• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[20.04.1969] You're telling me a flea runs this market? || Ambroise & Geraldine

[20.04.1969] You're telling me a flea runs this market? || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
28.01.2025, 17:15  ✶  
Mimo że było zarówno przed sezonem, jak i po nim (idealnie pomiędzy mroźną zimą idealną na narty a słonecznym latem zapraszającym do długich górskich wędrówek) to w ten ciepły kwietniowy dzień Szczyrk dosłownie tętnił życiem. Miejscowość, w której się znaleźli nie była jeszcze znana z bycia górskim kurortem. Dopiero za kilka lat miała zyskać prawa miejskie, rozwijając się do takiego stopnia, aby przyciągać rzesze turystów spragnionych wypoczynku w otoczeniu malowniczych Beskidów. Obecnie wciąż jeszcze dało się w niej odczuć ten małomiasteczkowy, lekko wiejski klimat tak typowy dla mniej zaludnionych terenów w pobliżu gór ciągnących się na horyzoncie.
Tych, w które niechybnie zamierzali udać się za dzień czy dwa, aby spędzić znaczną część urlopu biwakując pośród dzikiej natury. Odkrywając kolejne miejsca, polując na lokalne magiczne stworzenia (choć w przypadku Ambroisa było to raczej niedomówienie - on nie miał w planach faktycznego rozwijania nieistniejących łowieckich zapędów) czy przyglądając się florze nieznanej na Wyspach Brytyjskich (tak, to już była jego działka). Obecnie wciąż jednak kręcili się po bardziej zamieszkanej okolicy, kompletując resztę przedmiotów przydatnych w głuszy.
Nic więc dziwnego, że prędzej czy później wręcz musieli (tak, abstrahując od tego, że nic nie musieli) znaleźć się na lokalnym targu organizowanym tu dwa razy w miesiącu. W miejscu, w którym panował naprawdę swojski klimat a upływ czasu zdawał się nie istnieć.
Było gorąco i duszno. Na horyzoncie zbierały się coraz ciemniejsze chmury sygnalizujące nadchodzącą burzę, ale w tym momencie to miejsce jeszcze w dalszym ciągu tętniło życiem.
Przekupki z nosami czerwonymi od słońca i rękami pełnymi towaru głośno wołały do przechodniów, zachwalając swoje produkty i usilnie próbując wykosić konkurencję, raz na jakiś czas wdając się w kłótnię między sobą. Od kolorowych chust na głowach po tradycyjne haftowane bluzki przyciągające wzrok kolorami i misternymi wzorami, każda z kobiet miała swój styl niemalże idealnie wpisujący się w górski krajobraz. Ich krzykliwe głosy przeplatały się z nawoływaniami mniej ekspresyjnych sprzedawców, którzy starali się przyciągnąć klientów do swoich stoisk, ale niemalże za każdym razem zostawali przekrzykiwani.
Kolorowe stragany pełne różnorodnych przedmiotów przyciągały wzrok. Ludzie kręcili się wokół nich, przystawali przy stoiskach, rozmawiali, targowali się z mniejszym lub większym powodzeniem. Oferowane przedmioty były różnorodne. Na straganach można było znaleźć dosłownie wszystko. Od starych garnków przez wyroby z drewna, lokalne wędliny i przetwory, odzież z minionych lat, złotą i złotą biżuterię, kasety z muzyką, po wydmuszki wielkanocne.
W powietrzu unosiła się nuta nadciągającego deszczu, zapach smażonych pierogów i świeżo pieczonego chleba, woń kwaśnej kawy i bardzo charakterystyczny smród tanich papierosów przemycanych przez granicę w iście hurtowych ilościach. Tych znajdujących się teraz pod drewnianymi stołami przykrytymi ceratami i mniej nielegalnymi towarami.
- Pasuje do ciebie - odezwał się na tyle głośno, by dźwięk jego głosu przebił się przez otaczający ich hałas.
Miał na myśli niebieską chustkę w kwiatowo-ludowe wzory spoczywającą na ramionach jego dziewczyny. Tę, którą teraz poprawił wolną ręką, przystając na chwilę w miejscu i niespiesznie przesuwając przy tym opuszkami po obojczykach Geraldine. Posyłając dziewczynie szeroki uśmiech i kolejny raz rozglądając się po okolicy.
Drugą ręką w dalszym ciągu trzymał lewą dłoń Yaxleyówny, nie chcąc zgubić jej w tłumie. Nawet jeśli oboje bez problemu szybko by się odnaleźli, ani myślał jej puścić. Ich palce były splecione a Ambroise odczuwał przyjemność płynącą z tego prostego gestu. Miał doskonały humor.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
28.01.2025, 22:03  ✶  

Początek wiosny był jednym z jej ulubionego momentu w roku. Powoli zaczynało robić się zielono, na drzewach pojawiały się pierwsze liście, ale też kwiaty budziły się z zimowego snu, tak samo jak zwierzęta, na które polowała. Można było zrzucić z siebie grube, zimowe płaszcze i poczuć się jakoś tak lżej. Dzień był coraz dłuższy, dni coraz cieplejsze, wszystko zachęcało do tego, aby wyjść na zewnątrz. Nie, żeby powstrzymywała ją od tego niska temperatura, ale nawet ona zdecydowanie preferowała to robić wiosną, czy latem.

Wakacje nie były wcale takim głupim pomysłem, może to nie był miesiąc który się z nimi kojarzył, ale w końcu byli dorośli, nie mieli żadnych zobowiązań poza pracą, więc mogli je sobie robić kiedy tylko mieli na to ochotę. Roisowi udało się wyrwać kilka dni wolnego, więc postanowili to wykorzystać.

Polska nigdy nie byłaby jej pierwszym wyborem, jeśli chodzi o wypady zagranicę, ale słyszała o niej nieco dobrego od Isaaca, który osiadł gdzieś tutaj, no i jakoś tak wyszło, że sami się tutaj znaleźli.

Miejsce, które wybrali było całkiem malownicze, a co najważniejsze też nie jakoś specjalnie oblegane, dzięki czemu nie musieli się przejmować tym, że będą ich irytować tłumy ludzi kręcące się po okolicy. Mimo, że obozowali głównie w lasach, to jednak czasem zdarzało im się dotrzeć do miast, czy miasteczek. Zdecydowanie wolała te bardziej opustoszałe miejsca, zwłaszcza kiedy miała odpocząć.

Czas upływał im całkiem miło, zarówno ona jak i Roise potrafili znaleźć sobie zajęcie, w końcu dzika natura interesowała każde z nich, więc bez mniejszego problemu mogli korzystać z tego, że się tutaj zjawili. Gatunki roślin i zwierząt, które pojawiały się w okolicznych lasach były różne od tych w Wielkiej Brytanii, dzięki czemu mogli nieco uzupełnić wiedzę. To naprawdę był bardzo owocny czas, szczególnie, że pozostałe chwilę spędzali na tym, aby się sobą nacieszyć. Miała wrażenie, że ich relacja ciągle kwitła, mimo tego, że byli już razem od kilku lat, jakby każdy miesiąc, czy dzień powodował, że jej uczucia stawały się jeszcze bardziej silniejsze, mimo, że nie sądziła, że da się kogoś kochać bardziej. Jak widać życie lubiło zaskakiwać, co najważniejsze w ten pozytywny sposób.

Jakoś tak się złożyło, że trafili na lokalny targ, nie, żeby specjalnie przepadała za takimi miejscami, jednak chciała sprawdzić jak to wygląda w tym miejscu. Była ciekawa lokalnej kultury, bo Polska okazała się być dla Yaxleyówny dużo bardziej ciekawa niż zakładała na samym początku. Targ był ogromny, zewsząd mienił się różnymi kolorami, było tu dość głośno, bo każdy próbował zareklamować swoje produkty.

Nie miała pojęcia, czy właściwie chciała kupić cokolwiek, jakoś nigdy nie odczuwała takiej potrzeby, mimo, że była bogata jak dam skurwysyny to nie wydawała swoich pieniędzy na pierdoły. Jasne, fajnie by było przywieźć stąd jakąś pamiątkę, która przypominałaby jej o tym jakże intensywnym wypadzie, jednak nie do końca mogła się zdecydować na to, co faktycznie chciałaby ze sobą zabrać do Londynu.

- Tak myślisz? Nie widzę nigdzie lustra. - Zdecydowanie wolałaby zobaczyć w nim swoje oblicze, bo raczej rzadko sięgała po takie pstrokate wzory, jej ubrania były raczej stonowane i jednokolorowe, więc to byłoby coś zupełnie nowego. - Powinnam Ci uwierzyć na słowo, prawda? Nie okłamałbyś mnie. - Tylko by spróbował. W sumie przecież i tak nie będzie musiała tego nosić. Spojrzała jeszcze kątem oka na materiał, kiedy Ambroise poprawiał jej tą chustkę, uśmiechnęła się do siebie, gdy poczuła jego palce na swoich obojczykach. Cóż, może faktycznie ten zakup nie był takim głupim pomysłem.

Ścisnęła mocniej jego dłoń, jakby nie chciała go zgubić, bo ktoś właśnie szturchnął ją ramieniem. - Być może faktycznie to jest to, czego potrzebowałam. - Jasne, na pewno, ale tak czy siak nie zmieniało to faktu, że chciała sobie stąd przywieźć jakąś pamiątkę.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
28.01.2025, 22:51  ✶  
Wzięcie kilkudniowego urlopu przed samym sezonem wakacyjnym było wyśmienitym pomysłem. Ambroise nie był w stanie przypomnieć sobie, które z nich na niego wpadło, ale ostateczna decyzja została podjęta raczej jednomyślnie. Robili sobie przerwę od codzienności, od pracy, od atmosfery Londynu a jak szybko się okazało - również od Wielkiej Brytanii czy jakiejkolwiek części Wysp. Tu już nie miał zbyt wiele do powiedzenia, nawet jeśli z początku trochę kręcił nosem na przyjętą destynację.
Myśląc o wyjeździe, naturalnie miał na myśli jakiś cieplejszy, bardziej tropikalny kierunek. Być może Półwysep Bałkański? Wybrzeże dalmatyńskie w okolicach Chorwacji? Riwierę Francuską? Którąś z włoskich wysp? Po kilku latach wspólnego życia, mieli na koncie całkiem sporo wyjazdów, jednak w dalszym ciągu pozostawało całkiem sporo miejsc, które nadal mogli odwiedzić po raz pierwszy.
To była naprawdę przyjemna odmiana po tak długim czasie ignorowania istnienia dni wolnych. Wiążąc się z Geraldine, Ambroise niewątpliwie zaczął doceniać możliwość wyrwania się z Munga, odłożenia konieczności odbywania prywatnych wizyt, pozałatwiania wszystkich pozostałych spraw i zniknięcia na co najmniej tydzień gdzieś, gdzie nikt nie mógł ich kłopotać.
Dzięki temu mogli spędzić ten czas całkowicie sami, nie dzieląc się sobą nawzajem z kimkolwiek innym. Przez większość czasu unikając spędzania zbyt wielu godzin w zatłoczonych lokalizacjach, zdecydowanie preferując znalezienie się w jak najgłębszej głuszy, co samo w sobie wprawiało Roisa w naprawdę doskonały nastrój.
Mijały lata. Kolejne tygodnie tuż obok siebie, wspólne poranki i noce. Obiady, kolacje, śniadania. Wszystkie te chwile, urodziny, sabaty, święta. Niezliczone momenty a on wciąż łapał się na tym, że czasami zastanawiał się nad tym jak cholerne mieli szczęście, że odnaleźli się w tym chaotycznym świecie. Nie musząc mierzyć się z niemalże niczym, czym musieliby się kłopotać.
Nikt nie próbował mówić im, co powinni robić (a przynajmniej nie w nazbyt natrętny sposób). Mogli tworzyć własną rzeczywistość bez konieczności tłumaczenia się przed kimkolwiek z tego, co ich łączy. Nie byli konwencjonalni, mimo upływu czasu w dalszym ciągu żyli ze sobą na kocią łapę, nawet nie próbując kryć tego, że ze sobą mieszkali, sypiali, tworzyli coś na kształt domu, niewielkiej dwuosobowej rodziny.
Byli szczęśliwi, przynajmniej przez większość czasu, nawet jeśli czasami zdarzało im się miewać słabsze momenty, ścinać ze sobą z uwagi na niezaprzeczalną zbieżność trudnych charakterów czy prywatne interesy, w które nie mieszali siebie nawzajem. Zresztą w takich chwilach w dalszym ciągu kochał tę jego wariatkę, przez lata ucząc się odpuszczać w chwilach, w których nie potrzebował upierać się przy swoim.
Tym samym znaleźli się w Polsce. W przypadkowej górskiej miejscowości po uprzedniej wędrówce po lasach, biwakowaniu w całkowitej dziczy i korzystaniu z dóbr natury. O tej porze już budzącej się do życia, jednak w dalszym ciągu przyjemnie nieskalanej obecnością innych ludzi. Było ciepło, lecz nie gorąco a nieliczne szlaki, na które natrafiali raz na jakiś czas (na ogół jednak trzymając się z dala od nich) były niemalże całkowicie puste.
W dzień wędrowali po górach, nocą siadali przy ognisku, ciesząc się swobodą i swoją wzajemną obecnością. Nawet po tylu latach potrafiąc zachowywać się jak dwójka szczeniaków. Młodych i zakochanych, jakby robili to wszystko po raz pierwszy.
Bo w gruncie rzeczy właśnie tak było? Pierwszy raz byli w tej okolicy. Pierwszy raz odwiedzali targ tego typu. Pierwszy raz bez chwili zawahania spróbował namówić Geraldine na drobne odstępstwo od jej zwyczajowego stylu, bo błękit haftu na zakupionej chustce podkreślał niebieski odcień oczu dziewczyny i ciepłe miodowe refleksy w jej włosach. Tak. Wyglądała ładnie.
- Nie potrzebujesz lustra - odpowiedział gładko, mimo to jednocześnie rozglądając się dookoła nich, żeby spróbować jakieś zlokalizować; na ten moment raczej bezskutecznie, ale targ był całkiem duży - z pewnością wkrótce mieli jakieś znaleźć. - Nie, nie okłamałbym. Tym bardziej, że we wszystkim wyglądasz ładnie a w tym dodatkowo całkiem... ...przaśnie - może nie było to dokładnie takie określenie, jakiego obecnie potrzebował, ale nie był w stanie wpaść na żadne inne. - Jak rusałka czy coś. Naprawdę ładnie - spróbował wyjaśnić, odrobinę rozjaśniając swój punkt widzenia zanim posłał szeroki uśmiech w kierunku Riny.
Jednocześnie niemal w tej samej chwili również mocniej łapiąc ją za rękę, gdy poczuł czyjś niezbyt przemyślany ruch, który trącił jego dziewczynę. W innych okolicznościach pewnie sprułby się do tej osoby, szczególnie, że nie trawił tego typu chamstwa, jednak w warunkach, w których się znaleźli trudno byłoby uniknąć przepychania się przez tłum.
Pod tym względem targ zdecydowanie przypominał znacznie większą wersję ulicy Pokątnej podczas Mabon, gdy wszędzie znajdowały się ciasno poupychane stragany zaś mrowie czarodziejów chaotycznie dreptało przed siebie, raz na jakiś czas bez ostrzeżenia odbijając w bok do jakiegoś konkretnego sprzedawcy.
- Założysz ją na najbliższą Lithę do tamtej białej sukienki albo wepchniesz do szafy - stwierdził gładko, nie zastanawiając się nad tym zbyt długo. - Razem z nowymi kolczykami? Wisiorkiem? Bransoletką? - Byli na wakacyjnym targu, nie?
Mogli korzystać z tego, co oferował im Szczyrk.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
29.01.2025, 12:58  ✶  

Tak naprawdę destynacja w przypadku Yaxleyówny nie była najważniejsza, istotne było to, że Roise w końcu miał urlop i mogli spędzić ten czas razem. Rzadko kiedy mieli możliwość przebywać ze sobą od rana do wieczora, często się mijali, drogi zawodowe, które wybrali nie należały do najprostszych. Cieszyła się, że będą mogli być razem od rana do wieczora, nie przejmując się niczym. Mimo tego, że przecież mieszkali razem od lat, to codzienność nie wiązała się z ciągłą obecnością w swoim życiu, a szkoda.

Wcale nie tak łatwo było im rzucić wszystko i wyjechać na tydzień, mieli sporo różnych zajęć, ale właśnie dlatego lepszą opcją był wyjazd gdzieś dalej, bo przynajmniej nie pojawiały się jakieś pilne przypadki niecierpiące zwłoki, na które musieli reagować.

Była więc w wyśmienitym humorze, urlop zazwyczaj się z tym łączył, bo nie musieli robić nic innego, jak tylko i wyłącznie cieszyć się swoją własną obecnością.

Naprawdę doceniała ich wspólne życie. Było dużo bardziej kolorowe od tego, co miała kiedyś. Nie wyobrażała sobie aktualnie, jak wyglądałyby jej dni, gdyby wtedy los nie skrzyżował ich dróg. Mieli sporo szczęścia, bo trafili na siebie dosyć wcześnie, więc mogli razem spędzić praktycznie większość dorosłego życia. Nadal widziała swoją przyszłość tylko i wyłącznie z Roisem u swojego boku.

Podobało jej się życie, jakie wiedli. Nie posunęli się może o to, aby oficjalnie zostać rodziną, ale to niczego nie zmieniało. Nie potrzebowała spełniać oczekiwań innych, podążać za tradycją, bo ufała Roisowi i nie potrzebowała tego do szczęścia. Zawsze robili wszystko po swojemu, w tej kwestii również, więc to nie było niczym dziwnym.

Nie zawsze było idealnie, ale te krótkie momenty podczas których się kłócili bardzo szybko odchodziły w niepamięć. Całkiem szybko zapominali o niesnaskach, próbowali dochodzić do jakichś kompromisów, nauczyli się chyba egzystować razem przy tych dość trudnych charakterach. Nie ma się co oszukiwać, lubili stawiać na swoim, co nie zawsze było proste.

- Skoro tak mówisz. - Nie zamierzała się z nim spierać. Wierzyła mu na słowo, chociaż to zupełnie nie były jej kolory. Uśmiechnęła się, gdy wspomniał o tym, że we wszystkim wygląda ładnie. Nie zgodziłaby się z tym, ale dobrze było wiedzieć, że tak myślał. - Nikt nie wygląda ładnie we wszystkim. - To była oczywiście jej własna opinia, nie negowała tej Ambroisa tylko chciała podzielić się z nim swoim zdaniem. - Rusałki są małe, drobne i słodkie, czyli są moim przeciwieństwem. - Nie zamierzała jednak walczyć z kupnem tej chustki, skoro mu się w niej podobała. - Jeśli mówisz, że jest ładnie to nie widzę przeciwwskazań do tego, żebyśmy ją wzięli. - Pomimo braku lustra mogła to zrobić, przecież to nie był łuk, czy kusza, która miała spełniać istotne funkcje w jej życiu.

Na targu robiło się coraz tłoczniej, nie do końca się jej to podobało, szczególnie, że ostatnio przywykła raczej do tego, że byli sami, jakoś musiała sobie z tym jednak poradzić, niech no tylko znowu ktoś spróbuje ją popchnąć, to wbije mu swój łokieć pod żebro tak, że tego pożałuje.

- Mam pojawić się na sabacie w tej samej sukience? No coś Ty. - Może zazwyczaj nie przywiązywała wagi do swojego wyglądu, jednak te wyjątkowe okoliczności prosiły się o specjalne traktowanie. Lubiła się wtedy stroić i szukać czegoś nowego. - Wisiorkiem, niech będzie wisiorek. - Skoro miała jakiś wybór, to postanowiła sięgnąć właśnie po to. Nie do końca przepadała za kolczykami, bo plątały jej się przy włosach, jeśli chodzi o bransoletki to dosyć szybko je zrywała, bo wsadzała ręce nie tam gdzie trzeba, wisiorek wydawał się więc być najlepszą opcją, jeśli miał przetrwać do Lithy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
29.01.2025, 13:59  ✶  
Ależ oczywiście, że musiała kwestionować jego słowa. W innym wypadku nie byłaby sobą. Kochał ją za to. Jasna sprawa. Mimo to raczej ostentacyjnie uniósł wzrok w kierunku coraz bardziej zachmurzonego nieba, lekko kręcąc przy tym głową.
- No, we wszystkim, może poza tamtą czerwoną kiecą. Ona była kosz-mar-na. Tragiczna. Obrzydliwa. Ohydna - poprawił się zgodnie z życzeniem Geraldine, zdecydowanie będąc w stanie wymienić tę jedną rzecz, w której być może rzeczywiście nie wyglądała tak jak w innych.
A przynajmniej w taki sposób, w jaki przywykł ją widywać. W jednym z jej naturalnych wydań. Codziennych, łowczych czy znacznie bardziej eleganckich. Tych obcisłych spodniach ze skóry i koszulach. Ciężkim i długim skórzanym płaszczu. Czy wreszcie w zwiewnych letnich sukienkach, które zdecydowanie na niej lubił (a jeszcze bardziej u ich stóp na ziemi). Albo kreacjach na miarę tych wszystkich sabatowych czy balowych stylizacji, w których jej matka nie maczała swoich palców.
- Ale cycki wciąż miałaś w niej ładne - mruknął, gdy nachylił się ku niej, przeznaczając to wyłącznie do świadomości Riny i odgarniając jej kosmyk włosów za ucho.
Minęło całkiem sporo czasu od tamtego przyjęcia. Wiele wspólnych lat, liczne okazje, na których się razem pojawiali. W końcu bardzo szybko decydując się na wspólny debiut towarzyski podczas tamtej pamiętnej Lithy. Od tego czasu raczej zdążyli przyzwyczaić towarzystwo do tego, że z obecnością jednego z nich zazwyczaj wiązała się również obecność tego drugiego.
Nie zawsze, bowiem zdarzało się, że przeszkadzały im w tym sprawy zawodowe, jednak zdecydowanie częściej niż rzadziej pokazywali się razem. Gdy nie mogła z nim tego robić, zazwyczaj po prostu odnajdywał dostateczny powód, aby nie pojawić się na wydarzeniu. Gdy zaś już kategorycznie musiał to zrobić, pojawiał się na adekwatnie minimalną ilość czasu i oddelegowywał się do domu.
Wspólnego od tylu lat, że w tym momencie praktycznie nie wyobrażał już sobie mieszkać bez niej. Nawet jeśli mijali się z uwagi na pracę, zazwyczaj udawało mu się odnaleźć przynajmniej odrobinę możliwości dostosowania własnego grafiku do zobowiązań Yaxleyówny. Choćby na tyle, żeby móc spędzić z nią kilka chwil, wymienić pocałunek w drzwiach, zrobić jej śniadanie przed wyjściem do pracy (kawa i papierosy nim nie były) albo zostawić letnią obiadokolację w kuchni.
Sam nie wiedział jak do tego doszło, ale na przestrzeni lat bez większego namysłu ukształtowali sobie pewne schematy zachowań. Przyjęli mniej lub bardziej konwencjonalne role. Stworzyli własne rutyny towarzyszące im we wspólnej codzienności. Jasne, od czasu do czasu nadal zdarzały im się zgrzyty o zajęcia, których żadne z nich nie chciało wykonywać, ale pomoc ze strony skrzata domowego (przynajmniej, gdy przebywali na Horyzontalnej) była nieoceniona.
W tym wypadku rodzice Geraldine zdecydowanie im się przysłużyli. W przeciwieństwie do tamtego popołudnia i wciskania dziewczyny w coraz bardziej niepasujące do niej eleganckie fatałaszki, bo o tym Ambroise nie zamierzał zapominać. Minęło naprawdę całkiem dużo czasu a jemu w dalszym ciągu zdarzało się wyciągać nieszczęsną czerwoną kiecę z szafy na trupy, w której powinna wisieć. Czerpiąc niezmiernie dużo satysfakcji z przypominania Yaxleyównie tamtego momentu. Tego jak bardzo dała się wrobić w założenie czegoś, co zdecydowanie bardziej nadawało się do pięciominutowego paradowania w tym po domu a następnie zrzucenia tego w sypialni i zapomnienia o tym na wieki wieków.
Bowiem jeśli już miała przyciągać jego spojrzenie, mogła to robić w czymś niekoniecznie bardziej obcisłym (ta kieca była naprawdę obcisła) ale przynajmniej trochę krótszym i bardziej bieliźnianym. W innym wypadku zdecydowanie nie potrzebowali posuwać się do tak tanich zagrywek, nawet jeśli musiał przyznać, że w tamtym momencie to na swój sposób zadziałało.
Było impulsem do poczucia, że powinien zareagować. Odsłonić myśli, podjąć decyzję o byciu z nią tak szczerym jak ona z nim, bo najwyraźniej Jennifer zaczęła wkraczać na teren zupełnej desperacji. Zaś on zdecydowanie nie zamierzał pozwolić na to, by po paru kolejnych tygodniach widywać swoją najdroższą przyjaciółkę u boku jakiegoś innego kawalera.
Poniekąd to poskutkowało. Ostatecznie lgnąc do siebie tamtego pamiętnego dnia, nieodmiennie byli ze sobą już od wielu lat. Może bez oficjalnych tytułów, być może na kocią łapę, ale przecież nie musieli się z niczym spieszyć, czyż nie? Tak właściwie to nawet nie myślał już o kwestii formalizacji czegoś, co z dawien dawna wyglądało tak, jakby rzeczywiście byli rodziną.
Raz na jakiś czas pojawiała się taka a nie inna myśl, jednak dopóki Geraldine nie wykazywała jakiejkolwiek chęci noszenia kamyka na palcu, on nie kłopotał się rozwijaniem tematu. Poruszyli go na samym początku, mieli dać sobie znać, gdy coś się zmieni. Nie zrobili tego, przynajmniej jak do tej pory. Byli szczęśliwi.
Zdecydowanie wolał wyjeżdżać z nią na wakacje, spędzając czas wolny we dwoje zamiast planować wielkie fety i przeznaczać czas na spełnianie wygórowanych wymagań innych ludzi. W ich kręgach raczej stawiało się na ożenek z pompą. Na serię pomniejszych wydarzeń towarzyskich zakończoną gigantycznym przedstawieniem pod publiczkę.
I mimo że Ambroise lubił błyszczeć w towarzystwie, nie mając z tym nawet najmniejszego problemu... ...to nie byli oni. To zupełnie do nich nie pasowało. Nie chciał robić sprawy publicznej ze swojego związku. Zdecydowanie dużo bardziej pasowało mu trzymanie detali dotyczących meandrów ich relacji między ich dwojgiem.
Prawdę mówiąc, gdyby mógł wybierać, prawdopodobnie już dawno mogliby wejść na oficjalną stopę. Tyle tylko, że zamykając całe świętowanie w wąskim gronie najbliższych. W jakimś niewielkim, spokojnym miejscu. Być może nawet wyłącznie między sobą nawzajem podczas jednego z tych wszystkich urlopowych wyjazdów. Cicho i prywatnie. Jak na nich przystało, nawet jeśli zazwyczaj rzucali się w oczy.
- Dla mnie jesteś mała, drobna i słodka. Jesteś rusałką. Pogódź się z tym - wzruszył ramionami, przesuwając spojrzeniem po twarzy a następnie również po sylwetce dziewczyny.
Jasne, tak, zdecydowanie nie dało się ukryć, że wyróżniała się na tle innych dziewcząt. To było nie do podważenia. Zresztą nawet nie śmiałby tego robić. Tym bardziej, że zdecydowanie podobała mu się taka jaka była. Tyle tylko, że nie kłamał. Może jedynie trochę naginał prawdę.
Zdecydowanie była od niego mniejsza. Niewiele, ale wciąż niższa. Przynajmniej bez obcasów, w których zresztą całkiem chętnie ją widział (te nogi). Poza tym była młodsza (a więc mała). Umięśnionej, ale zgrabnej budowy ciała (drobna). I słodka. Nawet wtedy, kiedy się na niego wkurwiała, w dalszym ciągu robiła to całkiem słodko.
Była rusałką.
Kiwnął głową, jednocześnie sięgając do niesionych rzeczy, żeby wymuskać stamtąd pieniądze, zamierzając wziąć tę chustkę. Jednocześnie unosząc brew.
- No. W tej białej sukience, która wygląda jak... ...biała sukienka? Sabatowa biała sukienka pośród sabatowych białych sukienek? Które wyglądają... ...nie obraź się... ...wiesz, że wyglądasz najlepiej, ale no... ...co roku dokładnie tak samo? - Wzruszył ramionami, posyłając Yaxleyównie spojrzenie. - Mówisz mi, że od... ...trzech, prawie czterech lat... ...to nie jest jedna i ta sama? Bujda - tak, był niemal święcie przekonany, że próbowała mu teraz wcisnąć jakiś kit.
Jasne, sam dbał o swoją prezencję. Wychowując się głównie w towarzystwie kobiet - siostry, macochy, licznych kuzynek teoretycznie kojarzył te wszystkie zasady. Tak samo jak to, że od tamtej pierwszej Lithy, akurat ta sabatowa kreacja jego dziewczyny nie powinna być w stanie posłużyć ponownemu założeniu. A jednak jakimś cudem miała ją na sobie na kolejnych Lithach. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, po prostu przyjął to do wiadomości. Teraz będąc raczej niedowierzający.
- Wisiorki też musisz cały czas zmieniać? - Parsknął cicho pod nosem, jednocześnie rozglądając się po okolicy w celu zlokalizowania jakiegoś stoiska z biżuterią.
Zgodnie z życzeniem: miał być wisiorek.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
29.01.2025, 15:25  ✶  

Oczywiście, że zawsze musiała mieć coś do dodania, nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła, szczególnie w sprawach, o których mogła mieć jakiekolwiek pojęcie. W tych związanych z roślinami nigdy by nawet nie próbowała wtrącać swojej opinii, bo wiedziała, że to nie ma prawa bytu.

- Widzę, że ta czerowna kiecka na zawsze pozostanie w Twej pamięci, dobrze. - Faktycznie nie był to jej najlepszy wybór na przestrzeni lat, może właśnie przez to, że w ogóle nie był to jej wybór, tylko sprawka matki, która postawiła ją pod ścianą. Na szczęście Jennifer już odczepiła się od jej garderoby i nie wnikała w to, co na siebie zakłada. Jej najważniejsza misja w życiu została spełniona, chyba nadal sądziła, że miała drobny wpływ na to, że Roise zainteresował się jej córką, nikt nie wyprowadzał jej z tego błędu. Wydawała się być zadowolona takim stanem rzeczy, nawet przestała wypytywać o to, czy podejmą jakieś oficjalne kroki.

Trwali przy sobie przez tyle lat, że zaczęło wydawać się naturalne to, że tak będzie zawsze. Nikt tego nie podważał. Ich rodziny chyba zdawały sobie sprawę z tego, że wszystko w swoim życiu robili po swojemu, a nie tak, jak ktoś im zagrał, co było całkiem wygodne.

Geraldine nie odczuwała potrzeby, aby coś zmienić, bo po co? Skoro było im tak dobrze, jasne, może kiedyś, tyle, że aktualnie nie wydawało jej się, aby to było konieczne. Zresztą tak, czy siak chciała spędzić resztę swojego życia przy Roisie, czy te oficjalne deklaracje faktycznie coś zmieniały? Nie wydawało jej się.

Przy każdej możliwej okazji pojawiali się razem, właściwie od samego początku, kiedy postanowili, że zostaną parą, to było oczywiste, że nie interesowali się kimś innym, nie było ku temu żadnych wątpliwości i na pewno ci którzy widzieli ich razem nie mieli sposobności tego podważać. Spędzali bowiem czas nawet na tych oficjalnych wydarzeniach przede wszystkim razem, nie opuszczali siebie na dłużej niż kilka minut, to mówiło samo za siebie. Nadal byli w sobie tak samo zakochani, jak te kilka lat temu, upływający czas tego nie popsuł, nie wydawało jej się, żeby kiedykolwiek mogło się to zmienić.

- Na szczęście to nie od sukienki zależy ich wygląd. - No, przynajmniej wtedy, kiedy już pozbywała się z siebie ubrań, a w sumie to Ambroise to robił. Zazwyczaj sabaty kończyły się w podobny sposób, wymykali się z nich w momencie, w którym zaczynali za bardzo zatracać się w swoim towarzystwie, to samo było z przyjęciami. Sukienki więc były tylko chwilowym narzędziem do tego, aby wyglądać odpowiednio, zresztą przy nim nie musiała się stroić, Roise wiedział, co kryje się pod ubraniami i to jej wystarczało.

Tak, zdawała sobie sprawę, że pewnie kiedyś przyjdzie im zmienić status tej relacji, nie mogli w nieskończoność tego od siebie odsuwać, prędzej jednak chyba skłaniałaby się ku innej zmianie, zaczęła myśleć o tym, że w sumie nie byłoby niczego złego w posiadaniu potomstwa, kiedyś była bardzo negatywnie nastawiona do takich posunięć, aktualnie jednak czasami zastanawiałaby się, jakby to było gdyby. Roise mocno się o nią troszczył, podejrzewałaby, że tak samo robiłby z ich ewentualnym potomstwem, trochę bardziej obawiałaby się tego, jak ona sama odnalazłaby się w takiej roli. Nie miała bowiem zbyt dobrych wzorców jeśli o to chodzi. Była gotowa spróbować, cóż miło by było gdyby ich stado kiedyś się rozrosło. Taka chyba była kolej rzeczy.

- Najwyraźniej nie mam innego wyjścia. - Cóż, dla niego mogła być tym, czego tylko pragnął, co do tego nie miała wątpliwości. Jeśli faktycznie widział w niej rusałkę... cóż musiała się z tym pogodzić. Ambroise od zawsze dostrzegał w niej to, czego nie widział nikt inny, patrzył na nią tak, jakby naprawdę była najpiękniejszą kobietą na świecie, czuła to i bardzo jej się to podobało.

Spoglądała na niego bardzo uważnie. Cóż, był tylko facetem, to prawda, ale spodziewała się po nim czegoś więcej, szczególnie, że sam bardzo dbał o swoją aparycję, sądziła, że ktoś taki jak on jest w stanie dostrzec drobne różnice, najwyraźniej źle go oceniła. - W tym roku chyba porzucę biel, może wtedy dostrzeżesz różnicę w tych sabatowych sukienkach. - Tak, czy siak skończą na tym, że ją z niej zerwie w mniej cywilizowany lub bardziej sposób. Sabaty w jego towarzystwie zawsze kończyły się tak samo.

- Chociaż nie, nie mogę, bo wtedy ta chustka nie będzie mi pasować do sukienki. - Jakież to wszystko było skomplikowane. Na pewno jednak z tyłu głowy pozostanie jej myśl o tym, aby odejść od bieli, chciała go zaskoczyć, szczególnie gdy wspomniał o tym, że co roku wyglądała tak samo. Nie znosiła monotonii, a jeśli Ambroise nie widział różnicy, to pewnie nikt inny też.

- Nie, to nie była ta sama sukienka. - Dodała jeszcze, aby wyjaśnić mu to raz, a dobrze. Coś chyba robiła nie tak, skoro ciągle tak twierdził.

- Nie, do biżuterii przywiązuję się nieco bardziej, niż do sukienek. - Nie należała do osób, które może miały jej hurtowe ilości, ale większość tych rzeczy miała dla niej jakieś sentymentalne znaczenie, dlatego lubiła je ubierać. Może zdarzało się to rzadko - właściwie to tylko i wyłącznie podczas tych oficjalnych przyjęć, czy sabatów, to sprawiało jej przyjemność przypominanie sobie momentów związanych z kupnem bizuterii.

Raczej nie obwieszała się jak choinka, bo szkoda jej było tych małych skarbów, które dostała, czy przywiozła sobie z różnych zakątków świata, na co dzień więc w ogóle po nie nie sięgała, z racji na to, że większość czasu plątała, a czasem tarzała się po lasach.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
29.01.2025, 18:51  ✶  
- Nie, nie zapomnę o niej - wzruszył ramionami, jednocześnie posyłając Yaxleyównie bardzo proste, niezmiernie luźne spojrzenie. - Niby nie od niej, ale nie da się ukryć, że to był pierwszy taki miły widok - pierwszy raz, kiedy zrzucili z siebie ubrania, zatracając się w sobie nawzajem, więc nic dziwnego, że o tym wspominał, prawda?
No cóż. Zdecydowanie nie mógł temu zaprzeczyć. Stwierdzenie, że nie, wcale, w ogóle już o tym nie pamięta nie wchodziło w grę, gdy sam poruszył ten temat. I poruszał go całkiem często. Naprawdę często jak na coś, czego zdjęcie zajęło im dosłownie kilka chwil, gdy już znaleźli się wyłącznie we dwoje. Uprzednio wyjaśniając sobie naglącą kwestię, przez którą w ogóle należało to zrobić.
To był obowiązek. To była konieczność. Ta sukienka, nawet jeśli doskonale na niej leżała, naprawdę nie zasługiwała na wyrazy uznania. Nigdy ich zresztą nie dostała. Była ohydna, toteż gdy nadarzała się sposobność wspomnienia o tym fakcie (ot tak w ramach prywatnej anegdotki; raz czy dwa do roku, może nieco częściej) Ambroise nie zamierzał sobie tego darować.
Tym bardziej, że wszystko wyłącznie uświetniało przekonanie, jakie wyrażała matka Geraldine. To był naprawdę niezły kit. W dodatku całkiem naturalny. Samoistnie nadarzająca się okazją do przyjęcia względnie dogodnej narracji.
Tak, tak. Ta suknia była ostatecznym impulsem. Tak, tak, Geraldine wyglądała w niej na tyle oszołamiająco, że nie mógł już dłużej ignorować rodzących się uczuć. Tak, tak, tych, które pojawiły się jeszcze w październiku sześćdziesiątego piątego, ale wtedy nie wypadało im się ku sobie mieć. Tak, tak, wysoka etyka zawodowa. Tak, tak, jakże doskonale, że teraz wszyscy byli już praktycznie rodziną, bo skoro w grę nie wchodziły umowy i galeony, to nie było w tym nic zdrożnego. Tak, tak, wspaniale się złożyło. Tak, tak, oczywiście. Tak, tak, to nie smocza ospa tylko zwykła alergia pokarmowa, najpewniej na skorupiaki w zupie. Swoją drogą pysznej.
Przynajmniej nie musieli już odpowiadać na te wszystkie zdecydowanie bardziej ukierunkowane pytania. Szczególnie po tamtym wybiegu z listopadem i lutym, które płynnie przerodziły się w grudzień i marzec, później styczeń i kwiecień.
Czas mijał, oni w dalszym ciągu trwali u swojego boku. Pojawiali się na obiadach, na świętach, na wszelkich innych uroczystościach. W końcu na tyle mocno zaznaczając trwałość i stabilność gruntu, na którym stoją, że pytania przestały padać.
Jak na ten moment nie zastąpiły ich żadne inne, nawet jeśli po kilku latach wspólnego życia mogłoby się zdawać naturalnym, że powinni podjąć jakieś znaczące decyzje. W jedną albo w drugą stronę. Zasadniczo bowiem mieli dwie opcje wyboru. Jedną słuszną z perspektywy tradycji i konwenansów. Drugą zdecydowanie mniej, za to również odpowiednią dla ludzi w ich wieku.
Całe szczęście udawało im się unikać pytań o plany dotyczące potomstwa. Thomas zbyt rzadko bywał w domu, zdecydowanie poświęcając cały możliwy czas pracy i swoim badaniom. Na tyle, aby mieć zupełnie gdzieś to, czy miałby okazję zostać dziadkiem. Matka Ambroisa w dalszym ciągu pozostawała poza obrazkiem a Evelyn prawdopodobnie dostałaby palpitacji serca już na samą myśl o zostaniu kimś na kształt babci. Gerard zazwyczaj żył w swoim świecie. A Jennifer? Zapewne miałaby to potraktować jako utratę swojej drugiej młodości, co było całkowicie wykluczone.
Zresztą oni sami też nie rozmawiali do tej pory o tych sprawach. Nie mówili o formalizacji związku, a więc także o powiększaniu rodziny, co akurat w oczach Greengrassa było dosyć sztywno określone. Nawet jeśli jedno nie wynikało z drugiego.
Być może mogli w każdej chwili posunąć się do sformalizowania związku. Nie miałby nic przeciwko temu, aby nasunąć kamyk na palec Geraldine, gdyby dała mu w jakiś sposób do zrozumienia, że zmieniła zdanie i tego chciała. Z tyłu głowy w dalszym ciągu pamiętał ich rozmowę dotyczącą ożenku, toteż mimowolnie oczekiwał jakiejś sugestii. W innym wypadku, skoro od tylu lat byli ze sobą szczęśliwi bez tego, nie potrzebowali się bezsensownie angażować w organizację rozrywki dla gawiedzi.
Jeśli zaś nie było o tym mowy, myśl o pominięciu tego pierwszego kroku i przejściu od razu do powiększania stada była dla niego zupełnie abstrakcyjna. W żadnym scenariuszu. Na żadnym etapie życia. Niezależnie od sytuacji nie postawiłby Yaxleyówny w takim świetle. To było zupełnie wykluczone. Wystarczyło, że ze sobą mieszkali i żyli, powodując dostatecznie dużo plotek i ploteczek, które to akurat oboje raczej mieli gdzieś. Mimo to nie posunąłby się do podejmowania aż tak egoistycznych decyzji.
- I co wtedy? O czym będą gadać stare baby? - Spytał, starając się utrzymać poważny wyraz twarzy, nawet jeśli nie było go w jego oczach - te się śmiały. - Zupełnie o tym nie pomyślałaś, prawda? - Nie mógł, po prostu nie mógł sobie tego darować, musiał jej o tym przypomnieć.
Ta biel była tak samo ironiczna jak ikoniczna. Szczególnie podczas Lithy, choć mogła również z powodzeniem sprawdzić się też podczas innych sabatów, na których młode panny podkreślały swoją czystość i niewinność. Piękny kolor. W istocie Geraldine było w nim wyjątkowo do twarzy. Szczególnie, jeśli wcześniej spędzali kilka weekendów nad morzem albo na takich pieszych wędrówkach jak ta, którą teraz odbywali. Śnieżna barwa materiału podkreślała złotobrązowy odcień skóry i te wszystkie drobne ciemniejsze piegi. Wyglądała wyjątkowo dobrze...
...tyle tylko, że nieodmiennie przyciągała również wyjątkowo jednoznaczne spojrzenia koła wielkomiejskich plotkar. Prawdę mówiąc, było to nawet całkiem zabawne. Rozrywka może nie na miarę robienia przedstawienia. Nie takiego jak wtedy podczas pierwszego pamiętnego Yule, gdy całkowicie świadomie ściągali na siebie uwagę, udając parę. Dla zabawy, oczywiście. Nadal nie wiedział, jakim cudem udało im się uniknąć wtedy raczej całkiem typowego dla nich końca wieczoru.
Teraz już tego nie robili. Nie odsuwali się od siebie na zbyt długo. Nie kończyli wieczoru na jednym tańcu. Nie było też potrzeby teatralnych pocałunków. Te kradzione przelotnie poza zasięgiem plotkarskich spojrzeń zdecydowanie były dużo słodsze. Kryły w sobie sugestię i obietnicę czegoś znacznie bardziej otwartego, gdy tylko uda im się wrócić do domu.
A czasami dużo wcześniej. Nie raz i nie dwa bowiem zdarzało im się znikać na kilka chwil albo już na stałe. Dzięki temu zdecydowanie polubił uczestnictwo w tych wszystkich wydarzeniach. Szczególnie moment tuż po nich. Te błogie chwile całkowitego rozprężenia. Zrzucanie z siebie ubrań, pozwalanie sobie na swobodne oddychanie. Przynajmniej do momentu, gdy te oddechy nie zaczynały na nowo robić się cięższe i bardziej urywane. Tyle tylko, że już w zdecydowanie lepszych okolicznościach. Takich, w których noszenie chustki zdecydowanie było niepotrzebne.
- Będzie pasować ci do oczu. - Stwierdził luźno, wcale nie widząc w tym nawet najmniejszego problemu. - Poza tym od kiedy przejmujesz się takimi rzeczami? - Nie musiała mu odpowiadać, przecież wiedział, że od mniej więcej nigdy; dlatego tym bardziej jakoś niespecjalnie wierzył jej w inność każdej uzbieranej sukienki. - No dobra. Wobec tego wisiorek - kiwnął głową, wreszcie lokalizując odpowiedni stragan i ruszając z miejsca pomiędzy mrowiem ludzi.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
29.01.2025, 22:38  ✶  

- To prawda, wtedy się wszystko zaczęło. - Uśmiechnęła się na samą myśl o tym wspomnieniu. Aktualnie, kiedy spoglądała wstecz całkiem bawiło ją to, jak wokół siebie krążyli. Wtedy była okropnie sfrustrowana, niemalże chodziła po ścianach, nie potrafiła bowiem przyznać się do swoich uczuć, ani przed sobą samą, ani przed nim. Nazywali to, co im się przytrafiło przyjaźnią, chociaż już wtedy mogło to wyglądać zupełnie inaczej. Już w marcu zaczęli spędzać ze sobą bardzo dużo czasu, zbyt dużo nawet jak na parę bardzo bliskich przyjaciół. Całkiem długo wytrzymali z tą śmiesznie narzuconą przez nich samych granicą. Męczyli się okropnie w tym układzie, teraz podchodziła do tego z drobnym sentymentem, wydawało jej się to zabawne, szczególnie kiedy od lat tworzyli całkiem zgrany związek.

Nie odczuwała jakiejś specjalnej potrzeby, aby komplikować to, co mieli. Nie była jedną z tych dziewczyn, które prosiłyby o to, aby dostać pierścionek z magicznym kamykiem, który odmieniał całe życie. To nigdy nie było jej marzeniem, na pewno nie kiedyś, teraz nie miałaby problemu z podjęciem odpowiedniej decyzji, jednak nie wydawało jej się, aby to miało się szybko wydarzyć. Może za kilka lat? Nie mogli unikać tematu w nieskończoność, nawet jeśli ich pozycja jako pary była dość silnie ugruntowana od kilku lat. Mieli przed sobą przecież jeszcze bardzo dużo czasu, bez sensu było się z tym spieszyć, szczególnie, kiedy tak im było razem dobrze. Prędzej chyba zdecydowałaby się wspomnieć Roisowi o ewentualnych pąklach, bo właściwie przestawała myśleć o tym, że to mógłby być taki dramat, jak sądziła. Nie mieli może idealnych wzorców, ale dzięki temu właśnie mogli stworzyć swój własny, lepszy dom dla potomstwa. Nie potrzebowała do tego ślubu, wcale nie podążała za narzuconymi normami, czy konwenansami. Jasne, miała świadomość, że z początku mogłoby to się okazać pożywką dla tych wszystkich plotkar, ale co z tego? Nigdy się nimi jakoś szczególnie nie przejmowała.

- Nie, zapomniałam o nich, nie wiem, jak mogłam do tego dopuścić. - Chętnie wkładała tę biel, chociaż zdarzało się to tylko podczas tych wyjątkowych okazji. Wiedziała, że stare baby, o których wspomniał Ambroise spoglądały na nią wtedy spode łba, bo był to nieodpowiedni kolor dla kogoś kto prowadzał się jak ona. Czystość i niewinność, gdyby tak było to nie mogłaby po nią sięgać od wielu lat. Cóż, nigdy się tym jakoś specjalnie nie przejmowała. Nie obchodziły ją konwenanse, ani to co ktoś sobie o niej myślał. Najważniejsze było to, że od zawsze postępowała zgodnie z samą sobą i była jeszcze w stanie spojrzeć w swoje odbicie, gdy widziała je w lustrze.

Tak naprawdę wiele w jej życiu zmieniło się od kiedy zaczęli być razem. Nie szukała już szczęścia i wrażeń, jak robiła to wcześniej, nie potrzebowała tego, kiedy miała u swojego boku mężczyznę, który dawał jej wszystko, czego potrzebowała. Nie zakładała, że kiedykolwiek tak się wydarzy, nie wierzyła w to, że uczucia tak silne, jak te które ich połączyły istnieją. To było coś niezwykłego, cieszyła się, że miała szansę je poznać. Trafili na siebie dość szybko. Mieli przed sobą całe życie, które mogli spędzić razem. To było wyjątkowe.

- Chyba faktycznie powinnam się jednak zastanowić nad swoim zachowaniem, szkoda by było, aby zabrakło im tematów do plotek. - Właściwie od pierwszego razu, kiedy trafili na siebie podczas jednego z sabatowych przyjęć zwrócili na siebie uwagę, świetnie się przy tym bawili, wypili sporo alkoholu i pociągnęli grę dalej. Już wtedy zwróciła na niego uwagę, wiedziała, że jest kimś kto faktycznie potrafi ją zainteresować. Tyle, że wtedy nie posunęli się do niczego więcej, niż jednego, krótkiego pocałunku, co swoją drogą było całkiem dziwne, jak na nich, bo zazwyczaj raczej się nie miarkowali, jeśli o to chodzi.

- Chociaż zawsze można dać im inny powód do plotek niżeli moja biała sukienka. - Cóż, o to też nie było przecież tak trudno, wystarczyło, że okazywaliby swoje uczucia nieco bardziej niż zwykle, a na pewno kolejnego dnia dotarłyby do nich informacje o tym, jak nieprzyzwoicie się zachowywali, a przecież nie powinni, bo nie byli nawet zaręczeni, cóż, mieli naprawdę ogrom możliwości, jeśli o to chodzi, wystarczyło tylko nieco ruszyć wyobraźnię, a ta ich nigdy nie zawodziła.

- Skoro będzie pasować mi do oczu, to nie mamy innego wyjścia, musimy zabrać ją ze sobą do domu. - Nie zamierzała dłużej się wahać, najwyraźniej ta urocza chusta musiała zostać jej nowym elementem garderoby, na pewno założy ją chociaż raz, później pewnie zniknie gdzieś na dnie jej szafy i przypomni o swoim istnieniu w jakimś dziwnym momencie.

- Jak to od kiedy? Od zawsze. - Miała ochotę pokazać mu język, ale tego nie zrobiła, zamiast tego nieco zmarszczyła nos. To nie było prawdą, raczej miała w głębokim poważaniu takie sprawy. Zresztą przyjęła też bardzo prostą metodę na to, aby prezentować się wyjątkowo podczas oficjalnych przyjęć. Na co dzień nosiła się raczej mało wyszukanie, wręcz przeciwnie, sięgała po te najwygodniejsze ubrania, najbardziej praktyczne. Wystarczyło więc, że się uczesała, czy ubrała kieckę i wszyscy byli nią zachwyceni, nie musiała poświęcać temu zbyt wiele czasu, bo taka drobna zmiana wystarczała, aby zostało to dostrzeżone.

Kiwnęła jeszcze głową, bo wisiorek faktycznie wydawał się jej być najlepszą z możliwości. Ścisnęła mocniej dłoń Ambroisa, gdy ruszył w stronę kolejnego straganu, nie chciała go zgubić, wokół nich bowiem krążyło sporo osób. Pewnie nie miałaby problemu ze zlokalizowaniem go, bo wyróżniał się na tle innych ludzi swoim wzrostem, mimo wszystko jednak, wolała tego nie robić.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
30.01.2025, 01:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2025, 00:44 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Nie, nie. Wtedy eskalowało - poprawił dziewczynę.
Nie musiał zbyt długo myśleć, żeby podważyć słowa wypowiedziane przez Rinę, nawet jeśli poniekąd powinien być z nich zadowolony, bo się z nim zgodziła. Jasne, wtedy po raz pierwszy pojawili się razem w jej, teraz już ich (to była naprawdę miła myśl) mieszkaniu nie jako przyjaciele a dwoje ludzi spragnionych siebie nawzajem. Swojego dotyku, ciepła nagiej skóry, zapomnienia o wszelkich sztucznie wykreowanych granicach i zatracenia się w tym, co od kilku lat było już dla nich całkowicie normalne.
Wtedy robili to po raz pierwszy. Nadal jeszcze trochę niedowierzający w to, że w tak prosty i gładki sposób mogli zmienić status swojej relacji. Szczególnie po tylu minionych miesiącach przepełnionych wrażeniem potykania się o własne nogi i brodzenia w naprawdę grząskim, cholernie głębokim bagnie.
Pierwszy raz znaleźli się w swoich objęciach. Pierwszy raz ściągnął z niej sukienkę. Pierwszy raz zatracił się w pocałunkach znacznie lepszych od tamtego przelotnego, o którym wielokrotnie myślał przez te wszystkie tygodnie przyjaźni. Kochali się ze sobą po raz pierwszy... ...drugi... ...trzeci. Na przestrzeni pięciu dni kochali się wiele razy, później wcale nie przestając stronić od dotyku.
Minęły lata a oni w dalszym ciągu zachowywali się pod tym względem jak napalone uczniaki. I ani trochę mu to nie przeszkadzało. To było ich. Łączyli te wszystkie chwile na różne sposoby i w wielu różnorodnych okolicznościach. Dlatego te hołdowanie tradycji Równonocy było całkiem zabawne. W końcu o żadnym z nich nie można było powiedzieć, że grzecznie trzymali się na wyciągnięcie ręki, czekając z czymś więcej do ślubu albo co najmniej zaręczyn.
Być może dla lokalnych znudzonych plotkar poszukujących nowych tematów (albo w istocie jakichkolwiek tematów, bo przecież ten był stosunkowo stary) okazjonalne pojawianie się Geraldine w białej sukience zdecydowanie było pożywką do gadania. A przecież nie wiedziały nawet połowy tego, co w rzeczywistości sprawiało, że Ambroise czuł się całkiem rozbawiony tym konkretnym doborem koloru kreacji. Niby w teorii wiedząc, z czego wynikał, bo przecież podczas Lithy mało która panna wybierała inną paletę barw niż śnieżną biel, delikatną kość słoniową, zieleń liści w wianku i barwne odcienie kwiatów.
A jednak śmiejąc się pod nosem, gdy przechadzał się ze swoim niewiniątkiem pod rękę, zdecydowanie planując jeszcze tej samej nocy skalać ją igraszkami w pościeli. I to takimi, o których nie myślały nawet najbardziej kreatywne z plotkar. Takie w sekrecie czytające naprawdę skandaliczne powieści jak to robiła między innymi jego macocha, głośno chrząkając i pąsowiejąc, gdy ktoś przeszedł zbyt blisko jej pleców, podczas gdy męczyła kolejne dzieło literackie.
- Na pewno możemy rzucić im jakieś nowe odstępstwo od reguły. Tak. Skoro tak to ujmujesz, zamieniam się w słuch - odmruknął z błyskiem w oku, całkowicie pewien tego, że Geraldine nie rzuciła tych słów tak po prostu - tylko po to, aby coś powiedzieć.
Musiała mieć przynajmniej kilka propozycji a on zdecydowanie był skłonny rozważyć je wszystkie. W końcu zabawy w drobne towarzyskie prowokacje nie były dla nich pierwszyzną, czyż nie?
To, że obecnie przez większość czasu nie zaprzątali sobie nimi głowy, świadomie wybierając napawanie się wzajemną obecnością nie oznaczało, że nie mogli od czasu do czasu pozwolić sobie na jakiś drobny wyskok. Nie skandal - skandale były im w zupełności niepotrzebne, ale niewielkie zamieszanie? Czemu by nie? Biała kiecka była już stara i nudna, nawet jeśli wymieniana co roku na nową.
- Mhm. Ta, jasne, bo ci uwierzę - zbył ją, tak po prostu zbył ją machnięciem ręki, szczególnie że w to dawał jeszcze mniej wiary niż w zakładanie nowych białych kreacji przez te cztery sabaty. - Nic nie musimy - rzucił niemalże odruchowo, przywołując sprzedawcę gestem ręki i bez dobijania jakiegokolwiek targu (szanujmy się, tak?) po prostu wciskając mu pieniądze, żeby mogli jak najszybciej odejść od stoiska.
Szczególnie, że mieli już całkowicie nowy konkretny cel, do którego mogli się przemieścić. Trzymał Geraldine za rękę, odruchowo mocniej plącząc ich palce, gdy parli do przodu przez gęstniejący tłum. Być może ryzyko zgubienia się nawzajem było niemalże żadne, bo bez problemu mieli się znaleźć już po kilku rzutach okiem na otoczenie. A jednak nie potrzebowali utrudniać sobie życia, prawda?
Dojście do stoiska z biżuterią zajęło im dostatecznie długo. Zanim stanęli przed straganem, minęła dłuższa chwila. Etniczne naszyjniki z kolorowymi koralikami, delikatne bransoletki z kamieni półszlachetnych, błyszczące złote i srebrne zawieszki, kolczyki... ...pierścionki.
Trzy lata wspólnego życia. Pięć lat znajomości. Szmat czasu, nawet dla kogoś, kto nigdy nie zamierzał się wiązać. A jednak to zrobił. Byli szczęśliwi, żyło im się dobrze, całkiem właściwie.
Powinien?
Nie, nie tu i teraz, ale w przyszłości?
Niby nie zaprzątał sobie głowy tymi kwestiami, jednak myśli o przyszłości zagościły w jego głowie, nie dając się tak po prostu odsunąć czy przepędzić. Nie teraz. Nie podczas tego wyjazdu, który mimo bycia tak podobnym do wszystkich poprzednich jednocześnie wydawał się zupełnie inny. Kręcili się wokół siebie od jesieni sześćdziesiątego czwartego. Bliżej czy dalej, ale zawsze w niepodważalnie dostrzegalnej odległości.
Mieli swoje wzloty. Naprawdę wyjątkowo dobre początki. Mieli upadki. Tamte naprawdę długie miesiące, praktycznie rok pełen napięć i wściekłych spojrzeń. Zaliczyli etap wrogości i przyjaźni, nigdy obojętności. Byli razem od wielu lat, tworząc coś, co musiało być stałe.
Od samego początku wiedział, że cokolwiek mają jest wyjątkowe. Zdawał sobie sprawę z tego, że chce spędzić resztę życia u boku Yaxleyówny. Niemal bezwiednie, praktycznie od zawsze był tego pewien. Nie bawili się w formalności, nie zaprzątali sobie tym głowy.
Przeprowadzili tylko jedną rozmowę wiele lat temu. Od tamtej pory temat nie pojawił się ani razu. Czy mogłaby tego chcieć? Nie: czy byłoby to właściwe? Tego był pewien. To było właściwe. W dodatku przecież z technicznego punktu widzenia niewiele by zmieniło. W dalszym ciągu mogliby żyć według swoich zasad i reguł. Całkowicie po swojemu. Tyle tylko, że z trochę większą swobodą pod kątem podejmowania decyzji, z mniejszym ryzykiem, że prędzej czy później zainteresuje się nimi ktoś z jednej albo drugiej rodziny.
Jednak na razie skupiał się na wisiorkach, starając się utrzymać na nich spojrzenie i próbując ukryć swoje wewnętrzne przemyślenia, gdy jego ukochana z przeglądała różnorodne wyroby, nieświadoma myśli, które krążyły w głowie Ambroisa.
- Ten? - Spytał luźno, jednocześnie unosząc ku Geraldine złoty wisiorek.
Tak. To był ten. Ostatni drobny szczegół udanego dnia, po którego zakupie darowali sobie całą resztę, opuszczając targowisko przed burzą. Idealnie w porę.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4654), Geraldine Greengrass-Yaxley (2978)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa