09.09
Było już po świcie.
Czyli zdecydowanie zaczął się następny dzień, chociaż dla Miles - póki w końcu nie zasnęła, to nie można było mówić o kolejnym dniu. A ona była na nogach za moment już pełne 24 godziny.
Szaleństwo.
Tak czy inaczej nie mogli zostać w klubokawiarni, bo widmowe łapska zaciskały jej ręce na szyi okaleczonego Thomasa, z resztą zdecydowanie nie czuła się tam bezpiecznie. Oczywiście Basilius kwękał coś na temat tego, że może się jeszcze przydać rannym, którzy się tam schronili, ale wyglądał jak śmierć i ledwie stał, gdy Moody podjęła decyzję za całą trójkę. Potrzebowali odpoczynku i umieli kurwa czarować, więc złapała za dłonie obu przyjaciół i teleportowała się w miejsce, które zamiast spalenizny śmierdziało stęchlizną. I świeżą farbą.
Gdy ich stopy dotknęły posadzki na holu, na moment tylko spojrzała w górę, by upewnić się, że gwieździste sklepienie nad którym pracowała kolejny tydzień nadal tam jest.
– Proszę, podeprzyj Thomasa od drugiej strony, musimy wejść na piętro... – poprosiła Liszka wiedząc, że jest to tego dnia (w sensie przed spaniem) ostatnia rzecz o którą go poprosi. W głowie eksplodowały jej pomysły co jeszcze mogłaby zrobić zanim zaśnie, jeśli zaśnie. Przynieść wodę. Przynieść cukier. Przynieść jakiś eliksir na wzmocnienie. Przynieść kurwa zapasowe ciało i przerzucić mu do niego duszę, żeby odpoczął. Człapiąc powolutku do góry, czując ciężar oślepionego Thomasa na swoim ciele, zdawała sobie sprawę z tego jak sama jest zmęczona tym co się wydarzyło. Świeże powietrze Księżycowego Stawu otumaniało ją brakiem swądu spalenizny, choć w sumie oni nadal jebali na kilometr tym co się wydarzyło w Londynie. Byli jednak zbyt zmęczeni mieli wyjście - albo dotrą do pokoju, albo zasną w balii. Wolała to drugie. Musieli odpocząć.
Nogi automatycznie powędrowały do jej pokoju. Może powinien pojawić się tu skomplikowany proces myślowy w którym Miles racjonalizowała swoje działania, ale tak na prawdę nie myślała o niczym jak o tym, żeby zadbać o tych dwóch loczkowanych debili. Przez okno wpadało światło poranka, ptaki nakurwiały srogo, co było słychać nawet gdy okiennica była zamknięta. W pokoiku panował swojski syf, który Prewett miał już okazję oglądać kiedy czasem odwiedział Miles w mieszkaniu jej i brata. Walające się ciuchy, farby, szkice, również te zgięte i pogięte w charakterystyczne papierowe kulki. Drugie łóżko zasłane było (nie mylić z zasrane) obrazami. Kanwy uwalone jedna na drugiej nigdy skończone - przerażajace wykrzywione twarze, senne i depresyjne pejzaże, złociste rozbryzgi, zwinięte ciała, kolorowe plamy. Eksperymenty, próby, niechciane dzieci. Najpierw jednak odprowadzili Thomasa do pogiętej pościeli łóżka, które już nie pamiętało jak to jest być pościelone. Znajomy zapach, znajoma miękkość, znajoma przestrzeń. To nie był jego pokój, ale spędzał w tym miejscu wystarczająco dużo czasu, żeby wiedzieć gdzie jest.
– Dobra, teraz miejsce dla Ciebie Liszek. – powiedziała, a jej głos niemał łamał się zmęczeniem. – Kociak, nie dostań zawału będzie głośno – uprzedziła Thomasa, po czym translokacją energicznie wyjebała z drugiego łóżka płótna, robiąc z nich usypisko pod ścianą na której były osadzone drzwi. Drzwi ozdobione w kartę tarota - arcykapłankę z dojrzałą i spokojną twarzą Moody, pobożne życzenia Erika Longbottoma, które najwidoczniej na tyle przypasowały dziewczynie, że nie wyjebała tego przez okno, a ozdobiła pokój. Swój pokój.
Ich pokój. Z łóżka z Thomasem zgarnęła jedną kołdrę (na ślepo, nie wnikała czy to była jej pościel czy ta którą Figg wcześniej tutaj przywlekł) oraz koc. Rzuciła je niedbale na odsłoniętą przestrzeń do spania, a potem już z zaskakującą dla siebie łagodnością nakierowała Basiliusa na przygotowane miejsce. Potem zasłoniła okno i powiedziała coś mało wyraźnie i wyszła.
Woda. Musieli mieć pod ręką wodę.
Kiedy wróciła obaj już spali.
Postawiła kubki z wodą na stoliku (tej niewielkiej odsłoniętej przestrzeni stolika) i przez moment zastanowiła się co w tym układzie zrobić ze sobą. Thomas był ranny, Basilius ujebany robotą po korek. Po chwili bezmyślnego patrzenia się to na jednego to na drugiego ściągnęła włochaty jasiek ze swojego posłania z którego nie korzystał Figg i położyła się na hałdzie ubrań Wcale Nie Brudnych Tylko Takich, Które Jeszcze Da Się Założyć Być Może. Bezsenność nie miała tu nic do gadania. Odcięło ją od świadomości gdy tylko zamknęła oczy.
!Strach przed imieniem