• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] mise en place || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] mise en place || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
10.03.2025, 00:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:50 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

08.09.1972, poranek, mieszkanie Geraldine

Wrócili do domu, który w istocie nie był już domem, nie jego, jednak w tym momencie, gdyby tylko sobie na to pozwolił prawdopodobnie mogłoby się zdawać inaczej. W końcu wracali tu po spacerze ze zwierzętami, niosąc zakupy na śniadanie i wczesny obiad. Wpuszczając psy do środka, żeby mogły pognać przed siebie do misek z wodą i kierując kroki za nimi do kuchni. Prowadząc względnie lekką rozmowę o wszystkim i o niczym. Zachowując się całkiem naturalnie.
Jak na przyjaciół przystało, prawda?
Nie trzymali się za rękę, nie szli pod ramię, nawet się nie dotykali. Byli dla siebie uprzejmi, wprost niezmiernie grzeczni, ale nic więcej. Nie dało się ukryć, że całkowicie świadomie stronili od przekraczania nagle narzuconych sobie granic. Tych, o których ponownie nawet nie raczyli porozmawiać. Po prostu wepchnęli się w kolejne ramy, odbierając sobie część tego, co w pewnym momencie zaczęło ponownie się między nimi pojawiać.
Teraz znowu zachowywali się ze wszech miar poprawnie. I tak miało pozostać, prawda? Tak miało być lepiej.
- W porządku - odezwał się, wykładając ostatnie zakupy na blat i przenosząc wzrok na Geraldine.
Nie odkładał nic na docelowe miejsce, nie czując takiej potrzeby, skoro za dwie czy trzy godziny miał wrócić do kuchni, przygotowując obiecane śniadanie. Schował jedynie mięso, żeby nie popsuło się w cieple pomieszczenia. Cała reszta nie wymagała tego, by od razu umieszczać ją tam, gdzie miała trafić po przygotowaniu jedzenia.
Zresztą nie miał pojęcia, czy to zadanie należało do niego. Nie dało się ukryć, że od czasów, kiedy rządził w kuchni, pomieszczenie zdążyło przejść raczej gwałtowne zmiany. Lekko powiedziane. Już na pierwszy rzut oka był w stanie stwierdzić, że przez jego królestwo musiało kiedyś przejść tornado, bo jak inaczej dałoby się wyjaśnić to, że nic nie stało na swoim miejscu? Starannie ustalonym, praktycznym, doskonale zaaranżowanym. Wypracowanym przez lata nabywania praktyki w zajmowaniu się tą częścią obowiązków domowych.
Był na tyle przezorny, aby w sklepie zaopatrzyć się we wszystko, czego tylko mógł potrzebować do raczej stosunkowo prostego posiłku. Takiego, który łączył życzenie ze strony Riny z tym, na co pozwalała mu klauzula sumienia. Wolał pozostawić Yaxleyównie podwójny zapas składników i przypraw aniżeli później psioczyć na braki albo myśleć o zamiennikach. Tym bardziej, że spodziewał się, że w kuchni kogoś, kto nie gotował i kogoś, kto gustował w dużo bardziej płynnych pokarmach nie miało być zbyt wielu rzeczy. A jednak...
...cóż. Jego wstępne przewidywania na temat stanu faktycznego były jednocześnie niedoszacowaniem i przeszacowaniem. Wystarczyło rozejrzeć się po pomieszczeniu, do którego weszli zaraz po powrocie do domu, żeby dostrzec, co tak właściwie się w nim odjebało. A przezornie dla siebie jeszcze nie zaczął przeglądać zawartości szafek, żeby nie podkurwić się przed snem. Chwilowo dostrzegł jedynie to, co znajdowało się na zewnątrz. I nie był to widok, który by go ukontentował.
Starał się nie robić kwaśnej miny. W końcu nie było to już jego mieszkanie. Pamiętał o tym aż za dobrze. Miał tego pełną świadomość. Minęło półtora roku, odkąd nazywał je swoim. A jednak przecież spędził niemal dekadę. Bywał tu jeszcze zanim postanowili ze sobą zamieszkać. Wprowadzał swoje porządki na długo nim postanowili przestać udawać, że są w stanie być dla siebie po prostu platonicznymi najlepszymi przyjaciółmi. Miał tu swój porządek, swój system. Zostawił tu swoje wymuskane przybory kuchenne, patelnie, garnki. Kolekcję przypraw uzupełnianą podczas wakacyjnych wyjazdów: teraz znacząco zredukowaną, poprzesypywaną do słoiczków na przetwory i uzupełnioną o takie potworności jak gotowy zmielony pieprz (obrzydlistwo zawierające również wszystko, co pieprzem nie było). Zioła na parapecie, które częściowo przeżyły, częściowo przesadnie wybujały, po części zdechły...
...reszty w tym momencie chyba naprawdę nie chciał widzieć. W końcu zamierzali spróbować przespać się po długiej nocy a nerwy temu nie sprzyjały. Był na tyle zmęczony po dosyć wyczerpującym porannym spacerze wpierw po psy, później z nimi po parku, następnie z powrotem do domu, że jeszcze pięć minut temu nie myślał o niczym innym jak łóżku. Zrobili co najmniej kilka, jeśli nie niemal kilkanaście kilometrów. Nadal było stosunkowo wcześnie, ale ich śniadanie pewnie mieli zakwalifikować już jako obiad.
Teraz otrzeźwiał. Obracając się do Yaxleyówny, naprawdę starał się nie dać po sobie poznać jak bardzo poruszył go widok tego, w jaki sposób wyglądało jego miejsce w już nie ich wspólnym mieszkaniu, ale bez wątpienia nie wyglądał na oazę spokoju. Tym bardziej, gdy na haczyku na ścianie za jej plecami dostrzegł swój naprawdę drogi rzemieślniczy nóż do ziół. Momentalnie rozszerzając powieki i zaciskając wargi, gdy dostrzegł to, co się z nim stało.
- Kto? - Wyburczał tylko, tym razem mrużąc wcześniej rozszerzone powieki.
Potrzebował wiedzieć, kogo powinien winić za to, co stało się z tak wymuskanym, jakże praktycznym miejscem. Kto powiesił jakieś absurdalnie falbaniaste, koronkowe firaneczki (zbieracze kurzu) w oknach. Kto porozkładał wykrochmalone na sztywno serwetki na sprzętach kuchennych. Kto poprzesadzał zioła bezpośrednio w osłonki zamiast wsadzić je w nie w doniczkach z właściwym drenażem. Triss wiedziała, by tego nie robić. Ba, Triss aprobowała jego układ (nie, żeby brał pod uwagę jej zdanie; o dziwo jednak skorzystał z paru podpowiedzi). Triss nie zdradziłaby go w ten sposób.
Więc kto...
Kto naruszył integralność perfekcyjnej kuchni?
I kto do kurwy nędzy ewidentnie ciął mięso z kością przy pomocy jego siekacza do ziół...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
10.03.2025, 10:29  ✶  

Nie, żeby przychodziło jej to zupełnie lekko, bo przecież nie było to dla nich naturalne - trzymanie się od siebie na dystans, jednak właśnie w ten sposób postanowili się teraz zachowywać, więc się dostosowała. W sumie do kogo? Nie wiedziała, które z nich przyjęło tę narrację, ale i jedno i drugie nie przekraczało niewidzialnej granicy narzuconej właściwie chuj wie przez kogo. Czy miało to sens? Żadnego. Jak widać jednak nie mieli zamiaru póki co nic z tym robić. Trzymali się tego przyjacielskiego podejścia. Chyba byli gdzieś dalej niż sojusznicy, o których tak szumnie mówili, bo sojusznicy nie powinni jeść razem śniadania, czy myśleć o wspólnym odpoczynku, więc to musiała być przyjaźń, tak.

Prędzej, czy później to musiało pierdolnąć, nie było innego wyjścia, to był znajomy schemat. Któreś z nich powie coś nie tak, na tyle nieodpowiednio, że drugie się zirytuje na tyle, żeby w końcu powiedzieć, co o tym myśli, ale póki co nieźle szło im trzymanie się na ten udawany dystans.

Znaleźli się w domu, w jej domu, w sumie kiedyś był to ich dom, teraz tak właściwie nie należał już nawet w pełni do niej, bo mieszkał tu przecież również i jej brat. Było zupełnie inaczej niż te kilka lat temu, kiedy wszystko wydawało się być właściwe. To miejsce nie było takim domem, jaki chciała mieć, ale nic z tym nie mogła już zrobić.

Nie przeszkadzała Roisowi w rozpakowywaniu zakupów, które zrobili po drodze. To zawsze była jego rola, wolała się nie wtrącać, bo wiedziała, że to mogłoby się skończyć drobną kłótnią. To on rządził w kuchni tak naprawdę od zawsze. Ona nigdy nie wykazywała szczególnego zainteresowania przygotowywaniem posiłków, ani sobie, ani nikomu innemu. Wolała tego nie robić, bo należało się w jej przypadku spodziewać najgorszego. Coś mogło wybuchnąć, czy coś.

Tak naprawdę to Yaxleyówna nie widziała zbyt wielkich zmian w tym pomieszczeniu. Służyło jej ono głównie do parzenia kawy i palenia szlugów na parapecie. Nic więcej. Nie spodziewała się, że ktoś może nie być zachwycony tym, że coś się tutaj zmieniło.

Przez jakiś czas mieszkała z nimi Kim, przyjaciółka Astarotha. Swoją drogą całkiem znany jej schemat przyjaźni, jednak nigdy nie wtrącała się szczególnie w tę relację. Pozwoliła jej się tutaj zadomowić i nie miała nic przeciwko temu, że przejęła kuchnię, skoro i tak nikt inny akutalnie z niej nie korzystał, to droga wolna.

Nie miała pojęcia, gdzie teraz podziewała się Kim i dlaczego jej tutaj nie było, nie dopytywała o to brata, może kiedyś zapyta, jednak póki co wolała się po prostu nie wtrącać. Miała świadomość, jak to bywało z takimi przyjaźniami.

Ustalili, że odpoczną, dopiero później zajmą się śniadaniem, wierzyła, że będą się tego trzymać, bo powoli zmęczenie zaczynało ją pokonywać. Ziewnęła nawet całkiem głośno wpatrując się w Ambroisa, który akurat wkładał część zakupów do lodówki.

Kiedy Roise odwrócił się w jej kierunku wyglądał na wkurzonego. Tego się nie spodziewała. Nie miała pojęcia, co takiego mogło się wydarzyć, że go zirytowało, bo w sumie to przecież stała cicho, nic nie komentowała, to nie mogła być ona, tylko coś innego.

- Kto, co? - Rzuciła odruchowo, bo chyba nie docierało do niej o co konkretnie mu chodziło. Wpatrywał się dość intensywnie za nią, odwróciła się więc, aby zobaczyć o co konkretnie mogło mu chodzić. No nóż, wisiał sobie za nią, czy to była jakaś zbrodnia? Na pewno by się wkurwiła, gdyby ktoś nieodpowiednio traktował jej ukochane noże, ale to był tylko jeden z tych kuchennych, więc szczególnie nie zwracała na niego uwagi.

- Kuchnia? To Kimi. - Odwróciła się ponownie w stronę Roisa. - Przejęła ją, gdy się tutaj wprowadziła, bo my i tak z niej nie korzystamy. - Nie wiedzieć czemu próbowała się jakoś z tego wytłumaczyć. - Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś do niej wrócisz. - Tak, inaczej pewnie zwróciłaby uwagę Kim na to, że to miejsce było ważne dla kogoś jej bliskiego, i wspomniała o tym, żeby nie wprowadzała żadnych drastycznych zmian. Wydawało jej się jednak, że nie wydarzyło się tutaj nic takiego wielkiego.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
10.03.2025, 12:52  ✶  
Nie spodziewał się, że ich przyjacielskie zachowanie tak szybko ponownie zacznie się rozmywać. Pierdolnie znacznie szybciej niż w założeniu. Odejdzie od znanego im schematu już kilka minut po powrocie do domu Yaxleyówny. A jednak najwidoczniej przeszacował swoje możliwości. Niemal od razu poczuł się źle w miejscu, które przez lata było też jego własnym królestwem. Jak intruz, nawet jeśli inny intruz też wdarł się w tą przestrzeń. Po prostu niezależnie od niego.
- To - niemal wizualnie zatoczył ręką koło w powietrzu wokół tych wszystkich niedorzecznych zmian, jakie zaszły w jego kuchni, ale powstrzymał się przed tym.
Dosłownie ostatkiem sił. Naprawdę próbował panować nad swoją reakcją i wyrazem twarzy. Tyle tylko, że nie był w stanie zupełnie nic poradzić na to, że w nawet tak krótkiej reakcji tak bardzo wybrzmiał sarkazm, nawet jeśli nie do końca było to jego celem.
Przynajmniej nie w pierwszej chwili. Na samym początku jedynie wpatrywał się w Geraldine, oczekując odpowiedzi i podświadomie licząc na to, że nie będzie ona aż tak zła jak można się było tego spodziewać. W teorii przecież mało który męski mężczyzna posunąłby się tak daleko, żeby wieszać w kuchni koronkowe firanki z falbanami i krochmalić serwetki. Te, które w idiotyczny sposób przykrywały teraz większość sprzętów.
Merlin sam wiedział, że Ambroise bez dwóch zdań spodziewał się, czemu tak było. Nie chodziło wyłącznie o kwestię estetyczną. Wystarczył jeden rzut oka na część pozostałych zmian, żeby Greengrass był niemal stuprocentowo pewien, że przynajmniej w połowie przypadków chodziło o zakrycie zużycia czy zniszczeń. Zdartej politury, naruszonej powłoki ochronnej, wgniecenia czy wręcz przeciwnie: naprawdę dorodnych purchli od zawilgoceń.
Teoretycznie to też pozwalało sądzić, że nie chodziło o kogoś, kto znał się na rzeczy. Ani w zakresie ogarniania tematów aranżacji kuchennych, ergonomii i tak dalej, ani zajmowania się domem od strony napraw i czynności stricte technicznych. W teorii w całej kuchni dało się wyczuć nie tylko obcą, ale też bardzo kobiecą rękę. Z drugiej strony w obecnym świecie było naprawdę wielu mężczyzn zadziwiająco dobrze odnajdujących się w damskich rolach i otaczających się podobnymi ozdóbkami, więc nic nie było aż takie pewne.
Rina po prostu mogła znaleźć sobie pantofla. Ani razu nie poruszyli tematu tego jak wyglądały ich ostatnie miesiące. Tego, czy choć na chwilę pojawił się ktoś inny. Jakaś na tyle znacząca osoba, aby mogła z powodzeniem wprowadzać swoje nowe porządki w przestrzeniach wypełnionych mentalną pustką po poprzednich lokatorach. Nie miał praktycznie żadnej gwarancji (i nie mógł tego oczekiwać, prawda?), że ktoś inny nie rządził się jego własnością.
W końcu nie byli ze sobą od tak dawna, że w teorii nie byłoby zupełnie nic nienaturalnego (mhm, na pewno) w tym, gdyby ktoś przejął jego miejsce. Nie musząc nawet przenosić się do mieszkania przy Horyzontalnej, zaczął wprowadzać tu swoje porządki, wypełnił mimowolnie powstałą lukę w obowiązkach domowych. Przecież on sam też to kiedyś zrobił. Nie mieszkał tu jeszcze, kiedy zaczął władać kuchnią.
Z początku powoli, potem raczej dosyć szybko poszła im zmiana przyzwyczajeń. Wspólne zamieszkanie, jego przeprowadzka. Wprowadził się niemalże od razu po tym, gdy zostali parą. Mieszkał tu wiele lat. Tak dużo, że instynktownie wydawało mu się, że zawsze zastanie tu dokładnie ten sam widok. Znajomy, nasuwający niezliczone wspomnienia, przywołujący uśmiech na usta.
Nie. W tym momencie nie było mu do śmiechu. Wręcz przeciwnie, był wyjątkowo podkurwiony tym, co zastał w kuchni. Rzecz jasna tłumacząc sobie, że chodziło o to, jakie idiotyczne decyzje zostały tu podjęte. Zioła bezpośrednio w osłonkach bez drenażu wody i podstawek? Gotowy zmielony pieprz? Eleganckie pudełeczka o ściśle przylegających wieczkach zamienione na mugolskie słoiczki z pokrywkami w kolorową kratkę?
Zniszczony nóż był ostatnim detalem. Kroplą przelewającą czarę goryczy. Nawet damskie imię, które padło w odpowiedzi, nie było w stanie chociaż trochę go ułagodzić. Szczególnie, że zaraz po tym padły te szersze wyjaśnienia wcale nie brzmiące w dobry sposób.
- Mhm - jeśli chciała pocieszyć go tymi słowami, wywołując u niego nagły przypływ zrozumienia, zdecydowanie jej to nie wyszło.
Wprost przeciwnie, bowiem ponownie przeniósł spojrzenie na Geraldine. Co prawda już nie świdrując jej wzrokiem wbitym w twarz, jednak mimowolnie unosząc kąciki ust. To nie był uśmiech, to była gorycz i pewien rodzaj niedowierzania.
- Zdecyduj się, jaką wersję przyjmujesz - stwierdził powoli, jednocześnie posyłając dziewczynie ciężkie spojrzenie i obracając się na pięcie, żeby podejść do okna.
Przecież nie zamierzał stać tak w tym miejscu, wpatrzony w ślady na ostrzu i całą resztę burdelu. Zbrodni na jego własności, o której jednocześnie mówiła mu, że nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek będzie jego. I zarazem przez te wszystkie ostatnie dni czyniła sugestie, że liczyła na jego powrót do domu. Że nie tylko nie kłopotała się porządkami, co nie była w stanie rozstać się z jego rzeczami.
To chyba nie było dziwne, że w tym momencie wytykał jej rozjazd w deklaracjach? Zupełnie nie wiedział, co powinien o tym sądzić. Wiedział tylko tyle, że wtykając sobie fajkę w usta i uchylając okno, czuł się zły (i zraniony tymi nowymi twierdzeniami, czego już nie był skory przyznać).
Nie chciał mieć tu swoich ołtarzyków. Co to, to nie. Chciał, żeby żyła szczęśliwie, dobrze. Dysponowała wszystkim wedle swojej woli. Spodziewał się wręcz tego, że praktycznie wszystko wylądowało na śmietniku. Natomiast, kiedy powiedziała mu, że zachowała jego własność, w żadnym wypadku nie spodziewał się, że zrobiła to po to, żeby rozdać ją nieznanym mu osobom. Mówiąc, że nie miała z tym żadnych oporów, bo przecież właśnie to zasugerowała, prawda?
No tak.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
10.03.2025, 13:34  ✶  

Yaxleyówna nie zakładała, że to stanie się tak szybko. Nie spodziewała się, że Ambroise, aż tak przejmie się zmianami jakie zaszły w tym pomieszczeniu. To była tylko kuchnia, kuchnia, jak kuchnia, czyż nie? Szczególnie dla kogoś takiego jak ona, które nieszczególnie przywiązywała wagę do szczegółów. Nie dostrzegała tych drobnych zmian, bo to pomieszczenie nigdy tak naprawdę nie należało do niej, mimo, że znajdowało się w jej mieszkaniu.

- No to, kuchnia, jak kuchnia, prawda? - Wzruszyła jedynie ramionami. Nie miała problemu z tym, jak aktualnie wyglądała, bo było jej to zupełnie obojętnie. Nie spodziewała się jednak, że Roise poczuje się urażony tym, że w przeciągu dwóch lat coś się tutaj zmieniło, bo przecież ich drogi się rozeszły, to nie była już jego kuchnia. Czy naprawdę sądził, że wszystko zostanie tak, jak było? Jasne, jego rzeczy tutaj zostały, mówiła o tym, że ich nie wyrzuciła, może nie określiła się do końca jasno... to było jej winą? Spodziewał się czegoś innego? Miał prawo czuć się rozczarowany, chyba? Czy naprawdę to był powód do tego, żeby mieć muchy w nosie? Zmrużyła oczy i zmarszczyła nos, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę.

Nie widziała nic złego w tym, że pozwoliła przyjaciółce brata przejąć kuchnię. Chciała sprawić jej przyjemność, spowodować, że poczuje się tutaj mile widziana? W końcu musieli mieszkać z nią, a że sama w sobie była raczej średnio przyjemna, to próbowała chociaż przez takie drobne gesty pokazywać jej swoją sympatię. W końcu byle komu nie pozwoliłaby wprowadzać jakichkolwiek zmian w swoich domu, a dziewczynie dała wolną rękę.

- Nie przesadzaj, wiesz? - No, jak dla niej szukał problemu, tam gdzie go nie było. Miała się zdecydować jaką wersje przyjęła, naprawdę? Nie powiedziała mu, że nic się nie zmieniło, nie oszukiwała go, nadal trzymała tutaj jego rzeczy, tylko w nieco innej odsłonie, czy coś. Widziała, że mu się to nie podoba, ale te pretensje były zupełnie bezpodstawne.

- Naprawdę myślałeś, że wszystko będzie na Ciebie czekać, może miałam tutaj nie wchodzić, żeby nie zaburzyć Twojego porządku licząc na to, że kiedyś postanowisz się tutaj znowu pojawić? - Kolejna kłótnia o nic, oczywiście, że nie mogli tego pominąć. Zbyt długo było spokojnie...

Widziała, że był zirytowany, zupełnie się tego nie spodziewała. Nie rozdała jego rzeczy. Nic nie zostało stąd wyniesione, zresztą sądziła, że Kimi wie, co robi, wyglądała jakby wiedziała, na pewno była dużo bardziej świadoma od Yaxleyówny. Jasne, to mogło być uznane za ignorancję, ale Roise powinien pamiętać o tym, że to było jedne z tych pomieszczeń, które tak naprawdę w przypadku Geraldine mogłoby nie istnieć. Nie korzystała z kuchni, z garnków, noży, patelni, chuj jeden wiedział czego jeszcze.

- Nie sądziłam, że tak Cię to zirytuje, gdybym wiedziała, to pewnie bym tego nie zrobiła, cóż, nie cofnę czasu. - Nie chciała się z nim kłócić, więc po prostu próbowała dalej przedstawiać swój punkt widzenia, chociaż wydawało jej się, że w ten sposób raczej nic już nie wskóra.

Zraniła go, zupełnie nieświadomie. Jak widać wszystko, co robiła okazywało się nie mieć żadnego sensu. Jasne, mogła powiedzieć Kim, żeby ograniczyła zmiany do minimum, jednak nie widziała powodu, aby miała to robić. Wręcz przeciwnie, nawet ucieszyło ją to, że znalazł się ktoś, kto miał chęć spędzać tu czas i włożyć odrobinę chęci, aby coś zmienić. Teraz wydawało jej się to bardzo głupie, zwłaszcza, że nie było tu już ani Kim, ani Ambroisa. Kuchnia znowu stała się niczyja.

- Przykro mi, że Cię znowu rozczarowałam. - Tak, nadal nie ruszyła się z miejsca, stała przy stole i wpatrywała się w Roisa. Nie sądziła, że skupianie się na tym wszystkim było czymś dobrym. Mieli się tutaj pojawić po to, żeby odpocząć i zjeść śniadanie, a nie doprowadzać do kolejnej kłótni z dupy.

- Idę pod prysznic i do łóżka, nie chcę tego robić. - Tak, tego robić, czyli po raz kolejny szukać powodów do tego, żeby zacząć drzeć z nim koty. Postanowiła odpuścić, bo liczyła na to, że ominie ich powtórka z rozrywki.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
10.03.2025, 14:39  ✶  
Kuchnia jak kuchnia, tak? A on przesadzał. Miał ochotę zazgrzytać zębami, wyrzucając Geraldine to, w jaki sposób ona by się poczuła, gdyby ktoś postanowił bawić się jej wycackanymi broniami. Jej nożami, jej własnością. Jasne, nie zabrał tego stąd. Mógł to zrobić, tak samo jak ona mogła dysponować tym wedle własnego widzimisię. Równie dobrze mogła wyrzucić to na śmietnik, czego tak właściwie się spodziewał. Tyle tylko, że wobec tego nie musiała (nic nie musiała) zapewniać go o tym, że wszystko, co jego w dalszym ciągu należało do niego. Ale przecież przesadzał, tak?
- Nie muszę - odpowiedział bez wahania, tym razem nie tłumiąc parsknięcia pod nosem - Kimi już dostatecznie poprzesadzała - tak, to było niskie, nawet jak na jego ostatnie zagrywki.
Dosyć znacząco spojrzał przy tym w kierunku potworności znajdujących się na parapecie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że czepiał się przy tym naprawdę małych słówek. A jednak każda kolejna wypowiedź Geraldine zdecydowanie go piekła. Szczególnie, gdy zarzuciła mu coś tak absurdalnego jak oczekiwanie, że nic się nie zmieni. Nie, nie o to mu chodziło. Powinna to wiedzieć.
- Nie - wycedził na to absurdalne założenie, bo przecież oboje byli świadomi realiów całej sprawy.
Ich życia, związku, przyszłości. Tego, że nigdy nie planował drugi raz wchodzić do tej samej rzeki. Nie zamierzał zmieniać zdania. Wracać do tego, co było, nawet jeśli kurewsko mocno za tym tęsknił i nigdy nie pogodził się do końca z tym, co musiał wtedy zrobić. Mimo to był zdecydowany. Naprawdę próbował trzymać się z daleka. Dać Geraldine przestrzeń na ułożenie sobie nowej rzeczywistości bez niego.
Tyle tylko, że po drodze coś znowu spektakularnie się spieprzyło i teraz ponownie byli obok siebie. Znowu kręcąc się w kółko. Miotając się między jednym a drugim. Mówiąc sobie tak wiele słów. Rzekomych prawd. Faktycznych półprawd czy wręcz kłamstw, pobożnych życzeń, które nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.
To był moment, kiedy Ambroise wyjątkowo dobrze to dostrzegał.
- Wobec tego nie nazywajmy tego moimi rzeczami - kontynuował, odpalając papierosa i zaciągając się dymem; nerwowo, zdecydowanie nerwowo, cedząc kolejne spokojne słowa. - Nie musiałaś zostawiać moich rzeczy. Zrobiłaś to? Jasne. Świetnie. Bardzo się cieszę - w końcu warto było, aby byli ze sobą tak szczerzy jak to tylko możliwe, prawda?
Na przykład odnośnie tego, że w tym momencie czuł się jak debil. Idiota. Intruz. Jakby zamydliła mu oczy, bo on jej na to ochoczo pozwolił. Zostawiłam wszystko, nie ruszałam tego, miałam nadzieję. Z pewnością. Teraz po prostu ta narracja też przestała pasować do klimatu, tak?
- Cieszyłem. Do momentu, kiedy nie okazało się, że moje rzeczy to już nie moje rzeczy, tylko niczyja własność - punkt widzenia, po prostu przedstawiał jej swój punkt widzenia, bo byli ze sobą szczerzy.
A może i nie? Nie byli?
- Choć może nazwijmy to po prostu po imieniu - nie, on zdecydowanie próbował być szczery, nie chciał jej ranić, nie chciał się z nią kłócić, ale czuł się parszywie. - Rzeczy Kimi, rzeczy Astarotha, rzeczy połowy Londynu - która przewija się przez to mieszkanie, całe szczęście powstrzymał się przed tym ostatnim wyrzutem, mląc go w ustach zanim je opuścił, bo w rzeczywistości wcale nie chciał jej tego wytykać.
Był zły. Po prostu zły. Wściekły już chyba nie na to wszystko, co tu zastał a raczej na sposób, w jaki odpowiedziała mu Geraldine. Naprawdę nie dostrzegała tego, co tkwiło w jej własnych słowach? Przez tydzień raz za razem sugerowała mu, że mimo wszystko liczyła na to, że kiedyś ponownie jeszcze będzie pięknie. Natomiast teraz nie miała jakichkolwiek oporów przed tym, żeby rzucić mu w twarz, że tak właściwie to zostawiła te wszystkie przedmioty z cholera wie jakiego powodu. Bowiem na pewno nie z tego, o którym trąbiła mu wcześniej tyle razy.
Kolejny raz zmieniała narrację. Ponownie zaczynali miotać się we wszystkim, co robili i mówili. Jasne, on sam też powinien być mądrzejszy. Nie musiał aż tak bardzo się unosić. Mógł przełknąć fakt, że życie bez niego toczyło się swoim naturalnym rytmem, bo przecież tak wyglądała rzeczywistość. To były jego własne niespełnione oczekiwania. Jego własna interpretacja słów, o których prawdziwym znaczeniu w tym momencie nie wiedział już niemal nic. Wydawało mu się, że zrozumiał Yaxleyównę. Jemu się wydawało. To była kwestia wyłącznie jego subiektywnej interpretacji, tak?
Gówno prawda. W tym momencie nie był w stanie tak na to patrzeć. Nie, gdy wyrzucała mu przesadzanie, podczas gdy sama była częścią tego, co doprowadziło ich do kolejnej kłótni. Po cholerę mówiła mu, że nadal miał tu swoje miejsce, skoro ewidentnie już tak nie było? Po chuja sam nieświadomie poszedł tą drogą, robiąc sobie jakiekolwiek nadzieje, że jeśli mówiła, że wszystko nadal stało na swoim miejscu to w rzeczywistości tak było?
Tak, to była tylko kuchnia, po prostu kuchnia. Najpewniej nie powinno go to aż tak poruszyć. Tyle tylko, że spędzał tu znaczną część swojego życia, gdy jeszcze był częścią tego świata. Wspólnej rzeczywistości. Tworzenia domu. Wniósł tu nie tylko przedmioty fizyczne, ale i kawał serca, niezliczone godziny pracy, zaangażowanie emocjonalne i całą resztę durnego podejścia, które teraz gryzło go w dupę i chwytało za gardło.
Czemu? Bo uświadomił sobie, że niczego już nie ma. Jego rzeczy w istocie przestały być jego rzeczami. Ktoś naruszył nie tylko integralność perfekcyjnej kuchni, poniszczył jego własność, poprzestawiał jego rzeczy, najpewniej mimo wszystko wywalając przy tym znaczną część z nich. Za pozwoleniem czy bez pozwolenia Geraldine. Nie o to tak naprawdę chodziło. Chodziło o podejście.
- Następnym razem daruj sobie jakiekolwiek zapewnienia - odpowiedział tylko, kierując wzrok przez okno na ulicę.
Nic tutaj nie było już jego. I nie utracone rzeczy bolały go w tym kontekście najbardziej...
- Wyśmienicie - odburknął zaciągając się dymem i nawet nie racząc spojrzeć w kierunku dziewczyny. - Zanim pójdziesz, racz mi powiedzieć, gdzie mam się położyć i gdzie szukać pościeli czy ręcznika - bo w końcu to też najpewniej nie było już na swoim miejscu, miał tego wyjątkową świadomość, całkiem świeżą. - Chyba, że mam to uznać za oficjalne wyproszenie, wtedy pamiętaj, żeby zamknąć za mną drzwi. Londyn jest pełen pojebów - był poważny, może trochę nazbyt twardy i ociekający urazą, ale nie zamierzał uciekać przed postawieniem sprawy jasno.
Tak. To brzmiało, jakby kazała mu wyjść. Tak. Spodziewał się, że z ich śniadania w tym momencie nie miało już nic zostać. Tak. Najpewniej w ogóle nie powinien narzucać się tymi słowami o zostawaniu. Pytaniem o to, czy miał spać w zapasowym pokoju, czy na kanapie. Prawdopodobnie powinien po prostu zawinąć się i wyjść. Tak nakazywałaby mu godność.
Tyle tylko, że w ostatnim czasie coraz bardziej uświadamiał sobie, że chyba jej już nie miał. W końcu naprawdę nie chciał stąd wychodzić. Nie w ten sposób. Nie chciał się znowu kłócić, wyrzucać sobie nawzajem tych wszystkich rzeczy. To też go wkurwiało. A jednak znów to robili.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
10.03.2025, 15:19  ✶  

- Kimi już nie ma, więc pewnie kolejny lokator też zrobi to po swojemu. - Skoro chciał z nią rozmawiać w ten sposób, to proszę bardzo, sam sobie tego życzył. Geraldine nie zamierzała udawać, że ją to obchodziło. Naprawdę nie miał prawa wkurwiać się na nią o to, że ruszyła do przodu, bo miała wrażenie, że głównie o to mu chodziło. To nie było muzeum, tylko miejsce, w którym żyli ludzie. Kuchnia, jak kuchnia, zupełnie nie rozumiała jego irytacji.

- Nie wierzę, że chcesz to robić. - Mruknęła tym razem pod nosem, raczej do siebie, niż do Roisa. Skrzyżowała ręce na piersiach i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Źle ujęła to w słowa? Być może, tylko co niby miała zrobić jak odszedł? Segeregować jego rzeczy, nie jego rzeczy? Właściwie w kuchni wszystko było jego? Naprawdę spodziewał się, że pozbiera to wszystko, schowa, a może zrobi sobie z tego ołtarzyk? Zresztą powinien się spodziewać, że te przedmioty codziennego użytku na pewno pozostawały przez nią nieruszone. Zresztą nie to miała na myśli, kiedy mówiła o jego rzeczach, zupełnie zignorowała świadomość tego, że to, co było w kuchni również należało tylko i wyłącznie do niego.

Policzki jej się zaróżowiły, bo zaczynała się wkurzać. Nie spodziewała się, że wizyta w jej mieszkaniu spowoduje kolejną kłótnię. Eskalowało to dość szybko, chociaż, czy faktycznie było takie nieprzewidziane? Ostatnio okropnie się siebie czepiali, najwyraźniej to był kolejny taki moment.

- Jak chcesz, to rzeczy niczyje, proszę bardzo. Niczyje rzeczy, w niczyjej kuchni, pasuje? - Musiała się upewnić, że faktycznie mu to odpowiadało, bo przecież za chwilę znowu nie nazwie czegoś w odpowiedni sposób i po raz kolejny będzie miał do niej pretensje.

- Wystarczyło wszystko wypierdolić, a nie byłoby kolejnego problemu... - Była naprawdę wkurzona o to, że Ambroise szukał problemów tam, gdzie nie do końca powinny być, jakby nie mieli wystarczająco dużo tych prawdziwych, które całkiem elegancko zamietli pod dywan, przynajmniej jak na razie. Wiedziała, że w ich przypadku przeskakiwanie między kolejnymi oskarżeniami i wysrywami było typowe, więc pewnie zaraz coś wybuchnie.

Źrenice, jej się rozszczerzyły, kiedy po raz kolejny się do niej odezwał. Nie spodziewała się, że uderzy w nią teraz w ten sposób. Naprawdę? Miał zamiar jej to wysrywać. W sumie podczas tych wszystkich ostatnich kłótni nie przechodzily nigdy do tego, było to więc coś zupełnie świeżego.

- Połowy Londynu? Coś Ty, to za mało, to jebana połowa całej Wielkiej Brytanii. Potrzebujesz jakichś szczegółów, informacji? Czegoś więcej? Mogę Ci wszystko bardzo dokładnie opowiedzieć. - Wiedziała do czego zmierzał i ją to zabolało. Nie sądziła, że jej to wyciągnie, bo ona sama nie poruszała tego tematu. Wolała nie myśleć o tym z kim i w jaki sposób spędzał czas, kiedy to jej nie było u jego boku. Każdy miał swoje potrzeby, każdy potrzebował zapomnienia, szczególnie po rozstaniu z kimś z kim było się przez tyle czasu, ale nie spodziewała się, że skorzysta z tego argumentu. Zwłaszcza, że przeszła już podobna rozmowę ze swoim młodszym bratem, zdecydowanie wolałaby jej uniknąć, a teraz miała rozmawiać ze swoim byłym chłopakiem na temat tego, kto i po co przewijał się przez jej mieszkanie, kiedy nie byli razem. To było zbyt wiele.

- Możesz być pewien, że nie będzie następnego razu, widzę, że chyba ta opcja bardziej Ci się spodoba. - Uczyła się na błędach, czyż nie? To nie tak, że nie zamierzała wpuszczać go ponownie do swojego życia, bo wiedziała, że to nie będzie możliwe, ale skoro szukał problemów tam, gdzie ich nie było, to zaczęła gryźć, znowu. Bardzo łatwo ją było przecież wyprowadzić z równowagi i mimo, że oczywiście jaj na nim zależało, to paplała, co jej ślina przyniosła na usta. Typowe dla Yaxleyówny.

- Kładź się gdzie chcesz, przecież przez to miejsce przewija się połowa Londynu, i tak jest mi to obojętne. - Nie tak wyobrażała sobie ich wspólny odpoczynek, ale skoro tego właśnie chciał? To nie zamierzała mu tego zabraniać. Sam zasugerował to, że przez to mieszkanie przewijało się wielu ludzi.

- Wszystko znajdziesz tam, gdzie zawsze. - Poza kuchnią przecież nic się nie zmieniło. No, może poza tym, że jedną z trzech sypialni zajmował jej młodszy brat. Spodziewała się jednak, ze Roise domyśli się tego, że nie było dobrym pomysłem położenie się obok niego.

- Wiesz co, rób co chcesz. Nie będę Cię stąd wypraszać ani oficjalnie, ani nieoficjalnie. Zresztą i tak zawsze robisz to na co masz ochotę. - Oczywiście, że nie zamierzała tego pominąć, skoro już tak dramatyzowali, to dlaczego ona nie mogła zrobić tego samego. Dostosowywała się do tego, co działo się między nimi, najwyraźniej ten pozorny spokój w którym trwali od rana już się zakończył.

Niby miała zamiar wyjść, ale teraz musiała dokończyć tę konfrontację, na pewno nie zamierzała odpuścić. Skoro już znowu zaczęli sobie wszystko wyrzygiwać, była ciekawa, co jeszcze wypłynie, bo czemu by nie. Najwyraźniej zmęczenie powodowało, że myśleli jeszcze bardziej irracjonalnie niż zwykle, o ile w ogóle było to możliwe.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
10.03.2025, 16:01  ✶  
- Kolejny lokator? - Starał się, naprawdę starał się nie dać po sobie poznać jak bardzo wmurowały go w ziemię te słowa.
Nie spodziewał się tego uderzenia. Nie chciał słyszeć o czymś takim. Nie potrafił tak po prostu obojętnie przejść obok tej sugestii. Nie, gdy zaledwie kilka dni wcześniej, niespełna kilkadziesiąt godzin wstecz rozmawiali o nich, mówiąc sobie, że nie miało być nikogo innego. Wiedział, że to pokazówka. Równie pochopne i kąśliwe słowa, co jego własne, ale wciąż zabolały. W dalszym ciągu odniosła zamierzony efekt.
- Wyśmienicie. Szybko poszło - niemal zacisnął zęby na papierosie, korzystając z całej swojej silnej woli, żeby nie przenieść wzroku na Geraldine i nie spiorunować jej teraz przy pomocy najbardziej gromnego spojrzenia, na jakie było go stać.
Jeszcze tu stał. W dalszym ciągu tu był, mimo tego wszystkiego, co wyrzucili sobie na dachu. Pomimo konieczności rozstania się prędzej niżeli później, nadal tu był. Zdawał sobie sprawę z tego, że chciała go teraz zranić równie mocno, co on wcześniej ranił ją, ale posuwała się przy tym wyjątkowo daleko. Za daleko. Ponownie nie mieli już żadnych granic.
Nie, skoro była w stanie tak po prostu powiedzieć mu coś takiego. W tym momencie prawdopodobnie powinien obrócić się na pięcie, życząc jej wszystkiego najlepszego w związku z poszukiwaniem nowego lokatora, samemu opuszczając pomieszczenie i wychodząc z mieszkania. Tymczasem w dalszym ciągu stał przy oknie, świdrując wzrokiem ludzi na ulicy i próbując nie powiedzieć czegoś, czego wcale nie chciał mówić.
No cóż. Nie szło mu to zbyt dobrze. Ewidentnie dawał się ponieść coraz gorszemu nastrojowi i tym wszystkim emocjom, jakie nawarstwiały się w nim w tym momencie. Nie spodziewał się, że pęknie aż tak łatwo. Wcześniej zdecydowanie zajmowało im to chociaż kilka minut, potrzebowali wymienić co najmniej kilkanaście zdań. Zdecydowanie nabywali wprawy.
- Co robić? - A jednak w dalszym ciągu starał się mówić względnie cicho i spokojnie.
To się u nich nie zmieniło, nieprawdaż? Kłótnia nie kłótnia, wprawa nie wprawa, żarli się dokładnie w taki sam sposób. Zupełnie tak jak na dachu szpitala czy wielokrotnie wcześniej przez ostatnie dni. Tyle tylko, że tym razem niechybnie był to jeden z tych ostatnich razów. Wybuchali coraz szybciej. Nie potrzebowali już tak naprawdę niczego. Mogli ukręcić dramat ze wszystkiego, co tylko mieli pod ręką. Nawet jeśli chwilę wcześniej wszystko było między nimi może nie dobrze, ale poprawnie.
Tyle tylko, że gdyby w istocie było to czy właśnie żarliby się o coś takiego?
Nie byli przyjaciółmi. Nie mogli nimi być. Nie dało się tego udawać, pomijać kwestii tego, co ich ze sobą łączyło. Wracać do starych układów, ignorując te wszystkie przeżyte chwile. Wspólną przeszłość, dawne założenia i plany. W tym momencie kolejny raz żarło ich to w plecy.
- To jest twoja w twoim mieszkaniu. Tak samo jak przez ostatni tydzień mieszkaliśmy w twoim domu. Nazywaj rzeczywistość taką, jaka jest - poprawił ją ostro, może nazbyt kąśliwie, ale do rzeczy, prawda?
Bez obchodzenia prawdy dookoła. To nigdy formalnie nie była jego własność. Był tu wyłącznie lokatorem. Po jej ostatnich słowach, ewidentnie do zastąpienia. Przelotnym właścicielem kuchni, jednym z wielu mających tu urzędować. Ale w końcu był tego świadomy, prawda?
Połowy Londynu. Połowy Wielkiej Brytanii.
Nie zamierzał tego mówić, tym bardziej, że sam też nie był przecież krystalicznie czysty. Może nie sprowadzał panienek do siebie na chatę. Być może nigdy nie próbował ponownie układać sobie z nikim życia. Wszystko było dla niego płytkie i przelotne. Nie szukał miłości. Ale w gruncie rzeczy niewiele to zmieniało, prawda? Zachowywał się równie nisko, jeśli nie jeszcze gorzej. Już parokrotnie ustalili, że byli siebie warci i to nie w formie komplementu.
- Jeszcze masz okazję to zrobić - przypomniał jej z całą perfidią, jaką w tym momencie miał w sobie. - Tak właściwie to - a miał jej, cóż, wyjątkowo dużo. - Pozwól, że ci pomogę - tak, bardzo dużo.
Na tyle, żeby bez chwili zastanowienia machnąć ręką, uprzednio wciskając sobie fajkę w usta, bez zastanowienia zrzucając z parapetu jeden z krzaków ziół w tej pierdolonej osłonce zamiast doniczki.
I tak miał zaraz zdechnąć. A pozbyli się już pierwszej pamiątki, prawda? Z każdą kolejną miało być łatwiej. Na co komu częściowo zaschnięty, częściowo przelany krzaczek mirtu, który i tak nie miał pełnić swojej funkcji. A liść laurowy gubiący listki zanim dobrze je wykształcił? Jedna sugestia i też mógł skończyć na podłodze.
Szczególnie, że przecież robili miejsce dla tej pierdolonej hałastry. Dla życia towarzyskiego jego dziewczyny. Dla nowego lokatora. Lokatorów.
- Ależ śmiało. Dawaj. Nie krępuj się - syknął, nadal ignorując wściekłe spojrzenia, jakimi w niego ciskała, samemu nie patrząc w jej kierunku. - Nie żałuj sobie pikantnych szczegółów, jeśli właśnie tego potrzebujesz. Adresów, nazwisk, rozmiarów buta. Fiuta - nie, nie chciał o tym słyszeć.
Nie chciał dowiadywać się o niczym, co niechybnie miało ich jeszcze bardziej pogrążyć. Całkowicie dobić, zupełnie zrujnować wszystko, co jeszcze było między nimi właściwe. Tyle tylko, że może właśnie tutaj leżało sedno? Być może faktycznie powinni obdarzyć się tymi wszystkimi przebojami? Tylko po to, żeby nie być już w stanie nic odbudować?
W innym wypadku wyłącznie coraz bardziej się miotali. Karmili się złudnymi nadziejami. Zamiatali brudy pod dywan, nie rozmawiając o tym, co było dla nich najbardziej krzywdzące. A przecież doskonale pamiętał tamte słowa Astarotha. Nawet, jeśli wtedy je zignorował, nadal siedziały mu w głowie. Tak samo jak w umyśle Geraldine on niechybnie w dalszym ciągu był dokładnie tym samym człowiekiem, za jakiego go miała.
- Wyśmienicie, że mamy jasność - po prostu kurwa perfekcyjnie, bo przecież nie mieli żadnych perspektyw na szczęśliwe rozwiązanie sytuacji.
Ile jeszcze razy mieli wdać się w konflikt? Ile razy miał się z nią pożreć, mimo wszystko nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca i tak po prostu wyjść? Już dawno powinien to zrobić. Do niczego ich to wszystko nie prowadziło.
- Jeśli nie zauważyłaś, ostatnio nigdy nie robię tego, na co mam ochotę - nie, nie zamierzał tolerować takich tekstów.
Nie, kiedy zupełnie się z nimi nie zgadzał. Nie w tej sytuacji. Nie w żadnej innej. Nie satysfakcjonowała go taka odpowiedź. Kolejne otwarte wyjście z sytuacji. Ponowne przerzucenie na niego odpowiedzialności za podejmowanie decyzji, po czym zapewne i tak miał usłyszeć, że nic nie robi we właściwy sposób. Czuł się zmęczony, teraz już nie tylko mentalnie, ale także fizycznie.
- Mam stąd wyjść? - Jasno, prosto, do rzeczy.
Tak albo nie. W jedną albo w drugą stronę. Nie lekko w prawo czy odrobinę w lewo. Do celu, od którego ponownie odbiegli, kolejny raz zupełnie się rozmijając, co najwyraźniej było ich nową domeną. Tym razem w bardzo ostatecznie brzmiący sposób.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
10.03.2025, 22:38  ✶  

- Dwa pokoje w końcu stoją puste, kto wie, kto zamierza w nich zamieszkać. - Chyba nie do końca spodziewała się w jaki sposób odbierze to, co powiedziała. Oczywiście nie to miała na myśli, jak widać jednak Roise sobie przełożył to na swój własny język. Nie do końca była w stanie przewidzieć to, co mogą wywołać słowa padające z jej ust. Zresztą nie powinno go to chyba obchodzić, prawda? On nie chciał tutaj z nią mieszkać, co mu właściwie przeszkadzało, czy ktoś wprowadzi się do wolnego pokoju... Bywał tutaj Theseus, z którym swojego czasu polowała, bywała Kimi, kiedy Astaroth się do niej wprowadził. Nie widziała nic złego w tym, żeby ich przyjaciele mieszkali z nimi. Najwyraźniej Roise miał z tym problem.

- Co niby szybko poszło? Nie wiem, może Roth kogoś pozna i postanowi znowu tutaj przyprowadzić? O czym Ty właściwie myślisz, co? - Czy naprawdę sądził, że za niedługo znajdzie sobie jakiegoś gacha i przyprowadzi go do mieszkania, pozwoli mu tu zamieszkać i spróbuje stworzyć z nim dom?

Prychnęła. On chyba naprawdę myślał, że zamierza to zrobić, naprawdę? Po tym, czego dowiedziała się podczas tego tygodnia, po tym, jak wyznała mu, że jej uczucia się nie zmieniły, naprawdę sądził, że o to jej chodziło?

Zirytowało ją to strasznie, bardzo łatwo przychodziło mu wyciąganie bezpodstawnych wniosków, wkurzał ją tym, i to jak. W jej oczach pojawiły się już kurwiki, zresztą zazwyczaj bardzo szybko się odpalała, to też nie była żadna nowość.

- Kłócić się, nawet nie wiem o co... - Tak, nie umykało jej, że właściwie do końca nie znała powodu przez który się uniósł, niby starała się zrozumieć to, że nie spodobało mu się, że ktoś korzystał z jego kuchni, wprowadzał tutaj swoje zmiany, ale nie sądziła, że o to chodziło. To musiało być coś głębszego. Tak, powiedziała mu, że zachowała jego rzeczy, nie określała jednak do końca które i w jaki sposób. Nie powinien mieć teraz o to do niej pretensji, a najwyraźniej było zupełnie inaczej.

- Mieszkanie może jest moje, ale to nigdy nie była moja kuchnia. Tak, Piaskownica jest moim problemem, o tym też już rozmawialiśmy. - Skoro chciał z nią dyskutować w ten sposób, to nie miała przed tym najmniejszych oporów. Zostawił jej dom, zresztą całkiem niedawno, nie wiedzieć czemu nagle sobie przypomniał o tym, że wypadałoby z nim coś zrobić. Mówiła mu przecież, że go nie chce, że nie zamierza i tak tam przebywać bez niego, więc nie widziała najmniejszego sensu w tym, aby należał do niej, tyle, że to niczego nie zmieniło. Dom pozostawał jej.

Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie robił. Naprawdę, zamierzał teraz zrobić jej tutaj burdel? W dupie miała tego krzaka, nie wiedziała nawet po co ktoś zostawił go na tym parapecie, bo nie znała się jakoś szczególnie na ziołach. Najprawdopodobniej ktoś zapomniał go podlewać, czy coś, bo ona ostatnio nie bywała w tym mieszkaniu. - Ocipiałeś do reszty. - Wkurzył ją, naprawdę zamierzał jej demonstrować swoją złość właśnie w ten sposób, było to bardzo niskie zachowanie. Zresztą powinien pamiętać, że nie byli tutaj sami, nie zamierzała jeszcze wkurzać swojego brata, Morgana jedna wiedziała, jak tym razem zareaguje na niespodziewaną pobudkę.

- Nie, najwyraźniej Ty tego potrzebujesz, ale jestem gotowa spełnić Twoją prośbę, tylko się upewnij, że na pewno chcesz to usłyszeć. - Czuła, że jeśli zaczną sobie to wyrzygiwać, to nie będzie już odwrotu, sama bowiem nie zamierzała słuchać na temat jego podbojów podczas tego okresu, kiedy nie było ich obok siebie. Wiedziała, że ją to zaboli, mimo, że nie powinno, bo przecież nie byli wtedy razem. To była trochę hipokryzja, bo przecież Yaxleyówna nie prowadzała się wtedy szczególnie dobrze, wróciła do starych nawyków, mimo wszystko to byłoby zbyt wiele.

- Perfekcyjnie, jak zawsze. Za każdym razem mamy jasność, kto jeśli nie my. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Irytowała się coraz bardziej, nie spodziewała się, że tak łatwo przyjdzie im zaburzyć spokój, tą chwilową przyjaźń, która była między nimi. Powinna to przewidzieć, oni nie potrafili wytrzymać w swoim towarzystwie zbyt długo bez kłótni. Szczególnie, że najwyraźniej wisiało między nimi jeszcze wiele spraw o których nie rozmawiali. To tylko i wyłącznie prosiło się o kolejne spory.  Kłócić się też potrafili jak nikt inny, wbijać szpile tam, gdzie zabolało, kolejna ich wspaniała umiejętność.

- To może czas w końcu to zmienić? Skoro masz być taki nieszczęśliwy. - Mruknęła jeszcze przez zaciśnięte zęby. Nie wiedziała do końca do czego zmierzał, ale najwyraźniej powinien przemyśleć swoje zachowanie, skoro teraz wyrzucał jej dokładnie to. Nie wiedziała, czy to ona była problemem, bo przecież ostatnio spędzał czas głównie z nią, w sumie musiało chodzić o nią, to było logiczne.

Zabawne, że nawet kiedy się kłócili nie unosili na siebie głosu, a bardziej strzelali z oczu piorunami, czy na siebie warczeli. Były to całkiem kulturalne spory.

- Od kiedy to ja mogę o tym decydować? - Oczywiście, że nie zamierzała od razu udzielić mu jasnej odpowiedzi, to byłoby zbyt proste, a ona przecież nigdy nie wybierała najłatwiejszych rozwiązań, to nie było w jej stylu, zamiast tego miała zamiar jeszcze chociaż odrobinę w niego uderzyć.

- Gdybym chciała, żebyś stąd wyszedł to nie znalazłbyś się w środku. - W końcu to ona zaproponowała, że przyjdą tutaj, do jej mieszkania, że w tym miejscu spędzą trochę czasu, odpoczną. To było chyba dosyć jasne, że nie chciała, aby stąd wychodził, przynajmniej jeszcze chwilę temu. Nie do końca podobało jej się to, co się teraz między nimi działo, nie zmieniało to jednak faktu, że chciała, aby był przy niej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
10.03.2025, 23:41  ✶  
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Jesteś dorosła, wolna i niezależna, tak? To twoja sprawa - a jednak w tym momencie zdecydowanie nie brzmiał, jakby zupełnie go to nie obchodziło.
Wręcz przeciwnie. W przeciągu zaledwie kilku ostatnich minut bezmyślnie, niezbyt świadomie zaczął coraz bardziej porzucać sprawianie pozorów kogoś, w kogo zupełnie nie uderzało to jak wyglądała ich sytuacja. Oczywiście, że go to drażniło. Jasna sprawa, że go to podkurwiało, że go to ruszało, że trudno mu było przejść obojętnie obok sugestii, jakie robiła Geraldine.
Chyba dostatecznie dobrze to sobie wyjaśnili, prawda? Robili to raz po raz, mówili sobie te wszystkie pozornie dobre rzeczy. Deklarowali uczucia, wyznawali sobie miłość, rozmawiali o tym, że nie miało być nikogo innego, bo to, co mieli nie działało w ten sposób. Nie można było tak po prostu powiedzieć pas i ruszyć dalej. Nie udało im się to przez niemal dwa lata, więc jakim cudem miałoby się udać w przeciągu zaledwie kilku dni?
Tyle tylko, że w tym momencie rzucała mu w twarz zupełnie innymi założeniami. Jak inaczej mógł to odebrać? Szczególnie przy tym, w jaki sposób wyglądało to u nich. Przy tym, że może nie znał panny Astarotha, nie chciał jej poznać, ale nie był głupi. Od zawsze twierdził, że przyjaźń damsko-męska miała zazwyczaj naprawdę wątłe podstawy do tego, by istnieć na dłuższą metę.
Mityczna Kimi na pewno nie była po prostu przyjaciółką. Albo z wzajemnością leciała na brata Geraldine, albo przynajmniej jedna strona była stanowczo zbyt mocno emocjonalnie uwikłana. Toteż sugestia przejęcia kuchni przez jeszcze nowszego lokatora po tym jak dwie poprzednie przyjacielskie osoby porzuciły to miejsce zyskiwała zupełnie nowe znaczenie. I Rina to wiedziała, prawda?
- Doskonale wiesz, o czym myślę, bo sama mi to teraz sugerujesz - nie miał żadnych oporów przed wyrzuceniem tego z siebie w całej pokrętnej krasie tych słów.
Tak. W tym momencie przestawało obchodzić go to, że wychodził na kogoś, kto mógł być zazdrosny. Tak właściwie był całkowicie świadomy tego, że w istocie nie tylko mógł wychodzić na zazdrosnego. On był zazdrosny. Miał być zazdrosny. Nie potrafił ani nawet nie próbował tego zmienić, więc równie dobrze mógł tym emanować. Skoro to i tak nie robiło żadnej różnicy ani nie miało nawet najmniejszego znaczenia, to czemu nie?
Zabawne, że usiłowała przy okazji wmawiać mu, że nie miała zielonego pojęcia, o co tak właściwie się teraz kłócą. Mówiąc to wszystko i zdecydowanie w pełni angażując się w eskalację konfliktu. Była zupełnie nieświadoma. Parsknął pod nosem.
- Jasne. Rozmawialiśmy - niby w teorii przyznał jej rację, jednak w praktyce była to kolejna rzecz, jakiej nawet nie próbował ukrywać: doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że chciała mu wiele zarzucić w związku z porzuceniem Piaskownicy.
Pytanie, czemu wciąż jeszcze tego nie zrobiła? Nie był głupi. Znał ją. Znał siebie. Doskonale wiedział, że ta decyzja nie przeszła bez wewnętrznego echa. Był wręcz zdziwiony, że jeszcze mu tego nie wyrzuciła. Zamiast tego kolejny raz przyjęła narrację, która ewidentnie nie powinna jej pasować. To zaś robiło mu kisiel z mózgu. Wbrew pozorom nic nie ułatwiało. Nienawidził tego stanu.
I jeśli on ocipiał, co było możliwe i (o dziwo) wcale tego teraz nie wykluczał, to ona do reszty ochujała. Nie zamieniali się rolami. Przyjmowali zupełnie inne. Chaotyczne, zupełnie im nie odpowiadające. Nie pasujące do nich ani do tego, kim powinni dla siebie być. A jednak obecnie zdecydowanie najłatwiej przychodziło im właśnie to: bycie dla siebie nawzajem dosłownie najgorszym, co mogło ich spotkać.
Rujnowali się. Niszczyli się do reszty. Robili ze sobą to, co on właśnie zrobił z tymi przeklętymi dwiema doniczkami. Tak, druga też dołączyła do pierwszej. Z pełną perfidią tego gestu. W końcu Geraldine żałowała, że nie wypierdoliła jego rzeczy, tak? Teraz miała mieć ku temu doskonałą okazję. Mogła zrobić miejsce na swojego nowego lokatora, o którym tak ochoczo wspominała.
Na pewno miał wnieść w jej życie dostatecznie dużo bagażu. W końcu sam Ambroise był dostatecznym dowodem na to, jak zjebanych partnerów usiłowała sobie szukać. Ściągała do siebie szuje, kanalie i gnidy. Przyciągała mężczyzn chcących ją wykorzystać albo robiących to zupełnie nieświadomie. Przecież coś o tym wiedział, tak? Już to ustalili. Przyjęli tę narrację, dostał swoje, mógł być tak parszywy jak tylko potrafił. Nawet jeśli wcale nie chciał, mimowolnie i tak chwiał się w tę stronę. Tak jak teraz.
- Śmiało, dawaj, przecież też tego chcesz - odburknął, zaciągając się papierosem, żeby tylko nie powiedzieć przy tym tego, co w tej chwili zdecydowanie cisnęło mu się na usta.
Wystarczyło, że bezmyślnie wyrzucił z siebie te wszystkie słowa, których też wcale nie chciał mówić. Usiłował nie myśleć o tym, co w tej chwili wylało się na zewnątrz. Przez ostatnie miesiące, praktycznie od samego początku starał się nie snuć rozważań na ten temat. Nie pozwalać się temu pochłonąć. Nie myśleć o tym jak wyglądały ich życia, odkąd wszystko się rozsypało.
Ale nie mógł, nie umiał tego nie robić. Czuł się źle będąc z daleka. Jeszcze gorzej, gdy był obok. Miotał się. Nie chciał gryźć a gryzł. Miał dosyć, po prostu dosyć. Zarówno siebie samego, jak i tego wszystkiego, co wywalała mu Geraldine.
Chuja mieli a nie jasność. No, chyba że chodziło o tę związaną ze świadomością ranienia się do żywego. Wtedy tak. Nie wątpił, że oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co teraz robią. Mimo to znowu posuwali się dalej i dalej.
- Jak mam to zmienić, co? Skoro wiesz wszystko to może mi to wreszcie powiedz? - To były kolejne niepotrzebne słowa, ale wciąż znalazły ujście.
Jeszcze jeden, kolejny raz. Znów zapędzali się w te same rejony. Prowadząc się ku powtarzaniu tych samych dyskusji, znajomych argumentów. Tyle tylko, że po poprzedniej nocy nie powinni już tego robić, tak? Tym razem powinna odpowiedzieć mu inaczej. Tylko na to teraz czekał.
- Chciałaś być częścią? Mieć decyzyjność? To proszę bardzo - tak, to było perfidne, ale naprawdę zupełnie się tym teraz nie przejmował.
Chciała mieć sprawczość, więc ją miała. Nie mogła zarzucić mu, że nie bierze jej zdania pod uwagę, gdy to właśnie na nim opierał teraz swoje być czy nie być w jej mieszkaniu, tak?
Tyle tylko, że to było znacznie bardziej skomplikowane a on wcale nie chciał być aż tak unikowy. Gubił się. Oboje robili to ponownie. Znów zapędzali się w kozi róg.
- Nie wiem, czy to naprawdę takie jasne, Rina - musiał zakwestionować odpowiedź, którą mu dała.
To akurat nie było w żaden sposób niejasne. Po prostu oczywiście, że potrzebował dorzucić swoje trzy knuty do całego tematu tego, dlaczego w ogóle znalazł się z nią ponownie w tym mieszkaniu. I co tak właściwie powodowało nim czy nią, że nadal nie byli w stanie pójść każde w swoją stronę.
- Nie mam pojęcia, co znowu odpierdalamy, ale mam tego dosyć - stwierdził, zwracając wzrok w kierunku dziewczyny i kręcąc głową.
Już z dużo bardziej przybitą, skołowaną, nadal podirytowaną miną. Złą, jasne, ale przy okazji też bardziej zagubioną niż po prostu wściekłą. Nie, cokolwiek teraz odstawiali nie było czymś, do czego powinni zmierzać. Chyba oboje to wiedzieli. Tyle tylko, że do czego innego mieli dążyć, skoro wysrywanie sobie rzeczy przychodziło im najbardziej naturalnie? Zaraz po tych wszystkich gestach, odnośnie których ustalili już, że nie będą sobie na nie pozwalać?
Może nie na głos. Te słowa nie padły między nimi, ale bez wątpienia od samego rana zachowywali się tak, jakby oboje doskonale wiedzieli, gdzie na nowo stawiają granicę. Próbowali, naprawdę próbowali być dla siebie kimś więcej niż obcymi. Więcej niż mdłymi, całkowicie niezaangażowanymi sojusznikami.
Tyle tylko, że do tej ich przyjaźni nie było już powrotu. Zresztą dusili się w niej wtedy. Mieli to teraz powtórzyć? Za jakie grzechy? Za jakie winy? Po co?
- To nie działa - nie musiał mówić, o co mu chodzi, prawda?
Jasne, mieli kolejną wspólną sprawę, ale nie własną przyszłość? Jak porypanie i nielogicznie to brzmiało. Mieli spędzać ze sobą czas, próbować zająć się problemami, być dla siebie wsparciem w zakresie radzenia sobie z burdelem dookoła nich, podczas gdy sami nie byli w stanie rozwiązać własnych palących kwestii?
Wspierać Astatotha, wyciągnąć go z Londynu na zupełne zadupie w górach? Spędzać tam czas? Może nie do końca całkowicie wspólnie, skoro oboje zamierzali dbać też o własne obowiązki zawodowe i wymieniać się opieką nad dzieckiem. Jednak z pewnością parokrotnie nie będąc w stanie uniknąć interakcji?
Jak właściwie to sobie wyobrażali w tym układzie?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
11.03.2025, 10:12  ✶  

- Skoro nie chcesz wiedzieć, nie interesuje Cię to, to dlaczego właściwie Cię to tak rusza? - Wiedziała dlaczego, wszystko było dla niej jasne. Nie mogła tylko znieść tych ich wzajemnych przepychanek, które nie miały najmniejszego sensu. Znowu to sobie robili. Obwiniali się o coś, co mogło, ale nie miało sensu się wydarzyć. Może źle dobierała słowa, to też nie było niczym nowym, przecież nigdy nie była dobrym mówcą, zdecydowanie łatwiej było jej pokazywać co czuła przy pomocy gestów, ale w tej chwili nie mogła po nie sięgać, bo się od siebie dystansowali. Sami wybrali tę drogę, to też ją wkurzało.

- Mówiłam Ci, że nie szukam nikogo kto zajmie Twoje miejsce. - O to mu chodziło? Czyż nie? Obruszył się tak, bo stwierdził, że przyjmie tutaj kogoś z kimś stworzy sobie nowy domek. Tyle, że przecież mówiła mu wiele razy, że nie zamierza tego robić, że nie widziała możliwości, aby u jej boku miał się znaleźć ktoś inny niż on. Musiała mu chyba jednak o tym przypomnieć, bo najwyraźniej mu to umykało. Może i ją wkurzał, irytował, drażnił jednak to też się nie zmieniło. Nie chodziło o nią, ale nie mieszkała tutaj sama, więc zakładała różne możliwości, zresztą Kim wprowadziła się do niej praktycznie na równi z Astarothem, skąd mogła wiedzieć, że jej brat niedługo nie znajdzie sobie nowej przyjaciółki.

- Najwyraźniej nic nie jest takie jasne, jakby się mogło wydawać. - Nie mogła powstrzymać się przed tym komentarzem, ciągle powtarzał jej, że mają zgodność, że wszystko jest jasne, ale nie było w tym najmniejszego sensu, inaczej przecież by się o to ciągle nie kłócili. Może był to moment, w którym powinni wszystko wyjaśnić? Tak, żeby faktycznie żadne z nich nie miało żadnych wątpliwości.

Nie prosiła go o to, aby porzucił ich wspólny dom, nie było niczym przyjemnym znalezienie tych dokumentów, które raczej nasunęły jej na myśl, że teraz już ich nic oficjalnie nie łączy. Mimo spędzonych ze sobą lat nie zdążyli przecież w żaden prawny sposób tego ogarnąć, dzięki temu bardzo prosto mogli się rozejść, jakby ich nic ze sobą nie łączyło, jakby to wszystko nic nie znaczyło. Każde z nich mogło po prostu odwrócić się na pięcie i pójść w swoją własną stronę.

Kolejna doniczka uderzyła o ziemię. Nie miała wpływu na jego nagły wybuch złości, westchnęła więc jedynie widząc więcej ziemi rozsypane na podłodze. Dobrze było wiedzieć, że on również nad sobą panował, Geraldine wyjątkowo jednak nie niszczyła otoczenia. Czyżby tym razem to ona miała nad sobą większe panowanie? To było, aż dziwne, bo to raczej Ger nie stroniła od tego, żeby rzucać przypadkowymi przedmiotami podczas kuchni, zresztą po jej ostatniej rozmowie z Astarothem na ścianie nadal znajdował się ciemny ślad po kawie, która znajdowała się w kubku, którym w niego rzuciła.

- Nie chcę tego, nie chcę Cię krzywdzić. - Mógł sobie myśleć inaczej, ale nie zamierzała opowiadać o tym, co działo się, kiedy się rozeszli. Najlepiej dla nich, aby ten rozdział pozostał zamknięty i nigdy nie opowiadali sobie zbyt wiele o tym czasie spędzonym osobno. Niezdrowe mogłyby być te historie i dla niej i dla niego. To było im zupełnie niepotrzebne, bo bez tego wydawali się być już dostatecznie skrzywdzeni.

Zapętlali się w swoim niezdecydowaniu, znowu nie przynosiło im niczego dobrego. Wczoraj przecież już doszli do tego, że powinni się rozejść, dzisiaj zamiast tego stali znowu na przeciwko siebie i rzucali między sobą oskarżeniami. To nie przynosiło im nicczego dobrego, nigdy nie miało przynieść. Nie, kiedy postanowili ze sobą walczyć, zamiast przyjąć tą wersję, która byłaby właściwa. Męczyli się, i ona i on. Najgorsze było to, że doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

- Oczywiście, dostaję decyzyjność w momencie, w którym jej nie chcę. - Powinna się była domyśleć tego, że odbije się jej to czkawką. Jak zawsze wykorzystał jej słowa i odwrócił to przeciwko niej. Ona miała decyzyjność? W momencie w którym wszystko między nimi wyglądało nie tak, jak powinno? Wspaniale, naprawdę wspaniale, może nawet wyśmienicie.

- Mówiłam Ci w jaki sposób można to zmienić, ale nie słuchasz, dalej brniesz w swoją narrację. - Oczywiście, że nie zamierzała i tego pominąć. Opcje były dwie, chyba każde z nich zdawało sobie z tego sprawę. Wczoraj zadecydowali, że wybiorą tą bardziej bolesną, tyle, że się do tego nie dostosowali, to chyba świadczyło samo za siebie. Postanowili, że pozostaną przy swoim boku, tylko po co? Żeby znowu robić sobie to wszystko? To nie miało żadnego sensu, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

- Nie dziwi mnie to jakoś specjalnie, to nigdy nie zadziała, zresztą przecież już kiedyś to przeżyliśmy. - Najwyraźniej niczego się w związku z tym nie nauczyli. Mieli kolejne wspólne sprawy, mieli się spotykać, być dla siebie mili, a przy okazji ograniczać wszystkie inne intereakcje? Niby jak? To nie było możliwe, to wszystko gryzło się ze sobą i było zupełnie nienaturalne. Nie w momencie, w którym czuli do siebie dużo więcej. Nic im to nie dawało poza tym, że jeszcze bardziej się miotali i motali w siebie tymi niepotrzebnymi komentarzami.

- Naprawdę chcę, żebyś został. - Powiedziała dużo ciszej, niż wcześniej. Nie chciała, żeby jej opuszczał, nie w ten sposób, tyle, że właśnie, czy to znowu nie było dawanie sobie jakiegoś dziwnego substytutu czegoś, po co nie mogli sięgnąć? Zostanie tutaj na kanapie, jako jej przyjaciel? To nie miało najmniejszego sensu, nie tego chciała, nie tego oczekiwała. Znowu zaczynali się dusić przez granice, które sobie wyznaczyli, które nigdy nie powinny się pojawić.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (8187), Geraldine Greengrass-Yaxley (6000)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa