Cóż mógł na to powiedzieć? Pewnie dużo, ale nie powiedział zupełnie nic. Nie zamierzał nadużywać słów. Nie, gdy nadal prowadzili te swoje pokrętne negocjacje a jego zwyczajową techniką było milczenie. Nie wchodził w zbyt wiele dyskusji. Nawet tak ciekawych jak ta teraz.
Przynajmniej do czasu, gdy nie usłyszał czegoś, na co prawie się zakrztusił. No, tym razem ponownie dał się zaskoczyć.
- Pakt z diabłem? Naprawdę? - Zamrugał trzykrotnie, przenosząc wzrok na Geraldine i kręcąc głową z przesadnym zaskoczeniem, może nawet z czymś na kształt oburzenia.
Wiedział, że miesiącami uważała go za najgorsze zło. Za parszywca i gnidę. Za niedojrzałego bawidamka, Casanovę, niedojrzałego panińczyka. Za człowieka tak bardzo pozbawionego kręgosłupa moralnego, że był w stanie zaledwie w przeciągu jednego ranka wyrzucić na śmietnik prawie dekadę starannie odgrywanej miłości. Stwierdzić, że znudził się tym wszystkim, co mieli. Potrzebując zmiany, więc zamiast rozmawiać o tym, w jaki sposób mogli ubarwić swoje życie, po prostu opuszczając tonący statek fałszywie nazywany związkiem na całe życie.
Ale żeby od razu porównywała to, co bez wątpienia istniało między nimi do paktu z diabłem? Jasne, on nie był lepszy. Nawet jeszcze kilka dni wcześniej mówił o tym jako o klątwie. O przekleństwie, które zawisło nad nimi, kładąc się cieniem nad ich życiem. Nie tylko tym wspólnym, bo nawet wtedy, kiedy się rozeszli, nie potrafił nie wracać do Geraldine.
Miesiącami robił to w snach, przewracając się z boku na bok i nie mogąc wygrać z bezsennością, jaka pojawiła się po każdym gwałtownym przebudzeniu. Zasypiał z trudem, przesypiał kilkadziesiąt minut, podczas których powracał do różnych wersji przeszłości i przyszłości. Czasami do teraźniejszości, która w snach wydawała się inna.
Czasem lepsza, częstokroć znacznie gorsza. Nie panował nad obrazami podawanymi mu przez wyobraźnię, która nocami nie miewała litości. Czasami dręczyła go tym, czego nie było a co mogłoby być, gdyby nie spierdolił ich wspólnego życia. Wizjami szczęścia, które odeszło. Wyobrażeniami o rzeczach, przez które wcale nie chciał budzić się w ten sposób, w który to robił. Sam, zupełnie samotnie w znajomym, ale jakby obcym miejscu.
Częściej niż rzadziej były to jednak zupełne przeciwieństwa tych przeszywająco szczęśliwych obrazów. Koszmary, w których zawodził raz za razem. Naprawdę paskudne sceny rodem z najgorszych horrorów. W tym wypadku jego umysł także nie znał litości. Raz po raz odnajdywał nowe kreatywne sposoby, by go dręczyć.
Później gwałtownie wybudzał się z tych majaków i nie zasypiał już do samego rana. Zazwyczaj nawet nie próbował spać. Wstawał, zajmował się innymi rzeczami. Wszystkim i niczym. W efekcie głębiej pogarszając swoją sytuację, bowiem nocą zdecydowanie najłatwiej było mieszać się w pokątne sprawy.
Robił to wszystko. Próbował odnaleźć nowy sens, namiastkę celu. A potem ponownie do niej wracał. Znów w tych samych snach. Później także na jawie, nawet jeśli z początku robił to wyłącznie w myślach. Przyszedł także ten moment, kiedy to nie wystarczyło. Ulegli pokusie bliskości, znaleźli się przy sobie. W swoich ramionach. Byli żarliwi i gwałtowni, nie myśleli o niczym innym.
Później przyszedł wstręt. Podstępne, głębokie wrażenie postąpienia niewłaściwie. Wręcz obrzydliwie, bowiem dla tych kilku minut zbrukali coś, co trwało wiele lat. Od tamtej pory skupił się na wypieraniu tego wrażenia, a jednak poniekąd prawdopodobnie przyczyniło się ono do tej późniejszej decyzji.
Nie musiał reagować. Kilka tygodni później, kiedy został zaczepiony przez starego znajomego, wcale nie musiał ingerować w sprawę. Mógł się wycofać. Zbyć zaniepokojonego mężczyznę. Pokrótce wyjaśnić mu, dlaczego angażowanie go w sytuację wcale nie miało pomóc. Tyle tylko, że tego nie zrobił.
Wbrew tamtej decyzji. W całkowitym kontraście do tego, że nie wymienili wtedy ani jednego słowa. W przeciwieństwie do wniosku, że po czymś takim prawdopodobnie powinni jeszcze bardziej unikać kontaktu. Nie był nieczuły. Nie był niezainteresowany. Nie zamierzał uciekać od wszystkich trudnych, skomplikowanych sytuacji. Od rozmów, które mogły mu się nie spodobać.
Szczególnie, gdy go potrzebowała. No, może inaczej: niekoniecznie jego, bo przecież w tamtym momencie nawet nie chciała, żeby to był on, ale los, klątwa, diabelskie siły zadecydowały inaczej. Napatoczył się, więc został na rozmowę.
Wchodząc do baru, nigdy nie powiedziałby, że zostanie nie tylko w tym celu. Nie jednokrotnie. Nie przelotnie. Nie w ramach jednorazowego wsparcia w imię miłości, która powinna dawno zacząć odchodzić w zapomnienie. Szczególnie wedle informacji o jej zaręczynach.
Na stałe. Trwale. Na dobre i na złe. Może zwłaszcza na to drugie, skoro już sugerowała mu to podpisywanie cyrografu? Związki z mrocznymi siłami i tak dalej. Co bardziej zabawne, nie mógł zupełnie powiedzieć, że nie miała przy tym racji. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że obecnie zdążyli już co nieco sobie douzupełnić. Wyjaśnili sobie niektóre kwestie, pobieżnie liżąc i ten temat.
Dlatego teraz parsknął zamiast zaprzeczyć. W tej chwili, mimo że udawał urażonego, w jego oczach błyszczał figlarny błysk.
- Nie musisz posuwać się do aż tak wysublimowanych komplementów, żeby zaliczyć, moja droga - gdyby mógł, pewnie oparłby się przy tym na łokciu, patrząc z góry na dziewczynę, żeby podkreślić dramatyczny wydźwięk swojej reakcji.
Tyle tylko, że nie mógł tego zrobić, bo w żadnym wypadku nie zamierzał wypuszczać Geraldine z objęć. Zamiast tego kolejny raz zacmokał. O dziwo, wcale nie z dezaprobatą.
- Schlebiasz mi - kiwnął głową, wydymając przy tym wargi, choć powstrzymując uśmiech chcący wypełznąć mu na twarz.
Niecodziennie otrzymywało się awans w strukturach mroku, do których społeczeństwo momentalnie przypisywało ludzi interesujących się praktykami nekromantycznymi czy nieco ciemniejszą stroną magii. Tymczasem w ustach Riny z domniemanego sługi ciemności awansował na kogoś mogącego podpisywać diaboliczne umowy. Diabelskie cyrografy. Jakże uroczo.
Tego dnia miał akurat na tyle doskonały humor, że bezsprzecznie wyłącznie go to bawiło. Nie mniej, nie więcej. Czuł się rozbawiony tym doborem słów. Tą sugestią. Porównaniem, jakiego użyła, bowiem mogła skorzystać z dziesiątek innych. To natomiast było na swój sposób personalizowane. Poza tym idealnie dopasowywało się do pojęcia przekleństwa, jakiego twierdził, że mogli doznać.
Tutaj akurat chciał to dodatkowo sprawdzić. Mimo wszystko, nigdy nie ufał wyłącznie jednej opinii. Nawet eksperckiej. No, chyba że własnej. Ale to była kwestia, którą dopisał do listy zajmiemy się tym później. Do tematów, które musieli poruszyć przy zmianach, jakie na nich czekały.
Chciał mieć pewność. Tym razem ostateczną. Nie zamierzał pozwolić sobie na więcej wątpliwości i złych decyzji wynikających z tego, w co zaczynał przez nie wierzyć. Podjęli ostateczną decyzję.
Najwyraźniej w tej chwili także tę pomniejszą. Dotyczącą ich półtorej godziny. Wykorzystania czasu, jaki mieli. A nie było go wcale tak mało. Szczególnie, że wargi Geraldine nieodmiennie smakowały jak zatracenie. Zawieszenie w czasie i przestrzeni. Powrót do tych wszystkich błogich chwil, gdy upływ czasu był niczym innym jak abstrakcją. Nieistotny. Nieważny.
- Jeśliś łaskawa zaczekać z formalnościami... ...cyrograf mam w mieszkaniu - wymamrotał w usta Geraldine, nie mając zamiaru bez potrzeby rozłączać ich warg, bo wiedział, co usłyszy.
Wedle wszelkich standardów, umowa ustna, którą zdecydowanie zawierali w tej oto chwili była dokładnie tak samo wiążąca jak ta napisana na pergaminie. Jeśli nie bardziej, co w ich przypadku nie było wcale tak nieoczywiste. Nie musieli nic więcej ustalać, czyż nie?
Gesty. Gesty zdecydowanie wystarczały, by mieli zupełną jasność, do czego doszli w swoich niezbyt długich, ale zdecydowanie coraz bardziej żarliwych negocjacjach. O całej reszcie mieli pomówić później. Nawet niekoniecznie tego wieczoru. Mieli czas, naprawdę dużo czasu. I tak nie miała mu się wymknąć przed zapłatą.
Bowiem, jeżeli coś było równie pewne, co ich dążenia. To było tym to, że Ambroise nie zamierzał odpuszczać sięgnięcia po całą resztę wynegocjowanych benefitów. Wpierw musiał jedynie nakreślić sobie swoje założenia. A w tym momencie niespecjalnie chciał cokolwiek zakładać.
Raczej wręcz przeciwnie. Oboje byli już raczej zgodni, że w tej chwili liczyło się ściąganie. Rozpinanie guzików przy jednoczesnym gnieceniu materiału (nieistotne; i tak miał się przebrać), rozprawianie się z kolejnymi warstwami. Sięganie do sprzączki paska, który ponownie zaczął stanowić całkowicie zbędne akcesorium.
Rzecz jasna, nie zamierzał odbierać Yaxleyównie satysfakcji z zajmowania się tymi wszystkimi krokami. W końcu to było jej prawo. Jeśli trzymaliby się tej trochę przedmiotowej nomenklatury: nabyte w toku negocjacji. Kimże byłby, żeby odbierać ukochanej przyjemność z rozpakowywania towaru.
Szczególnie tak niezłego. Poczucie własnej wartości zdecydowanie było z nimi w pokoju, rzecz jasna. Nie mogłoby go nie być. Nie pod wpływem spojrzeń posyłanych mu przez dziewczynę. Sposobu, w jaki mrużyła oczy, wpatrując się w jego wargi zanim zaczęła go całować. Wszystkich kolejnych bezsprzecznych dowodów na to, że pragnęła go tak mocno jak on pragnął jej.
A jednak nie zamierzał się spieszyć. W tym momencie poprzestał na przyciągnięciu jej do siebie ramieniem i pocałunkach składanych na miękkich, ciepłych wargach. Cała reszta była jeszcze w jej rękach. Przynajmniej chwilowo, bo w takich momentach dosyć trudno było mu zachowywać cierpliwość.
Nie przy niej. Przy niej zawsze ciężko mu było trzymać ręce przy sobie, nawet jeśli miesiącami zarzekał się, że jest inaczej. Odejście od konieczności udawania było niczym powiew świeżego powietrza. Zarówno wtedy w sześćdziesiątym szóstym, jak i teraz w siedemdziesiątym drugim. Trzeciego razu nie miało być.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down