04.06.2025, 14:26 ✶
Moment jeszcze przez chwilę unosił się w powietrzu. Moment przeminął zabrany wiatrem rodzącej się w dogasającym dniu jesieni. Jej ręka na moment, na moment zadrżała, w złocistych ślepiach, na moment, na krótki moment zalśnił strach. Miles niczego się nie bała. Miles była odważa. Była dzielna. Mama Miles umarła jej na rękach dwadzieścia lat temu, ale tamten moment na trwale wyrył się w jej pamięć. Nie było krwi. Była bladość, było pogodzenie się ze śmiercią osamotnionej kobiety, której mąż uciekł w pracę, by nie widzieć jej ostatnich dni.
By nie cierpieć, a tylko posprzątać w domu, gdy będzie po wszystkim.
Dłoń zadrżała tylko na moment, impuls przekazując w przedramię, ramię i obręcz barkową. Zapadła się w nim szukając komfortu z niezręcznym uścisku, chowając twarz w załomie szyi.
– Kurwa, fajnie masz. Ja po swojej dostałam ciało konusa i regularne zwidy. – Mówiła oczywiście o Limbo, o nakładających się dwóch rzeczywistościach, o wrażeniu wyobcowania i odrealnienia. Mówiła - zupełnie nieświadomie - o zaspanym, otwierajacym się dopiero trzecim oku. O koszmarach innych dźgających jej zdolność postrzegania, snach i marzeniach pozbawionych sensu.
Jej palce mimowolnie wbiły się w płaszczyznę szczupłych pleców, głos lekko złamał się a dreszcz przeszedł przez po ciele. Przestraszył ją, bo nie było wcale kwestią odwagi mierzyć się z przeciwnikiem, którego nie widać. Któremu nie można zaśmiał się prosto w twarz. Który miał oczy jej matki.
– …tam od razu wrobić. Po co innego taka piękna para jak my miałaby pojawiać się w świątyni w taki piękny wieczór? – mimowolnie zdradzała swój proces myślowy, który oryginalnie przebiegł od mózgu do ust zdecydowanie szybciej. Choć nie, to nie miało zbyt wiele wspólnego z mózgiem. – Chcesz wracać? – zapytała niepewnie, w duchu obwiniając się za zaistniałą sytuację. Nie wszyscy w końcu znosili teleportację tak dobrze jak ona.
By nie cierpieć, a tylko posprzątać w domu, gdy będzie po wszystkim.
Dłoń zadrżała tylko na moment, impuls przekazując w przedramię, ramię i obręcz barkową. Zapadła się w nim szukając komfortu z niezręcznym uścisku, chowając twarz w załomie szyi.
– Kurwa, fajnie masz. Ja po swojej dostałam ciało konusa i regularne zwidy. – Mówiła oczywiście o Limbo, o nakładających się dwóch rzeczywistościach, o wrażeniu wyobcowania i odrealnienia. Mówiła - zupełnie nieświadomie - o zaspanym, otwierajacym się dopiero trzecim oku. O koszmarach innych dźgających jej zdolność postrzegania, snach i marzeniach pozbawionych sensu.
Jej palce mimowolnie wbiły się w płaszczyznę szczupłych pleców, głos lekko złamał się a dreszcz przeszedł przez po ciele. Przestraszył ją, bo nie było wcale kwestią odwagi mierzyć się z przeciwnikiem, którego nie widać. Któremu nie można zaśmiał się prosto w twarz. Który miał oczy jej matki.
– …tam od razu wrobić. Po co innego taka piękna para jak my miałaby pojawiać się w świątyni w taki piękny wieczór? – mimowolnie zdradzała swój proces myślowy, który oryginalnie przebiegł od mózgu do ust zdecydowanie szybciej. Choć nie, to nie miało zbyt wiele wspólnego z mózgiem. – Chcesz wracać? – zapytała niepewnie, w duchu obwiniając się za zaistniałą sytuację. Nie wszyscy w końcu znosili teleportację tak dobrze jak ona.