you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
Kiedy słowa go zawodziły, kiedy głos drżał, a skupienie się rozpływało na rzecz emocji, wyciągał do niego dłonie, całował
jego dłoń, przytulał go na moment mocniej, przytulając się do jego serca. Biło mocno - lecz nie tak, jak powinno bić. Tam czaił się strach i coś jeszcze. Coś, co przerażało Laurenta najbardziej - że Flynn był martwy za życia. Niby tutaj, a jednak jakby gdzieś poza zasięgiem każdego przeciętnego człowieka. Gdzieś, gdzie nawet syreni śpiew nie sięgał. Chciał go tu ściągnąć, ale nie potrafił robić takich rzeczy gwałtownie i siłą. Miał tylko swoje słabe ręce - i tylko wielkie serce, które chciał, by Flynn poczuł, że bije dla niego i teraz - razem z nim. Dlatego w pewnym momencie ułożył sobie jego dłoń na swojej klatce piersiowej i pozwalał mu czuć dokładnie to samo, co odczuwał on, kiedy przytulał się do jego piersi. Te dwa serca biły dla siebie, prawda? Naiwne. Straszna historia w końcu złapała go w swoje sidła. Flynn sprawił, że stała się bardzo realna. Dla niego - człowieka, który wyobraźnię miał bardzo bogatą i śpiewem mógłby odtworzyć to, o czym właśnie słuchał. Wręcz czuł tę klaustrofobiczną ciemność, którą musieli pokonywać, żeby dostać się do swojego celu. Geraldine wydawała się w tym wręcz obsesyjna. Nie ona jednak była tutaj najważniejsza. Najważniejszy był Flynn - główny bohater tej opowieści, który niby znalazł się pod ziemią - w miejscu, do którego przywykł - a jednocześnie mówił tak, jakby naprawdę doswiadczył największego koszmaru, jaki mógł się mu przytrafić. Czuł to razem z nim. Czuł duchotę. Szorstkość ścian, o którą się ocierali. To niedowierzanie, że to ON musi im tłumaczyć, dlaczego ich popierdoliło i nie można w takim koszmarze po prostu kogoś zostawić! Och tak, przeżywał ją razem z nim. Do samiuśkiego końca, kiedy...
Dostał w twarz.
Do... Raziela? Może tam został ranny, może Raziel znał się na medycynie - tak, to było logiczne, wydawało się logiczne. Tylko jak potem trafił do Nory..? Nekrolog. Płacz. Uniósł się i usiadł na tym łóżku, żeby przygarnąć Flynna w swoje ramiona i otulić go ramionami. Płacz. Serce mu pękło na pół, kiedy zobaczył te emocje, które w końcu popłynęły. W końcu wyszły na zewnątrz.
- Och, Flynn... - Co miał powiedzieć? Zadawać głupie pytania, CZYJ był ten nekrolog? Bo może jego matki! Nie. Flynn nie byłby na skraju załamania nerwowego, gdyby tak było. Skraju? Przecież on był załamany! Złamany w ten najgorszy sposób, w którym człowiek już chce tylko... nie istnieć. Zamknąć oczy i przestać istnieć. - Płacz. Płacz, ile tylko chcesz. Jestem tu z tobą i będę, ile tylko będziesz potrzebował. - Pocałował go w głowę, pozwalając mu, jeśli tylko chciał, schować się wręcz w jego ramionach, schować swoją twarz, wylewać te gorące łzy na perłową koszulę nocną z kaszmiru. Stracić kogoś takiego, jak Raziel..? Kogoś, kogo Flynn opisywał, że rozumie go bez słów? Że jest jak druga połówka ciebie? Znająca cię najlepiej? Nie wyobrażał sobie tego, ale też nikogo takiego nie miał - więc jak mógłby pojąć swoim małym mózgiem, jakie było to uczucie? A jednak... w całym tym współczuciu i empatii jego głowa urodziła to jedno, mroczne zdanie: ulżyło mi. Zdanie tak brzydkie, że wypadł je od razu i prawie się skrzywił z obrzydzenia. Obrzydzenia do siebie samego. Przeniósł więc od razu ciężar tych myśli na nowo na zalewające go fale empatii, które rozdzierały jego serce. I bardzo szybko dotarło do niego, że nie ma na to nawet połowy sił, jaką chciałby mieć.
- Tak bardzo mi przykro, kochanie... - Zaczął płakać razem z nim.
Bardzo nie chciał płakać. Zupełnie jak kobieta, która nie potrafi opanować swoich emocji, dlatego od wszystkiego się ją odsuwa. Znał to aż za dobrze: drogi Panie, idziemy teraz porozmawiać, jak mężczyzna z mężczyznom. Całe sekrety świata rozkładane za zamkniętymi drzwiami, gdzie testosteron układał diademy na głowach wybranych. Kobiety są zbyt wrażliwe. Za delikatne. Nie zrozumieją. Będą problematyczne - przez co? Uczuciowość. Albo nie daj Boże - nie pojmą, bo przecież są kobietami. Jak więc miałyby pojąć męską dumę? Świat pokazywał, że czarownice potrafiły być wielkie i nie trzeba być mężczyznom, żeby tę wielkość osiągać. A mimo to... mimo to... Powiedzenie "płeć piękna" było tak samo częste jak "płeć słabsza".
Słaby był teraz on, bo powinien pomóc się uspokoić Flynnowi, albo raczej - po prostu być mu oparciem, kiedy miał potrzeby wylać łzy. Kiedy się to stało? Ta śmierć? Czy był już na grobie? Odwiedził go, czy... i czemu trafił do Nory? Powinien być spokojny i sięgnąć po ciastko, które przygotowała Olivia - przecież Flynn tak lubił rzeczy słodkie. Zasmakowałoby mu. Nawet Laurentowi smakowało. Nawet? Nie, nie, nie był żadnym wyznacznikiem, ale może... może ten cukier trochę otarłby słone łzy?
- Jak to... dlaczego... - Uśmiechnął się poprzez te łzy i otarł kciukami jego czerwone policzki. - Ponieważ... ponieważ ty płaczesz. Jest mi tak bardzo przykro, ponieważ tobie jest przykro. Płaczę, ponieważ cierpisz, boli cię serduszko, to cenne, które bardzo kocham. - Ułożył dłoń na poziome jego serca, a drugą przytrzymał na jego twarzy. Mógł wylać jeszcze morze łez na jego koszule - przecież łzy były święte. Słone, jak słone było morze, z którego fal narodziła się Afrodyta. - Wiem o tym. - Rozczulił się nad tym zdaniem - zupełnie jakby to było dla niego najważniejsze, prawda? Bezpieczeństwo. Było dla niego ważne jeszcze zanim się zeszli. I jednocześnie nawet na tyle ważne, żeby gotów był odpuścić całą tą przysięgę, za którą wcześniej gotów był grozić. W zasadzie dlatego się na nią zgodził. Gdzie kończyła się w tym ochrona jego, a ochrona siebie? Teraz to było oczywiste, że nie dla wszystkich był taki, jaki był teraz dla Laurenta. Przecież nawet ta relacja była szalona w swoich początkach. I to było sendo, jak wielkim zagrożeniem dla blondyna była właśnie osoba, która zapewniała, że nikt go nie skrzywdzi. - Zadbaj proszę o siebie i nie pozwól, żeby ktoś ciebie krzywdził, dobrze? - Historia, która tutaj została opowiedziana, chyba nie zostawiała żadnych luk, by dopytywać o cokolwiek. A jednocześnie Laurent miał wrażenie, że pytań miał sporo. Nie wiedział tylko, czy Flynn w ogóle będzie chciał odpowiadać i wracać do tematu, który tak go zniszczył. - Flynn... jeśli byś chciał, mogę pójść z tobą na grób. - Miał wrażenie, że musi to powiedzieć, bo może Flynn by pomyślał, że wcale nie chciał? Że nie chciał o tym słuchać, albo... coś w tym stylu?
Niesprawiedliwość życia wygrywana była najdelikatniejszymi nutami fortepianu. Łkała. Czasem gwałtowne rytmy przechodziły przez całą pięciolinię i nerwowym zgrzytaniem smyczka na wiolonczeli przekazywały opowieść o górach i dolinach. Innym razem - szarpały palce za struny skrzypiec, albo dęły płuca we flet. Piszcząc i wyjąc, zgrzytając bolały w uszy. Próbujesz je zatkać? Próżna to nadzieja. I tak ci się nie uda. Polegniesz jak każdy, bo każdy polega przed przeznaczeniem, którym podążaliśmy. My - bierni obserwatorzy wydarzeń. My - rzekomi królowie swojego Losu.
Właśnie - swojego. Fleamont Bell mógł wpłynąć na własne życie - a wpłynął też na życie Caina Bletchleya. Nie miało to niczego wspólnego z jego śmiercią, ale czy głowa nie podpowiadała inaczej? Tak to widziałeś sam - za łatwo przychodzi się obwiniać za niesprawiedliwość, która nie leżała po twojej stronie. Miał nadzieję, że Flynn się nie obwiniał. To nie jego narkotyki, nie jego wybory, nie jego... a może część jego? Może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby nie trucizna przekazywana przez każdy gest, dotyk ust i słowo, które z nich płynęło? Będzie dobrze, Crow. Ciemność dobrze skrywała wszystkie tajemnice i perfekcyjnie maskowała twoje krucze skrzydła. Będzie dobrze, Edge. Wstanie poranek i zobaczysz, że naprawdę można inaczej - że w tym świecie jest dla ciebie miejsce, w cyrku również. To się ułoży, Flynn. Nowy dom, nowa rodzina, nowe życie - szansa na coś lepszego, wiecznie upojonego rześkim powietrzem tak dramatycznie różnym od stęchlizny Ścieżek. Fleamoncie. To nie jest historia o tym, w której zostajesz porzucony na pastwę losu w ciemnych zaułkach Birmingham. Tam, gdzie jest lepiej chodzić z nożem, a po zmroku najlepiej nie pokazywać się wcale.
- Tak, Flynn. Kocham cię. - Powtórzył, widząc to jego zagubienie i skołowanie. Sprawdzał, czy nie będzie potrzebna jakaś bardziej adekwatna reakcja, czy jeszcze będzie tak łapczywie łapał te oddechy, jakby miało jednak mu zabraknąć tlenu. - Będę zawsze, kiedy będziesz mnie potrzebował. - Przesuwał kosmyki loków, których część już też była wilgotna od przelanych łez. Flynn naprawdę wyglądał jak cień samego siebie. Ponura zmora kręcąca się w ciemnościach, duch nawiedzający upiorne zakamarki zimnego zamczyska, które z zewnątrz zachwycało, zapierało dech w piersi wewnątrz... a Laurent ciągle wolał swój mały dom. Śmiesznie malutki wręcz w porównaniu do tego miejsca, gdzie salon, kuchnia i jadalnia były wielkości jego sypialni, w której właśnie siedzieli. Teraz to nie miało znaczenia. Przestrzeń pomieszczenia mogło być ogromna - ich przestrzeń była malutka. Nawet nie na całym tym łożu, a w tych miejscach, gdzie dotyk gonił dotyk, a spojrzenie śledziło spojrzenie.
- W porządku. Kiedykolwiek będziesz gotów to możesz na mnie liczyć. - Jeśli będzie chciał iść sam - niech idzie. Jeśli będzie potrzebował pomocy - będzie tam. Co najbardziej go druzgotało to to, że chyba... chyba Flynn stracił go całkowicie nagle. Czy oni wymieniali między sobą jakieś listy? Konwersację? Cokolwiek? Nie wiedział. Chciał wiedzieć - ale teraz to nie był odpowiedni czas na pytanie. Okropna myśl - Flynn nie zdążył się nawet pożegnać. Ta myśl sprawiła, że Laurent pociągnął nosem i przetarł go - kompletnie nieelegancko, ale już mu z niego ciekło. Na moment wykręcił się do tyłu, żeby sięgnąć po chusteczkę i przetrzeć nią ten nos, oczy, policzki. Odetchnął głęboko. I kiedy myślał, że rozryczy się jeszcze bardziej, chyba z tym Flynnem, to padło coś, czego najmniej się spodziewał. Wpadłem w panikę - tak, to było zrozumiałe i nawet nie dziwiło tak bardzo, znając emocjonalność Flynna. Znów się pociąłem. Tego powinien był się spodziewać. - Och, przepraszam, Myszko, nie wiedziałem... gdzie? - Od razu jego oczy spojrzały na jego ręce, na nogi, ewidentnie przepraszając za to, że sądził, że sprawił mu nieświadomie ból dotykiem, jaki dzielili. Pojawiło się to przepraszam i to, że nie wie, czemu to zrobił, więc Laurent przestał oglądać jego okryte ubraniami ciało i spojrzał mu znów w oczy. - Czy nie dlatego, że ból straty był zbyt mocny? Pomyślałeś, że go zawiodłeś, że mogłeś być przy nim, że teraz już go nie spotkasz. - Delikatność głosu Laurenta przypominała ten sam, co jego koszuli nocnej - kaszmir tak delikatny, że otuliłby każdego.
Głowa bardzo łatwo dopowiadała sobie najbardziej wygodne scenariusze wydarzeń.
Brzydota ludzka miała wiele twarzy, a nie każda z nich była twarzą noszoną. Daleko było Fleamontowi do mężczyzny przystojnego, a pięknego? W ten subtelny sposób, w którym zachwycali ci delikatni, ci zniewieściali? Nie, to też nie to. Ładny? Hm... Flynn wyznaczał sobą standard piękna ukryty w gestach, spojrzeniu i uśmiechu. Łatwo było powiedzieć, że się go pragnie i chce się go oglądać przy sobie w łóżku, szczególnie po przebudzeniu. Albo może wtedy nie? Wtedy, kiedy chcesz zapomnieć o tym, że dałeś się porwać jednej przygodzie i nie rozumiałeś, co w ciebie wstąpiło. Uroda. Coś, o co walczyli ludzie, tłukli się celebryci. Poprawiany makijaż przed zdjęciami i łapanie najbardziej korzystnego światła, żeby nie wyglądać jak szkarada. Czy o cokolwiek z tych rzeczy Flynn dbał? Cokolwiek poza włosami, które z jakiegoś powodu były dla niego ważne. Albo dobrze wiedział - nie dało się nie uwielbiać jego włosów. Tych pięknych loków, które wyglądały tak śmiesznie, kiedy pozwolić im wyschnąć samym, a potem rozczesać szczotką. Właśnie - tych chwil dobrze się teraz łapać. Szczęśliwych. Radosnych. Chwil, które były dalekie od tego, co Flynn próbował przekazać. Dalekie od prawdy, która przecież była taka pożądana i szumnie wywoływana, Laurent robił o nią afery i wynosił na piedestał, jakby była Królową Życia.
Zaprzeczanie, że był paskudnym człowiekiem było tutaj pożądane. Mimo to zaprzeczenie się nie pojawiło. Nie w słowie - blondyn automatycznie pokręcił głową. Co on mówi - przecież dla niego wcale nie jest straszny. Chwilami - tak. Chwilami należałoby nim potrząsnąć, żeby sięgnął po rozum do tej pustej głowy! Laurent był jednak zbyt winny, żeby pierwszemu rzucić kamieniem. Ale tutaj, teraz, rozprawiać nad tym, co poprawiać i jak? Żeby sam o sobie tak nie myślał, żeby mógł być łaskawszy dla siebie samego? Nie. Teraz potrzeba było ciepłych słów... tak sądził.
Odrywało go od świata, kiedy słowa brnęły dalej. Ta rana na szyi... ja... ja co? Ty co? My co? Wzrok Laurenta mówił wiele - mówił, że czekał na więcej. Czekał na to wiele. Wyczekane, oczekiwane, potrzebne. Check, check, check. Ja co?
Ja co brnęło dalej. To "ja co" zawierało się bardzo wiele w "my". My... my co? My nie mieliśmy przed sobą przyszłości, bo nie trzeba było długiego czasu, żeby pomyśleć o tym, że jednak zdrada jest rozwiązaniem? A może żeby nie myśleć, albo właśnie myśleć za dużo - że myślenie już niepotrzebne, że świata nie ma. Zamknął się wraz z człowiekiem, który rozumiał Flynna najlepiej, a ty co go nie zastąpisz. Śmieć potrafił obiecywać i potrafił mówić bardzo wiele - ale ta pognieciona kartka pod nogami, obojętnie, jak wspaniałymi frazesami nie zostałaby zapisana, pozostawała nadal tylko pogniecioną kartką. Zerkasz na nią. Czytasz pojedyncze słowa, pokraczne litery. Kocham, pragnę, obiecuję. Check, check, check. Jak maszyna do pisania ciągle stukająca w czaszkę.
Ja... co?
Laurent przestał się nawet ruszać, wpatrując się jak zaklęty we Flynna. Ten delikatny uśmiech został na jego wargach, ale teraz był pusty. Bardzo powoli dogasająca żarówka, którą trzeba wykręcić w końcu z tego abażuru. Sens do niego docierał, ale był po drugiej stronie. Przypatrywał się słowom na kartce za oknem i było oczywiste - na zewnątrz była po prostu inna rzeczywistość. Jakaś sfałszowana, jakaś nieprawdziwa. To pewnie sen - prześpię się, to przejdzie. Minie. Już nie będziesz taki zmęczony. Ale to się nie kończyło. Zamiast końca powstało pytanie zawieszone miedzy nimi. Czy mu ufasz? Czy mu wierzysz?
- Nie rozumiem. - Albo rozumiał, tylko nie wierzył. - Co ty... czy ty... co próbujesz mi powiedzieć? - Jestem śmieciem, nie wyobrażam sobie, żebym miał do ciebie nie wrócić, ALE... on umarł samotnie, był takim dobrym człowiekiem, wierzysz mi pomimo? Ta układanka wydawała się układać sama. A jednak puzzle w rękach Laurenta się rozsypywały.
Tak się składało, że słuchanie rzeczy było cholernie ciężkie. Z rozpadającą się układanką, która - tak obiecywali - miała być kolorowa, miała iskrzyć miłością i miała ciarkami pisać poematy na skórze. Podążać za każdym dotykiem - o wiele delikatniejszym niż ten, którym raczył go Flynn w tym momencie. Przyciągnięcie, przylgnięcie do niego - w pierwszej chwili sądził, że to był właśnie moment, w którym słuchanie trudne być przestawało. Nie dlatego, że ta bliskość teraz cokolwiek przełamywała, och nie. Przełamywała tylko poczucie komfortu, który teraz stał się jakąś pułapką w całej potrzebie usłyszenia zaprzeczenia tego, co widział za oknem. Kartka. Napis. Trzy słowa. Check. Check. Check. Nie cichła maszyna w głowie. Od uczucia ciepła Laurent aż na moment wstrzymał oddech. Ciepło jego, czy już Flynna? Ich obu? Nie wiedział, ale był ten ruch jego dłoni, jakby chciał się od Flynna odsunąć, albo jego od siebie - bez różnicy. Był ruch - ruch umarł. Stał się tak samo niemy jak szeleszcząca kartka z trzema słowami.
Słuchanie nadal było ciężkie, tylko w innej formie. Stało się jeszcze cięższe. Za to mówienie musiało stać się łatwiejsze, bo znów potok wybił się z martwego kamienia. Kropla drążyła skałę, słowa drążyły żyły Laurenta. Przestań o nim mówić. Tap, tap, tap. Czemu w ogóle o nim wspominasz? I po co ta opowieść? Nie chcę tego słuchać. Zakrycie sobie uszu nigdy nie było tak strasznie trudne. Przestań. Milczenie nie było takim kotwiczącym wyborem. Wszystko to łatwo sobie przedstawić na papierze - usprawiedliwienie z niedysponowania emocjonalnego, bo przecież druga strona potrzebuje wsparcia. A ja? A ja? Nikogo nie straciłeś, uspokój się, przecież to nieważne. Ważne jest to, że płacz, że żałoba, że kryzys. On był dla ciebie, kiedy kryzys przeżywałeś w tamtej stajni. A gdzie był wcześniej? U niego. Albo u tamtego drugiego. Czy pierwszego? Numeracja rozsypana. Rozlały się po podłodze cyferki razem z kawałkami puzzli. Nic nie ma sensu, kiedy nie widzisz przed sobą przestrzeni. Laurent niewiele widział - wtulony we Flynna, z szeroko otworzonymi oczami, unikający kontaktu wzrokowego. Nie musiał się szczególnie starać. Patrzył wielkimi oczami, w których wyschły łzy, w przestrzeń. W punkt, który nie istniał. Na zakryty ciemnościami pokój, do którego wdzierał się srebrzysty blask okrągłej tafli na niebie. Poruszały się zasłony. Szeleściły.
Szeleściła karta na szybie okna z napisem chciałem się zabić.
Nie potrafił się nawet poruszyć mocniej, kiedy znów płacz zatrzymał te okropne uderzenia, szelest, to ogłupiające poczucie odcięcia i separacji. Zatrzymał na moment - bo zatrzymał się potok. Krople rozbite na skałach zmoczyły wszystko wokół siebie. Czekał na to, aż buchnie dalej.
Runął. Wodospadem, zbliżając się z hukiem do la grande finale. Aria aż sprawiała, że Laurent zaczął drżeć - to nie były te dobre ciarki, których szukało się w czyichś objęciach. Nie mógł nic na to poradzić - po prostu zaczął się trząść. Było gorąco? Teraz było znowu zimno. Na tyle, że poprawił kołdrę, wtulił się mocniej we Flynna, objął go. Zaraz to powie. Zaraz ZAPRZECZY. Rozbije całą szybę, do której przykleiła się kartka i znów słońce zajrzy do środka.
Zajrzała ciemność.
Czasami najbardziej samotny człowiek nie czuł się wtedy, kiedy leżał sam. Czasem czułeś się najbardziej samotny, kiedy ktoś cię przytulał - a ty nadal byłeś sam. Te historie się po prostu zawsze kończyły tak samo. Śliczny napis "happy end" nad drzwiami był lukrowaną kpiną rozmywają przez ten wodospad. Topił się. W tej słodkiej wodzie, patrząc na bezkształtną maź, która była kiedyś obietnicą.
Jemu trzeba pomóc.
- Musiało ci być bardzo ciężko. Strasznie ciężko. - Nawet jego własny głos brzmiał, jakby nie należał do niego. Jakby był obok, nie w sobie samym. - Bardzo mi przykro, kochanie. - Odrywasz dłonie od niego, by ująć w nie jego twarz i scałować łzy z jego policzków, powiek, ust. - Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś mi o wszystkim, to też musiało być dla ciebie bardzo ciężkie. Dziękuję. Poradzimy sobie z tym. Razem.
Czy nie byłbyś słaby, gdybyś nie uniósł tego ciężaru? Za siebie. Za Flynna. Słabość... Może słabością trzeba wzgardzać. Bo kiedy jest się słabym, to nie można być Laurentem Prewettem. Nagle był tylko Laurent z plamą zamiast nazwiska.