To nie nadeszło, ale jednocześnie w głowie pojawiła mu się definicja słownikowa bland. Jego serce waliło jak bęben, a rozgrzaną skóra twarzy wydawała się płonąć, kiedy dotykały jej miękkie wargi Laurenta. Działał, jak zawsze zresztą, bardzo instynktownie. Zmienił swoją pozycję tak, żeby Prewettowi było wygodniej i żeby się mógł na nim położyć. Przesuwał ręką wzdłuż jego boku, badając fakturę materiału piżamy. Było w takich strojach coś staromodnego, to zaś w połączeniu z delikatną urodą i bardzo charakterystycznym stylem bycia, tworzyło wyjątkowo spójny obrazek kogoś niewinnego do cna. Ale on przecież taki nie był - wręcz przeciwnie, należał do osób wyjątkowo wyuzdanych. Crow zastanawiał się więc czy Laurent o tym myślał. O tym, że ręka gładząca go delikatnie po plecach mogłaby zjechać niżej, zamieniając atmosferę tej sceny bezpowrotnie. Ale nie robił tego. Był zbyt zafiksowany na tym, jak bardzo odrealniona wydawała mu się ta reakcja.
- Laurent - zaczął, wyglądając o wiele mniej swobodnie niż kiedy był przez niego całowany. - Mmmh. Dlaczego nie jesteś na mnie zły? Dlaczego tego nie podważasz? - Tej miłości. Mówił o tym wcześniej, pytał go o to, czy mógł go dalej kochać. - Proszę powiedz że dalej chcesz mnie mieć. Że dalej jestem twój. Proszę. Jak jestem twój to czemu nie jesteś zły? - Bo jak ktoś był zły, jak go szarpał, jak się tam pojawiały gorzkie słowa, to mógł czuć się od tego źle, ale jakoś tak... Wiedział, że komuś zależało. Bo ludzie którym nie zależy nie krzyczeli. Potrafiliby przejść z taką katastrofą jak próba samobójcza do porządku dziennego bardzo szybko, jakby nic się nie stało, jakby mu właśnie powiedział, że musiał za niego zapłacić dwa galeony kary w bibliotece i udawał niewiniątko, a Laurent podchodził do tego ze spokojem - miał przecież oczy, uszy, mózg przetwarzający bodźce i wiedział jak Crow funkcjonował - na cudzy rachunek. Ale teraz... A gdyby się jednak zabił? A gdyby...? No bo płakał przed chwilą na wieść o tym, że Crow kogoś stracił, a teraz...
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.