobą jeszcze przez chwilę. Przez kilka chwil, może nawet przez znaczną część nocy. Wbił spojrzenie w dziewczynę, unosząc brew. Niby nic nie musiała, ale nie bez powodu przedstawił jej tę ofertę w taki a nie inny sposób. Tak, aby była mu po prostu potrzebna. Jeszcze nie mówił, w jakim sensie czy celu. Na to mogła dopiero przyjść pora. Teraz po prostu oczekiwał na reakcję.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (17957), Geraldine Greengrass-Yaxley (14692)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa