Ten wieczór od samego początku był zupełnie inny. Powinien domyślić się, do czego ich to doprowadzi. Ten jeden raz przestali się ze sobą kłócić. Po raz pierwszy od dawna po prostu rozmawiali o problemach. Nie próbowali zamieść ich pod dywan ani nie skakali sobie do gardeł.
Kiedyś to oznaczałoby coś naprawdę dobrego. Znaczyłoby tyle, że odzyskiwali utraconą stabilność. Powoli wracali do tego, co mieli. Udowadniali sobie, że nadal potrafią zachowywać się tak jak wtedy, kiedy było między nimi najlepiej.
Tyle tylko, że w obecnej sytuacji nie wydawało mu się, by którekolwiek z nich mogło spoglądać na to wszystko w tak naiwny sposób. To nie były zachowania z tej kategorii. Wcale nie powracali do znajomych starych schematów. To było coś zupełnie innego i nowego. Miało ich prowadzić w zupełnie innym kierunku. Nie ku pojednaniu, choć może? Może w pewnym pokrętnym sensie rzeczywiście ku odkupieniu?
Nie win. Tych nie dało się tak po prostu odpokutować. To miało być...
...właśnie. Właśnie tak.
Powolne pogodzenie się z nieuchronnością losu. Odkupienie poprzez zatracenie wszystkiego, co na moment odbudowali, poprzez odejście. Odkupienie poprzez danie sobie czegoś na kształt wolności, nawet jeśli na siłę, nawet jeśli niechcianej.
- Powiedziałem ci jak to powinno wyglądać z mojej strony. Przecież wiesz, że gdyby rzeczywiście tak wyglądało, nie bylibyśmy w tym miejscu - nie zamierzał pozwolić na to, aby kolejny raz przypisywała sobie wszelkie winy.
Nie tym razem. Teraz to były jego przewinienia. Nie miał zamiaru dać jej ich na siebie przyjmować. To byłoby nie tylko niewłaściwe, lecz także ze wszech miar godzące we wszystko, w co wierzył. A wierzył przede wszystkim w branie konsekwencji za własne posunięcia. Za każdą podejmowaną decyzję. Dobrą czy złą. To była jego wina.
Niczego nie ułatwiała tymi wszystkimi próbami zrobienia z siebie problemu. Wręcz przeciwnie. Stawiała go w sytuacji, w której zupełnie się w tym plątał, lecz nie ze względu na to, że rozważał przerzucenie na nią choć części odpowiedzialności. Nie. Tu miał wewnętrzną jasność.
Chodziło o to, do czego go w tym momencie zmuszała. Tak. Zmuszała. Nawet, jeżeli nic nie musiał to w tej chwili czuł się na tyle przyduszony ciężarem niewypowiedzianych słów, że nie był w stanie dłużej trzymać ich w gardle. Chcąc czy nie chcąc, wymuszała na nim ten najbardziej niechciany rodzaj szczerości. Nie wiedział czy do końca zdawała sobie z tego sprawę. Nie brzmiała, jakby tak było.
- Nie było dnia, żebym o tobie nie myślał. Nie było jednego parszywego dnia. Zwłaszcza po tym wszystkim, co usłyszałem wiosną. A ty mi mówisz, że naturalna obawa o to, co mogło się stać w związku z tym sprawia, że to twoje podejście jest najgorsze? - Nie, to było na tyle absurdalne, że nie zamierzał tego akceptować.
To nie Geraldine była psem ogrodnika. To, że zapętlała się w tym wszystkim, to też nie była jej wina. Nie miał zamiaru przyjmować podobnych wypowiedzi, nawet jeśli usiłował akceptować wiele innych faktów. Choćby to, w jaki sposób wyglądała ich nowa rzeczywistość czy to, że nie mogli nic z tym zrobić.
Nie wiedział, naprawdę nie wiedział, czemu padło właśnie na nich, ale raczej nie chodziło w tym o Rinę. To on był tu złym człowiekiem. To on był tym obcym elementem układanki. Kimś, kto wywrócił jej życie do góry nogami, choć nigdy niczym sobie na to nie zasłużyła. Tego akurat był pewien od dawna.
A potem dodatkowo to potwierdziła, prezentując ten rodzaj drażniącej nieświadomości własnej wartości, którego już zupełnie nie był w stanie przyjąć. Spojrzał na nią bez chwili namysłu, kierując w jej stronę palące spojrzenie. Mimowolnie zaciskając zęby na papierosie. Tak mocno, że bezwiednie go przegryzł, odruchowo plując resztkami na poszycie dachu i przydeptując je butem. Może na szczęście? Bez wątpienia zajęło mu to kilka kluczowych sekund, podczas których w innym razie niechybnie palnąłby coś naprawdę niezamierzonego.
- Chuja ci daję, Geraldine - wymamrotał w końcu na półwydechu, wpatrując się w ziemię u swoich stóp i kręcąc głową. - Nie rób sobie tego, rozumiesz? Przestań to sobie robić. Po prostu przestań - to było niezbędne minimum, nic więcej, nic nadto.
W dodatku naprawdę żałośnie i żenująco pokraczne minimum. Coś, czego nigdy nie powinna tolerować. U nikogo. Niego czy nie niego. Zasługiwała na zdecydowanie więcej niż kilka błahych gestów bez gwarancji szczęścia. Na ostre słowa i krzywdzące zachowania.
- Zawsze można pogorszyć sytuację - odmruknął mimo woli, robiąc to raczej odruchowo niż po to, żeby wytknąć Geraldine naiwność płynącą z jej słów.
Mówiła mu, że nie jest idealistką, że w ich świecie nie było miejsca dla idealistów. No właśnie. A potem zachowywała się w ten sposób. Wystawiając się na krzywdę. Aż prosząc się o to, by ktoś usiłował jej to zrobić. Nie on, on by się do tego nie posunął. Tyle tylko, że poniekąd właśnie to robił, prawda? Podświadomie, niezamierzenie w dalszym ciągu ją krzywdził, nawet jeśli nie było to w jego intencji. Chciał dla niej dobrze a zachowywał się jak ostatni chuj. Zdawał sobie z tego sprawę. Stety czy niestety.
- Zaangażowaliśmy w to dostatecznie dużo osób, by móc to zrobić - zaprzeczył, ponownie wbijając wzrok w horyzont; tak było łatwiej niż patrzeć na wyraz twarzy Geraldine, nawet jeśli ona i tak na niego nie spoglądała.
W pewnym sensie nie musieli już mieć ze sobą bezpośredniego kontaktu, aby być w stanie poradzić sobie z tym wszystkim, co planowali zrobić. Mogli zdać się na zaufanych ludzi, zajmując się każde swoją częścią zadań, unikając tym samym plątania się jeszcze mocniej i głębiej w to, co było między ich dwojgiem. Tyle tylko, że z jakiegoś powodu nadal nie zaczęli ku temu zmierzać.
- Oboje to zrobiliśmy. W tym tkwi sedno problemu - stwierdził, nawet jeśli miał wrażenie, że całkowicie niepotrzebnie, bo przecież doskonale zdawała sobie z tego sprawę; jeśli jednak potrzebowała usłyszeć to prosto z jego ust, wstrząsnął teraz ramionami pod wpływem chłodniejszego porywu wiatru i wreszcie to powiedział. - Nie udawaj, że nie jesteś tego świadoma. Oboje zaczęliśmy to robić, ale wcale nie dlatego, że tak było łatwiej - w końcu ileż mogli udawać nie tylko to, że nie dostrzegają tego, co wzajemnie sobie robią, ale też to, że wcale nie krzywdzą tym samych siebie.
Tu całkowicie rozwijała się z rzeczywistością. Trwanie przy sobie nawzajem wcale nie było najłatwiejszą opcją. Wręcz zupełnie przeciwnie. Najprościej byłoby rozejść się tam w Snowdonii, na plaży w Whitby albo chwilę po pierwszej kłótni. Wtedy to miałoby najwięcej sensu.
Tymczasem zostali przy sobie przez blisko tydzień. Ba, przez cały tydzień. Osiem dni, licząc tamten dzień, gdy znaleźli się w lesie w celu zapolowania na dopplegangera. Cały czas będąc świadomym tego, że nic więcej nie będzie im dane. Zdając sobie sprawę z tego, że prędzej niż później będą musieli pogodzić się z rzeczywistością. Cały czas mając z tyłu głowy to, że kiedyś się ze sobą pożegnają, przeprowadzą tę ostatnią rozmowę i pójdą każde w swoją stronę. Czy to naprawdę było postępowaniem w najłatwiejszy sposób?
Nie. To było powolną psychiczną torturą przerywaną na kilka błogich chwil zapomnienia i wznawianą w momentach takich jak ten. Parokrotnie byli bliscy rozstania, choć chyba nie tak bardzo jak tej nocy. Teraz wydawało się to już całkowicie nie do uniknięcia. Nie do odroczenia. Najwidoczniej rzeczywistość jak zwykle musiała dopaść ich w pozornie najspokojniejszym, wręcz błogim momencie.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down