• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] home, sweet home | Geraldine & Ambroise

[08.09.1972] home, sweet home | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
26.03.2025, 23:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:52 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

08.09.1972, mieszkanie Geraldine, przy Horyzontalnej

Nie do końca wiedziała, czego powinni się spodziewać. Nie miała pewności, jak będzie wyglądało jej, ich mieszkanie. Klatka schodowa nie wydawała się być jakoś szczególnie uszkodzona, nie spotkali na niej również nikogo, kto chciałby im zrobić krzywdę, więc może nie było tak źle. To była całkiem miła odmiana w stosunku do tego, co działo się na zewnątrz. Nie dało się ukryć, że miasto pochłonął chaos. Ogień był wszędzie, płomienie trawiły kolejne budynki, sadza, popiół i dym unosiły się nad ziemią. Nie spodziewała się, że kiedyś zobaczy podobną tragedię, na pewno nie na taką skalę. Zresztą, czy ktoś w ogóle myślał o tym, że mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji? No nie? Tego raczej nie dało się przewidzieć, chociaż może, jakiś jasnowidz? Nie słyszała jednak by ktoś coś mówił o zbliżającej się zagładzie.

Odetchnęła głęboko, gdy znaleźli się na ostatnim piętrze kamienicy. W tej chwili okropnie żałowała, że jednak nie kupiła te ponad dziesięć lat temu mieszkania na parterze, bo już byliby w środku. No nic, jakoś udało im się tutaj dotrzeć, za chwilę zobaczą Astarotha, tak - tej myśli się trzymała. Co zrobią później? We trójkę skoczą do Corneliusa zobaczyć, czy Fabian jest bezpieczny, tak, to było bardzo ważne. Nie miała bowiem pojęcia, czy Cornelius pracuje, czy Młody znajduje się w domu, czy u ciotki, a jako jego rodzice chrzestni byli poniekąd za niego odpowiedzialni. Musieli upewnić się, że nic mu nie jest. Wszystko jednak po kolei.

Otworzyła drzwi i weszła do mieszkania. W środku panowała cisza, to było aż dziwne. Czy Roth naprawdę nie słyszał tego, co działo się na zewnątrz? Zrobiła krok do przodu. Psy nie przybiegły jej przywitać - podejrzewała, że Triss zabrała je do rodziców, zresztą chyba ją o to prosiła przy ostatnim spotkaniu. Kolejny krok do przodu, nadal żadne dźwięki nie zwróciły jej uwagi. - Roth, kurwa, Londyn się pali. - Czy naprawdę spał? Czy nie usłyszałby tego, co działo się na zewnątrz? Drzwi od jego sypialni były otwarte. To spowodowało, że Yaxleyówna poczuła niepokój. Nie miała pojęcia, co tam zastanie.

Ruszyła się do przodu, ale zakręciło jej się w głowie, przez co oparła się o ścianę. Przymknęła na chwilę oczy, aby się ogarnąć. Dużo się działo, to na pewno było spowodowane tym, co przed chwilą przeżyli. Nawdychała się dymu i ją zamroczyło.

Odetchnęła głęboko, zapomniała jednak, że ma szal owinięty wokół swojej twarzy, więc teraz go zsunęła. W mieszkaniu nie było dymu, przynajmniej tak jej się wydawało - nie płonęło.

Miała nadzieję, że Roise w tej chwili nie wróci do tego, co działo się, gdy byli na zewnątrz, wiedziała, że jej to nie ominie, ale to nie był idealny moment, czuła się chujowo, musieli stąd spierdalać, tylko właśnie Astaroth. Najwyraźniej nie było go w domu? Była szansa, że spał, że wpierdolił te swoje eliksiry nasenne i nadal leżał w łóżku.

Nie zareagował jednak na jej słowa, czy możliwe, że ten sen był, aż taki twardy? Przeniosła spojrzenie na Ambroisa szukając odpowiedzi na wszystkie pytania, które kłębiły się w jej głownie na jego twarzy. Miała nadzieję, że coś z niej wyczyta.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
26.03.2025, 23:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2025, 23:59 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nie. Nie zamierzał teraz tracić czasu na wykłady. Wykonali zaledwie część planu. Nadal nie byli bezpieczni. Ich sytuacja wcale się nie unormowała ani nie poprawiła. Wręcz przeciwnie: teraz byli na ostatnim piętrze kamienicy przylepionej dwoma ścianami do rzędu płonących budynków. To nie był czas na dyskusje. Nawet tak istotne jak ta, którą musieli przeprowadzić. Musieli.
W tym momencie liczyło się zgarnięcie Astarotha, który nie wyszedł im na powitanie. Może zabranie psów, które także nie znajdowały się w zasięgu wzroku. Korytarz był pusty. Mieszkanie? Przeraźliwie ciche jak na to, co działo się na zewnątrz. Nie uległo to zmianie nawet wtedy, kiedy Rina otworzyła usta, próbując przywołać brata. Cisza. Odpowiedziała im cisza.
- Wyszedł? Zabrał psy na spacer? - To było pierwsze, o czym pomyślał.
Tyle tylko, że zmierzch dopiero co zapadł. To musiałoby oznaczać, że Roth wyszedł stąd już po wybuchu masowej paniki. W końcu oni widzieli jeszcze ostatnie promienie zachodzącego słońca przebijające się przez czarne chmury, zanim te zasnuły niebo i zaczął lecieć z nich pył. To nie miało sensu. Nic nie było już zrozumiałe.
Również nie to, co stało się kilkadziesiąt sekund po tym jak jego dziewczyna ruszyła wgłąb korytarza.
- Co się dzieje? - Konkretne, bardzo proste pytanie, które w tym wypadku miało na celu nie tylko dowiedzenie się o tym, co spowodowało, że jego dziewczyna oparła się o ścianę w ten sposób; sposób sformułowania zdania z miejsca wykluczał także możliwość machnięcia ręką i stwierdzenia, że wszystko jest w porządku.
W końcu znał Geraldine nie od wczoraj. Nawet jeśli w pewnym sensie kolejny raz byli świeżą parą dopiero co stawiającą wspólne kroki w zatrważająco brutalnej i chaotycznej rzeczywistości. Gdyby zapytał ją o to, czy wszystko jest w porządku, niechybnie zignorowałaby jego zaniepokojenie. W tym momencie istniał lichy cień szansy na to, że mogła tego nie zrobić.
- Szczerze - prawdopodobnie mógł tego nie dodawać, ale postanowił dodatkowo przypomnieć dziewczynie o ich stosunkowo świeżych ustaleniach.
Tym razem mieli być naprawdę transparentni. A ona...
...ona też była tak blada, że niemal przezroczysta. Nawet pod warstwą pyłu i sadzy, która osadziła się na jej skórze. Jasne włosy jego dziewczyny także nie były już w ciepłym odcieniu blondu. Miały dziwną, szaro-buro-czarną barwę. Nie do końca siwiznę, niezupełnie czerń. Coś pomiędzy.
Były przyprószone, splątane, zmatowiałe przez popiół, który się na nich osadził. Nie przypominały już tych miękkich i pachnących fal, w których zatapiał nos w ciemnym kinie, ukradkiem całując ją po szyi. Ta część wieczoru odeszła w zapomnienie. Zdawało się, że miała miejsce wieki temu. Możliwe, że nawet w zupełnie innym życiu.
Teraz znajdowali się w epicentrum żywiołu. Musieli jak najszybciej opuścić mieszkanie. Ponownie wydostać się na ulicę. Obrać kurs w miejsce, z którego byliby w stanie przenieść się gdzieś indziej. Do Exmoor, do którego zamierzali udać się z Astarothem na odwyk zanim wszystko wzięło w łeb? A może do Whitby, które było ich domem. To była bezpieczna przystań.
Zapewne nadal stała na skałach. Niewzruszona, choć nadszarpnięta zębem czasu i zaniedbaniem. Nikt poza nimi nie wiedział o jej istnieniu. Była blisko morza. Pośrodku pustych wrzosowisk w miejscu, do którego nie mogłyby dotrzeć płomienie, nawet jeśli pożar rozlał się poza Londyn.
W tym momencie, Ambroise nie chciał nic zakładać. Łuna, która ogarnęła niebo, niosła się wysoko i sięgała daleko za horyzont. Było to widać zatrważająco dobrze nawet z miejsca, w którym teraz stanęli. Patrząc przez otwarte drzwi w taflę kuchennej szyby, nie dało się mieć już nawet cienia złudzeń: kataklizm ogarnął nie tylko najbliższą okolicę.
Pozostawanie tu na nazbyt długo byłoby skrajną głupotą. A jednak nie umknęło mu to, co działo się z Riną. Jej nagłe zbladnięcie, szybciej unosząca się pierś, ale zdecydowanie spłycony oddech. Bez dalszego słowa znalazł się przy niej. Również bez uprzedzenia złapał ją za nadgarstek, próbując wyczuć tętno dziewczyny. Nie było ani mocne, ani słabe.
A jednak wyglądała, jakby mogła osunąć się po tej ścianie na podłogę. Być może miało to związek z dymem i duchotą. W tym momencie mogli pozwolić sobie na oddech, toteż i on zsunął golf z ust, nabierając powietrza w płuca. Mieszkanie nie płonęło, swąd dymu nie był tu aż tak wyczuwalny. Jeszcze nie. To była kwestia czasu.
- Stoisz? - Chyba stała, więc rzucił jej jeszcze głębokie, badawcze spojrzenie zanim bez dalszych ceregieli ruszył korytarzem w kierunku sypialni.
Już nie gościnnej. Obecnie teoretycznie cudzej. Nie zamierzał być kulturalny. Bez wahania wbił się do pokoju.

Korzystam z przewagi Leczenie (III) - ocena stanu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
27.03.2025, 00:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2025, 00:12 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Plan był całkiem prosty, szkoda tylko, że przy pierwszej możliwej okazji zaczął się sypać. Astaroth się nie odzywał, nie miała pewności, że był w mieszkaniu, co wtedy? Jak niby znajdą go na zewnątrz. Nie mogła sobie pozwolić na opuszczenie Londynu bez niego, a to by oznaczało, że Roise musiał tu z nią zostać, bo przecież wiedziała, że bez niej nie opuści tego miasta. Reakcja łańcuchowa, której nie przewidziała. Dlaczego nic nie szło po jej myśli. Westchnęła tylko cicho, naprawdę sądziła, że tym razem wiatr nie będzie wiał jej w oczy, jak widać, grubo się pomyliła. Wszystko zaczynało się pieprzyć, a dopiero zaczynali realizować kolejne kroki ze swojego sprytnego planu.

- Triss. - Powiedziała cicho. Złapała kolejny oddech, mógł nie zrozumieć o co jej chodziło, bo znowu sięgnęła po skrót myślowy, niby rozumieli się bez słów, ale wolała dopowiedzieć to, co miała na myśli. - Triss miała zabrać psy do Snowdonii. - Już zdecydowanie lepiej, cóż, powoli uczyła się rozmawiać, chociaż taki sukces mogła odhaczyć.

Na szczęście nadeszła noc, Roth mógł bez problemu przemierzać ulice Londynu, chociaż tyle dobrego mogło się wydarzyć. Gdyby pożary rozpoczęły się w ciągu dnia, to zostałby tu uwięziony, utknąłby w pułapce. Jak widać - zawsze mogło być gorzej, czyż nie, trzeba było szukać pozytywów w tej pojebanej sytuacji.

- Nic. - Co innego miała mu odpowiedzieć? Oparła się o ścianę. Zakręciło jej się w głowie. To nie było nic wielkiego, jak mniemała to wszystko przez ten dym, który wcześniej wdychała. Nie stało się nic złego, wszystko było w porządku. Powinna się spodziewać jednak tego, że ta odpowiedź mu nie wystarczy, że nie pozwoli się zbyć. Roise już taki był.

- Zamroczyło mnie. - Nie miała innego wyjścia, jak przyznać się do tego, co właściwie spowodowało, że oparła się o ścianę. No, zakręciło jej się w głowie, takie rzeczy się zdarzały, prawda? To nie było nic wielkiego, nie było sensu się nad tym jakoś specjalnie rozczulać. Zaraz jej przejdzie. Szkoda tylko, że nie miała szansy, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, ale w tej chwili niestety nawet taka prosta czynność nie była możliwa, bo kurwa mać pożary właśnie trawiły Londyn. Wszędzie znajdował się dym, nie dało się sobie po prostu odetchnąć.

Poczuła dłoń Roisa zaciskającą się na swoim nadgarstku, oczywiście, że musiał sprawdzić swoim specjalistycznym okiem, czy na pewno wszystko było z nią w porządku. Nie spodziewała się, że cos wyczuje, jasne zasłabła, ale było to tylko chwilowe, miała ku temu podstawy, zaraz wszystko będzie w najlepszym porządku. Musiała jedynie złapać oddech, to nie było nic pilnego, nie ucierpiała w żaden sposób. Naprawdę.

- Stoję, ale już idę. - Nie mogła sobie pozwolić na zbyt długi odpoczynek. W końcu mieli sporo spraw do załatwienia, nie mogła więc opierać się o te ścianę zbyt długo. Musieli ruszać.

Roise poszedł przed nią, więc w końcu podążyła za nim w stronę sypialni swojego brata. Nie, żeby miała jeszcze nadzieję, może powinna mieć, cóż, spodziewała się jednak, że zastaną pokój pusty - tak też się stało. W mieszkaniu nie było nikogo poza nimi, to nie było za bardzo budujące, niby jak mieli go teraz znaleźć? Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co działo się na zewnątrz, jakim chujem mieliby tam odnaleźć Astarotha?

- Jak niby mamy go znaleźć? - Powinna była mu wytatuować na dupie jakąś runę, która udostępniałaby jego lokalizację, może wtedy byłoby prościej, z drugiej strony - nie mogła mieć przecież do brata pretensji o to, że postanowił opuścić mieszkanie. Ono mogło się okazać dla niego klatką, więzieniem, w którym by spłonął, może wcale nie tak głupio postąpił, gdy zdecydował się wyjść na zewnątrz, tyle, że póki co nie miała pojęcia, jak mieli go znaleźć. Noc nadeszła całkiem niedawno, była więc szansa, że nie oddalił się szczególnie daleko, może to było ich nadzieją?



//skrzat półkrwi
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
27.03.2025, 03:06  ✶  
Zaakceptował odpowiedź dotyczącą psów. Nie musiał zadawać żadnych dodatkowych pytań. Tak właściwie to od samego początku zrozumiał, o co chodzi Geraldine. Już za pierwszym razem domyślił się znaczenia słów dziewczyny. Wcale nie musiała pogłębiać swojej wypowiedzi.
Szczególnie, że potrzebowali oszczędzać gardło i struny głosowe. W tym momencie naprawdę nie mogli sobie pozwolić na to, żeby nie być w stanie mówić wtedy, kiedy to najbardziej konieczne. A jednak nie zwrócił Yaxleyównie uwagi. Nie, gdy zorientował się, że właśnie zaczęła nawiązywać bliski kontakt ze ścianą.
- To nie wygląda jak nic - było naprawdę bardzo blisko, by te słowa faktycznie padły z ust Ambroisa.
Tym bardziej, że może nie byłyby zbyt kreatywne i głębokie, ale też nie o to mu chodziło. Zaniepokoił się. Jego zaczerwienione oczy, nadal trochę załzawione od dymu, przeszyły Geraldine naprawdę przenikliwym spojrzeniem. W tym momencie nie było miejsca na bagatelizowanie objawów. Nie powinna machać ręką na swój stan fizyczny. Na objawy wskazujące na to, że coś mogło być nie tak z jej zdrowiem.
Pył, który sypał się z nieba nie pochodził wyłącznie z płonących budynków. To nie była tylko bezpośrednia konsekwencja zwyczajnego pożaru. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że popiół sypał się bezpośrednio z chmur. Jak makabryczny siwo-czarny śnieg wdzierający się do płuc. Duszący i odbierający oddech.
Mimo zasłonięcia ust, oboje mieli go dosłownie wszędzie. We włosach, na twarzy, w uszach, w oczach. Pozostawił posmak w ustach. Był też w nozdrzach. Roise mógłby założyć się, że także pod tymi wszystkimi warstwami ubrań. Co gorsza nie mogli nic z tym zrobić.
To mogło mieć druzgocący wpływ na zdrowie. Taki, o którym nie śniło mu się nawet w najgorszych medycznych koszmarach. A tych miał wyjątkowo wiele. Szczególnie po tamtych wydarzeniach z Doliny Godryka mających miejsce ponad dwa lata wstecz. Właśnie wtedy zaczęły przybierać aktualną formę, w której już pozostały.
Wszystkie dotyczyły jego dziewczyny. Jego kobiety. Tej, która miała irytującą tendencję do bagatelizowania swojego stanu. Nic dziwnego, że w tym momencie zareagował w taki, nie inny sposób. Nie zamierzał tolerować odpowiedzi, które nie dawały mu żadnych informacji.
Był lekarzem, nie koronerem, który zajmował się pacjentami dopiero po ich śmierci. Nie był też jasnowidzem. Los oszczędził mu tej wersji Trzeciego Oka, zapewniając Greengrassowi inną formę mentalnej rozrywki. Na tej samej zasadzie nie czytał jej w myślach. Znał ją, byli w stanie w szerokim zakresie komunikować się bez zbędnych słów, ale teraz potrzebował konkretów.
Nie miał zamiaru odpuścić. Był szczególnie zawzięty i uparty, gdy ktoś tak mu bliski usiłował sprowadzać sprawę do niczego. Nie na jego warcie. Być może nie był w Mungu, ale w tym momencie mógł to nawet nazwać prywatnym dyżurem. Obstawą medyczną, jednoosobowym pogotowiem magicznym. W dalszym ciągu skuteczniejszym niż niewidoczne na ulicach siły Ministerstwa. Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że bujać to nie jego.
- Czujesz, że to się nasila? - Pierwsze bardzo konkretne pytanie, po którym umilkł na kilka sekund. - Potrzebujesz, żebym cię podtrzymał? - Proste, jasne, do celu, tak lub nie. - Chcesz usiąść? - Zresztą już i tak stał blisko, trzymając ją za rękę. - Wody? - Mógł ją posadzić na chwilę, po czym skoczyć do pobliskiej kuchni. - Zauważyłaś jakieś inne objawy? To tylko otępienie? Zamroczenie? Ból głowy? Nudności? Masz trudności z oddychaniem? Coś cię boli? - Po każdym kolejnym pytaniu następowała krótka przerwa; ponownie: tak, nie - prosta sprawa. - Nie dostałaś żadnym odłamkiem, prawda? - Nie wydawało mu się.
Tyle tylko, że nie mógł być pewien. Zamroziło go, choćby wtedy, kiedy patrzył na tamten walący się taras. To mogło wystarczyć, żeby coś przeoczył. To nie było ani miejsce, ani tym bardziej czas na spekulacje. Tego ostatniego mieli wyjątkowo mało.
Na tyle im go brakowało, że wreszcie podjął decyzję o tym, żeby samemu zainteresować się  kwestią tego, czemu mieszkanie było takie ciche. Tłumiąc westchnienie niepokoju, ruszył przed siebie. Nie, nie oczekiwał, że Geraldine podąży zaraz za nim. Wręcz przeciwnie: posłał ostre spojrzenie przez ramię, gdy usłyszał tą deklarację.
Ale nie mógł jej powstrzymać. W tym momencie nie miał takiej siły. On także nie czuł się najlepiej. Kaszel sprawił, że piekło go gardło. W dalszym ciągu czuł palenie w płucach. Tak mocne, że ani przez sekundę nie zawahał się, czy nie powinien zapalić papierosa. Wyłącznie by się tym dobił. Jako uzdrowiciel miał pełną świadomość, że nie należało tego teraz robić.
Niby wewnętrznie odczuwał tę potrzebę. Sięgał po fajkę praktycznie zawsze, gdy się stresował, ale teraz byłoby to debilne. Idiotyczne, skrajnie głupie. Dlatego wyłącznie zgrzytał zębami, walcząc z poczuciem wewnętrznego przymusu nakarmienia nałogu.
W tym momencie nie mógł mieć nawet tej drobnej przyjemności z życia. Los zdecydowanie nie szczędził mu kolejnych testów. Nie zamierzał też niczego im ułatwiać. Oczywiście, że sypialnia okazała się pusta. To byłoby zbyt proste, aby okazało się prawdziwe. Mieli szukać wampira w snopach ognia.
Wyśmienicie, kurwa, wyśmienicie. Eliksiralny ćpun, który zazwyczaj leżał w domu i spał nagle postanowił stać się najbardziej aktywną osobą w Londynie. Wybrać się na spacer. Na przechadzkę. Odetchnąć umiarkowanie toksycznymi wyziewami. Pyłem i popiołem. Sadzą. Płonącym lakierem do drewna i topionym plastikiem.
Ponadto pytanie, które padło z ust Riny szybko dało mu do zrozumienia, że Roth w takich momentach nie raczył zostawiać kartek z wyjaśnieniami. No wykurwiście. Byli tylko w samym środku końca świata, który znali.
- Nie wiem - postawił na szczerość, mimo wszystko rozglądając się w poszukiwaniu jakiejkolwiek notatki.
Żadnej nie dostrzegł. Zemlął w ustach zarówno przekleństwo, jak i słowa o tym, że najpewniej musieli wylecieć na zewnątrz i szukać w tłumie bardzo wysokiego, równie głupiego młodzieńca, którego odcień skóry sugerował wieloletni pobyt w suterenie. Nie, może nawet raczej w piwnicy bez okien. Zamiast tego, Ambroise potrząsnął głową.
- Pewnie jest odurzony. Może nie odszedł zbyt daleko - marne pocieszenie, właściwie to żadne, ale to było największe, na co mogli liczyć.
To, no i oczywiście, że przyjmowane przez Astarotha eliksiry nie okażą się łatwopalne. Wtedy, przy tym ich stężeniu w wydychanym powietrzu, młody mógłby zacząć ziać ogniem.

Nadal korzystam z przewagi Leczenie (III) - w celu oceny stanu Geraldine.

Korzystam z zawady Uparciuch (I) - nie zamierzam dać sobie wciskać kitu, nawet jeśli potencjalnie marnujemy czas.

Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
27.03.2025, 11:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2025, 13:38 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Nic takiego się nie stało. Po prostu zakręciło jej się w głowie. To nie było nic wielkiego. Takie rzeczy się zdarzały, chyba? Wydawało jej się, że się zdarzają, szczególnie w podobnych sytuacjach. Wszędzie unosił się dym, zapewne wdychała sporą jego ilość, przez to pojawiły się te chwilowe zawroty głowy. Nie wydawało jej się, aby było nad czym dywagować. To nic takiego, nic wielkiego. Zaliczyła w swoim życiu zdecydowanie poważniejsze urazy, więc naprawdę nie wydawało się Yaxleyówne, że był sens teraz jakoś specjalnie przeżywać to, że oparła się o ścianę, bo zrobiło jej się słabo.

Jasne, doceniała troskę, ale mieli trochę więcej na głowie, niżeli jej chwilowa potrzeba oparcia się o ścianę. Ambroise zadawał zbyt wiele pytań. Wpatrywała się przez niego dłuższą chwilę, próbując sobie ułożyć w głowie odpowiedzi na każde z nich, nie chciała niczego pominąć.

- Nie, nie nasila się. - Przecież mówiła, że to było chwilowe, podparła się, zaraz powinno być lepiej. - Niczego nie potrzebuję, to minęło. - Zwykłe zaćmienie, każdemu mogło się przytrafić, prawda? Szczególnie w takiej sytuacji. To nie było nic wielkiego. - Nie mam żadnych problemów, nic mnie nie boli, Roise nie marnujmy czasu na diagnozowanie mnie, bo nie ma czego diagnozować. Niczym nie dostałam. - Rzuciła już nieco zirytowana, bo naprawdę mieli co robić. Bez sensu było skupiać się na niej, kiedy nic takiego się jej nie działo, za to Astaroth mógł być chuj wie gdzie. Coś czuła, że nie ma go w tej nieszczęsnej sypialni, inaczej pewnie już by zareagował na ich podniesione głosy.

By potwierdzić swoje słowa w końcu oderwała się od tej ściany, której jeszcze chwilę wcześniej się przytrzymywała. Było lepiej, chwilowe zamroczenie minęło. Nie sądziła, żeby miało się to jeszcze dzisiaj powtórzyć. Moment słabości, każdy czasem takie miewał, nawet ona, nawet jej ciało czasem potrzebowało odpoczynku, szczególnie, gdy nie miała szansy oddychać świeżym powietrzem, tylko zaciągała się dymem, który ogarnął całe miasto. Podejrzewała, że nawdychała się również tego popiołu, który sypał się z nieba.

Poszła za Ambroisem i faktycznie, stało się tak, jak podejrzewała. Sypialnia jej brata była pusta. Nie, żeby się tego nie spodziewała, ale i tak czuła rozczarowanie. Znowu zawiodła. Nie było jej w domu, kiedy to wszystko się zaczęło, a teraz Rotha nie było tutaj. Mieli wampira, który średnio nad sobą panował, uzależnionego od eliksirów nasennych gdzieś na ulicach Londynu, gdzie pełno było ludzi, którzy krwawili. Miała nadzieję, że jej brat nie postanowi sobie zrobić tam stołówki, bo jeszcze tylko tego im brakowało. Zdawała sobie sprawę, że jako całkiem świeży wampir mógłby mieć problemy z panowaniem nad swoim głodem, gdyby zaczął żywić się na ulicy mogliby go powiązać z tym, co się działo. Mogliby uznać, że jest jednym z nich, tych którym zależało na krzywdzie mugolaków. Kurwa mać.

- Znajdziemy go, na pewno nie zdążył pójść gdzieś dalej. - Najwyraźniej próbowała pocieszyć samą siebie, bo oczywiście, że nie zakładała tego, że go nie znajdą, nie było opcji, żeby go porzuciła w palącym się Londynie. Wyszedł pewnie niedawno, bo słońce zaszło, nie mógł być zbyt daleko.

Musili zacząć go szukać była tego pewna. Nie zamierzała jednak wyjść stąd jeszcze. Musiała znaleźć się w swojej sypialni. - Zaraz wyjdziemy, wezmę tylko trochę rzeczy. - Tak, wolała być przygotowana na wszystko. Tak się składa, że zdołała sobie zabunkrować w mieszkaniu nieco potrzebnych eliksirów, i przedmiotów, które mogły się jej przydać. Wszystko spakowała do swojego woreczka ze skóry wsiąkiewki: eliksir wielosokowy, eliksir chroniący przed ogniem, bombastyczne bomby i veritaserum.

Sięgnęła również ku swojej szafki z bronią, aby zabrać ze sobą kilka swoich ulubionych sztyletów. Nie mieli pojęcia, co zastaną na ulicach, a robiło się dość niebezpiecznie - musiała być gotowa na wszystko, tak - właśnie się zbroiła, gdyby miało dojść do jakiejś walki.

Związała również swoje rozpuszczone włosy w kucyk, były mocno poplątne i właziły jej w oczy, nie mogła sobie pozwolić na to, aby coś przeszkadzało jej w skupieniu się. Gdy wyszła z sypialni przeniosła jeszcze spojrzenie na salon, widziała, że jedno z okien było wybite, a meble przykrywała ciemna sadza. Póki co, jednak mieszkanie nie spłonęło.

- Jestem gotowa, idziemy? - Podeszła w końcu do Roisa i złapała go za rękę. Mogli się stąd zmyć i zacząć szukać jej wampirzego brata.



// porywczy i uparciuch
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
27.03.2025, 13:17  ✶  
Nie. Nawet w takim momencie nie zamierzał pozwolić jej na takie zagrywki. Mogła się na niego złościć ile chciała. Nie zamierzał podchodzić do tego olewaszczo. Nie teraz, nie nigdy.
- Nie wyglądasz, jakby to minęło - odpowiedział twardo, mierząc ją wzrokiem, podczas gdy Geraldine usilnie starała się wmówić mu coś, co wiedział, że nie ma najmniejszego związku z rzeczywistością. - Nie próbuj wciskać mi kitu - równie dobrze mógłby to sformułować na tysiące innych sposobów, ale wybrał ten.
Prosty, konkretny, raczej mało poetycki, jednakże nie o to chodziło, żeby posługiwać się teraz wyjątkowo złożonymi określeniami. Nie. Przekaz miał być jasny i dokładnie taki był. Wszystko sprowadzało się głównie do tych dwóch słów.
Tego, co Yaxleyówna wiedziała tak naprawdę od samego początku ich wspólnej historii poza Hogwartem. W okolicznościach, w jakich się poznali było to całkowicie nie do przeoczenia. Zwłaszcza przez kogoś, kto tak jak ona żywił wyjątkowo znaczną awersję do szpitali.
Jestem uzdrowicielem.
Jeżeli chciała mieć łatwo i przyjemnie pod kątem oszukiwania otoczenia i bagatelizowania swojego stanu zdrowia, mogła wziąć sobie kogoś innego. Gdyby postanowiła zacząć układać sobie życie z pierwszym lepszym łowcą, pewnie nie miałaby teraz powodu do bardzo jawnej irytacji. Jeśli postanowiłaby sięgnąć po dłoń tak naprawdę kogokolwiek innego spoza profesji Greengrassa, pewnie wiele więcej byłoby w stanie ujść jej na sucho.
Tyle tylko, że widziały gały, co brały. Nie pierwszy ani zdecydowanie nie ostatni raz podchodził do takich sytuacji w bardzo określony sposób. Nie zamierzał tracić czasu. Nie był głupi. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie mieli praktycznie żadnych minut do stracenia. Znajdowali się w centrum kataklizmu. To, że w mieszkaniu wszystkie dźwięki dochodzące z zewnątrz były jakby trochę przytłumione, wcale nie pozwoliło mu zapomnieć o tym fakcie.
Jeżeli nie zwracał na coś uwagi to na podniesiony głos. Nie po to, żeby krzyczeć. Przez to, że po tak długim pobycie na zewnątrz jego uszy w dalszym ciągu wypełniał szum i brzęczenie. Musiał mówić głośniej, gdy wszystko słyszał ciszej. Przy okazji również co kilka sekund nabierając głębiej powietrze i odchrząkując. Bolało go gardło, nozdrza, przełyk, płuca i cholera wie, co jeszcze. Ale przynajmniej nie był na skraju omdlenia.
- Geraldine - robiło się coraz bardziej poważnie, bowiem praktycznie nigdy nie korzystał z pełnego imienia dziewczyny; szczególnie w taki sposób i w tym upominającym, wręcz akademickim tonie. - Wyśmienicie, że przez ten czas, jaki spędziliśmy osobno nauczyłaś się samodiagnozy. To z pewnością było przydatne. Natomiast teraz jesteś tu ze mną i myślę, że nie muszę nic więcej mówić na temat tego jak bardzo mnie wkurwia, kiedy pacjenci przychodzą z autorskim rozpoznaniem - nie musiał, prawda? - Teraz nic ci nie jest a potem zemdlejesz w tłumie? - Naprawdę nie potrzebował, żeby mu na to odpowiadała; praktycznie od razu machnął ręką. - Przyniosę ci wody, tylko sprawdzę pokój Astarotha - w końcu po to tu przyszli, więc nie zamierzał kłócić się z nią także o swoją opieszałość.
Musiał sprawdzić, czy mieszkanie w rzeczywistości było tak puste, na jakie wyglądało. Nie potrzebował zbyt długo, aby zorientować się, że tak. Ich nastoletni wampir w rzeczywistości postanowił wybrać się na wieczorną wycieczkę.
No, może nie powinien być tak ostry w stosunku do Rotha. Prawdopodobnie była to decyzja podyktowana niechęcią do spalenia się we własnym domu. Tyle tylko, że nie wyglądało na to, aby chłopak zostawił im jakąkolwiek wiadomość. Nie wiedzieli, gdzie i jak powinni go szukać. To było najgorsze. To powodowało kolejne nerwy.
Dla Ambroisa w tym momencie nie liczyła się możliwość, która przysłaniała umysł Geraldine. Darmowy bufet? Sam raczej nie wziąłby tego pod uwagę. A jeśli już? Na ulicach panował tak duży hałas i chaos, że nikt z pewnością nie zwróciłby uwagi na krwiopijcę posilającego się w zaułku. Żerowanie na ludziach nie byłoby obecnie najrozsądniejsze, ale czy tak bardzo wszystko by komplikowało? Otóż nie. Prawdę mówiąc oznaczałoby, że Yaxley nie oddalił się zbytnio od domu. Przez pewien czas musiałby stać w miejscu. To dałoby im szansę odnalezienia dzieciaka.
- Znajdziemy - kiwnął głową, wyciągając rękę, żeby złapać dziewczynę za nadgarstek, na kilka sekund bez zastanowienia zamykając ją w ramionach.
Nie mieli zbyt wiele czasu, wcale nie mieli czasu, ale wciąż zamierzał ją objąć. Ścisnąć dziewczynę, przyciskając wargi do jej przybrudzonej szyi tuż przy uchu.
- Poradzimy sobie - mruknął, jednocześnie puszczając jej ciało i odsuwając się, żeby kiwnąć głową. - Zmienię buty - nie zamierzał stać jak kołek w oczekiwaniu na to aż Geraldine pozbiera kilka rzeczy, zamiast tego praktycznie od razu zajął się własnymi czynnościami.
W tym momencie kolejny raz doceniał nieoczekiwaną, wprost przedziwną sentymentalność w stosunku do jego rzeczy. Jasne, może ta konkretna para butów została wciśnięta naprawdę głęboko do szafy, ale zdecydowanie tam była. Jego rzeczy tam były. W dalszym ciągu. Razem z kurtką z kapturem, która przez półtora roku przeszła swoje, ale w tym momencie była sto razy lepsza od płaszcza. Normalnie skrzywiłby się na to, że była brudna, ale teraz? Nie potrzebował żadnej innej.
Trzy minuty później przeszukiwał szafki kuchenne, znów kurwiąc pod nosem na przyjaciółkę Astarotha, która poprzestawiała i tę część jego zapasów. Mimo to w końcu udało mu się znaleźć buteleczkę, której szukał. Przykurzoną, nieopisaną, ewidentnie w stercie równie niewykorzystywanych środków, ale mimo to trzymał ją w ręku w momencie, w którym usłyszał głos Yaxleyówny.
- To i idziemy - w momencie, gdy złapała go za rękę, wcisnął jej fiolkę w drugą dłoń, jednocześnie kiwając głową w stronę szklanki wody na blacie. - Będzie paskudne - uprzedził, ale mimo to nie zamierzał przyjmować odmowy.


Nadal korzystam z przewagi Leczenie (III).

Korzystam z zawady Uparciuch (I) - nie zamierzam dać sobie wciskać kitu, nawet jeśli potencjalnie marnujemy czas.

Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
27.03.2025, 14:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.03.2025, 14:32 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Nie zamierzam się z Tobą kłócić Roise. Nic mi nie jest. - Mogła się powtarzać do usranej śmierci. To było chwilowe, nic jej nie było. Tak, miała doczynienia z uzdrowicielem, który był dużo dokładniejszy (przynajmniej w jej przypadku) niż wszyscy inni, ale po prostu zakręciło jej się w głowie. To było nic takiego, nic jej się nie stało. Zaczęła już nawet nabierać kolorów, co powinien za chwilę zauważyć. - Nie wciskam Ci kitu, widzisz przecież, że wszystko jest w porządku. - Miał oczy, prawda? Na pewno mógł się upewnić, że go nie kłamała. Zdarzało jej się lekceważyć własny stan zdrowia, ale to nie był ten moment, w tej chwili tego nie robiła.  Nie doznała żadnych uszkodzeń, no naprawdę nic jej nie było, poza chwilowymi zawrotami głowy, które już zaczęły znikać. Nie było nad czym tutaj dywagować.

Wiedziała, że Ambroise miał swoje zdanie na ten temat, zresztą nie miał problemu z tym, aby właśnie je demonstrować. Geraldine nie uważała, że był to odpowiedni moment, aby poruszać ten temat. Czuła się dobrze, nic jej nie będzie. Miała co do tego pewność (tak, jasne, bo się przecież tak wyjątkowo znała na medycynie).

Przewróciła oczami, gdy zaczął swój wywód. Nie mogli tego uniknąć, czyż nie?

- Roise, kurwa, nie diagnozuję się sama, po prostu próbuję Ci przekazać, że to minęło, tyle. - Naprawdę nie było w tym żadnego, głębszego dna. Dym nieco ją otumanił, już wszystko wracało do normy. Koniec, kropka. Nie mieli jednak szybko uzyskać tutaj zgodności. Tak, powinna się tego spodziewać, trafił się jej naprawdę porządny przeciwnik. Jej własny uzdrowiciel... Nie mogło być lepiej.

- Nie zemdleję w tłumie. - Była zła na siebie, że w ogóle postanowiła oprzeć się o tę ścianę, bo przecież gdyby nie to, to nawet nie zauważyłby, że coś się stało. Mogła po prostu przejść dalej, jakby nigdy nic, najwyżej jebłaby głową o podłogę, czy coś, a tak naprawdę to może jedynie nieco się zachwiała i by jej to minęło. Musiała pamiętać o tym, aby później nie pozwalać sobie na takie momenty słabości, bo prowadziły ich one do tych zupełnie niepotrzebnych dyskusji.

- Dobrze. - Nie zamierzała odrzucać tej propozycji, bo wiedziała przecież, że to by nic nie dało. Tak, czy srak Roise zrobiłby to na co miał ochotę, zresztą tak samo jak i ona robiła. Tacy już byli, uwielbiali stawiać na swoim, nie dało się tego zmienić.

Nie miała zamiaru marnować czasu, dlatego właśnie też, kiedy już dotarło do niej, że Astarotha tutaj nie ma postanowiła spakować rzeczy, które mogły im się przydać podczas przemierzania ulic płonącego Londynu. Wiedziała, że czeka tam na nich spore niebezpieczeństwo, warto było więc być gotowym na wszystko. Nie mogli być pewni tego, co tam zastaną. Ludzie wariowali, powinni się przygotować do ewentualnej walki, bo nie wiadomo z kim staną twarzą w twarz, a że wiadomo, iż Yaxleyówna jak każda dziewczyna najbardziej lubiła błyskotki, dlatego też poza eliksirami i resztą zabrała ze sobą kilka pięknych, srebrnych sztyletów i noży. Wolałaby z nich nie korzystać, ale przecież nie mogła sobie pozwolić na to, żeby znaleźć się w centrum wydarzeń bez możliwości ewentualnej obrony.

Oczywiście, że Roth nie zostawił żadnej kartki, nie leżało to w jego zwyczaju. Powinni wypracować w końcu jakiś w miarę rozsądny środek komunikacji, szczególnie na takie sytuacje. Znaczy, w sumie to dobrze, że nie został tutaj, kto wie bowiem, czy kamienica miała jeszcze stać, czy za chwilę nie pochłoną jej płomienie, mimo wszystko chciałaby go jakoś w miarę szybko zlokalizować. Musiała go znaleźć i zabrać z Londynu. Trochę przyspieszą ich wizytę na wsi, idealnie się składało...

- Oczywiście, zawsze przecież sobie ze wszystkim radzimy. - Nie wątpiła, że tym razem będzie inaczej. Musieli sobie poradzić, nie brała pod uwagę innej opcji. Naprawdę cieszyła się, że znowu byli razem, mimo tego, że podczas tego wieczora doszło między nimi już do kilku spięć, to i tak zdawała sobie sprawę, że było to najlepszym, co mogło się jej przytrafić - miała go przy sobie podczas tej tragedii.

Znaleźli się w końcu znowu przy drzwiach, gotowi do wyjścia. Oczywiście, że powinna się tego spodziewać, Ambroise znalazł w szafce coś, co kazał jej wypić. Nie protestowała, sięgnęła po fiolkę i wlała sobie jej zawartość do gardła, skrzywiła się przy tym cholernie, ale zrobiła to dla niego. Czasem potrafiła być całkiem grzeczna.

Zauważyła, że Roise się przebrał, cóż, dobrze zrobiła, że nie wypieprzyła jego rzeczy, ale spodziewała się, że pewnie kiedyś jeszcze mu się przydadzą. Naciągnęła ponownie szal na twarz, po czym otworzyła drzwi. Musieli iść szukać jej brata.


Koniec sesji


// uparciuch, porywczy, skrzat półkrwi
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2716), Geraldine Greengrass-Yaxley (2600)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa