- Jak zawsze - odparł jednocześnie, intensyfikując spojrzenie w może trochę nazbyt mocny sposób, bo mimowolnie sam poczuł się przy tym w ten sposób.
Zupełnie tak, jakby brakowało im ułamków sekundy. Naprawdę niewiele. Zatrważająco (choć czy aby na pewno?) mało, aby na nowo zatracić tę neutralność i wrócić do znacznie bardziej naturalnego stanu. Do tego, żeby pocałował ją bez dalszego zawahania, pozwalając jej zarzucić te długie ręce na jego szyję. Opleść Geraldine w talii, przyciągając ją całkowicie do siebie i zatracając się w tej chwili. W kolejnym wstępie do tego, żeby nie spędzali tego dnia jako swoi przyjaciele.
To słowo było niewłaściwe. Może nie wypowiadała go w zły sposób, jednak w jego uszach brzmiało prześmiewczo. Nie ze strony Riny. Ze strony cholera wie czego. Losu? Wszechświata? Wyższych sił? Bo nie była to też Matka Natura. Ona nie zrobiłaby im czegoś takiego, najpierw łącząc ich tą poplątaną więzią a potem obierając im szansę na bycie szczęśliwymi. To nie mogło być nic właściwego a natura zawsze była właściwa. Nie myliła się, nawet jeśli czasami bywała kapryśna i niezrozumiała.
- Byłaś wkurzającą gówniarą nawet przy sporadycznym kontakcie, Panno Yaxley, nie próbuj mi mydlić oczu. Nie tak łatwo ci to zapomnę. Szczególnie po tym jak sama mi o sobie przypomniałaś - odpowiedział zaczepniej, posyłając dziewczynie bardziej harde spojrzenie i kręcąc głową z przekonaniem. - A jednak patrz. Nadal się przyjaźnimy - co z tego, że niemal udławił się tym określeniem na to, co ich ze sobą łączyło?
Przyjaźnili się, tak? Z tej przyjaźni całowałby ją do utraty tchu. Z tej przyjaźni dałby się opleść nogami w pasie, podnosząc ją w górę i przyciskając do pierwszej lepszej pionowej powierzchni w bardziej prywatnym miejscu. Z tej przyjaźni...
...nie no, nie dałby się złapać na trzepotanie rzęsami, bo to było już zdecydowanie poniżej pasa. Parsknął pobłażliwie. Przynajmniej nie kazała mu kraść z nim koni. Mieszankę studencką był w stanie spróbować skroić. Do konia nie chciał się zbliżać nawet na kilkadziesiąt metrów.
- Nie wiem czy jesteś gotowa na tak imponujący pokaz - stwierdził, jednocześnie stawiając kolejne kroki i raz za razem pochylając się, żeby zabrać patyk od psa, rzucając go jak najdalej i obserwując biegające zwierzęta.
To był naprawdę miły spacer. Piękna pogoda. Pozornie dobra atmosfera. A jednak wiele mu teraz brakowało. I to nie czegoś. Doskonale wiedział, czego. Co gorsza miał to niemalże na wyciągnięcie ręki. Tyle tylko, że decydowali się postępować inaczej. Dlaczego? Czy naprawdę tak było lepiej? Wątpił, ale nie zmienił zdania co do głównej istoty problemu.
- Nie słyszałaś jeszcze co najmniej połowy historii. Jeśli będę mieć farta, jednej trzeciej z nich w ogóle nigdy nie usłyszysz - mrugnął okiem do dziewczyny, uśmiechając się przy tym całkiem wymownie, trochę porozumiewawczo.
Każdy miał takie tematy, o których nie do końca dało się mówić bez cienia żenady, prawda? Nawet ci najbardziej poważni, poważani ludzie miewali swoje głupie momenty. On miał ich wyjątkowo dużo, czego prawdopodobnie nie trudno byłoby jej się domyślić, jeśli już nie była tego świadoma.
Komu jak komu, ale Geraldine raczej nie miało to przyjść z oporami. Widziała więcej. Słyszała więcej. Odkrywał się przed nią znacznie bardziej niż przed kimkolwiek innym. Znała go. Być może obecnie wydawało się to dużo bardziej skomplikowane, ale miała okazję dostrzec u niego zachowania, których nie prezentował nikomu innemu. Tę bardziej szczenięcą stronę. Kiedyś byli zakochani i szczęśliwi, prawda? Nawet on był w stanie zakładać wtedy różowe okulary.
- Wyjątkowo zgodni. Wyjątkowi, nie? - Wzruszył ramionami, zdając sobie sprawę z tego, z czego wynikało to ich jednorodne podejście.
Nie poruszali jakichkolwiek kontrowersyjnych tematów. Byli wręcz obrzydliwie zachowawczy. Znów uciekali od mówienia o tym, czego tak naprawdę chcieli. Czego pragnęli. Czego potrzebowali. Po to, aby nie tylko ten dzień, lecz każdy następny też był udany.
Nie chodziło o bekon czy śniadanie. Nie jednorazowe. Nie chodziło o wspólny odpoczynek w jednym mieszkaniu. Być może w jednym łóżku, lecz jednocześnie raczej w ten najbardziej platoniczny sposób, w jaki miało im przyjść spać razem od wielu lat. Tworząc między sobą niewidzialną osłonę z mentalnych poduszek. Nie posuwając się do tego, żeby sięgnąć po cokolwiek, co nie przystawałoby przyjaciołom czy sojusznikom. Tego, czego naprawdę mogliby chcieć. Spanie na kanapie byłoby tylko trochę bardziej fizycznie niewygodne. Spanie obok siebie bez możliwości wymiany choć kilku pocałunków? Katorga.
A jednak zgadzał się na to, co planowali. Sam sugerował część planu, bo nie chciał tak od razu wracać teraz do siebie.
- Nie było - przytaknął bez skrępowania i to nie tylko dlatego, że dawali dziś sobie pełną prawdę.
Było w tym coś zupełnie innego. Nie potrzebował jej okłamywać, że jakoś wyjątkowo go teraz zaskoczyła - tak, to po pierwsze, ale jednocześnie nie mógł sobie też darować widoku miny Geraldine, bo znowu byli zgodni, co nie? Wyjątkowo, wybitnie zgodni. Ten dzień szedł im coraz lepiej. Przynajmniej z pozoru, bo wewnątrz wcale tak nie było. Nie mieli zbyt wielu powodów do radości.
- Dobrze - nie potrzebował dodawać nic więcej, bo zdecydowanie mogli zrobić to tego samego dnia.
W końcu lepiej było nie czekać z działaniami. Tym bardziej, gdy tak naprawdę w dalszym ciągu nie wiedzieli, na czym stoją, gdy chodzi o wspólnie spędzany czas. W oczach Roisa Astaroth stał się ich wspólnym problemem już w drugiej połowie czerwca po tamtych wydarzeniach w ich mieszkaniu Geraldine. Problemy postępowały, nawarstwiały się. Powinni coś z nimi zrobić. Młody Yaxley nie musiał dostawać po dupie za ich pogmatwane stosunki.
- Jeśli potrzebujesz czasu, żeby uporządkować swoje sprawy, mogę sprawdzić grafik - odparł zupełnie tak, jakby ta oferta nie była dla niego niczym szczególnym.
Ot stwierdzał fakt. To było wykonalne, nawet jeśli jego mina nie wskazywała na entuzjazm wobec tej możliwości. Nie była też zgorzkniała czy wroga. Ambroise miał całkowicie neutralny wyraz twarzy. Patrzył na Geraldine lekko rozchylając wargi i oddychając miarowo. Bez zbędnych emocji.
W końcu sam pozwalał jej na to, aby mogła tego od niego oczekiwać. Dał Rinie tę możliwość, więc nie zamierzał wykręcać się od odpowiedzialności. Jego zdanie na ten temat było jasne: Londyn nie służył najmłodszemu Yaxleyowi. Należało go stąd zabrać przynajmniej na kilka dni. Najlepiej jak najszybciej.
Wyzwaniem mogły być wyłącznie dyżury, szczególnie te nocne, bo w dzień wampiry i tak nie mogły wychodzić na zewnątrz, ale to też było do przeskoczenia. Bez wątpienia wolałby to zrobić od samego początku wspólnie, ale z drugiej strony?
- Może nawet lepiej będzie, jeśli to mnie, nie ciebie połączy z tak skrajnymi poczynaniami - stwierdził, doskonale wiedząc, że Geraldine nie mogła zareagować na to niczym innym jak tylko oburzeniem.
Czy słusznym? Zachowania jej młodszego brata godziły w nią bardziej niż w Ambroisa, który nie był jego bliskim. Już nie. Nie mieli spotykać się na zjazdach rodzinnych i tak dalej. Te czasy były już dawno za nimi, a więc Roise mógł wziąć na siebie tę część wstępnych nieprzyjemności.
Był twardy. Gruboskórny. Trudno było go ugodzić słowami. Szczególnie tymi dotyczącymi jego. Tylko jedna osoba potrafiła tak dogłębnie to robić, że tracił nad sobą kontrolę. Nie był to Astaroth, nawet jeśli łączyły go z nią wspólne geny.
- Z przeszłości - odpowiedział krótko, choć zdając sobie sprawę z tego, że takie wyjaśnienie z pewnością nie miało usatysfakcjonować Geraldine, dodał po prostu. - Miałem na myśli wakacyjny dom ciotki Ursuli - nie kłamał a jedynie lekko naginał rzeczywistość, bo przecież stwierdzał fakt. - Po sezonie z niego nie korzysta. Jest pusty a Cornelius na pewno użyczy nam kluczy bez zbędnych pytań - nie, w tym momencie nie chciał mówić nic więcej.
To nie był moment na takie rozmowy. Taki prawdopodobnie nigdy miał nie nadejść, abstrahując już od tego, że przecież nie mieli mieć dla siebie tyle czasu, aby poruszyć na spokojnie tę kwestię. Mimo to zamiast machnąć ręką, kwitując własną odpowiedź w ten może trochę nazbyt lekki sposób, on wyłącznie stał z wzrokiem wbitym w dziewczynę. W dalszym ciągu nie mrugając jeszcze przez kilka, może kilkanaście sekund, po których potrząsnął głową. Wyrywając się z tego stanu i odchrząkując cicho.
- Wracając do tematu. Na pewno będzie mu tam lepiej. Natura sprzyja powrotowi do zdrowia. Wychował się w górach, powrót w góry może być dla niego korzystny. Poza tym nie wyśle stamtąd niepostrzeżenie sowy z listem do swojego dostawcy. A ona nie przyleci z powrotem na tyle szybko, żebyśmy nie zdążyli tego zauważyć - wyjaśnił trochę łagodniej niż przy samym zdecydowanym składaniu propozycji, nadal jednak dosyć zdecydowanym tonem głosu.
Nie mogli wysłać Astarotha do Lecznicy Dusz. Nie powinni zatrudniać mu prywatnego medyka od spraw psychicznych uzależnień. Jeszcze nie, bo był na to zbyt niestabilny. To była raczej najlepsza możliwość ze wszystkich, jakie mieli.
No właśnie: mieli. Wyłapała to czy nie, uwzględniał się w tym planie wyjazdowym. Nawet biorąc pod uwagę konieczność stawiania się w Londynie w sprawach zawodowych. To dało się zrobić. W końcu podróżował tak z bardziej oddalonego Whitby. A to była raczej wyjątkowa sprawa.
Charyzma (III) - walka na spojrzenia: utrzyma dłużej niż Geraldine? Nie utrzyma?
Sukces!
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down