• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 11 Dalej »
[05.09.1972, wieczór] Coś w powietrzu || Ambroise, Geraldine & Florence

[05.09.1972, wieczór] Coś w powietrzu || Ambroise, Geraldine & Florence
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
15.02.2025, 22:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:49 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Kiedy Ambroise wraz z Geraldine pojawili się na Horyzontalnej, słońce właśnie zaczynało zachodzić. Było chwilę przed dwudziestą. Idealnie w czas jak na to, że mieli kawałek do przejścia, by wreszcie znaleźć się w kamienicy sąsiadującej z tą, w której mieszkała Yaxleyówna ze swoim bratem. W miejscu znajdującym się rzut beretem od mieszkania, w którym sam Roise również spędził znaczny fragment swojego życia, a które w tym momencie musiał traktować już niemalże obco. Jednocześnie także kawałek od adresu, pod którym obecnie zdarzało mu się bywać, gdy nie wracał do Doliny Godryka. I od tego, który opuścili wczoraj w raczej parszywych nastrojach po konfrontacji z innym z ich przyjaciół, jego bezpośrednim sąsiadem, ojcem wspólnego chrześniaka. A także po swojej prywatnej dwuosobowej spinie.
Powrót do miasta dzień później był równie nieoczekiwany, co dziwny. Tym bardziej, że Ambroise zamierzał to zrobić dopiero za kilka dni, dokładniej siódmego września wieczorem wracając z tygodniowego urlopu dopiero na dyżur. Tymczasem ponownie się tu pojawili. I z dużym prawdopodobieństwem miał być to dopiero początek dziwactw i niezręczności.
- Ja pukam, ty mówisz - mruknął półgębkiem do Geraldine, usiłując odrobinę rozluźnić niezręczną atmosferę, która zapanowała między nimi odkąd ponownie znaleźli się w Londynie.
Tym razem przynajmniej nie padało. W powietrzu unosiła się jedynie typowa dla miasta wszechobecna chłodna mżawka okrywająca wszystko niemalże lepką wilgocią. Dla kogoś, kto nie był do tego przywykły pewnie mogłoby być to dosyć nieprzyjemne wrażenie. Niewielkie kropelki nie oszczędzały niczego. Zbierały się na płaszczach, butach, włosach i za kołnierzem. Towarzyszące im zimnawe podmuchy zaróżowiały policzki i czerwieniły dłonie. Mimo że mieli dopiero początek września, ostatnie dwa wieczory należały już do znacznie chłodniejszych. Stanowiły zapowiedź niechybnie nadciągającej jesieni.
Wchodząc do kamienicy, przepuścił Geraldine w drzwiach, wycierając buty o wewnętrzną wycieraczkę w korytarzu zanim zaczęli wchodzić po schodach. Strzepnął płaszcz na tyle, na ile było to możliwe, zgarniając z niego części wilgoci i przystając przed właściwymi drzwiami.
Nawet gdyby było to fizycznie możliwe (a nie było, mimo że Yaxleyówna była raczej nadzwyczaj wysoką kobietą) raczej nie zamierzał kryć się za Geraldine. Nie zamierzał okazywać jakiegokolwiek zmieszania pojawieniem się tu wspólnie. Dokładnie tak samo jak nie robił tego wczorajszego popołudnia w przypadku wizyty u Corneliusa. Byli dorosłymi ludźmi, czyż nie? Co z tego, że zachowywali się jak para uczniaków - jak sam w pewnym stopniu zauważył, rzucając tamte słowa?
Nie oznaczało to, że nie czuł się cholernie dziwnie z tym, na co przecież poniekąd wyraził zgodę. Po prostu usiłował nie emanować zażenowaniem, którego dreszcz tak czy siak czuł na karku i plecach, spływający mu po nich wraz z wilgocią z podwórza. Po prostu starał się nie dać tego po sobie poznać, jednocześnie odruchowo stając po prawej stronie dziewczyny, nie za nią.
Mimo wszystko nie zamierzał przesadnie zaznaczać swojej obecności. Nie tym razem. Czuł się dostatecznie zmieszany tym, co tu robili. Tym, że w ogóle się na to zgodził. Tym, co Rina uparcie starała się mu udowodnić, choć nie swoim podejściem do całej sprawy. Był raczej przekonany o tym, przy czym trwał. Nie zamierzał lekką ręką wykluczać czegoś, co wydawało mu się ze wszech miar prawdziwe, nawet jeśli gdzieś tam w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że wyjątkowo ten jeden raz wolałby nie mieć racji.
Nie czekał na zgodę ze strony Geraldine, na jakąś kreatywną odpowiedź. On pukał, ona mówiła, tak? A więc dokładnie to zrobił: zdecydowanie zastukał do drzwi, jednocześnie zamierzając dać Yaxleyównie pole do popisu, jeśli chodziło o interakcję ze skrzatem domowym czy też pierwsze przywitanie Florence.
W końcu to była jej przyjaciółka, nie jego. Mimo tylu wspólnie spędzonych lat, Ambroise nigdy nie nawiązał pozazawodowej więzi z panną Bulstrode. W gruncie rzeczy sam nie wiedział, dlaczego, choć mógł się tego domyślać, bo najwidoczniej im obojgu było dostatecznie dobrze pozostawić wszystko w sferze zawodowej. Zresztą dzięki temu później nie było zbyt dziwnie i niezręcznie...
...przynajmniej aż do tej pory. Obecnie istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że mogło ulec to lekkiej zmianie, na którą niekoniecznie był przygotowany i do której nie podchodził zbyt ochoczo. To, z czym się tu pojawili było w końcu naprawdę prywatnymi sprawami. A on niekoniecznie zwykł wyciągać takie przed kimkolwiek.
No cóż.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
15.02.2025, 23:28  ✶  

Sama nie do końca wiedziała dlaczego to robili. Skoro jednak zaczęli rozmawiać o tej klątwie, postanowiła zweryfikować informacje u najlepszej klątwołamaczki z możliwych. Skoro już jej przyjaciółka zajmowała się takimi sprawami, to dlaczego nie miałaby tego nie zrobić? Mogli sobie dyskutować, rozważać, czy to faktycznie była klątwa, czy nie była, tkwić w niewiedzy, tylko po co? Skoro mieli możliwość to sprawdzić, to dlaczego więc by faktycznie tego nie zrobić?

Nie była szczególnie wylewna w swoim liście, nie wspomniała Bulstrode dokładnie o co jej chodzi, ale wyjątkowo dla siebie zapowiedziała swoją wizytę, właściwie to ich wizytę, bo nie zapomniała wspomnieć o tym, że nie pojawi się tutaj sama. To było coś nowego, bo raczej po prostu zjawiała się pod drzwiami przyjaciółki, kiedy było z nią naprawdę źle i prosiła o pomoc. Nie, żeby była z tego powodu szczególnie dumna, ale tak już wyglądało jej życie. Nigdy nie znała dnia, ani godziny, w którym mogła potrzebować wsparcia medyka. Florence nigdy jej nie odmawiała, nie oceniała Yaxleyówny, co również było dla niej dość istotne. Mało komu ufała tak jak jej. Dlatego też nie wydawało jej się, aby mogli trafić do bardziej odpowiedniej osoby jeśli chodziło o tę dość delikatną sprawę.

Kiedy zjawili się w Londynie słońce powoli chowało się za horyzontem. Znajdowali się blisko jej mieszkania, bo mieszkały z Flo po sąsiedzku, zastanawiała się, czy nie powinni wstąpić do Astarotha zważając na to, w jakim stanie go wczoraj zastała, ale tym będzie się martwić po tym, jak załatwią tę naglącą sprawę.

Gdy znaleźli się przed kamienicą Bulstrodów dotarło do niej, że to co właśnie robili było nieco absurdalne, z drugiej strony, jeśli Ambroise uznawał ich więź za klątwę... Warto byłoby mu udwodonić, że to wcale nie było to. Może, gdy na ten temat wypowie się prawdziwy specjalista, to nieco otworzą oczy.

- Boisz się Florence? Kto by się spodziewał, taki duży chłopiec... - Na szczęście przyjaciółka się ich spodziewała, bo Yaxleyówna zapowiedziała się z wizytą. Zresztą nie taka Florence Bulstrode straszna, jak ją malują, już ona to wiedziała. Do tej pory nie miała pojęcia, jak właściwie doszło do tego, że połączyła je przyjaźń, zważając na to, iż były od siebie skrajnie różnie. Nie było sensu jednak się nad tym szczególnie zastanawiać, skoro ta relacja działała. Kobiety wiedziały, że mogą darzyć się zaufaniem i liczyć na swoje wsparcie, to było najistoniejsze.

Wyjątkowo nie pojawiła się przed kamienicą umorusana krwią, miała nadzieję, że Flo to doceni, bo zazwyczaj gdy zjawiała się przed jej drzwiami wyglądała dużo gorzej i trzeba było ją składać w jeden kawałek. Tym razem sprawa była nieco inna od tych, które na co dzień sprowadzały ją przed jej drzwi.

Nie miała pojęcia, jak właściwie udało jej się namówić Roisa do tego, aby tutaj przyszli, grunt, że się na to zgodził. Nie miała też ułożonej w głowie formułki, by przedstawić Florence to, co właściwie ich tutaj sprowadza. Gdy znaleźli się przed jej drzwiami, a Roise w nie zapukał dotarło do niej, że ta cała sytuacja mogła zostać odebrana za dość absurdalną. Ubzdurali sobie, że połączyła ich klątwa, jakby wcale nie chcieli uwierzyć w to, że to co ich połączyło było prawdziwe. Cóż, najwyżej zrobi się jeszcze bardziej niezręcznie. Pozostawało liczyć na to, że tym razem się przy tym nie pokłócą, bo ostatnio robili to coraz częściej.

Stała tuż obok Ambroisa, ich ramiona się stykały, a przynajmniej tak się jej wydawało. Była lekko przemoczona, włosy zaczęły jej się puszyć przez wilgoć, która wisiała w powietrzu.

Kiedy skrzatka otworzyła im drzwi Yaxleyówna weszła do środka. - Panna Bulstrode wie, że mamy się pojawić. - Stworzenie ją znało, bo była stałym bywalcem w tym mieszkaniu, na pewno więc nie dziwiła jej obecność Geraldine, szczególnie, że Flo wspomniała o tym, że poinformuje skrzatkę o tym, że mają się pojawić.

Odwróciła się jeszcze za siebie, aby zobaczyć, czy Greengrass nie postanowił zostać na zewnątrz, byli w tym razem, potrzebowała go tutaj obok siebie, aby nie wyjść na kompletną wariatkę, Flo w końcu skończy się cierpliwość do tych jej wszystkich wyskoków... Była tego pewna.

Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#3
16.02.2025, 16:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2025, 16:54 przez Florence Bulstrode.)  
Rodzina jej ojca kochała zagadki, tajne przejścia, szyfry, numerologię i została naznaczona darem trzeciego oka. Rodzina jej matki we krwi niosła miłość do hazardu, wyścigów konnych oraz dobrej zabawy. W efekcie Florence, mimo że sama tak uporządkowana, nawykła do otaczającego ją pewnego rodzaju chaosu, pozostając w nim oazą spokoju, a czasem też głosem rozsądku dla krewnych.
List od Geraldine, która dopiero co dorobiła się demonicznego brata bliźniaka i ruszyła go upolować, gdzieś w międzyczasie wdała się w preludium wojny czarodziejsko – trytońskiej, a teraz uważała, że padła ofiarą klątwy, nie był więc nawet czymś szczególnie zaskakującym. Florence przyjęła go tak, jak większość rzeczy, które nie były wyjątkowo tragiczne: ze spokojem. Wyszła ze swojej zmiany w szpitalu idealnie o czasie (no dobrze, pięć minut później – nie umiała pozostawić papierów na biurku nie ułożonych), po przyjściu do kamienicy przebrała się pospiesznie i upewniła, że ma wszystko, co potrzebne, do prób diagnozowania oraz ewentualnego przełamywania klątw.
Drzwi otworzył skrzat państwa Bulstrode, który zadarł głowę, wpatrując się w Geraldine wyłupiastymi oczyma, a potem, bez słowa – niegrzeczność u skrzata niezbyt dopuszczalna, ale Bulstrodowie nigdy nie byli wobec niego surowi, a chyba Joker o raz za dużo otwierał drzwi Yaxleyównie w nie najlepszym stanie i szorował później podłogę – poprowadził ich schodami na pierwsze piętro. Tutaj Florence miała do dyspozycji dwa połączone ze sobą pokoje, sypialnię i salonik, w sam raz jak na jej dość skromne potrzeby. Wszystko rzecz jasna było dokładnie takie, jak można by się po niej spodziewać: bardzo czyste, równo poustawiane, niemal bez bibelotów, poza kilkoma drobnymi pamiątkami, utrzymane w odcieniach szarości, błękitu i naturalnej barwy drewna.
Uzdrowicielka po otworzeniu im drzwi skierowała na moment uważne spojrzenie jasnych oczu na Geraldine, a potem na Ambroise’a. Czy spodziewała się, że to on będzie tą „drugą” ofiarą domniemanej klątwy? Nie, ale po prawdzie nie oczekiwała nikogo konkretnego. Wcześniej przez myśl przeszło jej, że Thoran Yaxley pozostawił po sobie jakąś pamiątkę, teraz jednak do głowy Florence Bulstrode przyszło, że być może była to jednak sprawa… zupełnie innej natury.
I może dlatego trochę w odruchu, a trochę w świadomej decyzji, patrząc na nich, spróbowała spojrzeć na coś więcej. Na intencje, szukając powodów, dla których zdecydowali się we dwoje stanąć na jej progu.
– Wejdźcie, proszę. Siadajcie na kanapie – poleciła, wycofując się na bok, żeby wpuścić ich do środka. – Napijecie się czegoś? – spytała z czystego poczucia obowiązków gospodyni, chociaż to nie była wizyta towarzyska, a zawodowa. I w związku z tym ledwo zajęli miejsca, sama usiadła w fotelu naprzeciwko nich, sztywno wyprostowana, a potem od razu przeszła do rzeczy.
– Co skłoniło was do szukania pomocy klątwołamacza? – spytała rzeczowo, sięgając po notatnik, który czekał już naszykowany na stoliku. Diagnostykę najlepiej było w końcu zacząć od wywiadu odnośnie potencjalnych symptomów.

jasnowidzenie
Rzut PO 1d100 - 61
Sukces!
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
16.02.2025, 19:18  ✶  
Parsknął pod nosem. Ni mniej, ni więcej. Po prostu skwitował to parsknięciem, jednocześnie nachylając się, aby zapukać do drzwi i mieć to już za nimi.
- Wiesz, że będąc dużym chłopcem mam też długie nogi? - Uniósł brwi, rzucając niezbyt poważne spojrzenie w kierunku dziewczyny i kręcąc głową z politowaniem.
Nie musiał dodawać nic więcej, prawda? To, że zgodził się pojawić się z nią u jej przyjaciółki nie oznaczało, że nie mógł zmienić zdania. Szczególnie, jeśli jeszcze nie zjawili się w mieszkaniu i nie zasiedli na kanapie, fotelu, krześle czy jakimkolwiek innym meblu, na którym by ich usadzono.
Co prawda, Rina nie godziła w niego podobnymi uszczypliwościami. Traktował je raczej z przymrużeniem oka, ale to nie znaczyło, że nie mógł zagrozić jej zrobieniem w tył zwrot, wykorzystaniem swoich wspomnianych długich nóg i opuszczeniem budynku, prawda? Nawet, jeśli w istocie nie zamierzał nigdzie się stąd ruszać.
No, chyba że do przodu przez drzwi. Wcześniej jednak zdecydowanie mógł sobie pozwolić na dodatkowe komentarze. Później? Raczej nie sądził, by miało znaleźć się na nie miejsce.
Cóż, całkowicie zgodnie z tym, co zdążyli już poruszyć poprzedniego wieczoru. Jeszcze zanim Geraldine zdecydowała się faktycznie wysłać ten nieszczęsny list z prośbą o spotkanie (ten, którego tak błyskawicznego napisania mimo wszystko się nie spodziewał, choć w teorii wiedział, że nie zwykła rzucać słów na wiatr), nawet nie próbował ukrywać tego, że nie pojawił się tu z Yaxleyówną ani w celach towarzyskich, ani tym bardziej z własnej woli.
Wszedł za nią do mieszkania, ruchem dłoni przepuszczając dziewczynę w drzwiach a następnie ruszając trzy kroki za jej plecami, ale robił to znacznie bardziej jak milczący cień, nie jak aktywny towarzysz.
Może nie emanował otwartą niechęcią do wizyty. Przynajmniej nie z zewnątrz. Z pozoru był po prostu swoją całkowicie normalną wersją. No, tą przeznaczoną dla ludzi, z którymi nie trzymał się zbyt blisko. Neutralną, może trochę oficjalną, utrzymującą dystans, ale nie nieprzyjazną. Miał neutralny wyraz twarzy. Nie uśmiechał się, ale też w żadnym wypadku nie zionął chłodem.
Przez cały czas, jaki spędzili przechodząc za skrzatem przez mieszkanie Florence, zwyczajnie spokojnie obserwował otoczenie. Ogarniał je spojrzeniem, jednocześnie nie wypowiadając ani jednego słowa.
Nigdy nie był przesadny w szastaniu słowami. Zwłaszcza wtedy, gdy nie czuł się specjalnie komfortowo. Trudno byłoby zaś ukryć to, że nie była to typowa dla niego sytuacja. I nic nie wskazywało na to, aby miało to ulec pozytywnej zmianie. Raczej spodziewał się wyłącznie tego, że z minuty na minutę będzie coraz bardziej niezręcznie.
- Florence - kiwnął głową na przywitanie, jednocześnie starając się zabrzmieć tak, jakby choć trochę odpowiadała mu ta wizyta.
Nie tak, jakby zupełnie nie był do tego przekonany. A nie był.
Nie zwykł angażować otoczenia w problemy, które uważał za wyjątkowo prywatne i osobiste. Tym bardziej, jeśli jednocześnie nie dało się nie zauważyć, że Florence nie była osobą, z którą nie miał mieć potem żadnego kontaktu. Pracowali w jednym miejscu, zdarzało im się współpracować, toteż mieszanie jej w takie sprawy ani trochę mu się nie widziało.
Co prawda nie był typem człowieka, który planowałby jej później unikać. W żadnym wypadku. Niespecjalnie przejmował się ogólną opinią na swój temat, ale tu zaczynali wkraczać już w rejony, odnośnie których nie zwykł odpowiadać niemal obcym ludziom. Nie uzewnętrzniał się na takie tematy. Nie dzielił się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami na tematy tego pokroju. Raczej zachowywał je dla siebie, ewentualnie (tak jak w tym wypadku) dla dwuosobowego grona zainteresowanych.
To Yaxleyówna dążyła do tego, by wyciągnąć je na wierzch. On był tu wyłącznie przez to, że jakimś cudem udało jej się przekonać go do wyrażenia zgody a następnie rzeczywiście wmanewrować go w wizytę w Londynie. W jego własnym mniemaniu, całkowicie niepotrzebną. Miał swoje zdanie, swoją wielokrotnie samoistnie weryfikowaną opinię i nie potrzebował nic więcej.
Od wielu lat żył również z konsekwencjami bezpośrednio związanymi z tymi wydarzeniami. Poniekąd się do nich przyzwyczaił. Jasne, miło byłoby je zmienić, ale nie zamierzał próbować odwracać biegu rzeki przy pomocy kawałka kija.
Był tu na doczepkę, toteż raczej wewnętrznie ucieszył się (mocne określenie - nawet nie drgnął mu kącik ust), gdy Florence niemal od razu przeszła do rzeczy. Zajmując wskazane miejsce, nieznacznie pokręcił głową.
- Nie, dzięki - odpowiedział całkiem lekko i uprzejmie.
Nie musiała kłopotać tym ani siebie, ani skrzatów. Raczej nie zamierzał spędzić tu na tyle dużo czasu, aby pokusić się chociażby o szklankę wody.
Unosząc brwi, spojrzał w kierunku Geraldine, wyraźnie dając jej do zrozumienia, że mogła wykazać się swoimi naturalnymi zdolnościami krasomówczymi. W końcu to z uwagi na jej życzenia pojawili się u Bulstrode. Nie mówiąc o tym, że dwie kobiety jakimś cudem naprawdę blisko się ze sobą przyjaźniły. Naturalnym było więc to, aby to Rina pierwsza zabrała głos.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
16.02.2025, 21:12  ✶  

- Nie waż mi się teraz spierdalać. - Powiedziała cicho, bo wiedziała do czego zmierza. Jasne, miał długie nogi, ale co z tego, zgodził się na to, pojawił się w tej kamienicy z nią, teraz właściwie nie było już odwrotu. (Nie no, był, ale nie sądziła, że zwieje, tylko by spróbował).

Wysłanie listu było raczej dosyć spontanicznym zachowaniem, jednak skoro już to zrobiła, to musieli się tutaj pojawić, bo przecież ich zapowiedziała, nie było odwrotu, może dla Ambroisa tak, ale nie dla niej. Nie zamierzała zawracać głowy Florence, a później rezygnować ze spotkania. Może też właśnie przez to wysłała ten list niemalże od razu, żeby nie było od tego odwrotu. Skoro im to tak ciążyło, to zamierzała to sprawdzić u prawdziwej specjalistki, tyle. Będą to mieli za sobą, ktoś o odpowiednich umiejętnościach na nich spojrzy i pewnie będzie w stanie stwierdzić, czy faktycznie coś było z nimi nie tak. Dobrze byłoby to wreszcie ustalić, skoro ciągle się nad tym zastanawiali. Może będą dzięki temu spokojniejsi, czy coś.

Nie była specjalnie zawiedziona tym, że skrzat nie postanowił się z nią jakoś oficjalnie przywitać, miała świadomość, że kilka razy przysporzyła mu sporo pracy przez to, w jakim stanie zjawiała się w tym mieszkaniu. To cud, że w ogóle wpuszczał ją jeszcze do środka i nie zamykał jej drzwi przed nosem.

Dotarli w końcu na piętro, gdzie czekała na nich przyjaciółka. Yaxleyówna uśmiechnęła się do niej ciepło. - Hej Flo. - Nie miała pojęcia, czy Bulstrode przewidziała to, z kim się tutaj pojawi, nie do końca wiedziała, jak działały te jej wyjątkowe zdolności jasnowidzenia, pewnie jakby się postarała potrafiłby to stwierdzić.

Kiedy zjawili się przed Florence dotarło do niej, że to co robili mogło zostać uznane za głupie, na pewno choc trochę, ale jeśli dzięki temu mieli być spokojniejsi... Cóż, była gotowa, aby przyjaciółka uznała ją za niespełną umysłu. Nie byłby to przecież pierwszy raz.

Skierowała się od razu w stronę kanapy, skoro Bulstrode wspomniała, że mają tam usiąść. Usiadła nieco sztywno tuż obok Roisa. - Nie, nie trzeba. - Bez sensu było się tu rozgaszczać, cóż, Flo najwyraźniej też zamierzała dość szybko przejść do rzeczy, bo niemalże od razu zadała to jakże istotne pytanie.

Spojrzała na Ambroisa, zawiesiła na nim wzrok na krótką chwilę, bo milczał, także podejrzewała, że to ona powinna nakreślić ich problem.

Nie do końca wiedziała od czego zacząć, cóż, najlepiej pewnie byłoby od początku. Westchnęła więc cicho i zaczęła mówić. - Wydaje nam się, że możemy być przeklęci, wiesz? - Nie, żeby to nie było oczywiste, bo przecież wspomniała o tym, że będą potrzebować pomocy klątwołamacza. - Łączy nas bardzo dziwna więź. - Tak, okropnie dziwna, była to miłość, a może coś więcej, czego nie potrafiła do końca nazwać. - Nie do końca potrafimy być sobie obojętni, podejrzewamy, że zaczęło się to kilka lat temu, gdy znaleźliśmy się w pewnym nawiedzonym dworze, od tego momentu bowiem nie potrafię się trzymać od niego z daleka, wiesz, jakoś tak, gdy Roisa nie ma obok, to czuje się, jakbym traciła kawałek swojej duszy, gdy znajdujemy się obok siebie to znika to uczucie. To działa w dwie strony. - Wolała to dodać, żeby nie było. Wbiła spojrzenie w swoje buty, bo zaczynała się nieco plątać w zeznaniach.

- Czy spotkałaś się kiedyś z taką klątwą? - Jako, że Flo miała spore doświadczenie, to cóż, spodziewała się, że uda jej się stwierdzić, co im dolega.

Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#6
19.02.2025, 10:08  ✶  
Kiwnęła głową, przyjmując ich odmowę bez komentarza. To nie była wizyta towarzyska, a Florence potrafiła zorientować się, kiedy ktoś bardzo chciał uciec z danego miejsca – była uzdrowicielką i starszą siostrą w końcu. Ambroise zaś wyglądał tak, jakby był gotów wyjść stąd choćby oknem, gdyby tylko Geraldine mu na to pozwoliła.
A poza tym uaktywnienie trzeciego oka przyniosło ze sobą parę przebłysków. Obrazy i słowa zaczęły układać się w historię, jeszcze zanim Geraldine Yaxley podzieliła się swoją historią.
Można było kłócić się, co do tego, czy Florence Bulstrode była damą, ale na pewno za taką się uważała. Dlatego wysłuchała wszystkiego, co miała do powiedzenia Geraldine, z kamiennym wyrazem twarzy. Nie wspomniała niczego o wszystkich mężczyznach, którzy przewijali się u boku Yaxleyówny w ostatnich latach (w duchu nawet trochę się ucieszyła, Ambroise na pewno prezentował się lepiej niż tamten pokrwawiony człowiek, którego pewnego dnia zastała w jej sypialni, i zdecydowanie wolała, aby Geraldine spotykała się z nim niż z Atreusem – to mogłoby wprowadzić w rodzinie niezbyt pożądane napięcia). Nie oświadczyła też więc stanowczo, że jedyna klątwa, jaką tutaj widzi, to najwyraźniej klątwa nieuleczalnej kłopoty, skoro żadne z nich nie było świadome, co oznaczają te objawy, mimo tego, że oboje przeżyli już ponad trzydzieści lat.
Mogła w końcu powiedzieć to trochę ładniejszymi słowy.
– Geraldine, Ambroise, to nie jest żadna klątwa – oświadczyła, bardzo spokojnie. Mogła w teorii przeprowadzić kilka dodatkowych testów, ale nie sądziła, by były potrzebne. Gdyby chodziło o kogoś innego, podejrzewałaby może, że to wyjątkowo ekstremalny przypadek więzi Beltane, ale wiedziała przecież, że ta połączyła Yaxleyównę z kimś zupełnie innym. I że została przerwana już kilka tygodni temu, jej własną ręką. – Z pewnością pamiętasz, jak na uczestników Beltane podziałał rytuał. Chcieli przebywać z drugą osobą, czuli się szczęśliwi tylko w jej towarzystwie. To była… ekstremalna, mocno wypaczona wersja miłości. Mogłam złamać taką więź, ponieważ została wytworzona przez nienaturalną magię. Wystarczyło zniwelować jej działanie. Obawiam się, że nie jest to możliwe w waszym przypadku.
Jeśli łączyła ich jakaś nić, nie była to więź klątwy, a anam cara, i wszystkie umiejętności Florence jako klątwołamaczki oraz ponadprzeciętne zdolności usuwania magicznych efektów nie mogły w żaden sposób jej przeciąć.
– Obawiam się, że pozostaje wam to zaakceptować. I albo być razem, albo rozstać się i unikać tego drugiego z poświęceniem, nawet jeśli ból już minie, a uczucia zaczną się rozwiewać. Nie ma magicznego remedium na emocje, jakie was dotykają. Teoretycznie można spróbować hipnozy, ale nie zalecam tego rozwiązania.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
19.02.2025, 13:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2025, 13:43 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Tak. Bez wątpienia, gdyby dostał jakiekolwiek przesłanki ku temu, że mógł pozwolić sobie na opuszczenie mieszkania w trybie raczej natychmiastowym, najpewniej by to zrobił. Jak nie drzwiami, to oknem. Jak nie oknem, to kominkiem, który tak właściwie mógł być jedną z najbardziej wygodnych opcji. Paradoksalnie rozważaną przez niego dopiero jako trzecia, co chyba samo w sobie świadczyło o tym, jak nieswojo się tu teraz czuł.
Nie zwykł na siłę pozostawać w miejscach, w których nie chciał być. Raczej nie robił tego wbrew sobie. Nie miał tendencji do zmuszania się do czegokolwiek, co było dla niego aż tak niekomfortowe. Bowiem na skali dyskomfortu, wizyta u Florence była dla niego jak wsadzanie ręki do lodowato zimnej wody. Takiej na pograniczu zamarzania. I trzymanie tak dłoni niemalże do czasu nabawienia się odmrożeń. Wyjęcie jej dosłownie kilka sekund przed przekroczeniem tej magicznej granicy i nazwanie tego dniem.
Mimo to zamierzał zachowywać się nad wyraz poprawnie. Ze wszech miar kulturalnie i wyjątkowo grzecznie. Obiecał być współpracujący, więc zamierzał dotrzymać danego słowa. Może bez przesady, ciężko byłoby mu za wszelką cenę spełniać wszystkie polecenia i prośby (rękę do lodu pewnie by wsadził), ale zależało mu na jak najszybszym przebiegu całej sprawy, więc podjął decyzję o kooperacji.
Był uzdrowicielem. Lekarzem. Diagnostą. W swojej pracy w znacznym stopniu opierał się na informacjach uzyskiwanych od pacjentów i ich otoczenia. Rodzin i tak dalej. Jasne, posiłkował się odpowiednimi zaklęciami i akcesoriami. Zdecydowanie bazował na własnej wiedzy. Na percepcji, na umiejętności rozpoznawania problemu. Często gęsto nawet gołym okiem.
Jednakże bez wątpienia zdawał sobie sprawę z tego, że im bardziej szczerzy i szczegółowi mieli być, tym lepiej. Może tak jak to już ustalili poprzedniego wieczoru, nie powinni dzielić się wszystkimi detalami sytuacji, w której zaczęli czuć do siebie coś więcej. Mógł jednak przytaknąć na słowa Geraldine o tym, że opisywane przez nią odczucia działają w obie strony. Nie odezwał się, ale wyraźnie kiwnął głową.
Wszystko to, o czym mówiła Yaxleyówna było zgodne z prawdą. Z faktycznym stanem. Nie było potrzeby opisywania wszelkich pobudek i wydarzeń prowadzących do tamtego momentu.
Tym bardziej, że przedtem przecież też reagowali na siebie bardzo intensywnie. Tyle tylko, że na drugim krańcu skali. Żarli się ze sobą na spojrzenia, zachowywali się jak dwa nastroszone koty, ale mimo wszystko nie potrafili trzymać się od siebie z daleka. Cały czas nawiązywali kontakt, odstawiając naprawdę wyszukane przedstawienie niechęci i obojętności.
Nigdy ich pomiędzy nimi nie było.
Przez wiele lat nie patrzył na to pod kątem problemu. Po pierwszym okresie doszukiwania się działania jakichś nadnaturalnych zewnętrznych sił w nagłym rozproszeniu napięć między nimi (bo i ten etap zaliczyli; tym bardziej, że Geraldine postrzeliła go wtedy z bełtu, który rozpłynął się w powietrzu i ta blizna nadal dawała o sobie znać) przeszli z tym do porządku dziennego. Traktowali to raczej jako zaletę, nie wadę. Jako coś wyjątkowego, całkiem pozytywnego.
Przynajmniej aż do półtora roku wstecz. Później wszystko zaczęło się pierdolić i oto byli tutaj. W tej sytuacji. Raczej cholernie niekomfortowej. Z klątwą, która rzekomo nią nie była. Za to była jakąś wersją miłosnego rytuału? Tego, którego nigdy nie odbyli, ale jednocześnie odbyli? Musieli odbywać? Nie musieli?
Tak, był zmieszany. Przynajmniej do momentu, gdy wyłapał te raczej niespecjalnie chciane słowa.
- Och, wow - mruknął pod nosem bardziej do siebie niż do kogokolwiek w pomieszczeniu, nieznacznie unosząc przy tym brwi, bo raczej za cholerę nie spodziewał się takiego komentarza.
Jasne. Miał swoje założenia odnośnie tej wizyty. Oczywiście, że je miał, jakżeby inaczej. Wszystkie zahaczały o tę samą kategorię, każde prowadziło go raczej ku byciu sceptycznym wobec ich wizyty u Bulstrode.
A jednak zdecydowanie nie był przygotowany na słuchanie sugestii, że jego więź z Geraldine była w istocie jakąś wypaczoną wersją miłości. No, sam miał o tym obecnie dosyć zbliżone zdanie. Przynajmniej tak starał się obecnie kategoryzować to w swojej głowie.
Mimo to słyszenie od kogoś, kto był dla niego wyłącznie współpracownikiem (na każdej innej płaszczyźnie praktycznie obcą osobą; lubił Flo, ale bez przesady) że ich odczucia z dużym prawdopodobieństwem mogły być wypaczone...
...no, nie podszedł to tego zbyt ochoczo i zdecydowanie nie zamierzał entuzjastycznie kiwnąć głową, przyjmując tak po prostu ten komentarz. Nie odpowiadało mu bycie ocenianym pod tym kątem, zwłaszcza bez uprzednich testów magicznych, zebrania wywiadu, wstępnych badań. Nie lubił, gdy ktoś mówił mu, że jego odczucia są niestandardowe, odbiegają od normy, są wypaczone.
Oczywiście jednocześnie nie przyszedłby tu, gdyby sam tak nie uważał, ale usłyszenie tego od kogoś z zewnątrz było inną sprawą. Zakłuło. Spojrzał na Geraldine, posyłając jej raczej zrozumiałe spojrzenie. Nie był szczęśliwy z takiej a nie innej opinii. Mimo to zamknął gębę.
Nie skwitował tego żadnym wyjątkowo kąśliwym komentarzem. Głównie przez to, że obiecał mieć otwarty umysł. No, poza wcześniejszym och, wow, które samowolnie wydostało się spomiędzy jego warg. Nie unosił też brwi zbyt długo. Raczej niemal natychmiast wrócił do swojej nad wyraz neutralnej postawy. Do tej umiarkowanie zainteresowanej, ale chłodnej maski. Do bycia kimś, kto pojawił się tu na doczepkę, bo sam miał bardzo określone poglądy na ten temat, ale skoro obiecał Yaxleyównie odbycie z nią tej wizyty, to zamierzał brać w niej udział.
W rzeczywistości czuł się po prostu kurewsko niekomfortowo. W tej chwili już zupełnie jak na terapii małżeńskiej, na której mówiono mu, że w sumie to oboje byli zafiksowani i na tyle umoczeni w całej sytuacji, że nie istniało ani żadne szczególne wyjaśnienie ani żadne standardowe rozwiązanie ich problemów (hipnozy nawet do siebie nie dopuszczał; mentalne mumbo jumbo było zupełnym nigdy w życiu). Byli i mieli być uwikłani.
Szczerze wątpił bowiem w to, żeby wspomniane uczucia zaczęły się kiedykolwiek rozwiewać. To nie wyglądało na ten przypadek. Nie, gdy wystarczyło zaledwie kilka chwil, by wróciły z tą samą intensywnością, co przed rozłąką i ugryzły go w zabliźnione udo. Półtora roku męczarni, jeden moment, zupełny powrót do wszystkich uczuć i emocji, jakby tylko na pięć minut wyskoczył po mleko do sklepu na dole.
I nie było na to wyjaśnienia poza tym uwikłaniem. No, pięknie.
- Nienaturalną? - Odezwał się wreszcie głównie po to, by stać się aktywnym uczestnikiem rozmowy, aby później nie usłyszeć, że wyłącznie siedział jak kołek i milczał. - Czyli ta jest naturalna? - To pytanie musiało paść z jego strony, bo nie, nie czuł, aby to mogło być całkowicie naturalne.
Przy nikim innym nie zachowywał się jak idiota. Jak szczeniak. To nie było w jego stylu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
19.02.2025, 14:39  ✶  

Florence widziała wiele. Przynajmniej jeśli chodzi o życie Yaxleyówny. Dosyć często angażowała ją w swoje własne problemy, czasem spowodowane ogromną głupotą. Na szczęście nie podzieliła się żadną z historii z ostatniego półtora roku, zdecydowanie wolała, aby Roise nie musiał tego słuchać, bo sama wolała nie wiedzieć, co działo się u niego w tym czasie. To mogłoby niepotrzebnie zaboleć, więc dużo prostszą opcją było udawanie, że ta przerwa nie istniała. Nie spodziewała się, żeby kiedykolwiek chcieli wracać do tego, co robili, gdy nie było ich obok siebie. Podejrzewała bowiem, że jego życie było równie bujne, co to jej, więc chyba byli kwita, czy coś.

Miała świadomość, że Roise był średnio zadowolony z tego, że się tutaj zjawili. Nie przyciągnęła go może do mieszkania przyjaciółki siłą, ale wiedziała, że gdyby nie to, że mocno na to nalegała to zapewne ich by tutaj nie było. Sprawa nadal wisiałaby gdzieś w powietrzu i mogliby tak sobie nad tym gdybać do usranej śmierci. Była mu wdzięczna za to, że zrobił to dla niej, tak tak sobie tłumaczyła to, że w końcu się tutaj znaleźli.

Uniosła spojrzenie ze swoich butów na Flo, kiedy ta się odezwała, wpatrywała się w przyjaciółkę zaciekawiona, trochę czekała na to powie, jakby miała im ogłosić jakiś wyrok. Byli przeklęci, czy nie byli przklęci, dało się z tym coś zrobić, czy się nie dało.

Bulstrode wydawała się być pewna w swoich słowach, to nie była klątwa. Geraldine zmrużyła na chwilę oczy, aby ułożyć sobie to w głowie. Czyli dobrze się jej wydawało, nie mogła istnieć taka klątwa, która mogłaby im zrobić coś takiego. Nie chciała nazywać tego po imieniu, ale chyba od lat po prostu wiedziała, że połączyło ich ze sobą coś więcej, nie sądziła, aby jakakolwiek klątwa mogła być aż tak silna.

- Tak, pamiętam to, co stało się w Beltane. - Sama zresztą przyszła do przyjaciółki wtedy, aby zerwać więź, która połączyła ją z jej wieloletnim przyjacielem. Nie czuła się z nią komfortowo i wyczuwała, że coś jest nie tak, że to było dziwne i nieprawdziwe. Ciążyło jej. - Sugerujesz więc, że to, co jest między nami nie jest magią, znaczy nie jest nienaturalną magią, tylko prawdziwą magią? - Tak próbowała sobie to przełożyć na swój prosty język, była jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która nie miała nic wspólnego z uzdrowicielstwem, najmniej się znała na tych tematach.

Przeniosła  spojrzenie na Ambroisa, jakby chciała wyczytać z jego twarzy, co on o tym myśli, nie, żeby udało jej się tym spojrzeniem osiągnąć zbyt wiele. Wydawało jej się, że nadal jest spięty. Postanowiła zareagować, dyskretnie zaczęła przesuwać swoją dłoń w kierunku jego dłoni, by jakoś go wesprzeć w tej niekomfortowej dla niego sytuacji. Zdecydowanie nie odnajdywał się tutaj dużo bardziej od niej. Ona miała już doświadczenie w podobnych sprawach, nie bała się mówić Florence o wszystkim.

- Myślę, że hipnoza nie jest dla nas. - Zdecydowanie nie zamierzała pozwolić, aby ktoś mieszał jej w głowie, nie po tym, co działo się przez kilka ostatnich miesięcy w jej życiu. Czuła, że Roise się z nią w tym zgodzi, on również nie należał do osób, które pozwoliłyby na to, aby ktoś lub coś mieszało mu w głowie.

Jeśli dobrze wszystko zrozumiała, to właściwie Flo powiedziała im o tym, co chyba było najbardziej oczywistą rzeczą, to co ich łączyło to była miłość, tak po prostu nie powinni mieszać w to żadnych sił wyższych, żadnych klątw. Naprawdę zrobiło jej się głupio przez to, że próbowali szukać wytłumaczenia, zamiast zaakcpetować to najbardziej oczywiste.

Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#9
21.02.2025, 10:05  ✶  
Florence przypatrywała się Greengrassowi przez moment, gdy zadał pytanie odnośnie "naturalnej" i "nienaturalnej" magii. Zdołała jakimś sposobem powstrzymać westchnienie, jakie omal nie wydobyło się z jej ust. Dobrze, że nie umiała czytać w myślach, bo chyba załamałaby ręce: Beltane było wypaczone, bo emocje pozostawały bardzo intensywne i niezależne od tych prawdziwych. W ich przypadku... może związek był toksyczny, może nie, tego nie potrafiła ocenić. Na pewno trudny - gdyby było inaczej, nie siedzieliby na jej kanapie prosząc, aby zdjęła z nich zaklęcie.
- Uważam, że więź pomiędzy wami to po prostu miłość - poinformowała krótko, rzeczowo i miała nadzieję, że jak najbardziej jasno. – Nie mnie oceniać, czy jest zdrowa, naturalna, czy może toksyczna i niszcząca. Odpowiedzieć na to pytanie możecie sobie tylko wy sami.
I w tym pierwszym wypadku pozostawała im opcja numer jeden, czyli pogodzić się z losem i zacząć budować wspólne życie, a w tym drugim przypadku: trzymać się od siebie z daleka.
– To w każdym razie oznacza, że jej zerwanie jest możliwe tylko, jeżeli uczucia miną albo zostaną wymazane z pamięci. Możecie dopatrywać się w tym przeznaczenia, magii anam cara albo własnych uczuć, ale nie przekleństwa. Ale nawet więź anam cara nie objawia się w ten sposób, w jaki Geraldine to opisuje: może być podstawą dla takiego związku, nie narzuca jednak aż tak głębokich uczuć. Nie jest to coś, co może zostać zdjęte inaczej niż przez usunięcie wspomnień. Gdyby na Geraldine od tak dawna ciążyła tego typu klątwa, powinna zostać złamana kilka tygodni temu, gdy rozpraszałam tkwiącą wokół niej magię. Rytuał, który wtedy odprawiłyśmy, był potężny.
I jego dokładnym celem było przerwanie nici nienaturalnej magii, łączącej ją uczuciem z kimś innym. Gdyby tych nici było więcej niż jedna, wciąż powinny pęknąć. Florence wiedziała o tym doskonale, ponieważ przypadek sprawił, że na jej progu stanęli panicz Erik Longbottom oraz panna Nora Figg, połączeni magią Beltane nie tylko ze sobą nawzajem, ale też z trzecią, nieznaną Florence osobą. Florence nawet nie musiała prosić o więcej szczegółów ponad te, którymi się z nią podzielili czy które sama zobaczyła trzecim okiem – skoro „problem” trwał od tak dawna, nie było możliwe, aby zerwanie więzi pozostawiło go nienaruszonym.
Nie, jeśli działałaby tutaj nienaturalna magia.
Gdyby czarodziejski świat był nieco bardziej postępowy, prawdopodobnie w tej chwili Florence Bulstrode sugerowałaby im udział w terapii dla par. Na nieszczęście, raczej tego typu rozwiązania nie były u nich popularne, a na pewno nie w społeczeństwie czystokrwistych czarodziejów.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
21.02.2025, 18:00  ✶  
Zmarszczył czoło, spoglądając to na jedną, to na drugą kobietę. Wyraźnie oczekując jakiegokolwiek wyjaśnienia dotyczącego wydarzeń z Beltane, o których mówiły między sobą, bowiem o ile zdawał sobie sprawę z całego zamieszania, jakie wtedy wynikło, o tyle nie wiedział, co wydarzyło się wtedy w przypadku Geraldine. Nie rozmawiali o tym. Zresztą nie tylko o tym, od tygodnia pomijali całkiem sporo niewygodnych tematów. Mimo to nie pytał. W głębi duszy wiedział, że chyba wolał pozostawać we w miarę błogiej nieświadomości. Już i tak mierzył się ze stanowczo zbyt wieloma nowościami.
Zresztą nie było to aż takie znowu trudne do stwierdzenia, skoro dał się przekonać do tej wizyty. Gdyby był sobą, najpewniej nie miałoby to miejsca, bo raczej stanowczo oprotestowałby dzielenie się z kimkolwiek problemami tego typu. W dalszym ciągu upierałby się przy swoim, odpierając sugestie znalezienia pomocy z zewnątrz. Z drugiej strony, gdyby był zupełnie sobą zdecydowanie w ogóle nie potrzebowaliby tego wsparcia. Nie musieliby go szukać, bo w dalszym ciągu żyliby we względnie spokojny sposób.
No, jednak niektórych decyzji nie dało się cofnąć a niektórych faktów wygodnie pominąć. Aktualnie byli w zupełnie innym miejscu niż dwa lata temu. Nie tak złym jak półtora roku wstecz. Nie tak dramatycznym jak przez całe lato. Za to wcale nie łatwiejszym.
Zdecydowanie nie było mowy o tym, aby dał komukolwiek wejść mu do głowy. Świadomie zdecydowanie nie pozwoliłby na coś takiego. A prawdę mówiąc: na tym etapie i po wszystkim, co się wydarzyło, istniało bardzo znaczne prawdopodobieństwo, że i podświadomie wypierałby taką osobę z własnego umysłu. Nieważne, czy chciałaby mu zaszkodzić, czy wręcz przeciwnie - pomóc mu poradzić sobie z domniemanym przekleństwem.
Jeśli wcześniej wykazywał tendencje do bycia mentalnym głazem, obecnie najprawdopodobniej osiągał wyżyny w sztuce wyparcia. Nie w ten pozytywny sposób, o nie. Nie na zasadzie subtelnej mentalnej obrony przed kolejnymi ciosami. Nie wyrafinowanego nieuświadomionego talentu do oklumencji, o której uczeniu się zresztą nawet nigdy nie pomyślał. Nawet po sytuacji z dopplegangerem, jaka raczej powinna sprzyjać podobnym wnioskom. Nie.
Po doświadczeniach z demonem została mu wyłącznie naprawdę znaczna awersja do jakichkolwiek doświadczeń z magią mentalną. Yaxleyówna miała rację. Nie, to zdecydowanie nie było dla nich.
Nie od razu zwrócił uwagę na gest ze strony Geraldine. Dopiero po kilkunastu sekundach, może minucie, może trochę mniej, dostrzegł coś na kształt niewerbalnej inicjatywy? Zachęty, żeby odpowiedział tym samym? Wyciągnął ku niej rękę, powoli przesuwając palce po kanapie i wreszcie splatając je z jej własnymi. Bez patrzenia, bez słowa. A przecież podczas ich krótkiej rozmowy patrzył na nią zdecydowanie częściej niż na Florence czy (o dziwo) nawet na ścianę, sufit albo za okno. Tego wieczoru nie próbował podtrzymywać wrażenia dystansu, jaki powinien panować między nimi w związku z ich aktualną sytuacją. To byłoby na tyle idiotyczne zachowanie, że nawet on zdawał sobie z tego sprawę (a umówmy się - zdecydowanie nie był mistrzem introspekcji) i nie usiłował wmówić otoczeniu, że był tu zupełnie bez powodu.
Nie. Pojawili się w konkretnym celu. W związku z myślą, która raczej wykluczała narrację postępującej obojętności, całkowitego braku emocjonalnego zaangażowania, nie bycia uwikłanym (tak, to było uwikłanie - tego też był świadomy) w trudne do określenia układy.
Tak, kiedyś bez problemu nazywane miłością. Obecnie jakoś ciężko było uwierzyć w to, że nie komplikowaną przez jakiekolwiek inne zewnętrzne siły.
Ale wyjątkowo nie zamierzał z tym dyskutować. Przeciwnie. Zamiast być wyjątkowo przekonanym o swojej racji, aktywnym uczestnikiem rozmowy zadającym kolejne pytania i kwestionującym każdą odpowiedź, on był...
...no cóż...
...trudno było mu to teraz nazwać, szczególnie że nie zamierzał dopuszczać do siebie myśli, że mógł sprawiać wrażenie kogoś, kto naprawdę nie chciał tu być i dostrzegalnie nie czuł się komfortowo z koniecznością odbycia tej wizyty. W takiej a nie innej formie, w takim a nie innym celu, z taką a nie inną osobą.
Z całym niezaprzeczalnym szacunkiem i uznaniem, jaki miał do profesjonalizmu Florence; chodziło wyłącznie o to, że nie rozmawiał z... ...no cóż... ...z kimkolwiek odnośnie swoich wewnętrznych przeżyć. Nie miał tendencji do dzielenia się swoimi problemami. Spostrzeżeniami jak najbardziej, zwłaszcza wtedy, gdy nie dotyczyły jego samego. Ale nie własnymi trudnościami.
Miał w zwyczaju dusić to w sobie. Być może zbyt mocno, zdecydowanie niezdrowo, co najpewniej miało w przyszłości odbić się na jego zdrowiu. Wykitowaniu na serce czy coś w tym rodzaju. Choć usilnie starał się sprawiać zupełnie inne wrażenie, już teraz te ostatnie dwa lata wyraźnie się na nim odbiły. Może nie było to aż tak dostrzegalne na pierwszy przelotny rzut oka, ale gdzieniegdzie te jaśniejsze pasma w jego rozjaśnionych od słońca włosach wcale nie były wynikiem częstego przebywania na dworze. Nie musiał też już specjalnie mrużyć oczu, by w ich kącikach rysowała się pajęcza siateczka zmarszczek. Chwilowo dosyć drobnych, ale bez wątpienia przedwczesnych.
Choć czy aby na pewno? Dziś zdecydowanie czuł się staro. Stary i nieprzystosowany. Niechętny do dialogu.
Przy tym wszystkim, co działo się dookoła, cholernie trudno było mu nie wierzyć w to, że nie padła na nich żadna klątwa. Że nie zwalili jej sobie na głowę tamtą nieszczęsną wizytą w opuszczonym dworku. Że wszystko, co się działo było wynikiem przekory losu, ich własnych decyzji, przeświadczeń, zdrowych bądź też raczej niezdrowych tendencji...
...dosyć ciężko było tak po prostu zaakceptować, że hej, może to ja jestem moim największym problemem, być może w tym wypadku faktycznie zawsze chodziło o mnie, tu rzeczywiście jestem największą gwiazdą własnych dramatów. To nie było coś, co Ambroise chciałby do siebie dopuścić.
O słodka ironio, jednocześnie od półtora roku przyjmując całkiem zbieżną a nawet dużo bardziej przerysowaną narrację, według której jego dziewczyna miała być szczęśliwsza, spokojniejsza i zdecydowanie bezpieczniejsza bez niego. Bez jego zamierzchłych, pochopnie podejmowanych młodzieńczych decyzji, które wróciły z hukiem, wyraźnie dając o sobie znać w ostatnim czasie. Bez jego powiązań z ludźmi, z którymi nie chciał, żeby miała do czynienia. Bez całego tego chłamu. Po prostu bez niego.
Tak. W rzeczy samej, był to naprawdę solidny materiał do przepracowania na terapii. Zarówno tej dla niedoszłych małżeństw (w końcu nadal nie pozbył się symbolu własnej zaręczynowej porażki, kitrając go głęboko w szufladzie) par, czy to indywidualnej.
Tyle tylko, że nawet, gdyby korzystanie z wsparcia specjalistów w tym zakresie było choć trochę bardziej powszechne w ich środowisku. Nieco bardziej popularne, owiane mniej złą sławą, traktowane z mniejszą pogardą i wstrętem, to wciąż trudno byłoby powiedzieć, że Ambroise Greengrass dałby się zaciągnąć do gabinetu.
Być może jednokrotnie tak. Dokładnie na tej samej zasadzie, na której tego wieczoru trafili do Florence. Z pewnością nie wyszłoby to od niego, ale dałby się przekonać, nawet wbrew sobie, mając przecież dobre intencje. Tyle tylko, że drugiego razu by już nie było.
Mimo medycznego podłoża, specjalistów z Lecznicy Dusz uważał raczej za podobny sort, co szarlatanów hipnotyzerów czy innych hochsztaplerów odstawiających mentalne mumbo jumbo. Będąc racjonalnym, odpowiedzialnym, zdrowym na umyśle (mhm), raczej powszechnie poważanym człowiekiem nie potrzebował czegoś takiego.
Prawdę mówiąc, podświadomie pewnie wolałby, żeby Florence wymamrotała kilka przypadkowych słów w obcym języku. Splunęła trzy raz przez lewe ramię, pogmerała chwilę butem w dywanie, machnęła różdżką, wcisnęła im po liściu w usta i nazwała to dniem, od którego klątwa już nie działa. Mogłaby mu nawet kazać nosić przy sobie kawałek stwardniałego kitu do parkietu. Pewnie by tego nie kwestionował. W końcu mimo wszystko uważał ją za wybitnego specjalistę w dziedzinie klątwołamania.
Ale terapia?
Lepiej, że tego nie zasugerowała.
Tym bardziej, że już i tak uważał tę wizytę za całkowicie niepotrzebną, nieprzydatną i nie będącą niczym więcej niż wyciąganiem swoich brudów na wierzch. Nie potrzebował iść do innego specjalisty, by ten dał mu te same doświadczenia.
Jeśli ta więź była w istocie wyłącznie miłością to chyba po prostu nie potrafił kochać we właściwy sposób. Tak, aby wszystko samo się układało. Tak, by było właściwie.
Jeśli ta więź była w istocie wyłącznie miłością to w tym momencie miał wrażenie bycia największym sabotażystą nie tylko własnego szczęścia, ale przede wszystkim szczęścia osoby, którą kochał. A to było naprawdę parszywe uczucie.
O zgrozo, choć zazwyczaj brał odpowiedzialność za swoje czyny, tym razem wolałby, by to była klątwa. Bo z klątwą zazwyczaj dało się cokolwiek zrobić. Ze sobą? No nie, nawet jeśli już kiedyś przecież starał się to zrobić.
Teraz nie podejmując już tej walki. Milcząc, może trochę dostrzegalnie uciekając myślami, odrobinę zwieszając głowę, wykrzywiając wargi w rozgoryczonym grymasie na kształt gorzkiego półuśmiechu. Bycie swoją własną klątwą było męczące.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (3867), Florence Bulstrode (1268), Geraldine Greengrass-Yaxley (2255)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa