• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.09.1972] W świetle porannego słońca || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] W świetle porannego słońca || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
05.03.2025, 01:10  ✶  
Na dłuższą chwilę zawiesił spojrzenie na niebieskich oczach Geraldine, nawet nie próbując przy tym mrugać. Wręcz przeciwnie. Całkiem na serio usiłując wyzwać ją przy tym na spojrzenia. W końcu, jeśli byli tacy zgodni w wypowiedziach, musieli to załatwić w inny sposób. Gesty (albo ich brak) były najodpowiedniejsze.
- Jak zawsze - odparł jednocześnie, intensyfikując spojrzenie w może trochę nazbyt mocny sposób, bo mimowolnie sam poczuł się przy tym w ten sposób.
Zupełnie tak, jakby brakowało im ułamków sekundy. Naprawdę niewiele. Zatrważająco (choć czy aby na pewno?) mało, aby na nowo zatracić tę neutralność i wrócić do znacznie bardziej naturalnego stanu. Do tego, żeby pocałował ją bez dalszego zawahania, pozwalając jej zarzucić te długie ręce na jego szyję. Opleść Geraldine w talii, przyciągając ją całkowicie do siebie i zatracając się w tej chwili. W kolejnym wstępie do tego, żeby nie spędzali tego dnia jako swoi przyjaciele.
To słowo było niewłaściwe. Może nie wypowiadała go w zły sposób, jednak w jego uszach brzmiało prześmiewczo. Nie ze strony Riny. Ze strony cholera wie czego. Losu? Wszechświata? Wyższych sił? Bo nie była to też Matka Natura. Ona nie zrobiłaby im czegoś takiego, najpierw łącząc ich tą poplątaną więzią a potem obierając im szansę na bycie szczęśliwymi. To nie mogło być nic właściwego a natura zawsze była właściwa. Nie myliła się, nawet jeśli czasami bywała kapryśna i niezrozumiała.
- Byłaś wkurzającą gówniarą nawet przy sporadycznym kontakcie, Panno Yaxley, nie próbuj mi mydlić oczu. Nie tak łatwo ci to zapomnę. Szczególnie po tym jak sama mi o sobie przypomniałaś - odpowiedział zaczepniej, posyłając dziewczynie bardziej harde spojrzenie i kręcąc głową z przekonaniem. - A jednak patrz. Nadal się przyjaźnimy - co z tego, że niemal udławił się tym określeniem na to, co ich ze sobą łączyło?
Przyjaźnili się, tak? Z tej przyjaźni całowałby ją do utraty tchu. Z tej przyjaźni dałby się opleść nogami w pasie, podnosząc ją w górę i przyciskając do pierwszej lepszej pionowej powierzchni w bardziej prywatnym miejscu. Z tej przyjaźni...
...nie no, nie dałby się złapać na trzepotanie rzęsami, bo to było już zdecydowanie poniżej pasa. Parsknął pobłażliwie. Przynajmniej nie kazała mu kraść z nim koni. Mieszankę studencką był w stanie spróbować skroić. Do konia nie chciał się zbliżać nawet na kilkadziesiąt metrów.
- Nie wiem czy jesteś gotowa na tak imponujący pokaz - stwierdził, jednocześnie stawiając kolejne kroki i raz za razem pochylając się, żeby zabrać patyk od psa, rzucając go jak najdalej i obserwując biegające zwierzęta.
To był naprawdę miły spacer. Piękna pogoda. Pozornie dobra atmosfera. A jednak wiele mu teraz brakowało. I to nie czegoś. Doskonale wiedział, czego. Co gorsza miał to niemalże na wyciągnięcie ręki. Tyle tylko, że decydowali się postępować inaczej. Dlaczego? Czy naprawdę tak było lepiej? Wątpił, ale nie zmienił zdania co do głównej istoty problemu.
- Nie słyszałaś jeszcze co najmniej połowy historii. Jeśli będę mieć farta, jednej trzeciej z nich w ogóle nigdy nie usłyszysz - mrugnął okiem do dziewczyny, uśmiechając się przy tym całkiem wymownie, trochę porozumiewawczo.
Każdy miał takie tematy, o których nie do końca dało się mówić bez cienia żenady, prawda? Nawet ci najbardziej poważni, poważani ludzie miewali swoje głupie momenty. On miał ich wyjątkowo dużo, czego prawdopodobnie nie trudno byłoby jej się domyślić, jeśli już nie była tego świadoma.
Komu jak komu, ale Geraldine raczej nie miało to przyjść z oporami. Widziała więcej. Słyszała więcej. Odkrywał się przed nią znacznie bardziej niż przed kimkolwiek innym. Znała go. Być może obecnie wydawało się to dużo bardziej skomplikowane, ale miała okazję dostrzec u niego zachowania, których nie prezentował nikomu innemu. Tę bardziej szczenięcą stronę. Kiedyś byli zakochani i szczęśliwi, prawda? Nawet on był w stanie zakładać wtedy różowe okulary.
- Wyjątkowo zgodni. Wyjątkowi, nie? - Wzruszył ramionami, zdając sobie sprawę z tego, z czego wynikało to ich jednorodne podejście.
Nie poruszali jakichkolwiek kontrowersyjnych tematów. Byli wręcz obrzydliwie zachowawczy. Znów uciekali od mówienia o tym, czego tak naprawdę chcieli. Czego pragnęli. Czego potrzebowali. Po to, aby nie tylko ten dzień, lecz każdy następny też był udany.
Nie chodziło o bekon czy śniadanie. Nie jednorazowe. Nie chodziło o wspólny odpoczynek w jednym mieszkaniu. Być może w jednym łóżku, lecz jednocześnie raczej w ten najbardziej platoniczny sposób, w jaki miało im przyjść spać razem od wielu lat. Tworząc między sobą niewidzialną osłonę z mentalnych poduszek. Nie posuwając się do tego, żeby sięgnąć po cokolwiek, co nie przystawałoby przyjaciołom czy sojusznikom. Tego, czego naprawdę mogliby chcieć. Spanie na kanapie byłoby tylko trochę bardziej fizycznie niewygodne. Spanie obok siebie bez możliwości wymiany choć kilku pocałunków? Katorga.
A jednak zgadzał się na to, co planowali. Sam sugerował część planu, bo nie chciał tak od razu wracać teraz do siebie.
- Nie było - przytaknął bez skrępowania i to nie tylko dlatego, że dawali dziś sobie pełną prawdę.
Było w tym coś zupełnie innego. Nie potrzebował jej okłamywać, że jakoś wyjątkowo go teraz zaskoczyła - tak, to po pierwsze, ale jednocześnie nie mógł sobie też darować widoku miny Geraldine, bo znowu byli zgodni, co nie? Wyjątkowo, wybitnie zgodni. Ten dzień szedł im coraz lepiej. Przynajmniej z pozoru, bo wewnątrz wcale tak nie było. Nie mieli zbyt wielu powodów do radości.
- Dobrze - nie potrzebował dodawać nic więcej, bo zdecydowanie mogli zrobić to tego samego dnia.
W końcu lepiej było nie czekać z działaniami. Tym bardziej, gdy tak naprawdę w dalszym ciągu nie wiedzieli, na czym stoją, gdy chodzi o wspólnie spędzany czas. W oczach Roisa Astaroth stał się ich wspólnym problemem już w drugiej połowie czerwca po tamtych wydarzeniach w ich mieszkaniu Geraldine. Problemy postępowały, nawarstwiały się. Powinni coś z nimi zrobić. Młody Yaxley nie musiał dostawać po dupie za ich pogmatwane stosunki.
- Jeśli potrzebujesz czasu, żeby uporządkować swoje sprawy, mogę sprawdzić grafik - odparł zupełnie tak, jakby ta oferta nie była dla niego niczym szczególnym.
Ot stwierdzał fakt. To było wykonalne, nawet jeśli jego mina nie wskazywała na entuzjazm wobec tej możliwości. Nie była też zgorzkniała czy wroga. Ambroise miał całkowicie neutralny wyraz twarzy. Patrzył na Geraldine lekko rozchylając wargi i oddychając miarowo. Bez zbędnych emocji.
W końcu sam pozwalał jej na to, aby mogła tego od niego oczekiwać. Dał Rinie tę możliwość, więc nie zamierzał wykręcać się od odpowiedzialności. Jego zdanie na ten temat było jasne: Londyn nie służył najmłodszemu Yaxleyowi. Należało go stąd zabrać przynajmniej na kilka dni. Najlepiej jak najszybciej.
Wyzwaniem mogły być wyłącznie dyżury, szczególnie te nocne, bo w dzień wampiry i tak nie mogły wychodzić na zewnątrz, ale to też było do przeskoczenia. Bez wątpienia wolałby to zrobić od samego początku wspólnie, ale z drugiej strony?
- Może nawet lepiej będzie, jeśli to mnie, nie ciebie połączy z tak skrajnymi poczynaniami - stwierdził, doskonale wiedząc, że Geraldine nie mogła zareagować na to niczym innym jak tylko oburzeniem.
Czy słusznym? Zachowania jej młodszego brata godziły w nią bardziej niż w Ambroisa, który nie był jego bliskim. Już nie. Nie mieli spotykać się na zjazdach rodzinnych i tak dalej. Te czasy były już dawno za nimi, a więc Roise mógł wziąć na siebie tę część wstępnych nieprzyjemności.
Był twardy. Gruboskórny. Trudno było go ugodzić słowami. Szczególnie tymi dotyczącymi jego. Tylko jedna osoba potrafiła tak dogłębnie to robić, że tracił nad sobą kontrolę. Nie był to Astaroth, nawet jeśli łączyły go z nią wspólne geny.
- Z przeszłości - odpowiedział krótko, choć zdając sobie sprawę z tego, że takie wyjaśnienie z pewnością nie miało usatysfakcjonować Geraldine, dodał po prostu. - Miałem na myśli wakacyjny dom ciotki Ursuli - nie kłamał a jedynie lekko naginał rzeczywistość, bo przecież stwierdzał fakt. - Po sezonie z niego nie korzysta. Jest pusty a Cornelius na pewno użyczy nam kluczy bez zbędnych pytań - nie, w tym momencie nie chciał mówić nic więcej.
To nie był moment na takie rozmowy. Taki prawdopodobnie nigdy miał nie nadejść, abstrahując już od tego, że przecież nie mieli mieć dla siebie tyle czasu, aby poruszyć na spokojnie tę kwestię. Mimo to zamiast machnąć ręką, kwitując własną odpowiedź w ten może trochę nazbyt lekki sposób, on wyłącznie stał z wzrokiem wbitym w dziewczynę. W dalszym ciągu nie mrugając jeszcze przez kilka, może kilkanaście sekund, po których potrząsnął głową. Wyrywając się z tego stanu i odchrząkując cicho.
- Wracając do tematu. Na pewno będzie mu tam lepiej. Natura sprzyja powrotowi do zdrowia. Wychował się w górach, powrót w góry może być dla niego korzystny. Poza tym nie wyśle stamtąd niepostrzeżenie sowy z listem do swojego dostawcy. A ona nie przyleci z powrotem na tyle szybko, żebyśmy nie zdążyli tego zauważyć - wyjaśnił trochę łagodniej niż przy samym zdecydowanym składaniu propozycji, nadal jednak dosyć zdecydowanym tonem głosu.
Nie mogli wysłać Astarotha do Lecznicy Dusz. Nie powinni zatrudniać mu prywatnego medyka od spraw psychicznych uzależnień. Jeszcze nie, bo był na to zbyt niestabilny. To była raczej najlepsza możliwość ze wszystkich, jakie mieli.
No właśnie: mieli. Wyłapała to czy nie, uwzględniał się w tym planie wyjazdowym. Nawet biorąc pod uwagę konieczność stawiania się w Londynie w sprawach zawodowych. To dało się zrobić. W końcu podróżował tak z bardziej oddalonego Whitby. A to była raczej wyjątkowa sprawa.

Charyzma (III) - walka na spojrzenia: utrzyma dłużej niż Geraldine? Nie utrzyma?

Rzut Z 1d100 - 86
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
05.03.2025, 13:55  ✶  

Przyjęła wyzwanie, wyczuła, że próbuje ją sprawdzić. Yaxleyówna nie miała oporu z tym, aby przyjąć tę walkę, walczyła dzielnie, jednak w końcu mrugnęła. Najwyraźniej Roise miał większe doświadczenie w przeszywaniu kogoś wzrokiem, nie powinno jej to zdziwić. W końcu jakoś musiał ustawiać do pionu swoich studentów.

Odwróciła wzrok, bo wiedziała, do czego może to doprowadzić, zważając, że znajdowali się tak blisko siebie. Wystarczył moment, żeby znowu do siebie przylgnęli, a nie chciała do końca do tego dopuścić, może chciała, ale bardziej nie mogła, tak. W tej chwili chodziło o to, co faktycznie powinni zrobić, żeby nie utrudniać tego, co miało zdarzyć się później, bo nadal przecież wiedzieli o tym, że to się wydarzy, może nie w tej chwili, ale nie mogli tego uniknąć.

- Nadal jestem wkurzająca, ale niestety już nie jestem gówniarą. - Nie, żeby faktycznie specjalnie nad tym ubolewała. Nie da się ukryć, że od zawsze umiała zajść za skórę, to chyba jej wrodzony talent, czy coś, którego nie dało się pozbyć. - Zaczęliśmy się przyjaźnić, kiedy nie mieliśmy świadomości, że poznaliśmy się wcześniej, jestem ciekawa, czy to mogłoby coś zmienić. - Nie, żeby brała taką opcję pod uwagę, bo los przecież pokazał im, że tak, czy siak ma swój własny plan co do tego, jak ma wyglądać ich relacja. Nie mieli na to za dużego wpływu, musieli na siebie trafić, prędzej, czy później, żeby przeżyć to wszystko, doświadczyć tej wyjątkowej więzi.

Przyjaźń zawsze była ważną częścią ich relacji. Zresztą od tego zaczynali, czyż nie? Przyjaźnili się ze sobą przez pierwsze kilka miesięcy, spędzali wtedy większość wolnego czasu w swoim towarzystwie, to była naprawdę przepiękna przyjaźń, która bardzo szybko ewoluowała w coś zupełnie innego, nie można im było jednak zarzucić, że nie mieli zdrowych podstaw, czyż nie? Zasłużyli na swoje zaufanie, to nie wzięło się znikąd, całkiem naturalnie jednak przyszłam im zmiana, szybko sięgnęli po coś więcej, bo po co się ograniczać.

Nigdy nie przychodziło im łatwo trzymanie się jednej wersji, znaczy właściwie to chyba od samego początku czuli, że to nie będzie tylko przyjaźń, jak mogłaby być? Na przyjaciela nie patrzyło się w ten sposób, nie zawieszało się wzroku na długie minuty, chcąc dostrzeć każdą drobną zmianę w jego spojrzeniu, nie myślało się o tym, jak bardzo chciała poczuć pod opuszkami palców ciepło jego skóry. To zdecydowanie nigdy nie miało mieć racji bytu, a teraz chyba znowu zupełnie przypadkowo wkroczyli w tę narrację.

- Słońce, ja zawsze jestem gotowa na wszystko. - Bardzo dobrze przecież zdawał sobie z tego sprawę, kto jak kto, ale ona nie miałaby z tym najmniejszego problemu. Wydawało jej się jednak, że Roise po prostu wyrósł z pewnych rzeczy i nie chciał wracać do tego, co robił w młodości.

- Może powinnam trochę bardziej pociągnąć Corio za język, bo teraz to jeszcze bardziej jestem ciekawa. - Młodość rządziła się swoimi prawami, oczywiście, nie miała więc nic złego na myśli. Poznała jednak Roisa bliżej, kiedy był już trochę starszy, podejrzewała, że w młodości faktycznie mógł być bardzo ciekawym osobnikiem, może wypadałoby nadrobić braki? Nie wątpiła, że dałoby się to wyciągnąć z Corneliusa, może najpierw musiałaby wlać w niego odpowiednią ilość alkoholu, ale nie dało się ukryć, że ich przyjaciel uwielbiał mówić, więc na pewno byłoby to możliwe.

- Wyjątkowo, a jakże. To słowo idealnie pasuje do wszystkiego co robimy. - Nie mogła się powstrzymać przed tym komentarzem, chociaż dostrzegała absurd tej całej sytuacji. Znowu zmienili narrację, byli dla siebie całkiem mili, grzeczni, zachowywali się, jakby wcale nie czekała na nich ta cała sterta tematów, które wymagały poruszenia. Znowu to sobie robili, czy świadomie? Nie była tego pewna. To nie do końca było przecież dla nich naturalne, a ponownie weszli w te role razem. Dystansowali się od siebie, ale nie ucinali całkowicie tej relacji.

Nie chciała jednak psuć tej całkiem miłej atmosfery, nie zamierzała wracać do nocnej rozmowy, jeszcze nie teraz. Powinni to zrobić, ale na pewno znajdzie się ku temu opowiednia okazja, jaka? Nie miała pojęcia, czy naprawdę istniała okazja, która nadawałaby się do tego, żeby znowu powiedzieli sobie, że muszą się trzymać od siebie z daleka? Zdecydowanie nie chciała tego robić, nie w tej chwili.

Zresztą czuła, że to nie zdarzy się szybko, bo właśnie mieli kolejny, nowy, wspólny problem, którym był jej młodszy brat. Jeszcze w sierpniu kazała mu się od tego trzymać z daleka, teraz nie miała nic przeciwko temu, żeby Ambroise pomógł jej go ogarnąć. Bardzo szybko zmieniła zdanie na temat trzymania go na dystans. Spowodowane było to oczywiście tym wszystkim, co ostatnio razem przeżyli, a było tego sporo, dużo też się dowiedziała, zaczęła otwierać oczy, dostrzegać więcej.

- Nie szkoda Ci Twojego wolnego czasu na załatwianie moich spraw? To będzie kolejny raz... - Zresztą pamiętała, że Ambroise bardzo rzadko brał urlop, spędził z nią tydzień czasu w Whitby, a teraz miał marnować kolejne, wolne dni (być może wynikające z grafiku) na zajmowanie się jej problemami. Na pewno miał do załatwienia jakieś swoje sprawy, przecież wiedziała, że nie wycofał się ze swojej działalności na Nokturnie, do tego też potrzebował czasu.

- Wolałabym przy nim być. - Nie chciała na niego tego zrzucać, była gotowa stawić czoła konsekwencjom swoich czynów. Nie byłby to zresztą pierwszy raz, kiedy narazi się na wkurzenie brata, sporo ostatnio razem przeżyli, i nie były to same przyjemne chwile. Jego wampiryzm trochę komplikował ich relację, ale naprawdę starała się zrozumieć wszystkie potrzeby Astarotha, mimo, że nie miała w tym szczególnego doświadczenia.

Zmrużyła oczy, gdy wspomniał o tym, że to miał być dom ciotki Corneliusa. W sumie, nikt by się o tym nie dowiedział poza nimi i Corio. To nie było takie złe rozwiązanie, tylko jak niby mieliby go pilnować w tych górach? Nie mogli sobie pozwolić na spędzenie tam dłuższego czasu, a nie chciała też zamykać brata w jednym pomieszczeniu pod kluczem. Nie sądziła, że długo tam wytrzyma. Zabezpieczenie całego domu zapewne też zajęłoby sporo czasu. Nie do końca jeszcze była sobie to w stanie zwizualizować.

- Tylko on będzie potrzebował niańki, dwadzieścia cztery na dobę, czy powinnam mu jakąś zorganizować? Nie można go zostawić z kimś obcym. - Zdecydowanie nie do końca wiedziała, w jaki sposób powinni to zorganizować.

- Nie będziemy tam przecież siedzieć na zmianę. - No, jeszcze tego brakowało, żeby Ambroise spędzał swój wolny czas na pilnowaniu jej młodszego brata.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
05.03.2025, 15:19  ✶  
To nie był dobry pomysł. Nie teraz, nie przy ich stosunkach, nie w tej sytuacji. Zrozumiał to wyjątkowo szybko, mimo to nie mogąc powstrzymać się przed tym intensywnym spojrzeniem, jakie przez dłuższą chwilę posyłał Geraldine, świdrując ją wzrokiem. Nie mógł go odwrócić. Wtedy niechybnie przesunąłby je w niewłaściwy sposób. Znał się, doskonale wiedział, co by zrobił. To nie był dobry pomysł.
Już teraz mimowolnie przesunął czubkiem języka po górnym rzędzie zębów, rozszerzając powieki. Było blisko. Naprawdę blisko tego, żeby sam się teraz złamał. Nie musiała nawet nic robić. Wystarczyło, że znajdowała się blisko. Dosłownie na wyciągnięcie dłoni, odpowiadając mu spojrzeniem mówiącym może trochę zbyt wiele. Odrobinę za dużo, żeby mogli rywalizować jak po prostu przyjaciele. Nie.
To ona odpuściła. Tym razem była znacznie mądrzejsza od niego. Stłumił rozgoryczone westchnienie. Nie był zły na nią. Za to czuł się coraz bardziej zirytowany na siebie. Sekunda dłużej i rozbierałby ją nie tylko w swojej głowie. Kilka minut i robiłby to nie wyłącznie wzrokiem. Zdawał sobie sprawę z tego, że by mu na to pozwoliła. Zareagowałaby równie porywczo. Bez chwili zastanowienia.
A przecież obecnie się przyjaźnili, tak?
- Czy ja wiem, czy niestety - odparł, obdarzając ją nieokreślonym spojrzeniem.
Nie sądził, aby piła teraz do tego, że zmarnowała na niego najlepsze lata swojej młodości. A poniekąd nie dało się ukryć, że ich wieloletni związek powinien w raczej płynny sposób dążyć do jednego. Tego, co nie nadeszło. Obecnie oboje byli już na pograniczu bycia uznawanymi za starych w kategorii ożenku czy zamążpójścia. W przypadku Geraldine było to znacznie cięższe, bo dochodziła do tego kwestia zakładania rodziny, czyż nie? Kobiety miały tu zdecydowanie ciężej.
A jednak nie chciał tego sprowadzać do czegoś tak ponurego. Nie teraz. Nie kiedykolwiek. Ta kwestia już między nimi padła. Już kiedyś się o to pokłócili. Obecnie raczej wolał zachować ten lekki ton rozmowy niż przyznawać dziewczynie rację i napomykać o tym, że zdawał sobie sprawę z tego, że zmarnował jej życie. Że tego żałował. Nie chciał być aż tak zgorzkniały. Wybrał inną drogę. Bardziej zgodną z tym, co faktycznie sądził, choć może trochę nie pasującą do swojej salonowej narracji.
- Fascynacja płynąca z prowadzania się z gówniarami minęła mi mniej więcej w okolicach rozpoczęcia stażu, wiesz - stwierdził zamiast tego, kwitując to wzruszeniem ramion. - To słaba zagrywka, żeby się dowartościować - tak, zdecydowanie miał tu swoją opinię popartą obserwacjami czynionymi wśród towarzystwa.
Tego, które dzieliło się na różne kategorie zachowań. Branie sobie coraz młodszych dziewcząt aż do momentu, kiedy z powodzeniem mogły być córkami czy co gorsza nawet wnuczkami było na swój sposób żenujące. Tym bardziej, że takie panny zazwyczaj nie miały zbyt wiele w głowie. I to nie zawsze z własnej winy. Po prostu nic nie przeżyły.
Nie dało się z nimi rozmawiać, ale nie o rozmowy zazwyczaj chodziło ich misiaczkom, prawda? No, tak czy siak było to trochę żenujące.
Choć ich relacja też miewała takie momenty. Tyle tylko, że wtedy oboje nie zachowywali się zbyt dojrzale, czego wcale nie zamierzał teraz pomijać. Wręcz przeciwnie. Spojrzał na Geraldine, jakby powiedziała coś równie zabawnego, co absurdalnego, nawet nie tłumiąc parsknięcia.
- Żarliśmy się - przypomniał uprzejmie. - Nie trawiliśmy się znacznie mocniej niż kiedykolwiek w szkole, choć fakt faktem, w szkole nie chciałem cię - urwał, wbijając w nią znaczące spojrzenie, ale nie kończąc zdania; to nie byłoby obecnie wskazane, skoro mówili o przyjaźni, prawda? - A w tamtym momencie pewnie prędzej czy później pozostałoby nam albo to, albo sam nie wiem - bo mimo wszystko nie sądził, aby mogli się pobić.
To była domena Aloysiusa, ewidentnie. Nie Ambroisa, który raczej nie uciekał się do szarpanin z kobietami, o ile nie widział ku temu potrzeby dyktowanej obroną własnego czy cudzego życia. W innym przypadku raczej stosował alternatywne sposoby dla bójek z płcią przeciwną. Zresztą pokazywał to przez lata, praktycznie aż do zeszłego tygodnia, odmawiając tych wszystkich sparingów i fizycznych starć treningowych.
Nie sądził, by ich potrzebowali. Nie w tym rodzaju, nie w tym celu, mogąc dać się sobie ponieść w znacznie przyjemniejszy sposób. Zdecydowanie lepszy od wpierdolu. Tu już zdecydowanie nie miał żadnych oporów, aby spełniać te wszystkie życzenia.
Aż do teraz. Teraz wszystko się zmieniło. Trzymali dystans. Mówili o tej przeklętej przyjaźni, nawet jeśli zaledwie kilka dni bardzo szybko stwierdzili, że to nie może działać. Nie w ich przypadku. To zawsze miało być skazane na porażkę. Tym bardziej, że już kiedyś przekroczyli tę granicę. Wiedzieli o tym jak mogło wyglądać życie. Byli otwarci w tym, co ich ze sobą łączyło.
Znów komplikowali sytuację, ale co innego mieli robić? Nie wiedział.
- Wiem - odpowiedział, tym razem jednak unosząc kąciki ust w nieznacznym uśmiechu. - Mam ci życzyć powodzenia? Czy raczej poprosić o zdanie mi relacji z tego, co ci powie - bo tak, nie miał wątpliwości, że Cornelius wszystko by wypaplał - żebym wiedział jak bardzo mam go skrzywdzić? - A może powinien rozważyć obie opcje?
Prawdopodobnie tak, bo tak jak oni byli wyjątkowi we wszystkim, co robili. Tak i Lestrange był wyjątkową paplą, zwłaszcza po wypiciu odrobiny zbyt dużej ilości alkoholu. Cóż, przynajmniej nie robił tego aż tak często. Jeszcze tego by im brakowało.
Wystarczyło, że ewidentnie mieli problem z piciem kogoś innego. Równie bliskiego. Kurwa.
- Daj spokój - w pierwszej chwili niemal zbył ją machnięciem ręki, sprowadzając odpowiedź wyłącznie do tych banalnych słów, ale gdy tylko to zrobił, coś zdecydowanie zarezonowało w jego wnętrzu.
W bardzo niewłaściwy sposób. W końcu mówili o czymś poważnym. Cholernie trudnym. Ciężkim dla Geraldine, ciężkim dla Astarotha. On sam zdecydowanie nie powinien zachowywać się teraz jak ktoś, kto robił komukolwiek łaskę. Ani jak ktoś, czyje widzimisię nie miało żadnych podstaw poza tymi, że Rina wytknęła mu bycie chujowym uzdrowicielem.
Oczywiście, że nie zamierzał mówić dziewczynie, że planował zrobić to ze względu na nią. Nie był głupi. Być może miotał się to w jedną, to w drugą stronę. Był zagubiony w tym jak wyglądała ich relacja. Na co mogli sobie jeszcze pozwolić. A jednak nie zamierzał jednocześnie deklarować brania na siebie części odpowiedzialności z jej barków i mówić, że nigdy tego nie robił.
Zamiast tego wybrał jeszcze bardziej chujową odpowiedź. Nie sprowadzając też Yaxleya do roli pacjenta, bo wtedy wróciliby do punktu wyjścia i wysrania Greengrassowi tego, że był chujowym uzdrowicielem. Co to, to nie. Poleciał nisko, za to nad wyraz pompatycznie.
- Wiele lat byliśmy rodziną. Jeśli nie przeznaczyłbym kilkudziesięciu godzin życia na to, żeby mu pomóc, kim bym był? - Odparł bardzo spokojnie, wbijając wzrok w twarz dziewczyny i kiwając do siebie głową. - Mam wobec niego takie same zobowiązania jak w stosunku do innych - nie musiał dodawać, jakich innych, prawda?
Tak samo jak nie potrzebował wspominać o tym, w jaki sposób kształtowało się jego podejście dotyczące rodziny. Nie potrzebowali poruszać teraz tego tematu. Nie było im to w niczym potrzebne. Sprawiłoby wyłącznie, że ponownie mogliby się zranić albo pokłócić. Zaś fakty i tak pozostałyby faktami.
To nigdy nie był dla niego zwykły romans. Nigdy nie traktował ich związku jak czegoś, co miało znaleźć się w tym miejscu, w którym teraz byli. Wchodząc w relację z Yaxleyówną, wszedł w relację z całą jej rodziną. W tym z matką z wyjątkowo znienawidzonego przez niego rodu, co po prostu zignorował, uznając ją za swoją przyszłą teściową.
Nie, nie oczekiwałby od Geraldine tego samego. Nie zakładałby, że dziewczyna włączy się w sprawę, gdyby chodziło o Roselyn, ale sam nie zamierzał stać z boku. Już nie. Nawet jeśli mieli z Astarothem bardzo ostrą ponowną interakcję, nawet jeśli wtedy niemal się pozabijali. Mimo wszystko czuł się odpowiedzialny za to, co się stało. Na swój pokrętny sposób. W końcu jego też porzucił. Miał tego świadomość.
Najmniejszym, co mógł zrobić było wsparcie tych dwojga w zakresie rozwiązania sytuacji, w której faktycznie mógł coś zrobić. Mógł być pomocą. Naprostować część syfu, później się wycofać. Tym razem rzeczywiście po raz ostatni.
- Właśnie o to chodzi, nie? - Rzucił być może ciężko i mało entuzjastycznie, ale bez wahania. - Abstrahując od tego, że to byłoby dla dzieciaka upokarzające - stwierdził powoli, bo przecież kto jak kto, ale on doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak można było czuć się z myślą o tym, że ktoś zupełnie spoza otoczenia miałby być świadkiem najsłabszych chwil.
W jego przypadku uniknął podobnych sytuacji, ale nawet sama myśl o istnieniu tej możliwości przyprawiała go o ciarki na kręgosłupie. Nie, nie zrobiłby czegoś takiego Astarothowi. Mogli za sobą obecnie nie przepadać, jednak nie zmieniało to faktu, że chłopak nie zasłużył na podobną formę upokorzenia. Niezależnie od tego, kim byłaby ta niańka, wzięcie kogoś spoza zaufanego kręgu nie wchodziło w grę w oczach Ambroisa.
Zamierzał być adwokatem przeciwko takiemu rozwiązaniu, więc potrzebował wyjść z inną opcją. Potrzebowali czegoś, co sprawdziłoby się zamiast tego kolejnego człowieka. Czegoś prostego, nie generującego zbyt wielu kłopotów a jednocześnie na tyle stabilnego, że Yaxley nie byłby w stanie zwiać im gdzieś pomiędzy jedną a drugą wartą. Być może pobyt w górach mógł utrudnić mu całkowitą ucieczkę, ale gdyby udało mu się teleportować, szukanie wiatru w polu nie wchodziło w grę. Musieli zresztą zadbać o zabranie mu różdżki i inne średnio przyjemne elementy.
- Nie wierzę, że to mówię - naprawdę nieczęsto zdarzało mu się korzystać z takiego wstępu do wypowiedzi, jednak w tym wypadku było to wręcz wyjątkowo wskazane - ale zapięczętujemy go w domu. To jedyna rozsądna opcja, jeśli nie chcemy angażować w to niańki z zewnątrz - stwierdził po chwili namysłu, mimowolnie uderzając opuszkami palców o swoje spodnie. - A potem będziemy z nim siedzieć dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zmianowo - tak, powtórzył słowa Geraldine, nadając im jednak zupełnie inne brzmienie niż zrobiła to jego dziewczyna.
Twierdzące. Zdecydowane. Raczej nie pozostawiające zbyt wiele do domysłów. Jeśli już mieli to wspólnie zrobić, Ambroise nie zamierzał uznawać ani półśrodków, ani minimalizować swojego udziału w całym procesie doprowadzania Astarotha do porządku. Był gotowy znieść te wszystkie niedogodności. Nie pierwszy i nie ostatni raz jechałby na oparach, czyż nie? Miewał swoje momenty. Wyglądało na to, że to była chwila na jeden z nich.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
05.03.2025, 23:50  ✶  

Nie miała pojęcia, kiedy ponownie znaleźli się na stopie przyjacielskiej. Nie ustalili tego, to wydarzyło się samo z siebie, zupełnie znienacka. Najpierw kłócili się na dachu szpitala, rozstawali po raz kolejny, a teraz stali w tym parku wpatrując się w siebie bardzo intensywnie, a przy okazji próbowali być dla siebie tylko i wyłącznie przyjaciółmi. To było nieprzemyślane, a jakże, zupełnie nienaturalne, szczególnie, kiedy znajdowali się tak blisko siebie, zdecydowanie zbyt blisko. Gdyby dali sobie kilka sekund pewnie ponownie przekroczyliby tę niewidzialną granicę. Nie miała ku temu najmniejszych wątpliwości. Tak już przecież z nimi było. Nie umieli zamykać się w tej strefie przyjaźni, ona nigdy nie była dla nich stworzona, to zawsze musiało być coś więcej. Wystarczyłoby, żeby dotknęła opuszkami palców jego policzka, poczuła pod nimi ciepło skóry mężczyzny, a na pewno byłaby stracona. Jakimś cudem jednak udało jej się mrugnąć, przerwać to intensywne spojrzenie, które mogło ponownie poprowadzić ich ku zapomnieniu.

- Wiesz, każdy, kolejny rok życia zbliża nas ku zasłonie. - Dodała marszcząc przy tym nos. Nie, żeby uważała się za szczególnie starą, chociaż w oczach wielu mogła właśnie tak się malować. Przekroczyła wiek mile widziany u samotnej kobiety, zdecydowanie nie łapała się w typowe dla czystokrwistych standardy. Pewnie dlatego tak chętnie plotkowano o jej sprawach sercowych, chociaż właściwie nie było o czym opowiadać. Tylko raz w swoim życiu znajdowała się na takim etapie, że w ogóle przeszło jej przez myśl to, że mogła się ustatkować. Nic z tego nie wyszło, więc nie zamierzała tego powtarzać. Zresztą była tylko jedna, jedyna osoba z którą zdecydowałaby się wejść w coś takiego, stała właśnie na przeciwko niej, ale wiedziała, że to nie będzie możliwe. Nie było im pisane szczęśliwe zakończenie, chociaż kiedyś myślała inaczej. Musiała się z tym pogodzić, tyle.

- To bardzo dawno temu. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo, bo w sumie to wcale nie musiała tego wiedzieć. Nie słyszała o tym, aby z kimś się prowadzał przez ostatnie dwa lata, nie pytała o to, wolała w to nie wnikać, bo pewnie odrobinę by ją to zabolało, co było hipokryzją, bo przecież Geraldine też szukała zapomnienia w ramionach innych mężczyzn.

- Zgadzam się, zresztą bardzo łatwo jest sobie owinąć wokół palca taką gówniarę, sięganie po takie zagrywki świadczy tylko o samym zainteresowanym. - Znowu nie miała problemu z tym, aby przyznać mu rację, byli dzisiaj wyjątkowo ugodowi i zgodni, jak przystało na prawdziwych przyjaciół.

- Tak, żarliśmy się, ale czy ja wiem, czy wtedy faktycznie Cię, aż tak bardzo nie trawiłam... - Oczywiście, że nie wyparła z pamięci i tego etapu ich znajomości. Wkurwił ją wtedy dość mocno, bo ugryzł rękę, którą do niego wyciągnęła, wzgardził jej wsparciem, a nie znosiła takich sytuacji. Nie zmieniało to faktu, że nadal wzbudzał jej zainteresowanie, na jakim etapie znajomości by nie byli to zawsze łączyły ich bardzo silne emocje. - To by źle o Tobie świadczyło, gdybyś w szkole chciał mnie... - Była przecież dzieciakiem, kiedy go poznała. Z czasem jednak ta drobna różnica wieku przestała mieć znaczenie. - albo mogłabym Cię pobić? To też jest jakaś metoda. - Oczywiście, że byłaby skłonna po nią sięgnąć, może i Roise nie - zdecydowanie miał swoje zasady, ale Yaxleyówna przekraczała wszelkie granice przyzwoitości i od zawsze rzucała się z łapami do typów, którzy nadepnęli jej na odcisk.

Ambroise jednak wcale nie wkurwiał jej, aż tak bardzo, żeby sięgała po przemoc, na żadnym etapie ich wspólnej, poplątanej egzystencji na tym świecie. Zresztą właśnie skupiali się na tym, jakimi to nie byli wspaniałymi przyjaciółmi, nie mogła w to uwierzyć. Kolejna zmiana narracji, bo przecież ledwie kilka dni temu wspominali o tym, że to nie przejdzie.

- Nie podpierdalam kolegów, podejrzewam, że życzenie powodzenia nie będzie tu potrzebne, a butelka dobrej whisky. - Znali Corneliusa, wiedzieli, jak się z nim obchodzić, tak naprawdę to nie wydawało jej się być szczególnie trudnym zadaniem. Nie miała pojęcia, dlaczego jak do tej pory tego nie zrobiła, a teraz Roise sam jej to podsunął.

Dosyć szybko jednak przeszli do mniej przyjemnego, aczkolwiek chyba bardziej istotnego problemu. Musiała to ogarnąć, bo przecież Astaroth był dla niej ważny, był jej młodszym bratem, niedawna rozmowa z nim nieco ją przeraziła, niby miała już pewne doświadczenie z ćpunami, ale wolała o nim nie myśleć, zdecydowanie inaczej widziała los swojego brata.

Trochę ją ukuło to, kiedy wspomniał o tym, że byli rodziną, bo to oznaczało, że to już było za nimi, jednak nie chciała się na tym skupiać. Kiwnęła jedynie głową, bo docierał do niej sens jego słów. Kiedyś naprawdę mogli mieć wszystko, aktualnie zbliżały ich do siebie głównie problemy, to było okropnie przykre, ale chyba nie mogli nic z tym zrobić.

- Jeśli faktycznie nie będzie to dla Ciebie problemem, to nie widzę przeszkód, żebyś mi pomógł. - Jeszcze nieco ponad tydzień temu takie słowa nie padłyby z jej ust, próbowałaby go trzymać z daleka od swoich spraw i na siłę udowadniać, że jest w stanie poradzić sobie sama ze wszystkim. Teraz? Nieco się zmieniło. Ostatnio nic nie szło po jej myśli, czuła, że zawodzi na wszystkich możliwych płaszczyznach więc nie wzgardziła wsparciem, szczególnie, że Ambroise miał doświadczenie w takich sprawach.

- Tak, o to chodzi. - Zdawała sobie z tego sprawę, tylko póki co nie do końca potrafiła sobie to wyobrazić. Nigdy jeszcze nie robiła czegoś podobnego, to była dla niej nowość. Zastanawiała się, jak w ogóle wyciągną go z jej mieszkania, skoro ostatnio urządził sobie w nim swoją przytulną jaskinię i najwyraźniej w ogóle jej nie opuszczał.

- Nie chcę mieszać w to nikogo obcego. - Nie powinna robić tego bratu, zresztą nie chciała, aby informacje o jego stanie doszły do niepowołanych osób. Zależało jej na tym, aby nikt się nie dowiedział, co się aktualnie z nim działo.

Mrugnęła dwa razy, dosyć szybko kiedy Roise wspomniał o pieczętowaniu. Jasne był to jakiś pomysł, dosyć drastyczny, ale może jednak konieczny? Przynajmniej będą mieli pewność, że nie opuści tego domu. To miało sens, chociaż brzmiało naprawdę chujowo.

- Jest to jakaś opcja, całkiem rozsądna. - Nie miała zamiaru negować tego pomysłu, nie gdy wydawał się być jedynym właściwym i mającym sens. - Jaka jest pewność, że nas nie zabije? Musimy mieć na uwadze to, że on jest wampirem, nie wiem, czy jedna osoba to nie za mało, sam wiesz, że nie do końca nad sobą panuje, a do tego będzie odstawiał eliksiry. - Co wiązało się z tym, że osoba, która będzie znajdowała się z nim w zamknięciu będzie ryzykowała utratą życia. Nie ma się co oszukiwać, jej brat był bestią, która mogła skrzywdzić każdego, szczególnie gdy będzie rozjuszony.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
06.03.2025, 01:32  ✶  
Zamrugał parokrotnie, odwracając wzrok od Geraldine, gdy przerwała ich interakcję. Niemal znów to sobie zrobili. Mimowolnie coraz bardziej się zapędzali. To nie było zdrowe. Nie powinni się do tego doprowadzać. Nie teraz. Nie nigdy.
- I to ja tu jestem pesymistą - skwitował mimo wszystko, próbując nadać tym słowom całkiem lekki i swobodny wydźwięk.
Nawet jeśli bez wątpienia było w nich naprawdę dużo prawdy. Nie byli i nie mieli być już młodsi. Ich czas już minął, pozostało po nim coś nieokreślonego. Pył, popiół i ruina. Fragmenty obietnic i wspomnień. Na tym nie dało się odbudować domu, nawet jeśli momentami zachowywali się tak, jakby o tym zapomnieli.
Prawda była taka, że on nie chciał innego domu. Nigdy. Z nikim innym. Nawet nie próbował tego zmienić.
- W istocie - przytaknął w odpowiedzi, unosząc kącik ust. - Zawsze wolałem wyzwania. Nie pytam, jak to o mnie świadczy - z uprzejmości mogła go za to nie obdarzyć żadnymi uszczypliwościami, szczególnie jeśli tak bardzo się dziś ze sobą zgadzali, ale mimo wszystko spodziewał się jakiejś kreatywnej opinii.
Czy tam oceny. Oceny też się spodziewał.
- Pozerka? - Niemal od razu wymownie uniósł brwi, wypuszczając powietrze nosem, przez co cicho prychnął.
Oczywiście, że nie chodziło mu tutaj o to, żeby nazywać Geraldine w taki sposób. Zdecydowanie mówił o tym wszystkim, co wtedy odstawiali. O byciu wręcz tak ostentacyjnie wrogimi, że w perspektywie czasu musiało to wyglądać przekonująco wyłącznie dla nich. Wbrew pozorom trudno było bowiem ukryć swój realny stosunek do tej drugiej osoby a w ich przypadku chyba nigdy nie było między nimi prawdziwej nienawiści. Nawet przez ostatnie półtora roku.
- Zresztą już to kiedyś ustaliliśmy, nie? - O tym też wcale nie musiał przypominać, ale ta myśl po prostu odrobinę zbyt mocno go rozbawiła, żeby o niej nie napomknął.
Zdecydowanie był to moment, kiedy chyba jedyny raz w życiu więcej szczekał niż był w stanie użreć. Dziamdział, zachowywał się bardzo teatralnie, poświęcał naprawdę dużo czasu na stwarzanie pozorów kogoś, kto wyjątkowo mocno jej nie lubił. Ale prawda była taka, jaką głosiła ją teraz Geraldine: nigdy nie było do końca tak, by całkowicie jej nie trawił. Po prostu robił wokół tego stanowczo zbyt wiele szumu jak na fakt, że naprawdę nie przesadzał, gdy mówił, że prędzej niż później i tak musieliby się ogarnąć.
Nienawiść nie była im pisana. Nawet w tym wszystkim, co się między nimi popsuło. Przy stosunkach, jakie mieli latem zanim zaczęli wyjaśniać sobie te wszystkie rzeczy i utknęli w mentalnym piekiełku. Już nie osobno a razem. Bowiem czyśćcem zdecydowanie to nie było, skoro nie mogli odkupić swoich win. To była otchłań pełna popiołów i duszącego dymu.
Nie żar jak między czerwcem a początkiem września. W Hogwarcie czy w tamtym niechlubnym okresie między początkami nawiązywania więzi a niemal otwartą wojną. Z tamtych stanów mogli spróbować pójść dalej. Z tego? Nie sądził, aby mogli to zrobić.
Nie byli przyjaciółmi. Nigdy nie mieli być nimi bez tej całej reszty pakietu. Sojusznikami również nie mogli być. Nie wrogami. Nie parą. Nie kochankami, bowiem to byłoby zbyt dużą i zupełnie bezsensowną degradacją. Więc kim? Nie zachowywali się, jakby zamierzali być dla siebie obcy.
- Po szkole - kiwnął głową z błyskiem w oku, odrobinę się przy tym zapominając. - I tak nam to trochę zajęło, ale po szkole już bez wahania - tak, pewnie nie powinien tego mówić, bo do niczego to nie prowadziło, ale przecież takie były fakty.
Lgnęli do siebie nawzajem. Ciągnęło ich ku sobie nawet teraz w tej chwili. Nie mieli problemów z przekraczaniem granic, gdy już raz to zrobili. Za to z cofaniem się do poprzednich układów już tak. To było duszące. Męczące, choć przecież potrzebne. Konieczne, żeby byli w stanie spędzić obok siebie jeszcze trochę czasu. W jego oczach tym razem na określaniu reguł gry na nowo i na odbudowywaniu zatartych granic.
Jeśli nie byli w stanie udźwignąć ciężaru powolnego pożegnania w ten bliski sposób, bo zbyt mocno zatracali się przy tym w łączących ich uczuciach. Jeżeli nie potrafili twardo zerwać swojej więzi i rozstać się z minuty na minutę. To może powinni stopniowo budować ten dystans, zaczynając od unikania ulegania odruchom i pragnieniom?
Ta, jasne. Z pewnością miało im to wiele dać. Już teraz czuł się nie na miejscu z tym wszystkim, co robili. Z niemożnością wsunięcia palców we włosy dziewczyny i przyciągnięcia jej do siebie, żeby ją pocałować. Robienia planów wykraczających poza śniadaniowe zakupy i odpoczynek. Otwartego mówienia o potrzebach, nawet tych najbardziej specyficznych, banalnych czy pokręconych. O myślach i wnioskach. O tym wszystkim, na co obecnie coraz mniej sobie pozwalali.
Choć nadal miewali swoje przebłyski.
- Naprawdę wolałabyś mnie pobić niż przelecieć? - To zdecydowanie był jeden z tych momentów, bowiem Ambroise nie zastanawiał się ani minuty nad zadaniem tego pytania.
Nad zamruganiem kilka razy i wbiciem w nią powątpiewającego, ale całkiem rozbawionego spojrzenia, powoli wyginając wargi w sceptycznym uśmiechu. Musiałaby być prawdziwym ewenementem, nie sobą, żeby dokonać takiego wyboru. Zwłaszcza w obliczu tego, w jaki sposób przez lata wyglądało ich życie nie tylko łóżkowe.
To, którego już chyba nie powinni zbyt często wspominać, nawet jeśli zaledwie dzień wcześniej bez skrępowania sycili się swoją bliską obecnością. Obecnie raczej nie powinni sobie tego robić, prawda? Zamiast tego robiąc sobie pakiet zupełnie innych, znacznie gorszych rzeczy. Może nie tak złych jak podczas tej kłótni na dachu szpitala, ale wciąż raczej z gatunku tych, których nigdy by od nich nie chciał.
Tyle tylko, że chyba żadne z nich wolało nie mieć teraz zbyt wiele do powiedzenia w tym temacie, byleby tylko znowu się nie pokłócić. Byli w tym naprawdę wyjątkowi. Stosowali coraz szerszą spychologię. Bardziej ostentacyjną. Zamiatali brudy pod dywan, rozmawiając na zupełnie inne tematy, bo tak było lepiej. Chuja było a nie lepiej.
A jednak dalej w to brnął. Ba. Sam to inicjował.
- To musi być co najmniej Macallan tak stary jak on - odpowiedział całkiem poważnie, bo skoro już dawał Geraldine potencjalne haki na siebie to mógł chociaż robić to z pełną dedykacją.
Tak. Zupełnie tak, jakby mieli możliwość w przyszłości spędzić ze sobą na tyle dużo czasu, żeby faktycznie spróbowała to zrobić. Tak, jakby mogli wrócić do przeszłości. Być...
...rodziną...
...choć przecież już to powiedział, tak?
Nie mogli już nią być. Nie po tym wszystkim, co się stało. Nie przy tym, czego już między nimi nie było. Nawet jeśli starał się nie podchodzić do tego z goryczą i żalem, dla niego też to nie było tak proste jak mogłoby się zdawać z zewnątrz. Ale przecież miała tego świadomość, prawda? Nie musiał odwracać spojrzenia, gdy o tym mówił. Musiał wyłącznie stłumić to wrażenie duszności i ciężkości narastające mu w piersi.
To nie był ich dramat. Nie do końca. Tym razem chodziło o kogoś innego, kto był z nimi związany, ale nie o ich dwuosobowy teatr. Nie mogli robić z tego własnej tragedii. No, być może ona miała do tego częściowe prawo. Ambroise już nie. Mógł się zaangażować, jednak dokładnie w ten sposób, w jaki to teraz określił. Z trudem, ale wciąż.
Kiedyś byli rodziną.
Mieli szanse być nią w każdy możliwy sposób, ale zmarnowali ją. Ich czas przeminął. Ten rozdział powinien być zakończony, nawet jeśli w ostatnich dniach otwierali go raz za razem. Raz po raz wracali do tamtych lat, uczuć i emocji. Na kilka chwil poili się ze źródła wspomnień, nie bacząc na to jak gorzki smak miały potem te wspomnienia.
Choć może nie gorzki a słony? Słony od łez, jakie zostały przelane za przeszłością. Wzmagający pragnienie nie do zaspokojenia. Nieważne jak mocno staraliby się napoić. Nie mieli poczuć się właściwie. To było okrutne, ale prawdziwe.
Najlepiej byłoby zatem, gdyby spróbowali skupić się wyłącznie na problemie Astarotha, biorąc te naprzemienne warty, dzięki którym jednocześnie unikaliby spędzania czasu wspólnie.
Tyle tylko, że miała rację mówiąc, że mieli do czynienia nie ze zwykłym człowiekiem wychodzącym z uzależnienia a z wampirem. Krwiożerczym i silnym. Niebezpiecznym, o czym Roise już zdążył przekonać się na własnej skórze. Tak, to było bardziej skomplikowane niż mogło się wydawać. Wymagało znacznie więcej niż dobrych intencji. Potrzebowali uwzględniać wiele różnych czynników w tym równaniu. Połowy prawdopodobnie jeszcze nie odkryli.
Tak. Wysłuchał wszystkiego, co miała mu do powiedzenia. Patrząc na dziewczynę, zdecydowanie wyraźnie jej słuchał, próbując nie dać po sobie poznać tego, co narastało w jego wnętrzu. Ani tego, ani swoich myśli.
Tym razem nie otworzył ust, żeby powiedzieć, że jego kolejne słowa w żaden sposób jej się nie spodobają. Nie zamierzał jej o tym uprzedzać.
- Znam dwie osoby mogące zapieczętować dom. W tym momencie tylko jednej z nich ufam na tyle, żeby wyciągnąć sprawę twojego brata - stwierdził, nie przerywając myśli, żeby nie dać Yaxleyównie czasu na pytania; musiał to po prostu powiedzieć. - Tak się składa, że to jednocześnie jedyna znana mi osoba, poza tobą i mną, która byłaby w stanie rzucić się z gołymi pięściami do pacyfikowania wampira. I nie wydaje mi się, żeby miał coś przeciwko zmianom otoczenia - wiedziała, co zamierzał powiedzieć, czyż nie? - Rookie - uderzył językiem o podniebienie, stwierdzając oczywistość.
Nie był obcą osobą. Nie dla Ambroisa.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
06.03.2025, 10:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2025, 21:58 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Może i to nie było do końca zdrowe, ale przecież całkiem dla nich naturalne. Spoglądali na siebie w ten sposób od zawsze, jak widać pilnowanie się wcale nie było takie proste, kiedy niektóre rzeczy po prostu się działy. Nie mogli przecież kontrolować każdego odruchu, prawda?

- Realistą, tak to chyba nazywasz. - Nie mogła się powstrzymać od tego komentarza, bo przecież Roise zawsze robił to samo. Nie uważał siebie za pesymistę, czy widmowidza, w swoich oczach był właśnie realistą.

Nie dało się nie zauważyć, że czas upływał. Może nie byli jeszcze jakoś szczególnie starzy, ale przecież nie należeli też już do tych najmłodszych. Na szczęście czarodzieje żyli dłużej od zwyczajnych mugoli, więc mieli jeszcze przed sobą wiele lat, chociaż i to nie było pewne, bo przyszło im żyć w dosyć niebezpiecznych czasach, aktualnie wiek nie miał znaczenia. Śmierć mogła nadejść w każdym momencie, zupełnie przypadkowo, zresztą nie musieli daleko szukać. Mieli już doświadczenie z tym związane.

- Nie musisz pytać, myślę, że możesz się spodziewać, jakie mam zdanie na ten temat. - Jasne, mogła sięgnąć po którąś z typowych dla siebie odzywek, tylko po co? Przecież byli dzisiaj dla siebie wyjątkowo uprzejmi i mili, póki się dało rozmawiać ze sobą w ten sposób zamierzała się tego trzymać.

- Przecież wiesz, jak się uprę to potrafię odstawiać całkiem niezłe przedstawienie. - Nie zamierzała udawać, że było inaczej. Wkurzył ją wtedy, co prosiło się o demonstracje tego, jak bardzo go nie lubi i jak mocno zalazł jej na skórę. Był to jeden z momentów, kiedy prezentowała to, jaka potrafi być nieprzyjemna, oczywiście na wyrost. Normalnie zareagowałby zupełnie inaczej, gdyby ktoś faktycznie ją tak bardzo irytował. Umiała całkiem wytwornie utrudniać komuś życie, jeśli zalazł jej za skórę. W jego przypadku nigdy się to nie wydarzyło, mimo, że mieli te swoje momenty. Raczej na wyrost po prostu pokazywała swoją niechęć do jego osoby.

- Tak, kiedyś wszystko mieliśmy ustalone. - To też było prawdą. Nie mieli problemu z tym, aby, ze sobą rozmawiać i wyjaśniać wszystko, co leżało im na wątrobie. Wyjaśniali wszystkie niedopowiedzenia, starali się być ze sobą szczerzy, dzięki czemu wiedzieli na czym stali. To było całkiem zdrowe, w przeciwieństwie do tego, co robili sobie teraz. Powinni pamiętać o tym, w jaki sposób działała ta przyjaźń między nimi, a raczej jak nie działała. Chwytali się chyba wszystkich możliwych opcji, aby spędzić ze sobą kolejną chwilę, jeśli to nie było desperacją, to nie wiedziała, co innego nią było.

- Nie da się ukryć, że to musiało się wydarzyć. - Zdawali sobie z tego sprawę, prędzej, czy później los postanowiłby skrzyżować ich losy na dłużej. Niby nie wierzyła w przeznaczenie, ale w tym wypadku? Czym innym mogło to być jeśli nie właśnie przeznaczeniem?

Zresztą ciągle ich do siebie ciągnęło. Powinni byli odejść, każde w swoją stronę, ale nie było to możliwe, nie dało się tego zrobić w ten sposób. Dawali sobie czas, po raz kolejny, jakby to miało ułatwić im to, co i tak miało się wydarzyć. Oszukiwali się - znowu. Może tym razem utrzymywali ten pozorny dystans, ale czuła, że wystarczy chwila nieuwagi, a wrócą do tego, co przychodziło im naturalnie. Nie mogli tego kontrolować, bo pokazywało ostatnie siedem dni. Chcąc nie chcąc zatracali się w sobie nawzajem, szczególnie, że nie byli aktualnie do końca stabilni po tym, co się wydarzyło.

- Z moją aktualną wiedzą i doświadczeniem? Zdecydowanie przelecieć. Wtedy? Kto wie. - Może nie powinna reagować na to pytanie, mieli się przecież trzymać od siebie z daleka, powinni unikać podobnych tematów, ale najwyraźniej nie dało się tego robić. Odpowiedziała więc całkiem naturalnie, jak przystało na panienkę z dobrego domu, czyż nie?

- Nie spodziewałam się, że będziesz mi to ułatwiał, będę miała na uwadze Twoją sugestię. - Oczywiście, że teraz będzie musiała sprawdzić, czy ten sprytny plan zadziała. Przetestuje to przy najbliższej nadażającej się okazji, może akurat uda jej się wyciągnąć z Corio coś ciekawego.

Nie, żeby sądziła, że te fakty jej się do czegoś przydadzą, bo przecież nie będzie mogła ich użyć przeciwko Greengrassowi, bo przecież to co teraz robili było tylko chwilowe.

Mieli się od siebie odsunąć, ustalili to już, jednak nadal w ich rozmowach pojawiały się te nie do końca logiczne rozważania na temat przyszłości, a przecież nie mieli mieć żadnej wspólnej przyszłości. Ustalili, że wprowadzą dystans, bo bliskość im nie służyła, mieszała w głowach, siała zamęt. Nie potrafili się przy sobie kontrolować, a nie przynosiło im to aktualnie niczego dobrego, skoro nie mogli iść tą jedyną drogą, która wydawała jej się dla nich właściwa.

Wypadałoby, żeby w końcu się zdecydowali na ostateczny krok, tyle, że w ich przypadku wcale nie było to takie proste. Jasne, ten dzień wyglądał zdecydowanie inaczej od wczorajszego, kiedy nie mieli żadnych oporów, aby trwać przy sobie w ten właściwy sposób, ale to niczego nie zmieniało, nie kiedy pragnęli, żeby to co między nimi wyglądało dokładnie tak jak poprzedniego dnia, kiedy faktycznie byli ze sobą blisko. Próbowali działać poprawnie, tylko, czy miało to jakikolwiek sens? To było chwilowe, prędzej, czy później któreś z nich pęknie i byłaby w stanie założyć się, że ta druga strona też postanowi się w tym zatracić, bo przecież już przez to przechodzili. Mieli świadomość, jak to wyglądało.

Rozmowa na temat pieczętowania własnego brata w zupełnie obcym miejscu nie należała do szczególnie przyjemnych. Miała na uwadzę to, że może stać mu się przy tym krzywda, a raczej, że sam może próbować sobie zrobić krzywdę. Był uzależniony, a do tego był młodym wampirem, w tej sytuacji wszystko mogło pójść nie tak i nie zamierzała udawać, że tego nie widzi. To była trudna sytuacja, ale nie zamierzała pozostawić Astarotha samego sobie i pozwolić mu znaleźć się na dnie.

Ambroise zamierzał ją w tym wesprzeć, co miało dużo sensu, zwłaszcza patrząc na jego doświadczenie zawodowe. Nie mogła chyba lepiej trafić, do tego ufała mu jak nikomu innemu, mimo, że tak właściwie to przecież miało ich już nic nie łączyć. To chyba nigdy nie będzie możliwe, zawsze będą dla siebie kimś, nawet jeśli nie będą trwać u swojego boku.

- Moje znajomości się chyba skończyły. - Cóż, mogłaby znowu poszukać, popytać, ale ta sytuacja wymagała kogoś bardzo zaufanego. Wiedziała, że James zajmował się takimi rzeczami, ale pojawił się w ich życiu na krótką chwilę, po czym ponownie spierdolił i zostawił ją z tym całym burdelem samą.

Nie spodziewała się jednak dalszej części jego wypowiedzi. Wpatrywała się w Ambroisa dłuższą chwilę, nie mówiła nic, przynajmniej na początku. Nie dało się nie zauważyć, że bardzo intensywnie myślała. Nie spodobał jej się ten pomysł. No nie. Zwłaszcza przez to, co wydarzyło się dwa dni temu. Typ złapał ich na klatce schodowej i uskuteczniał te swoje dziwne rytuały, tak - widziała, że ma doświadczenie, nie dało się tego nie zauważyć, zwłaszcza, że miała przyjemność to sprawdzić na własnej skórze, ale nie był jej człowiekiem.

Znali się w Hogwarcie, wtedy nawet za nim przepadała, ale to było ponad dziesięć lat temu. Ludzie się zmieniali, co przecież miała już szansę zobaczyć. Typ postanowił porzucić swoją rodzinę i wyjebać za granicę. Ona w tej chwili była skłonna zrobić wszystko po to, aby jej bratu nieżyło się lepiej. Okropnie to ze sobą kontrastowało i z jej sposobem myślenia.

Odchrząknęła po czym w końcu się odezwała. - Rozumiem, że to ma swoje zalety, jedna osoba, dwie wspaniałe cechy których poszukujemy. - Naprawdę starała się mówić całkiem spokojnym tonem, chociaż ten pomysł zupełnie jej się nie podobał. - Ale ja mu nie ufam. - To było chyba pierwszym, całkiem istotnym problemem. - Wkurwił mnie. - Zresztą nie dało się tego nie zauważyć. Miała go teraz prosić o pomoc? Jasne, wiele była w stanie zrobić dla Astarotha... ale to? - Jesteś pewny, że wiesz, czego się można po nim spodziewać? - Zapytała jeszcze, jakby faktycznie rozważała taką możliwość. Ona nie była, zresztą w tej chwili można było uznać ją trochę za hipokrytkę, bo przecież w jej przypadku również tak było, Yaxleyówna robiła rzeczy, które nie były do końca przemyślane, ale ludzie i ufali temu co robi.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
06.03.2025, 13:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2025, 13:57 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Jak śmiesz używać moich własnych zaklęć przeciwko mnie, Yaxley? - Odmruknął, mrużąc oczy w imitacji czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem miało być niebezpiecznym spojrzeniem.
Rzeczywiście wyszło jednak raczej średnio przekonująco, bo tak. Rzeczywiście złapała go na ten realizm. Gubili się w tym, mieszali, mącili sobie coraz bardziej. To nie było realistyczne podejście do życia. W tym momencie wydawało mu się, że jeśli chodziło o ich związek, chyba nigdy go do końca nie mieli. Po prostu płynęli z prądem i przez dłuższy czas to wystarczało.
Oboje byli tak uparci jak to określiła Yaxleyówna. Potrafili naginać rzeczywistość wedle własnego widzimisię. Tym bardziej, gdy jednocześnie mieli skłonność do pomijania niewygodnych elementów. Tak jak wtedy, gdy wynieśli się z Londynu na samym początku magicznej wojny. Jak wtedy, kiedy pozwolili sobie sądzić, że jest im pisane szczęśliwe życie tylko dlatego, że się w nim odnaleźli.
Tak, kiedyś wszystko mieli ustalone. Tyle tylko, że między sobą. Nie ze światem. Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała ich nadzieje. O ile nie podważał tego, że to wszystko między nimi rzeczywiście musiało się wydarzyć, o tyle w tym momencie nie był już taki pewien całej reszty. Może źle zinterpretowali swoją historię? Nie powiedział tego jednak, zamiast tego kolejny raz zbaczając z kursu.
- Godzisz w moje ego - odmruknął, jednocześnie nie do końca potrafiąc powstrzymać się przed tym kolejnym spojrzeniem, jakie posłał w kierunku dziewczyny, gdy wypowiedziała pierwszą część słów.
Znów dryfowali w kierunku całkiem znajomych, ale bardzo niebezpiecznych wód. Rozmowa o takich rzeczach, gdy podświadomie usilnie próbowali udowodnić sobie, że potrafią zachowywać się neutralnie...
...to był zły, bardzo zły pomysł. Szczególnie, że wystarczyło tak naprawdę wyłącznie kilka zdań, aby sprawić, że jego myśli ponownie zaczęły uciekać w stronę robienia rzeczy, które nie przystawały całkowicie platonicznym przyjaciołom. A przecież jakimś cudem nagle przyjmowali właśnie tę narrację, nawet jeśli zaledwie kilka dni temu zdecydowanie i bez namysłu ją wykluczyli.
Wiedzieli, że pękną, prawda? To było chyba najbliższe wszystkiemu, co mogło ich ponownie doprowadzić na skraj. Do podejmowania kolejnych pochopnych decyzji na podstawie emocji, nie racjonalności. Choć co tak właściwie było racjonalne w ich przypadku? Powoli zupełnie przestawał to wiedzieć.
- Widzisz? Spodziewaj się niespodziewanego. Już o tym zapominasz - parsknął cicho pod nosem, starając się utrzymać ton rozmowy na takim poziomie, aby choć trochę uciekli z tego niepewnego gruntu.
Mało im brakowało. Naprawdę mało im brakowało. Rina chyba też to wiedziała. Wydawało mu się, że dostrzegał to w jej postawie. Żadne z nich nie czuło się szczęśliwe, żadnemu z nich nie było komfortowo. A przecież tylko wyszli razem na spacer.
Duszenie się pomiędzy narzuconymi, ale nie do końca ustalonymi ramami raczej nie było najbardziej racjonalne, prawda? Nazywanie się przyjaciółmi i postępowanie jak przyjaciele nie miało ich doprowadzić do niczego dobrego. Ten rodzaj stosunków sprzyjał przekraczaniu granic. Szczególnie, że Ambroise sam nie wiedział, ile z tych przyjacielskich zachowań w istocie zamierzali wprowadzać w życie.
Miał ją całować w policzek? Obejmować, ale nie ściskać? Czy to nie było już za dużo?
Sojusznicy też wcale nie byli lepsi. Z sojuszników też niezmiernie szybko mogli podświadomie skierować się na zupełnie inne tory. Tym bardziej, że w dalszym ciągu nie wyglądało na to, by którekolwiek z nich było w stanie jasno postawić kropkę nad i, określając to, w jaki sposób powinny wyglądać ich dalsze kontakty.
Zamiast tego znów robili kolejne plany wymagające od nich współpracy. Nawet jeśli usiłował wmawiać sobie, że takiej, która nie przymuszała ich do zbyt częstego nawiązywania kontaktu. Poza przelotnym przekazywaniem sobie Astarotha, to przecież wcale nie miało wyglądać w ten sposób. Nie mieli każdego dnia mijać się w drzwiach. Miał luki między dyżurami, ona też pewnie nie zamierzała pracować przez cały czas, jaki on spędzałby w domu.
Nawet w obliczu życia w ten sposób przez tydzień, góra dwa, mieli mieć stanowczo zbyt wiele okazji do tego, żeby pęknąć. Długich nocy w gościnnych pokojach, choćby w przeciwległych krańcach budynku czy na innych piętrach. Coraz ciemniejszych wieczorów aż proszących się o palenie w kominku. Całego wachlarza sytuacji...
...szczególnie, jeśli zajmowaliby się tym wyłącznie we dwoje. Trzecia osoba rzeczywiście była im potrzebna. Czy to dla ochrony, czy to dla ochrony. I tak się składało, że Roise znał tylko jedną, która mogła się nadać.
Wiedział, że Geraldine się to nie spodoba. Spodziewał się dosłownie każdego słowa, jakie padło z jej ust. Był na to przygotowany, szczególnie że na ten moment nie widział innej opcji.
- Tak - odpowiedział praktycznie od razu, całkowicie bez zawahania, nawet nie mrugając.
Jeśli mogłaby mieć jakiekolwiek wątpliwości, co do pewności tkwiącej w jego słowach, w tym momencie raczej nie powinna ich już mieć. Oczywiście, wolałby po prostu przyjąć ten punkt widzenia i nie dodawać nic więcej, bo zdecydowanie nie chciał zbyt mocno zagłębiać się w meandry jego relacji z Loysem, gdy sam nie do końca wiedział, na czym obecnie stoją. Istotne było to, że wiedział, że mogą sobie ufać. A jednak nie sądził, aby to mogło wystarczyć.
- Rozumiem, że mu nie ufasz. Masz ku temu powody - zaczął, kiwając głową.
Przez cały czas spoglądając prosto na Geraldine, starał się sformułować swoje myśli w taki sposób, aby nie wywołać u niej narastającego oporu wobec tego nomen omen trudnego tematu. Nie sądził, aby mieli jakiekolwiek inne możliwości. Zaangażowanie przyjaciela w kolejną ze spraw wydawało mu się najsensowniejszym rozwiązaniem. W innym wypadku mogliby mieć trudność z udźwignięciem wszystkiego we dwoje. A inni? Kto jeszcze mógłby chcieć podjąć się podobnego kurewsko niebezpiecznego zajęcia? Komu innemu mogli zaufać w tym zakresie?
- Nie jestem w stanie wziąć kolejnego urlopu. Nie teraz. Może za miesiąc a nie mamy tyle czasu. Przed chwilą wróciłem po ponad tygodniowej nieobecności. Muszę załatwić bardzo dużo spraw i nawet, jeśli będę się starać dzielić z tobą czas jak najbardziej po połowie... ...wiesz, że będę... ...to jest fizycznie niemożliwe - stwierdził, plując sobie w tym momencie w brodę, ale tak już wyglądało jego życie.
Przecież oboje to wiedzieli. Żyli ze sobą dostatecznie długo, by wyrabiać sobie pewne schematy z tym związane. Czasami nie było go czternaście godzin, czasami osiemnaście, czasem zdarzało mu się praktycznie przez trzy dni nie opuszczać Munga. Geraldine z pewnością zdawała sobie z tego sprawę, nie musiał jej o tym głębiej przypominać, ale jednocześnie nie mogli sięgnąć teraz do znajomych rozwiązań. W tamtym równaniu nigdy nie było wampira ćpuna. Tamte ustalenia dotyczyły wyłącznie ich.
- Poza tym jest jak mówiłaś. Potrzeba nam dodatkowej ręki a on nigdy nie zostanie sam z Astarothem. Z tobą nie musi siedzieć. Możemy ulokować go na uboczu, byleby tylko mógł dostatecznie szybko zareagować - zdecydowanie nie próbował ukrywać tego, że nie brzmiał na zadowolonego z własnej propozycji.
Nie tak, jakby podobało mu się sprowadzanie jednego z jego najlepszych przyjaciół do roli wygnańca w momencie, w którym to oni potrzebowali pomocy Aloysiusa, nie on ich. Nie zamierzał traktować Fenwicka jak ciężaru, niebezpieczeństwa na miarę wkurwionego Yaxleya.
W innym wypadku najpewniej od razu zamknąłby temat na tym, co powiedziała Rina. To nie miało być komfortowe dla nikogo z tej dwójki. Tyle tylko, że naprawdę nie widział obecnie żadnej innej sensownej opcji. Dobrego rozwiązania. Więc chyba musiał jasno zaznaczyć swoje podejście. Uciekając się do słów, o których nigdy nie pomyślałby, że opuszczą jego usta.
- Można się po nim spodziewać niespodziewanego - dodał wprost, uderzając językiem o podniebienie. - Ale uwierz mi, to jedyny znany mi człowiek tego typu, który postępuje w zgodzie z moralnością - pokrętną, bo pokrętną, ale (o ironio) nawet w przeciwieństwie do Ambroisa (o czym ten doskonale wiedział), Rookwood w dalszym ciągu był względnie moralnym człowiekiem.
Nie spieniężył swojego kompasu moralnego za pięć knutów i paczkę gum do żucia. Tego Roise był pewien.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
08.03.2025, 00:07  ✶  

- Najwyraźniej zapomniałeś o tej istotnej rzeczy, bardzo szybko się uczę. - Niby podczas tej rozmowy co chwilę sobie wypominali to, jak dobrze się znali, ale jak widać znalazł się i moment, kiedy mogła mu przypomnieć o tym, że coś przegapił. Mrugnęła do niego w między czasie, a na jej twarzy malował się uśmiech, cieszyło ją to, że udało jej się go podejść, do tego metodą Ambroisa, to było naprawdę całkiem przyjemnym uczuciem.

Wiedziała, że raczej daleko było temu o czym mówiła do realizmu, wręcz przeciwnie, zabrzmiało to właśnie, jak te czarnowidzenie Roisa, ale mogła wykorzystać przeciwko niemu jego własną kartę, co przyszło jej całkiem lekko. Najważniejsze, że tego nie negował, tylko się z nią zgodził.

- Że niby ja? Coś Ty, nie śmiałabym godzić w Twoje ego, jest dla mnie zbyt wielkie, nie mam szans. - Uśmiechnęła się przy tym całkiem uroczo. Tak, zdecydowanie nie powinni iść w tę stronę, rozmawiać o tym wszystkim, bo to powodowało, że nim się obejrzą to przekroczą tę granicę o której nawet nie wspominali. Wiedziała, że tak będzie, łapała się na tym, że znowu zdarzało jej się na dłużej zawieszać wzrok na twarzy mężczyzny, przyglądać się mu, a kiedy czuła, że robi to zbyt długo odwracała wzrok, aby jej na tym nie przyłapał. To też już mieli za sobą, obiecała sobie, że nigdy tego nie powtórzy, a po raz kolejny wchodziła do tej samej rzeki. To nie mogło im przynieść niczego dobrego, miała tego świadomość. Ustalili coś między sobą, może nie oficjalnie, ale wnioski można było wysnuć z słów, które między nimi padły. Powinni się tego trzymać, to miało przynieść im spokój. Przynajmniej tak próbowała to sobie wyjaśnić, bo miała wrażenie, że będzie zupełnie przeciwnie.

Gdyby tak zależało im na tym, aby trzymać się tego, co sobie wyrzygali, to nie staliby tu teraz tuż obok siebie, nie zachowywaliby się w ten sposób. Niby udawali teraz tych wielkich przyjaciół, ale to nigdy nie było im pisane. Nigdy. Bardzo dobrze o tym wiedzieli, bo przecież też zdążyli sobie to przekazać.

- To prawda, mea culpa, muszę być uważniejsza. - Oczywiście, że powinna na niego uważać. Wiedziała, jak to z nimi bywa. Ambroise też potrafił ją zaskakiwać, nadal to robił, mimo tego, że przecież, jak już ustalili znali się na wylot. To nigdy nie było takie proste, nie w ich przypadku. Tutaj zawsze bywały momenty, w których nie wiedziała, jak zareaguje, czy co wymyśli. Też to w nim lubiła, bo dzięki temu ich wspólne życie nigdy nie było nudne. Może czasem ją wkurwiał, ale nie przjemowała się tym szczególnie, bo między nimi zawsze było więcej tych lepszych chwil. To o nich chciała pamiętać.

Nie miała pojęcia, dlaczego znowu to sobie robili. Znowu planowali coś wspólnie, po raz kolejny w przeciągu kilku dni, chociaż mieli się trzymać na dystans. Czy jak ogarną te palące się sprawy, to nie pojawią się kolejne, które będą musieli razem doprowadzić do końca? To było prawdopodobne, zwłaszcza, że jako sojusznicy chcieli pomagać sobie w tym, co im się przytrafiało. To nie było szczególnie rozsądne, bo ciągle będą się spotykać, a czuła, że jedyna, co mogłoby mieć na nich jakikolwiek wpływ to permanentny dystans. Powinni wybrać właśnie tę drogę, skoro już doszli do tego, że przebywanie obok siebie im nie służy i tylko niepotrzebnie miesza w głowach. Tyle, że trudno było odejść, zwłaszcza, kiedy zupełnie się tego nie chciało.

Nie do końca podobał jej się pomysł zaangażowania w to wszystko Fenwicka, właściwie to nawet nie nie do końca, a uważała to po prostu za głupi pomysł. Nie ufała mu. Wiedziała, że Ambroise nie zasugerowałby czegoś, czego nie był pewny, mimo wszystko... Nie do końca chciała się na to zgodzić. Nie chciała prosić tego typa o pomoc, zdecydowanie. Nie wzbudzał w niej pozytywnych uczuć, nie teraz, może kiedyś. Niby zgodził się im też pomóc z widmami... ale nie chciała szukać kolejnych interakcji, bo po prostu nie do końca akceptowała jego zachowanie. Jasne, nie miała pełnego obrazu, nie wiedziała, czym się kierował, mimo wszystko miała do niego lekki uraz.

- Tak, rozumiem. Wiem, że masz pracę... - Oczywiście, nie miała co do tego wyrzutów do Ambroisa. Zdawała sobie sprawę, że był dość zajętym człowiekiem, Mung zajmował mu sporo czasu, a do tego dochodził Nokturn. Nie mogła od niego wymagać tego, że rzuci wszystko (znowu) i wyjedzie z nią pilnować jej młodszego brata. To nie mogło się wydarzyć. Nie miała zamiaru go odciągać od obowiązków.

- Nie zostanie z nim sam. - Powtórzyła za Greengrassem. Na to mogła się zgodzić, ewentualnie. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby komukolwiek w tej sytuacji się stało. Nawet jeśli nie lubiła Rookwooda, to nie chciałaby być odpowiedzlana za ewentualną krzywdę jaką mółgby mu zadać jej brat, a zdawała sobie sprawę, że mogło być różnie. Nie sądziła, żeby ktokolwiek miał doświadczenie z młodym wampirem na odwyku, to mogło się skończyć naprawdę różnie.

Czy miała tak właściwie, jakieś inne wyjście? Chyba nie do końca. Nikt z jej znajomych nie nadawał się do tego, aby zamknąć go na odludziu z wampirem ćpunem. Może Erik mógłby sobie z nim poradzić, ale nie chciała po raz kolejny prosić go o pomoc, zwłaszcza, że też miał normalną pracę, pewnie musiałby brać urlop i nie ma się co oszukiwać, ale Longbottom wydawał się być dużo mniej szorstki od Rookwooda.

Oni potrzebowali u swojego boku kogoś, kto nie będzie miał skrupułów, kiedy przyjdzie taki moment. Wiedziała bowiem, że Astarotha stać na wiele.

- Jeśli się zgodzę, to jaką mamy pewność, że będzie chciał nam pomóc? - Nie jej, a im, tak to się dzisiaj zmieniło. Astaroth okazał się być bowiem ich kolejnym, wspólnym problemem. Na pewno nie zamierzała sama rozmawiać z Fenwickiem, w ogóle wolałaby z nim unikać jakichkolwiek interkacji.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
08.03.2025, 01:51  ✶  
Nie. Nie zapomniał o tym. Jakżeby mógł o tym zapomnieć. Być może nie mówił tego na głos. Nawet wtedy, gdy pojawiła się u niego, wyrażając te wszystkie obawy wobec tego, że mógłby o niej kiedykolwiek zapomnieć. Ale nie, nie miał tego zrobić. Pamiętał o wszystkim. Każdy mały detal. Począwszy od tego, o czym mówiła w tej chwili. Poprzez wszystkie inne tendencje czy zachowania. Rutyny, przyzwyczajenia, drobnostki związane z przebiegiem dnia albo sposób, w jaki reagowała w różnorodnych sytuacjach. Typowe odzywki, powiedzonka, słowa padające z jej ust w bardzo różnych, ale typowych dla nich rozmowach. Aż do pozornie trywialnych pierdół takich jak jej ulubiony kolor, program telewizyjny, najaktywniejsza pora dnia, zapach perfum. Sposób, w który marszczyła nos czy mrużyła oczy. Układ pieprzyków na ciele. Rozmieszczenie piegów na twarzy. Sposób, w który wyginał się jej kręgosłup, gdy leżała na boku z twarzą zwróconą w jego stronę. Dotyk skóry, miękkość włosów...
...jakże mógłby o tym nie pamiętać? Spędzili razem wiele lat. Naprawdę wiele lat. Sądząc, że dane im było spędzić ich ze sobą jeszcze więcej, jednak wciąż mając w sobie tyle wewnętrznej przezorności, by chłonąć każdą chwilę spędzoną w swoim towarzystwie. Może nie tak, jakby mogła być ostatnią, ale poniekąd tak, jakby była tą pierwszą. Najważniejszą. Godną zapamiętania, nawet jeśli wspominanie jej leżąc w pustym łóżku bolało bardziej niż cokolwiek, co mógłby sobie wyobrazić.
Kiedy poszli w tym kierunku? W którym momencie aż tak bardzo zboczyli ze ścieżki? Czy w ogóle mógł zadawać sobie te pytania, jednocześnie wiedząc, że nie powinny brzmieć w ten sposób? To nie oni byli odpowiedzialni za to, co się stało. Nie oni tylko on. To była jego decyzja. Podjęta zarówno wtedy, kiedy postanowił odejść, jak i lata wcześniej. To, że byli teraz obok siebie jeszcze przez kilka chwil, na powrót udając przyjaciół, niczego nie zmieniało.
Szczególnie, że jednocześnie mimowolnie się zapędzali. Ponownie wkraczali na grząski grunt. Raz po raz trochę zbyt mocno dawali sobie popłynąć z prądem. Dokładnie tak jak w tej chwili, gdy pozornie niewinna, nawet odrobinę uszczypliwa wymiana zdań (trudno byłoby to ukryć) nie była może aż tak do końca pozbawiona podtekstów jak należałoby oczekiwać od przyjaciół.
- Nie do końca to miałem na myśli, gdy chciałem usłyszeć od ciebie, że mam wielkiego - odbił z błyskiem w oku, przez ułamek sekundy wbijając w dziewczynę dosyć jednoznacznie zaczepne spojrzenie, po czym reflektując się, mrugając i wzruszając ramionami. - Tak, zdecydowanie zbyt łatwo się rozpraszasz - tyle tylko, że może nie do końca kierował te słowa do niej, nawet jeśli faktycznie wypowiedział je teraz na głos?
W tym momencie trudno było ukryć, że sam też zbyt mocno się rozpraszał. Wystarczyła zaledwie chwila nieuwagi, aby jego myśli zbaczały z torów, kierując się w stronę, która nie powinna być brana pod uwagę w tym wszystkim, co się między nimi działo. Po tym, co się stało i tym, co nie mogło się stać.
A jednak...
...znowu to sobie robili. Angażując się przy tym w kolejne pozornie niezwiązane z nimi sprawy, ale robiąc z nich wspólny temat. Naprawdę łatwo było się w tym pogubić.
- Wiem, że wiesz, że mam pracę - odbił odruchowo, patrząc na Rinę z błyskiem w oku, bo co jak co, ale w tym momencie doskonale pamiętał jej słowa.
Wtedy w niego ugodziły. Sprawiły mu ból, bo nigdy nie sądził, że mogła odbierać to w ten sposób. Teraz? Poniekąd robił sobie z nich coś na kształt tarczy, nie chcąc tak po prostu przyznać, że wcale nie czuł się wyjątkowo dobrze przypominając jej o tym, że znów musiał stawiać zawodowe zobowiązania ponad to, w co naprawdę chciał się zaangażować. Usiłował odkupić choć część win, nawet jeśli jednocześnie starał się ujmować to w nieco mniej męczeński sposób. Po prostu próbował postąpić właściwie.
Tyle tylko, że nie mógł pozwolić sobie na kolejny tydzień urlopu. Nawet jeśli w istocie dysponował odpowiednią ilością dni wolnych. Miał ich w kalendarzu na tyle dużo, że w teorii mógłby to zrobić. Tyle tylko, że praktyka nie działała w ten sposób. Miał obowiązki wobec Munga, wobec prywatnych klientów, wobec zleceniodawców na Nokturnie. Nie mógł tego tak zwyczajnie zostawić i zniknąć na kilkanaście dni. Nawet w tak ważnej sprawie.
Musiał też brać pod uwagę fakt, że gdy zacznie znikać, nie będzie go dłużej niż dwanaście z dwudziestu czterech godzin. Podział nie mógł być równy. Czasami miało go nie być większą połowę dnia. Później mógł być dostępny przez cały dzień i całą noc. Tak już to wyglądało w jego przypadku. Zdecydowanie potrzebowali wsparcia jeszcze jednej osoby.
W oczach Ambroisa, cóż...
...kogoś, kto bez większego zdziwienia nie spodobał się Geraldine. Oczywiście, że nie miał się spodobać. Jednakże był chyba jedynym takim człowiekiem znanym Roisowi, którego można było zabrać na zupełne pustkowie bez nadmiernych obaw o to, co stanie się później. Aloysius być może zaprezentował się od dosyć fatalnej strony. Nie można było powiedzieć, że nie. Jednak zdecydowanie pokazał też przy tym swoją skuteczność. A to właśnie na tym im teraz zależało.
- A ja będę najczęściej jak to możliwe - dopowiedział zdecydowanym głosem, próbując utwierdzić dziewczynę w przekonaniu, że mówił całkowicie poważnie.
Ich zaufanie było w tym momencie na naprawdę dziwnym, nieokreślonym poziomie. Z jednej strony byli sojusznikami. Byli przyjaciółmi. Kolejny raz snuli plany, nie bacząc na cokolwiek poza tym, że chcieli zająć się wspólnym problemem z najmłodszym Yaxleyem. Nie patrząc na to w jaki sposób miało to odbić się na nich samych. Na tym, że choć w teorii nie było już ich przyszłości, nie powinno jej być, to słowo my w dalszym ciągu miało ten słodko-gorzki posmak. Brzmiało niepokojąco dobrze, umoszczone na języku, opuszczając usta w bardzo płynny sposób.
- Nam? - Powtórzył pytająco po Geraldine, wbrew pozorom wcale nie bezmyślnie, tylko w rzeczy samej zastanawiając się nad odpowiedzią.
Zazwyczaj całkiem nieźle wychodziło mu szacowanie prawdopodobieństwa. Przez lata, jakie spędził na robieniu naprawdę różnych interesów, z czasem wyrobił sobie naprawdę niezłe umiejętności związane z oceną sytuacji. Poza tym należało pamiętać o tym, że nie mówili teraz o byle kim. Być może od czasu Hogwartu upłynęło wiele lat, jednak fakt pozostawał faktem: znał Aloysiusa, Aloysius znał jego. Ich ostatnie interakcje dostatecznie mocno dowiodły, że pod tymi wszystkimi sporami i różnicami w poglądach nadal sobie ufali, więc odpowiedź powinna być jasna.
Przynajmniej w teorii, bowiem w praktyce w tym samym czasie dochodził tu obcy czynnik. Coś, czego nie było między nimi nigdy wcześniej. A właściwie to ktoś, kogo między nimi nie było. Co prawda, Ambroise naprawdę nie sądził, aby to była próba odegrania się za to, co on sam głosił w stosunku do Alice, jednak kolejny raz tą nieco kłopotliwą zmienną okazywała się być kobieta.
Jego kobieta. O ile bowiem był całkowicie pewien, że Loys miał bez wahania zgodzić się na wykonanie przysługi dla niego, o tyle Yaxleyówna (nie dało się tego ukryć) nie była ulubionym człowiekiem Rookwooda. Roise nie wiedział, czy jego przyjaciel kojarzył jej młodszego brata. Tak właściwie to któregokolwiek z braci. To było równie możliwe, co niemożliwe. W tym przypadku nie mógł już dokonywać popartej czymkolwiek oceny prawdopodobieństwa. Tutaj działał na czuja. W tym momencie naprędce analizując sytuację, żeby drugi raz ocenić możliwości, jakie mieli.
Wychodziło mu przy tym jedno. Dokładnie to samo, co na początku. I dobrze, bowiem nie zwykł przecież rzucać słów na wiatr. Nie zaproponowałby włączenia Fenwicka w całą sprawę, gdyby w jego ocenie nie istniała szansa na to, że ten w ogóle pójdzie na podobny plan. Nie zamierzał jednak ukrywać swoich przemyśleń. Dlatego też w tym momencie kiwnął głową, wbijając całkiem poważne spojrzenie w Geraldine i odpowiadając jej tak szczerze jak tylko był w stanie to zrobić.
- Mi pomoże - stwierdził otwarcie, nie próbując owijać czegokolwiek w bawełnę. - Nam też, ale przez wzgląd na mnie, nie na ciebie. Mamy pewność i tego, i tego - odpowiedział gładko, mając świadomość, że to nie były najbardziej dyskretnie formułowane słowa, jednak nie o to im przecież chodziło w tym momencie.
Musieli mieć jasność. Przynajmniej na tej płaszczyźnie, szczególnie gdy na wszystkich innych w dalszym ciągu cholernie się plątali i gubili. Tutaj nie było na to miejsca. Astaroth nie był byle ćpunem potrzebującym interwencji. Był wampirem o sile przewyższającej większość normalnych ludzi. Greengrass co nieco się o tym przekonał a przecież sam też nie należał do chuderlaków i sierot. To zaś sprawiało, że musieli brać pod uwagę dosłownie wszystko. Nie mogli niedoszacowywać niebezpieczeństwa czy przeszacować własnych możliwości.
- Nie musisz się zgadzać - odezwał się po chwili milczenia, przenosząc wzrok z linii drzew z powrotem na oczy dziewczyny. - Jeśli uważasz, że istnieje inna, lepsza możliwość to możemy ją rozważyć. Dla mnie to najlepsze rozwiązanie - a jednak całkiem wyjątkowo jak na niego, wcale nie zamierzał pchać swojego rozwiązania za wszelką cenę.
Najzwyczajniej w świecie nie widział innej opcji.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
09.03.2025, 23:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2025, 23:59 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Trudno było przestać się znać. Nie w momencie, w którym spędziło się ze sobą tyle czasu, co oni. Mieszkali ze sobą jakieś pięć lat, to naprawdę wiele. Naturalnie więc nie dziwiło jej to, że wiedział o niej więcej niż wszyscy inni. Widział ją w najlepszych i najgorszych momentach jej życia, miał świadomość, czego może się po niej spodziewać w każdej możliwej sytuacji. Mało kogo dopuszczała do siebie na tyle blisko, właściwie to chyba poza nim nikogo. Nie żałowała nigdy tego, że się przed nim tak otworzyła, w końcu byli sobie pisani, powinni mieć piękną, wspólną przyszłość. Nie spodziewała się, że będzie zupełnie inaczej, chociaż nadal w jakiś sposób ich drogi się przeplatały, nie sądziła, że kiedyś będzie inaczej. Za bardzo byli ze sobą splątani, nie wydawało jej się, aby to o czym mówili w nocy faktycznie miało rację bytu. Nie zamierzała jednak teraz wracać do tej rozmowy, bo było między nimi względnie spokojnie, nie uważała, aby teraz był sens to psuć. Na to jeszcze przyjdzie pora, prędzej, czy później. Na pewno ich to nie ominie.

Mrugnęła dwa razy, gdy usłyszała jego kolejny komentarz. Tego też powinna się spodziewać, tylko, czy aby na pewno? Powinni się od siebie dystansować, a teraz rozmawiali w ten sposób, jakby wcale nie mieli tego robić. Znowu zaczynali zbaczać z obranego toru. To nie przyniesie im niczego dobrego. Cóż, mimo wszystko na jej twarzy pojawił się uśmiech, a w oczach błysk, pokręciła też głową z dezaprobatą. - Tego raczej szybko ode mnie nie usłyszysz. - Rzuciła jeszcze, chociaż chyba nie powinna odpowiadać w ten sposób, ale skoro już zaczęli temat, to go kontynuowała. Jak zwykle. Sami to sobie robili.

- Specjalnie dla Ciebie stanę się dużo czujniejsza. - Dodała jeszcze, bo skoro i on to zauważał, to może faktycznie coś było na rzeczy. Zupełnie nie wpadła na to, że aktualnie mówił o sobie, najwyraźniej aktualnie i jedno i drugie było dość mocno rozproszone, ale wcale nie było o to trudno, kiedy znajdowali się obok siebie i starali się nie przekroczyć tej granicy, której nawet sobie nie postawili. To było dziwne, zupełnie niezrozumiałe, ale robili to przecież nie pierwszy raz. W tym przypadku również nie było to niczym nowym. Szkoda tylko, że niezbyt wiele nauczyli się na tym, co przytrafiło się im w przeszłości, bo przecież mieli pewność, że to nie będzie działać, nigdy. Zbyt wiele dla siebie znaczyli aby utknąć w takiej platonicznej przyjaźni.

- To chyba nic dziwnego, każdy ma jakąś pracę, no prawie każdy. - Jedni taką, inni inną, prawda? To było normalne w dorosłym życiu, przynajmniej dla większości ludzi. Chcąc nie chcąc musieli coś robić, utrzymywać się, chociaż spora część elity pewnie mogłaby żyć za pieniądze swoich rodziców. Niektórzy angażowali się w więcej spraw, jak chociażby Ambroise. Yaxleyówna wiedziała, że ona ma wyjątkowo elastyczną pracę. Mogła brać zlecenia, wtedy kiedy miała na ochotę, bez problemu mogła również zniknąć gdzieś na tydzień i pewnie nikt by tego nie zauważył. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ona. Znajdowała się na naprawdę wygodnej pozycji jeśli o to chodzi. Zresztą od zawsze mówiła Ambroisowi, że powinien zacząć myśleć o przejściu na swój własny rachunek, bo Mung chyba nie do końca doceniał jego umiejętności, wtedy sam mógłby być swoim szefem. Nie zamierzała jednak wracać do tego tematu, bo wczoraj nie przyniosło to niczego dobrego. Był dorosły, wiedział, co robi.

- Będziesz musiał odpoczywać. - W końcu Roise był człowiekiem, nie mógł ciągle pracować, a później na drugi etat pilnować wampira na odwyku, co przecież też wymagało sporo uwagi. Faktycznie nie było szans na to, aby poradzili sobie z tym problemem we dwójkę. Coraz bardziej to do niej docierało, naprawdę potrzebowali pomocy.

- Nam, mi? To mój brat, mój problem, a Twój przyjaciel. - Nie miała pojęcia, w jaki sposób podejdzie do tego Fenwick, zważając na to, że oni nie byli szczególnie blisko, a ich ostatnie spotkania nie należały do szczególnie przyjemnych. Zresztą, nie był osobą, którą chciałaby prosić o pomoc. Jasne, ceniła sobie zdanie Roisa, nie wprowadziłby jej na minę, tyle, że nie do końca wiedziała czego właściwie powinna się spodziewać. Miała wyrobioną pewną opinię, może zupełnie niepotrzebnie, była w tej chwili nieco zdesperowana, jednak musiała patrzeć na to wszystko nieco inaczej. W tym wypadku nie chodziło przecież o nią, a o Astarotha, jej młodszego brata, dla niego była skłonna zrobić naprawdę wiele.

- Trudno byłoby zakładać, że będzie chciał pomóc mnie, zważając na to, jak ciepło go przyjęłam. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, zdawała sobie sprawę z tego, że nie wyglądało to najlepiej, ale skoro Roise mówił, że jemu nie odmówi - byli chyba teraz trochę pakietem. Ponownie, tak jak kiedyś. Ich problemy stawały się wspólne, a mieli tego unikać.

- Aktualnie nie widzę chyba żadnej innej możliwości, niestety. - Nadal nie uważała tego za najlepsze rozwiązanie, ale innego nie mieli, więc chyba zaakceptowała to, że w sprawę zostanie zamieszany ktoś, komu nie do końca ufała. To nie był pierwszy raz.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (13889), Geraldine Greengrass-Yaxley (10083)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa