
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;

The rest of me is a mere appendix
Gab,
Ok.
If I would feel better just lightly sedated
some women are built from it
Drogi Gabrielu,
przyznam szczerze, że jeśli chodzi o naturę tych róż, to przydałaby nam się każda pomoc. Minęło półtorej miesiąca, a my dalej nie wiemy, co sprawia, że te kwiaty zachowują się tak, a nie inaczej. Jeśli tylko uważasz, że możesz spróbować nad nimi popracować, to ja nie mam nic przeciwko. Dam znać Lorelei. Muszę Cię tylko ostrzec, że te kwiaty najprawdopodobniej skrywają w sobie jakąś tajemnicę. Mam w domu jeden okaz w donicy i poza ogrodem zachowuje się… bardziej normalnie, że tak to ujmę.
I być może masz do zaoferowania nieco więcej, niż ci się wydaje. Co, gdybym napisała ci, że wyjście na słońce jest możliwe?
some women are built from it
Drogi Gabrielu,
gdy ostatnio spoglądałam w lustro (a było to dzisiejszego poranka), to zęby miałam zupełnie normalnej długości. Myślę też, że zauważyłabym, gdybym nagle nabrała ochoty na steak bleu, nadal lubię go w stopniu à point.
Nie pisałabym o tym, gdybym uważała, że to nie jest możliwe – z natury nie jestem okrutna. Prawda jest taka, że pracowałam nad eliksirem, który pozwoliłby wyjść na słońce tym, którym to zabrano, już od dłuższego czasu i moje pierwsze testy wypadły pomyślnie. Od tamtego czasu udoskonaliłam formułę, powinna być całkowicie bezpieczna i działać przez godzinę.
Pamiętam, jak mówiłeś o swojej towarzyszce pochodzącej z mojej rodziny. Potraktuj to jako prezent i wyciągnięcie ręki – załączam trzy fiolki eliksiru mojej receptury, w każdym znajduje się jedna dawka. Trzy, bo może jednak zechciałbyś go przetestować na kimś innym, nim sam zaufasz dłoniom nieznanej alchemiczki.
że blask słońca nie będzie rozczarowaniem,
Do listu dołączono paczuszkę z dokładnie trzema identycznymi fiolkami, wypełnionymi eliksirem o dość rzadkiej konsystencji; na wpół przezroczy, na wpół o głęboko fioletowej barwie mieni się wstęgami czegoś błyszczącego – to eliksir ochrony przed słońcem, jaki opracowała Victoria
Napiszę to zanim rozsądek lub co bardziej prawdopodobne – resztki jakiejś błędnie pojętej przyzwoitości, każą mi roztrzaskać kałamarz o kominek i udać, że ta myśl w ogóle nie przeszła mi przez głowę.
Powróciłem z Lozanny. Sprawa arbitrażu w Montreux zakończyła się kompromisem, który zadowala wszystkich na tyle, aby nikt nie wysadził w powietrze siedziby Trybunału, ale pozostawia niedosyt, który jest nieodłącznym towarzyszem wszystkich ludzkich (i nieludzkich) przedsięwzięć. Każdy członek zgromadzonej ekipy okazał się być bystrym obserwatorem i dyskretnym kompanem. Lecz nie o arbitrażu, ani o sędzim, chcę pisać!
Chcę napisać o pewnej irytacji. O niesmacznym, błahym, jednakże nawiedzającym mnie defekcie tej naszej przeklętej kondycji. Otóż, mój drogi, doznałem – jak to się potocznie mówi – pewnego uniesienia. Była to myśl o charakterze zdecydowanie cielesnym, podszyta wspomnieniem czyjegoś dotyku, zapachem wina. Myśl ta zapragnęła znaleźć odzwierciedlenie w fizycznej sferze. I tutaj, Gabrielu, napotkała na mur. Mur zbudowany z braku krążenia, nieobecności ciepłej, tętniącej krwi, która to właśnie jak się okazuje jest niezbędnym paliwem dla owej niezbyt wyszukanej, a jednak jakże pożądanej przez żywych, reakcji organizmu.
Prościej mówiąc: nic się nie stało. Mój członek, ten nieszczęsny atawizm po przodkach, którym już dawno powinniśmy gardzić, pozostał równie obojętny i bezwładny, jak kawałek porzuconego sznura. Żaden rozkaz woli, żadne pobudzenie wyobraźni, żadne nawet wspomnienie twoich rąk pazurami rozdzierających mój kołnierz przed wiekami ze złości, nie zdołały wyrwać go z tego godnego pożałowania letargu.
I cóż wobec tego pozostaje? Pozostaje sarkazm. Pozostaje butelka '89 z mojej piwnicy (której nie wypiję, bo została spalona wraz z moją całą posiadłością). Pozostaje pisanie tego listu do ciebie – towarzysza niedoli, który być może w swojej chaotycznej, okrutnej, przeklętej żywotności uczucia, jakim mi opowiadałeś wobec tej jednej jedynej, wciąż jest zdolny do takiego prymitywnego, cielesnego potwierdzenia własnego istnienia. Choć podejrzewam, że twoje obecne „potwierdzenia” sprowadzają się głównie do rozbijania butelek o moją głowę i wylewania na dywany treści, która mogłaby ożywić niejednego nieboszczyka.
Być może powinienem zlecić to tobie jako detektywowi od spraw niemożliwych. Oczywiście, piszę to wszystko pod wpływem chwili. Do rana, gdy to czytasz (lub co bardziej prawdopodobne, gdy ktoś to czyta za ciebie, bo ty będziesz leżał twarzą w dywanie), uczucie to minie. Zostanie tylko gorycz, która jest moim stałym lokatorem, i pragnienie, które nie ma nic wspólnego z krwią, a wszystko z pustką po tym, co utraciłem – a ty, być może, wciąż w jakiejś cząstce posiadasz.
Nie oczekuję odpowiedzi. Nie oczekuję w istocie niczego.
P.S. Jeśli opowiesz o tym komukolwiek, odnajdę cię bez względu na to, gdzie będziesz się ukrywał. Jestem martwy, nie nieszkodliwy.
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw