• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[1.09.1972] The King's Affirmation | Edward Prewett & Laurent Prewett

[1.09.1972] The King's Affirmation | Edward Prewett & Laurent Prewett
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
16.02.2025, 01:49  ✶  
Do no come for the people I love
'Cause then I get scary, then I get ugly

Było coś zupełnie szalonego w tym, że przyjechał do tego zamku tylko dlatego, że się bał. AŻ dlatego, że się bał? Musiał, potrzebował? Nie chciał zostawać sam w tamtym domu... z różnych powodów. Samotność teraz miała stać się bardzo dotkliwa, a on - zamienić się w ckliwego. Tego również nie chciał. Nie chciał również pytać, dlaczego i co było takie ważne, że Edward mógł porzucić go, kiedy go potrzebował najbardziej. Nic nowego, prawda? Nie był to pierwszy raz. Nie będzie też ostatnim. Ciągła ślepota i pragnienie bycia kochanym sprawiała, że klapki na oczach trudno było zrzucić. Albo to łuski? Łatwo okłamywać innych. Co z okłamywaniem siebie samego? Tak, łatwo, łatwo... zdecydowanie łatwo. Mieć nadzieję - ha... ileż można jej mieć? Najwyraźniej - całkiem sporo. Choć u niego to już chyba po prostu zachodziło na zwyczajną głupotę.

Już od 31 siedział w Keswick. Nie zapowiedział się - nic więc dziwnego, że spotkał tutaj Aydaye, która przywitała go jakże miło. Z pocałunkiem w policzek, robiąc bardzo dobre wrażenie... tylko sam jeszcze nie był pewien, przed kim. Bo nie wyglądało, żeby mieli innych gości. Nie potrzeba było czekać długo, żeby te miłe powitania i uśmiechy przerodziły się w szpilki. Nigdy nie miał na nie siły. Nie rozumiał, czemu musiało się to tak w ogóle toczyć i czemu ich relacja musiała być pchana w takich niezdrowych kierunkach. Albo - rozumiał. Po prostu nie potrafił tego zaakceptować.

Unikali się, jak się dało. W tym zamku to nie było trudne. Krótkie pogawędki, które znaczyły nic i jednocześnie wszystko. Przyjmował pocztę podsyłaną z New Forest, część dnia nawet nie było go w domu. Wracał do tych zimnych ścian spać. Weekend rzadko kiedy spotykał to miejsce pustym - szczególnie latem. Teraz się to lato kończyło. I nie mylił się - parę osób odwiedziło ich z soboty na niedziele. Powrót do grania dobrej miny do złej gry. Perfekcyjny syn z perfekcyjną matką - w tym obrazku nie było miejsca na nic innego. Wszystko, byle ojciec był zadowolony. Nie był pewien, w którym momencie powinno mu przestać na tym zależeć. Szczególnie, że przecież nie będzie zachwycony wiedząc, z kim aktualnie się zszedł i kto u niego mieszkał na tym drugim krańcu świata. Świata - bo przecież każdy wiedział, że wszystko, co poza wodami Anglii, było ledwo jej podnóżkiem. Z jakiegoś powodu nie wszyscy podzielali tę opinię. Świat się zmieniał. Jego reguły się zmieniały. Nie tylko przez Lorda Voldemorta - nowe pokolenie je zmieniało. Rozluźniało sztywność, zapraszało więcej wolności tam, gdzie zawsze wszystko zamykało się za kratami i oblekało łańcuchami.

Nawet go nie zdziwiło, że Edward nie przyszedł do niego, do pokoju, który był ciągle taki sam - nie ruszony i niezmieniony. Jakby Edward czekał, aż on wróci i zamieszka tutaj z powrotem. Niedoczekanie. Przyszedł za to lokaj i oświadczył, że Jego Lordowska Mość wróciła. Był tak przyzwyczajony do tych tytułów i specyfiki działania tego miejsca, że nawet nie mrugnął okiem. Za to westchnął - trochę ciężko. Podziękował i powiedział, by przekazać, że stawi się u niego za pół godziny. To też wymagało odpowiedniego podejścia - przecież mógł wparować do biura ojca, ale nie wypadało. Szczególnie, że mógł być... ach, jakby naprawdę powinno go teraz obchodzić, że szanowny Edward Prewett był zmęczony po podróży. Niestety - obchodziło. I to też było męczące.

Zapukał w drzwi biura ojca i dopiero po zaproszeniu wszedł grzecznie do środka.

- Dzień dobry, ojcze. - Zaczął oficjalnie, próbując wyczuć nastrój tego spotkania. Już miał nieprzyjemne widmo ich ostatniego spotkania w tym miejscu na krańcu języka.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Pan i Władca Prewettolandu
los chce ze mną grać w pokera
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Elegancki, dumny, nienaganny. Wysoki (ok. 184 cm wzrostu), warzący ok. 85 kg. Dobrze zbudowany, co z reguły ukrywa pod markowymi ubraniami. Nie nosi niczego, co nie pochodziłoby od projektanta. Twarz ma zwykle bez wyrazu, chyba że w jego otoczeniu jest bliska rodzina - wtedy pogodny, dowcipny. Z resztą wedle uznania. Ocieka charyzmą na poziomie półboga. Pies na baby. I nie tylko. Włosy siwe, długie, w artystycznym nieładzie. Broda pedantycznie przycięta.

Edward Prewett
#2
16.02.2025, 21:36  ✶  
Los nie dopisywał Jego Lordowskiej Mości, Laurentowi Prewettowi.
Zastał mnie, rzecz oczywista, za biurkiem – na prewettowym tronie. Nie byłem sam. Po drugiej stronie siedział Winston, któremu właśnie przedstawiałem powody i konsekwencje mojej nieplanowanej delegacji. W gabinecie panowała atmosfera ciężka jak przed burzą, napięcie wisiało w powietrzu. Ale czyż to kogokolwiek dziwiło? Nieczęsto zdarzało się, bym fatygował się osobiście.
Gdybym został zdradzony przez Winstona czy Laurenta... Cóż, również pofatygowałbym się osobiście. I co z tego, że osobie w moim położeniu nie przystoi brudzić sobie rąk? Nie wszystko można delegować. Niektóre sprawy wymagają osobistej ręki i osobistego spojrzenia w oczy winnego. I miałem przeogromną nadzieję, że ani jeden, ani drugi nie waży się zrobić tego, co śmieli Edgar Fitzroy z Selimem Darzi. Obaj panowie byli skończeni.
Westchnąłem ciężko. Przede mną stała szklanka alkoholu. Dawno nie pozwalałem sobie na podobne słabości o tej porze dnia. To musiało o czymś świadczyć. Takie przyjemności pozostawiłem w czasach młodości – ale to były opowieści na inną, lżejszą okazję.
— Witaj, Laurencie. — Podniosłem wzrok, przywdziewając lżejszy wyraz twarzy, choć napięcie nie znikało. Relacje z synem wymagały odbudowy, ale byliśmy na dobrej drodze. Odwiedzał mnie częściej. Częściej też zwracał się do mnie po radę. To dobrze. Rodzina powinna trzymać się razem, a ja pragnąłem mieć zarówno Pandorę, jak i syna na oku.
Nie mogłem wyjść z podziwu. Ładnie wyszło mu z tym listem. Jeszcze ładniej, że zastałem go w Keswick tuż po swoim przyjeździe.
Winston zdradził mi, że sprawa za wiele nie ruszyła. Ludzie zostali rozesłani, ale wciąż nie było odpowiedzi. Niepojęte, że ktoś pozwolił sobie na podobne bestialstwo na naszych angielskich ziemiach. Rozważałem audiencję u Królowej, ale coś mówiło mi, że to robota Śmierciożerców, szczególnie po rozmowie z Brenną Longbottom. A tutaj? Królowa nie pomoże. Minister Magii tym bardziej. Ta sprawa należała do Oka. Mieliśmy sposoby na radzenie sobie z takimi szumowinami.
— Winston, napisz niezwłocznie do Manchesteru, Birmingham i Londynu. Niech roześlą informację dalej— poinstruowałem go, dając mu tym samym znać, że zamierzałem porozmawiać z Laurentem na osobności. Winston skinął głową, uśmiechnął się lekko, bo rozumiał mnie jak mało kto. Wstał i wymaszerował bez pośpiechu. Oczywiście nie unikał obecności Laurenta. Odnosił się do niego z należytym szacunkiem.
— Siadaj, Laurencie. — Wskazałem fotel naprzeciwko, lekko odchylając się w swoim. — Zgrzebek zaraz przyniesie ci herbatę. Pozwoliłem sobie wybrać dla ciebie zieloną z odrobiną lawendy - dodałem, wracając spojrzeniem do dokumentów przed sobą. Ich treść sprawiła, że uniosłem szklankę i wychyliłem do dna. Przepłynęło mi przez gardło, jakby było szklanką wody. Magią nalałem kolejną porcję trunku. Byłem pewien, że się nie zmarnuje. Nie proponowałem nic mocnego Laurentowi, bo wiedziałem, w jaki sposób na niego wpływał.
— Winston uruchomił organizację, ale w sprawie ataku na New Forest nadal nie mamy odpowiedzi — podjąłem, kiedy Laurent już wygodnie zasiadł na fotelu. Wiedziałem o tym, bo podniosłem na niego spojrzenie, możliwie jak najbardziej łagodne spojrzenie. — Zastanawia mnie cykliczność ataków na ciebie, podczas gdy inne nasze stajnie pozostają nietknięte.
Pozwoliłem, by cisza zawisła w powietrzu. Nie spieszyłem się.
— Chciałbyś się czymś ze mną podzielić...? — Zapytałem łagodnie, rzeczowo, ale uważnie, jak ktoś, kto zna odpowiedź, zanim jeszcze ją usłyszy.
Nie miałem zamiaru go spłoszyć. Byłem cierpliwy. Ale oczekiwałem prawdy.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
17.02.2025, 18:40  ✶  

To spotkanie mogło przybrać bardzo wiele tonacji. Takich, które bardziej lub mniej skłaniałyby się na jego korzyść. Koloryt, który dojrzał przed sobą, wcale nie był korzystny. Był negatywny. Widać było na pierwszy rzut oka, że Edward musiał być czymś zdenerwowany. Nie teraz - wcześniej. Może jeszcze podczas samego lotu tutaj. Teraz zostały tego resztki. Nawet nie zmęczenie, zwyczajne napięcie. Miał nadzieję, że źle to interpretował, ale ta atmosfera była wszystkim, co brnęło w tym kierunku. Na chwilę złapał spojrzenie tych przenikliwych oczu, nim oczy te (syna i ojca) na moment utknęły w Winstonie. Napisz - w sprawie jakiej? Nie pytał. Nauczył się, żeby o niektóre sprawy Edwarda nie pytać - z różnych względów. Skinął głową w kierunku Winstona, kiedy ten przechodził obok, po czym wyszedł naprzód. Tak, by móc rzeczywiście usiąść na jednym z foteli.

- Dziękuję, ojcze. To bardzo uprzejme z twojej strony. - Czy miał na nią ochoty, czy nie miał - nie zamierzał nawet nad tym dywagować. Przede wszystkim - nie zamierzał rozdrażniać tego Lwa. Prędzej było mu w kierunku robienia wszystkiego, co w jego mocy (i cierpliwości, a tej było mało), aby go ugłaskać. Z włosem. Żeby usłyszeć to mruczenie mówiące o tym, że chociaż trochę przeszło wszystko, co wniósł ze sobą na barkach do tego pomieszczenia. Tutaj miała kiedyś zasiąść Pandora. Minie jeszcze wiele, wiele lat, nim to się stanie. Edward był nadal w sile zdrowia, czarodzieje starzeli się o wiele wolniej od mugoli. Ta świetlana przyszłość nie mogła być zagrożona... prawda? Błękit oczu młodego Prewetta strzelił w kierunku szklanki ojcowskiego. Alkohol. Momenty, w których Edward się upijał, można było policzyć na palcach jednej ręki. Czasem pozwalał sobie na więcej procentów, ale żeby popijać coś mocnego samotnie, przy załatwianiu spraw? Och, to było w zasadzie coś, co nie zdarzało się często. Więc? Co było powodem? Bo jakoś bardzo wątpił, że chodziło o podpalenie.

- Być może pomogę ci w nakierowaniu tego na odpowiednie tory. - Myślenie nad tym, co mu powiedzieć i jak powiedzieć - miał na to czas przez ostatnie dni. Sporo czasu. Nie udało mu się jednak napisać takiego scenariusza, z którego byłby w pełni zadowolony. Zawsze coś mogło pójść nie tak - i to "nie tak" wiecznie gdzieś czaiło się na kresie marginesów. Brzydkie dopiski sprawiające, że scenariusz przestawał być przejrzysty. Gdyby nie spojrzenie, które Edward mu posłał, właśnie by się spiął i szykować do kontrataku. Ach, mimika potrafi zdziałać cuda. Byle spojrzenie potrafi zdziałać cuda. - Najwyraźniej jestem mniej lubiany, niż można się tego spodziewać. - Na pewno Edward wiedział, jakie plotki krążą. Wiedział, że część rodziny nawet nie pochwalała, że go przygarnął i dał mu nazwisko Prewett. Mimo to Edward nigdy nie mówił inaczej - zawsze tym samym głosem negował bzdurne zarzuty. "Nonsens! Laurent to mój syn!" Uśmiechnął się łagodnie, bo to uczucie, że czuł się bezpiecznie, kiedy stał przy ojcu, który akurat usłyszał jakieś brzydkie słowa w jego stronę, właśnie do niego powróciło w pamięci. Wiele rzeczy się zmieniło. Między innymi to, że nie potrzebował już ojcowskich pleców, żeby się bronić. To, że starał się dorosnąć do oczekiwań Edwarda cały czas. Teraz już jednak rozumiał lepiej, dlaczego nie mógł.

Pytanie, które padło, było spodziewane. I widział, że Edward BARDZO się starał, żeby nie wywołało aż takiego napięcia, jakie powinno. Udało mu się to.

- Mam wroga, który źle mi życzy. Zapewne go kojarzysz. Dante. Mężczyzna nie może najwyraźniej pogodzić się z tym, że nie rzuciłem dla niego swojego życia i nie zostałem kryminałem, sam nie wiem. To on jest odpowiedzialny za spalenie stajni, teraz to wiem na pewno. Wysłał mi list z pogróżkami, że następnym razem zabije kogoś mi bliskiego. - Mówił to całkowicie spokojnie, siedząc luźno na fotelu, z dłońmi złożonymi na udzie, nogą nałożoną na nogę. Skupiony na Edwardzie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Pan i Władca Prewettolandu
los chce ze mną grać w pokera
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Elegancki, dumny, nienaganny. Wysoki (ok. 184 cm wzrostu), warzący ok. 85 kg. Dobrze zbudowany, co z reguły ukrywa pod markowymi ubraniami. Nie nosi niczego, co nie pochodziłoby od projektanta. Twarz ma zwykle bez wyrazu, chyba że w jego otoczeniu jest bliska rodzina - wtedy pogodny, dowcipny. Z resztą wedle uznania. Ocieka charyzmą na poziomie półboga. Pies na baby. I nie tylko. Włosy siwe, długie, w artystycznym nieładzie. Broda pedantycznie przycięta.

Edward Prewett
#4
01.03.2025, 15:00  ✶  
Hmm. Byłem przekonany, że to znowu sprawka Śmierciożerców. Warto zauważyć, że ostatnio nie dokończyli swojej roboty. Teoretycznie. Obstawiałem, że oni nie ostrzegają. Że po prostu ucinają łeb jako przykład, a tu...? Zaskoczenie. Cisza.
Z ich strony, czy może to Laurent milczał? A tak naprawdę miał okazję uniknąć śmierci nie raz, nie dwa.
Zmierzyłem go długim spojrzeniem. Wiedziałem, że nie mówi mi wszystkiego. Większość informacji otrzymywałem od innych, a on sam przekazywał mi jedynie to, co uznawał za stosowne.  Dlatego doceniłem, że tym razem dostałem od niego list niezwłocznie po incydencie. To był gest. Jakiś postęp.
Ale Śmierciożercy... Cisza. Czy to była cisza przed burzą? A może obawiali się zemsty Prewettów? Może Oka? Niewykluczone, że Lord Voldemort był mi kiedyś znany. A może po prostu pragnął, choć trochę, dorosnąć mi do pięt. Niełatwo jest budować respekt, kiedy zbyt wielu ludzi traktujesz jak śmierci. Półkrwi i mugolacy zaczynali być coraz bardziej aktywni. Nie mogłem powiedzieć, żebym był tego zwolennikiem. Czysta krew ponad wszystko. Ale ataki na sabatach? Publiczne jatki? Nie. Były granice. Granice, które należało szanować, jeżeli chciało się być kimś więcej niż ulicznym bandytą. Sabaty były świętością.
- Dante - powtórzyłem powoli po Laurencie, z prawdziwym zaskoczeniem.
Nie wiedziałem, co dziwiło mnie bardziej - to, że Dante brał w tym udział, czy to, jak spokojnie Laurent o tym mówił. Robił postępy. Czuł się w końcu częścią prewettowskiej potęgi? Czy to była tylko gra, szopka odgrywana dla mojego uznania?
- Świetnie, wiemy kto. - przesunąłem spojrzeniem po swoich dłoniach, zaciskając i rozprostowując palce. - Masz plan odwetu?
Co ten jebany wąż z Nokturnu sobie myślał? Że może sięgnąć po mojego syna?
Gdybym chciał, żeby Laurent zniżał się do poziomu ulicznych opryszków, inaczej pokierowałbym jego wychowaniem.
- Czy mam się tym zająć osobiście? - dodałem po chwili, powracając wzrokiem do syna.
Podobał mi się w tej wersji. Był tajemniczy. Z odpowiednią dozą odwagi i kroplą bezwzględności mógłbym wprowadzić go do Oka. Może nawet jako mojego zastępcę.
Winston radził sobie znakomicie, ale obaj wiedzieliśmy jedno.
Nikt nie żyje wiecznie.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#5
04.03.2025, 23:01  ✶  

Musiałbyś zobaczyć świat moimi oczami, żeby uwierzyć, że da się tu zwariować. Ach... tylko do kogo się tu zwracać? Przecież Edward Prewett już zwariował. Na swój własny, pokręcony sposób, który wpisywał się w schemat każdego Prewetta stojącego na szczycie. Każdego, który miał tatuaż na swojej skórze. Laurent wiedział o tym wielkie nic. Nic poza tym, że to się działo, że istniało. Mógł nie zadawać pytań, udawać głuchego i ślepego, ale nie był. Tak jak nie był ślepy na majątek i na to, że... ach. Tylko przy kim o tym mówić? Przecież Edward Prewett dobrze wiedział, jak działają czarne sprawunki tego świata. To od niego Laurent podpatrzył, jak radzić sobie ze sprawami, które powinny być załatwiane po cichu. Jak dbać o prasę, własny wizerunek, dojścia w Ministerstwie i komu wpłacać regularnie pieniądze, żeby tych własnych mieć jak najwięcej. Edward. Zawsze chciał być jak Edward. Zawsze chciał dorosnąć do jego oczekiwań. Błyszczeć w jego oczach. Co za smutne marzenie dziecięcej głowy.

- Mam mocno skrępowane ręce, dlatego na razie zamierzam dopasować się do jego gry. - Rugało to jego dumę, ale odrobina uległości zazwyczaj ugłaskiwała lwa. Syciła jego potrzebę machania grzywą i dumnego ryku, zanim zwalał się na rozgrzaną skałę. Królowie zwierząt - lwy. Co za wierutna bzdura. Edward też by wyśmiał myśl, że Dante miałby zostać nazwany królem. Przecież Król był tylko jeden. - Prawdopodobnie mężczyzna jest w posiadaniu czegoś, co mogłoby zagrozić nie tylko mi, ale i naszej rodzinie. Prawdopodobieństwo jest bardzo wysokie. Jestem pewien, że jeśli nie znasz Dante osobiście, to o nim słyszałeś. - Więc miał pojęcie, że to nie jest mała mrówka pod podeszwą buta. Wiedział, jak działa. Wiedział, że ma znajomości i że nie będzie się wahał ich wykorzystać. - Pośpiech jest taktyką dla ludzi ze szczęściem, a mnie szczęście opuściło wiele miesięcy temu. - Tak, mówił o tym całkowicie spokojnie. Dopóki jego słabość nie wychodziła na wierzch, mógł kontrolować przynajmniej tyle - siebie samego. Dozować każdy gest. Każde spojrzenie. Każdą zmarszczkę mimiczną. Zamienić się w aktora grającego siebie samego. - A nieszczęścia przyklejonego do buta powinno się pozbyć. Prawda, tato?

Zabić człowieka - o tym łatwo się mówiło, kiedy nie miałeś krwi na rękach.

Laurent chciał uniknąć tego, by znów pożerało go sumienie. Pozbyć się można kogoś na wiele sposobów, ale dobrze wiedział, jak odbierze to Edward. Dokładnie tak chciał zostać odebrany. Powinien to zrobić? Powinien pójść w tym kierunku? Powtórzyć swój błąd przeszłości, który sprawił, że zrobił kilka kroków w tył?

- Zanim wbijesz miecz w serce hydry, trzeba odciąć jej głowy. Dante ma popleczników. Jeszcze ich ma. To oni czynią go pozornie nietykalnym. - Spojrzał na swoje paznokcie i przesunął palcem po srebrnym pierścionku z pięknym kamieniem przypominającym księżyc. - Wiem, że nie znosi go Czarna Wiedźma. To za mało. Do działania potrzebne są informacje. - Dokładne informacje. Szczególnie, że nie da się wygrać wojny na dwóch frontach - ze Śmierciożercami i z Dante jednocześnie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Pan i Władca Prewettolandu
los chce ze mną grać w pokera
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Elegancki, dumny, nienaganny. Wysoki (ok. 184 cm wzrostu), warzący ok. 85 kg. Dobrze zbudowany, co z reguły ukrywa pod markowymi ubraniami. Nie nosi niczego, co nie pochodziłoby od projektanta. Twarz ma zwykle bez wyrazu, chyba że w jego otoczeniu jest bliska rodzina - wtedy pogodny, dowcipny. Z resztą wedle uznania. Ocieka charyzmą na poziomie półboga. Pies na baby. I nie tylko. Włosy siwe, długie, w artystycznym nieładzie. Broda pedantycznie przycięta.

Edward Prewett
#6
08.03.2025, 14:36  ✶  
Węże. Zaskakujące, jak szybko, jeśli ich nie zdepczesz w porę, potrafią ewoluować w hydry. A może to nie były hydry, tylko skupisko żmij, na które należało zesłać ogień? Ogień trawi wszystko. Żmije również mu ulegną. Będą skwierczeć, syczeć i żałować, że śmiały podnieść wstrętny pysk na mojego syna. Na prawdziwego Prewetta.
Tak, Prewetta, z krwi i kości, bo słowo się rzekło. A moje słowo było prawem. I nikt, ani nic, nie mogło zmienić mojego rozkazu. Jeśli ktoś miał z tym problem, jeśli śmiał kwestionować, że Laurent jest czystej krwi Prewettem – to miał problem ze mną.
- Oczywiście, że o nim słyszałem. - Uniosłem szklankę, obracając ją leniwie w dłoni. - Możliwe, że jesteśmy niemal rówieśnikami, ale nie myl tego z równymi sobie. Zdaje mi się, że nie wyszedł poza Londyn. Ograniczył się do tej szemranej części miasta, nie ma nic wspólnego ze śmietanką towarzyską. Krótko mówiąc – się nie liczy. Ale w swoim małym światku uważa się za pana i władcę.
Pozwoliłem sobie na cichy, kpiący śmiech.
Dobrze, że nie próbował poszerzać swoich granic. Takie karakany powinny trzymać się rynsztoka. Mniej uciążliwa menda niż Śmierciożercy, ale i tak należało mieć na nią oko. OKO.
- Uważaj, synu. - Spojrzałem na Laurenta uważnie. - Widzę, że masz pewne informacje na temat swojego wroga. Zdobądź ich więcej. Wyprzedzaj go w tej rozgrywce.
Miałem nadzieję, że zrozumie przekaz. To była jego sprawa. Jego ruchy miały mi pokazać, czy traktować go jak dziecko, czy jak Prewetta.
- Nazwijmy to zadaniem inicjacyjnym. - Nachyliłem się lekko. - Gdybyś potrzebował wsparcia, skontaktuj się z Winstonem. Przydzieli ci ludzi. Mamy małą armię w Londynie. Nie sprawi im problemu dodatkowe zadanie.
Winston wiedział, kogo wysłać. Ludzi, którzy nie pytali i nie myśleli zbyt wiele. Tacy byli najlepsi w robocie.
Jednak nie zamierzałem pozostawić tej kwestii wyłącznie Laurentowi. Był moim synem. Moim jedynym synem. Wiele cech odziedziczył po matce - subtelność, delikatność, umiejętność oczarowywania ludzi. Doskonałe w salonach, niekoniecznie przydatne na ścieżce przemocy.
A ja nie miałem zamiaru stracić syna.
- Gdy będziesz na odpowiednim etapie, nie zawahaj się odciąć hydrze ostatniej głowy. - Spojrzałem mu w oczy. - Bo jeśli ty tego nie zrobisz, ta głowa może odciąć głowy twoim bliskim.
To nie była groźba. To była rzeczywistość.
Zamyśliłem się na moment.
- Byłem młodszy od ciebie, kiedy zawahałem się. - Powoli uniosłem szklankę. - Straciłem przyjaciela i prawie zabiłem siebie.
Patrzyłem, jak bursztynowy płyn odbija światło.
- Za Johna! - wznosząc toast, wychyliłem szklankę do dna.
Tym razem alkohol smakował goryczą.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
10.03.2025, 00:55  ✶  

Czy Dante rządził rzeczywiście tylko Londynem? Chyba nie. Goście przybywali do Rose Noire z całej Anglii, może nawet spoza niej? Co było jasne to to, że niekoniecznie goście =/= wpływy. Oraz to, że niekoniecznie Edward naprawdę wiedział, z kim się mierzył. I jaka jest stawka. Czy on teraz problem minimalizował? Próbował to wykryć, gdy przypatrywał się szlachetnej twarzy obsypanej równie szlachetnym srebrem włosów. Miał do tego skłonności, a biorąc pod uwagę nastrój znużenia podróżą... może wcale nie odbierał tego tak poważnie? Przecież wyjechał. Jasne, że było mnóstwo ważniejszych rzeczy, ale to było... sam nie wiedział, co to było. Nie wiedział, jak to odbierać. Jak do tego podejść. Jak ma rozumieć własnego ojca, którego niby schematy zachowania znał, a jednak ciągle liczył na to, że się pomyli. To już była toksyczność względem samego siebie, nie?

- Próbuję, ojcze. - Przymknął na moment oczy i próbował powstrzymać ciche westchnięcie, które zebrało mu się gdzieś na poziomie klatki piersiowej i podeszło aż do samego gardła. Nie. Wzdychanie też mogło być oznaką słabości. Miłe było to, że Edward w niego nie wątpił. Nie próbował mówić, że on sam lepiej się tym zajmie, żeby zostawił to w odpowiednich rękach. Było tylko ostrzeżenie. Niby jedno z tych oczywistych, a jednak... przecież to był wyraz zmartwienia. Próba zatrzymania ewentualnej gwałtowności, która łatwo przybierała postać głupoty. - Ja w tej rozgrywce jestem w tyle. I muszę ją nadgonić. - Dlatego właśnie powiedział Edwardowi wprost, że Dante jest w posiadaniu czegoś, co może im zaszkodzić. Może blefował, a może nie. Jeśli blefował to robił to bardzo dobrze, ale dokładnie tego się po nim spodziewał. Ta zabawa na wyniszczenie nie mogła być słodka i opleciona różową wstążką. Była brutalna i pożerała łzy.

Och tak, wygodne fotele, zapach herbaty, którą wybrał osobiście Edward, a którą przyniósł skrzat, smak alkoholu na języku starszego Prewetta. Jak łatwo było rozporządzać czyimś życiem i nieżyciem, kiedy nie było nawet groźby, że ta krew będzie krwią na twoich rękach. I Edward wcale temu nie zaprzeczał. Wręcz zachęcał. Kładł ciężar tego obowiązku na głowie blondyna, przyczepiał go do jego barku uświadamiając, że Flynn miał rację. Szkoda, że nie umarł. Nie potrafił tego jednak powiedzieć szczerze. Szkoda, że nie umarł. Właściwie czuł ulgę, że Dante żył - oto, co ta ulga mu dała. Problemy zwalone na głowę, które trzęsły całym człowiekiem.

Nie spodziewał się jednak wspomnienia o kimś, kogo już między nimi nie było. Do tego stopnia było to niespodziewane, że stracił utrzymywany fason i uniósł zaskoczone spojrzenie na Edwarda. Za Johna. Kogoś, kogo nie znał, a może go widział za dzieciaka? Może to było imię, które nie zapisało się w jego głowie, ale twarz by rozpoznał? Albo to był ktoś, kto nigdy nie był w tym domu, bo sprawy ojca rządziły się niekiedy własnymi prawami. W ciszy spoglądał na ten pokaz... melancholii? Czy to była melancholia? Tak, chyba tak. Malowała się wspomnieniami na twarzy jego ojca. I zrobiło mu się przykro. Stracił Johna - pewnie stracił też wiele innych osób. Na jednych zależało mu mniej, na innych bardziej. Na jednych sam wydał wyrok śmierci, inni zginęli pozostawiając szok w jego oczach. Edward niewiele mówił o swojej przeszłości związanej z samym Okiem. Właściwie niczego o tym nie mówił. A jakoś nie miał wątpliwości, że ten John był właśnie z tym powiązany.

- Potrzebuję informatora na Nokrutnie. - Bo sam nie miał żadnych kontaktów tam.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Pan i Władca Prewettolandu
los chce ze mną grać w pokera
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Elegancki, dumny, nienaganny. Wysoki (ok. 184 cm wzrostu), warzący ok. 85 kg. Dobrze zbudowany, co z reguły ukrywa pod markowymi ubraniami. Nie nosi niczego, co nie pochodziłoby od projektanta. Twarz ma zwykle bez wyrazu, chyba że w jego otoczeniu jest bliska rodzina - wtedy pogodny, dowcipny. Z resztą wedle uznania. Ocieka charyzmą na poziomie półboga. Pies na baby. I nie tylko. Włosy siwe, długie, w artystycznym nieładzie. Broda pedantycznie przycięta.

Edward Prewett
#8
15.03.2025, 22:43  ✶  
Życie bywało ulotne. Człowiek sobie o tym przypominał, gdy kogoś tracił, gdy ktoś umierał na jego oczach. Albo gdy sam zabijał.
Nie fascynowało mnie gasnące spojrzenie. Nie szukałem w tym poczucia władzy. Robiłem, co musiałem. Tego ode mnie wymagano. Tego ode mnie oczekiwano. Zostałem stworzony do podejmowania racjonalnych decyzji, do utrzymywania władzy i równowagi. Każda anomalia była problemem. Każda zdrada – musiała nieść konsekwencje.
Więc oto byłem. Władcą, ojcem, katem.
Dlatego upodobałem sobie abraksany. Konie są lojalne. Są piękne, dumne. One nie knują, nie zdradzają. I właśnie dlatego uwielbiały mnie tak samo, jak ja je. Bo w ostatecznym rozrachunku nie byłem złym człowiekiem. Miałem swoje zasady. Honorowe. To nie moja wina, że nie każdy pozwalał mi być dobrym władcą. Nie mogłem obwiniać siebie – tylko los, który postawił na mojej drodze zdradzieckie żmije. Już ich nie było. A przynajmniej było ich znacznie mniej niż kiedyś.
Ten świat był mroczny i złożony. Nie chciałem posyłać moich dzieci do dźwigania mojego ciężaru. Ale wiedziałem, że prędzej czy później, niezależnie od moich intencji, to się stanie.
- Płotkami niech zajmą się ludzie od Winstona. Ty na sam koniec zajmij się Dantem. - Zawiesiłem głos, by Laurent dobrze zrozumiał. - Tak działa głowa. Głowa rodziny… czy głowa mafii.
Nie różniło się to aż tak bardzo.
- Gdzie możesz, posyłaj ludzi, którzy odwalą za ciebie robotę… Ale nie w każdej sytuacji. — Oparłem się wygodnie i spojrzałem na niego uważnie. - Bo jeśli będziesz to robił zawsze, uznają cię za tchórza.
Szach i mat.
Niemy toast za wszystkie moje zwycięstwa nad innymi. Alkohol ponownie podrażnił mi przełyk. Skrzywiłem się.
- Nie wiem, czy dotarły do ciebie plotki - podjąłem po chwili spokojnie, niemal mimochodem. - Na czele rodziny stanie najprawdopodobniej Pandora. Ale... jest również organizacja. Oko.
Mierzyłem go wzrokiem. Wiedziałem, że już coś podejrzewał, gdyż pewne tematy poruszył po ślubie Rookwoodów. Nie był głupi. Wręcz przeciwnie – dawał mi jasno do zrozumienia, że interesują go nasze ciemniejsze interesy. I dobrze. To była idealna okazja, by przeszedł od słów do czynów. Subtelnie.
Chociaż Dante jako przeciwnik może i nie był subtelnością.
Ale jeśli coś pójdzie nie tak – cóż. Robaka zawsze można zmiażdżyć.
- Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie moje decyzje ci odpowiadają. - Przechyliłem szklankę, obracając ją leniwie w palcach. - Ale robię to, żeby cię przygotować na najgorsze. Pewnego dnia mnie zastąpicie. Ani Pandora, ani ty nie ugniecie się przed żadną parszywą gębą.
To było marzenie każdego ojca. Żeby dzieci poszły dalej. Żeby były silniejsze. A ja byłem pewien, że za ich czasów Prewettowie będą jeszcze bardziej… wszystkim.
- Jak się z tym czujesz, Laurencie? - Spojrzałem na niego. - Myślisz, że dasz sobie radę z Dantem?
Nie interesowało mnie, co mi pokaże. Interesowało mnie, co naprawdę myśli.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
02.04.2025, 12:13  ✶  

Dopóki nie usłyszysz prawdy na głos to możesz się łudzić. Oszukiwać. Wymyślać i dopowiadać sobie rzeczy, bo przecież było to zdecydowanie lepsze niż spoglądanie w lustro. Kiedy już w nie spojrzysz to nie pozostaje nic innego jak dopowiedzieć: tak, tak, ten w lustrze to niestety Ja. Ciekawe, czy narcystyczny Edward Prewett miał kiedyś taką myśl. Ile tak naprawdę było w nim zwątpienia do wszystkiego, co uczynił w swoim życiu i do samego siebie. Przedstawiał się z takiej strony, że nawet porażki obracał na swoją glorię i chwałę. Edward Prewett. Niesamowita osoba, która chowała pod plecionym srebrem włosów setki opowieści, a większość z nich schowana była do Puszki Pandory. Rozumiał, czemu Aydaya go pokochała. Rozumiał też, dlaczego był często tak bardzo własnym synem zawiedziony, nawet jeśli poza kłótniami o tym nie mówił.

Laurent mógł więc sobie dopowiadać i podejrzewać, albo zakrywać oczy i niczego nie widzieć. Ile prawdy o zbrodniach kryło się pod srebrem i ile zwątpienia i bólu mogło to przynosić. Przecież to było więcej niż oczywiste - nie podoła wyzwaniu. Nie uda mu się zastąpić ojca w tym, co robił. Niewiele rzeczy w życiu mu się udawało. Przemoc? Śmierć? Wyroki? Patrzył na ojca i czuł się jak w bajce. Nierealnej w dodatku. Takiej, która nie powstawała na fazie legend czy historii, a została wyssana z palca, bazowana na majakach sennych. Potwierdzenie faktów. Domysłów. Wymawiane głosem tego hardego człowieka zdawały się pacierzem wymawianym nad dymem z kaganka w świątyni.

- Ojcze... - Wypowiedział cicho to magiczne słowo czując niemoc. Jak miał mu to powiedzieć? Że był tchórzem? Że był słaby, miękki? Zupełnie jak Zofia, która zmarła na chorobę nazywaną "miłość"? Nie wiedział, jak to powiedzieć. Dlatego nie dokończył swojego zdania. Może to i lepie - po kolejnym łyku alkoholu Edward kontynuował. - Nie wiem, jakie masz oczekiwania wobec mnie, ale obaj dobrze wiemy, że cię zawiodę. - Zadziwiająco łatwo przyszło mu wypowiedzenie tych słów. Jakby nie bolały tak samo, jak powinny. Pandora. Pandora to, Pandora tamto... Pokręcił lekko głową na zadane pytanie. - Wiem, że sobie poradzę, bo muszę sobie poradzić. - To było aż tak proste. Nie godził się na warunki życia, jakie Dante próbował mu dyktować. Nie godził się na takie funkcjonowanie. Chciał żyć. Żyć pełną piersią, przestać się wiecznie bać. Czy można mówić o tym, że nie wszystkie decyzje ojca mu się podobały? Och, zgrozo, kim był, by oceniać? Mogły mu się nie podobać - a większość z nich uważał mimo to za słuszne czy konieczne. Edward był zdolny do podejmowania decyzji, które samego Laurenta za bardzo przytłaczały. Na które by się pewnie nie zdecydował. - Kim był... John.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Edward Prewett (1737), Laurent Prewett (2688)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa