Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
W jednej ręce niosłem butelkę whisky, z której raz po raz pociągałem, czując zimno płynu i ciepło palącego alkoholu, które rozchodziło się po gardle. Drugą trzymałem Prudence, gdzieś po drodze splatając nasze palce, bo tak było najprościej - ignorowałem poczucie, jakbyśmy byli nastolatkami wymykającymi się z domu na schadzkę, chociaż ta myśl niewątpliwie trochę mnie bawiła, zresztą już bez tego, miałem naprawdę dobry nastrój. Poza tym zastanawiałem się, czemu kobiety zawsze mają takie zimne dłonie - może to ich natura, chociaż będąc w większości z piekła powinny być raczej rozgrzane, może po prostu odczuwają wszystko inaczej - nie wiedziałem, nie pytałem, ogólnie nie mówiłem zbyt dużo. Przechodziliśmy przez wąskie, skręcone odnogi korytarzy, do których światło ledwo docierało, ale znałem je tak dobrze, że potrafiłem przewidzieć każdy zakręt.
Po wcale nie tak krótkiej chwili marszu, w końcu zatrzymaliśmy się przed małym pomieszczeniem, które bardziej wyglądało jak zwykły, niezbyt duży schowek na narzędzia, doniczki z terakoty, kilka pudełek... Bez słowa, czubkiem buta trąciłem w ceglany mur, a potem, z delikatnym stuknięciem, otworzyłem prześwit na schody prowadzące w górę - do bardziej jasnego pomieszczenia.
- Et voilà. - Skwitowałem, robiąc krok na bok - przejście było wąskie, więc gestem dłoni, kulturalnie i szarmancko, puściłem Prudence przodem, bo ona była zdecydowanie bardziej zwinna, a ja musiałem się mocno skurczyć, by się przecisnąć. Z trudem, ale w końcu, po kilku niecierpliwych próbach - no, kiedyś byłem może nie niższy, ale szczuplejszy, bardziej patykowaty - znalazłem się po drugiej stronie, udało mi się przejść i zamknąć za sobą dziurę w ścianie. Wspiąłem się po schodach na górę do pomieszczenia gospodarczego z dużą bramą. Oświetlenie było tam znacznie lepsze, choć wciąż nie do końca jasne, bo na zewnątrz nadal panowała szarówka.
Rozejrzałem się chwilę, czekając, by moje oczy przywykły do dziennych warunków, i dosyć szybko zlokalizowałem znajomy kształt pod plandeką - to było te samo stare, zakurzone cacko, które od dawna tam stało. Przeniosłem wzrok na Prudence, uśmiechając się lekko, jakbym coś knuł, choć nie powiedziałem ani słowa. W tym momencie, w dziennym świetle, mogliśmy się wreszcie zobaczyć wyraźnie. Przeciągnąłem się, rozprostowując ramiona i puszczając jej rękę, którą odruchowo znów chwyciłem na schodach. Miałem na sobie ciemnobrązowe, prawie czarne spodnie wojskowe, skórzane buty do kostek i czarną koszulkę - nic więcej, żadnej kurtki, żadnej bluzy, ani swetra. Włosy miałem puszczone luzem, trochę zmierzwione, falujące od wilgoci z piwnicy - grzywki nie stwierdzono, tatuażu na czole też nie, za to te na reszcie ciała prezentowały się w pełnej krasie - dokładnie tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz wpadliśmy na siebie w Londynie.
W dalszym ciągu patrząc na kobietę, uniósłem jedną brew, jakbym chciał zapytać, czy wszystko jest w porządku, albo zasugerować coś jeszcze, ale w tym momencie nie zamierzałem nic mówić - wszystko było w moim spojrzeniu, jakby skrywał się za tym jakiś większy plan. Istotnie - miałem go. Wydawało mi się, że nietrudno było się domyślić, jak brzmi. Zabawne, że mimo wszystko, w tym wszystkim, co się wydarzyło i co sobie powiedzieliśmy, czułem się swobodnie. Może to jej urok, może półtorej butelki whisky...
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)