• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise

[18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
06.08.2025, 12:11  ✶  

Przewróciła teatralnie oczami, gdy usłyszała parsknięcie Ambroisa. Oczywiście, że nie mógł się powstrzymać, prawda? Nie, żeby ją to szczególnie ruszyło, bo przecież wiedziała, że tak jest. Nie brakowało jej elegancji, czy w ubiorze, czy w zachowaniu. Od zawsze była mocno powściągliwa, nosiła się w ten sposób, nie należała do ekscentryczny osób pod wieloma względami. Miała swoje momenty - ale kto ich nie miewał. Nawet grzebać w truchłach można było z klasą, czyż nie?

Niektóre z jej zainteresowań niektórzy pewnie mogliby uznać za mało eleganckie, jednak ona zdawała sobie sprawę, że wynikało to raczej z braku zrozumienia. W końcu Bletchley po prostu próbowała po prostu poszerzać swoją wiedzę, a że śmierć, makabra ciekawiły ją najbardziej? No cóż, nic nie mogła na to poradzić.

- Na pewno. - Nie wątpiła w to wcale. Wbrew pozorom całkiem nieźle odnajdywała się w tym gronie. Właściwie dość szybko zmieniła do nich nastawienie po Hogwarcie, kiedy przyszło im spędzać ze sobą więcej czasu. Zorientowała się, że przyjaciele jej brata nie są tacy okropni za jakich ich miała, oczywiście nie mówiła o tym, że niepotrzebnie ich oceniała gdy była młodsza, bo nic nie działo się bez przyczyny. Miała ku temu swoje podstawy, ale ludzie się zmieniali, dorastali, potrafili znaleźć nić porozumienia, zwłaszcza, kiedy ich zainteresowania się na siebie nakładały.

Nie zawsze pozwalała sobie na to, aby mówić wszystko, co faktycznie myślała. Wiedziała, że nie zawsze jej przemyślenia były tym, co ludzie chcieli usłyszeć, jednak w tym gronie nie powstrzymywała się wcale. Pomimo tego, że nie łączyły ich może przyjacielskie stosunki, bo tego raczej nie potrzebowali, to mieli szansę z Ambroisem dość blisko się poznać i przestać czuć się w swoim towarzystwie nieswojo. To było wystarczające, aby móc zachowywać się w swojej obecności swobodnie.

Obserwowała Greengrassa, kiedy ten dzielnie okadzał ich dary. Szło mu to całkiem nieźle, nawet zdołał zapalić kadzidło nim zapałka poparzyła ją w palce.

Spoglądała na dym, który formował się w różne wzory. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, aby zobaczyć coś więcej. Znając Ambroisa robił to samo, on również był bardzo szczegółowy, łączyło ich to, że byli w stanie dostrzec nawet najmniejsze niuanse.

- Bardzo ciekawe. - Mruknęła słysząc jego słowa. Nie miała pewności, że widzieli to samo, w końcu każde z nich mogło odebrać te kształy na swój sposób, póki co jednak nie mówiła o tym, co było dane jej zobaczyć. Mogli sobie to porównać, prawda? Niby patrzyli na to samo, ale to co widzieli mogło być zupełnie różne.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
06.08.2025, 12:40  ✶  
Nie dało się ukryć, że w pewnym stopniu cała ich trójka doskonale wpisywała się w niektóre założenia. Potrafili dogadać się bardziej niż mogli kiedykolwiek przypuszczać. Nie potrzebowali do tego nazbyt dużo przesadnego wysiłku. Po prostu byli tymi przysłowiowymi wronami kraczącymi w dostatecznie zbliżony sposób, aby nie skakać już sobie do gardeł, mimo różnic życiowych i światopoglądowych.
Ostatnie lata i doświadczenia naprawdę wiele naprostowały w ich relacji. Być może nie sprawiły, że zbliżyli się do siebie jak przyjaciele. Nie było w tym zbytniej chęci spędzania ze sobą wolnego czasu przy drinkach i grach towarzyskich, ale przecież nie z każdym musiała ich łączyć podobna relacja. Wystarczyło, że potrafili dochodzić do tych samych wniosków i że we właściwych momentach stali po tej samej, wspólnej stronie.
Być może był osobą o bardzo ugruntowanych, stabilnych przekonaniach, o których na ogół nie obawiał się mówić na głos, szczególnie, gdy chodziło wyłącznie o potencjalne konsekwencje dla niego samego, nie zaś członków rodziny i bliskich. Nie miewał najmniejszych problemów z byciem pierwszym, który powie coś na głos. Czy to w przypadku oczywistej oczywistości, czy też czegoś, co mogło zostać uznane za kontrowersyjne.
Nie był jednak kimś, kto zwykł od razu sprzedawać swoje spostrzeżenia, wykładając je na srebrnej tacy i podstawiając otoczeniu centralnie pod sam nos. Równie mocno cenił sobie zachowywanie niektórych informacji na dogodną okazję. Czy też (jak to było w tym wypadku) na moment, w jakim to ta druga strona miała jako pierwsza wygłosić swoje zdanie.
A przecież Prue także nie miewała z tym problemu. No, przynajmniej nie przy nim i nie w jego towarzystwie. Po prawdzie mówiąc, to jak zachowywała się względem innych ludzi już jakoś niespecjalnie go obchodziło. Przynajmniej, dopóki nie robiła czegoś rażącego w stosunku do jego najbliższych, co raczej nie miało zbyt dużego prawdopodobieństwa zaistnienia, choć...
...może teraz te szanse w pewnym stopniu wzrosły. Nie ukrywali przecież tego, że on wiedział, co wiedział a ona wiedziała, że wiedział. Pozornie skomplikowane, jednak w gruncie rzeczy była to całkiem prosta sytuacja. Dokładnie tak jak proste było myślenie Ambroisa na ten temat. Nie spodziewał się, aby było w tym coś przesadnie skomplikowanego. Znał obie zainteresowane osoby, miał na ich temat własne spostrzeżenia i raczej nie czuł konieczności wnikać w to nieproszony.
Ufał intencjom Prudence. Bardziej niż zamierzał mówić to na głos, bowiem nie zamierzał całkowicie odsłaniać przed nią swoich myśli na jej temat. Ona zresztą także tego nie robiła. Działało? Działało. Bez wątpienia całkiem skutecznie. Pewne podobieństwa naprawdę obracały się na ich korzyść, nawet jeśli lata wcześniej byliby najpewniej całkowicie innego zdania.
Teraz? Zadziwiająco często zgadzali się, co do spostrzeżeń. Przynajmniej tych związanych z magią i rytuałami. Światopoglądowo nie było już tak prosto, ale w tym momencie nie o to chodziło. W tej chwili, Ambroise przeniósł wzrok z twarzy Bletchleyówny z powrotem na resztki dymu, natomiast później na dopalające się zioła mające pozostawić po sobie popiół i bardzo konkretne kształty. Przynajmniej według jego przypuszczeń.
Jego spojrzenie ponownie przesunęło się po licu dziewczyny, zatrzymując się na jej ciemnych, zamyślonych oczach. Uniósł brew, kiwając do siebie głową. Tak, czekał aż to ona pierwsza zabierze głos, nie musiał być pierwszym, który to wszystko zinterpretuje. Zamiast tego powoli sięgnął po drugi rulonik wyjęty wcześniej z saszetki, robiąc to na tyle ostrożnie, aby nie poruszyć ręką dogasającej zawartości podstawki od filiżanki.
- Reflektujesz? - Spytał, wskazując podbródkiem na zapalniczkę i swoje palce. - Mamy jeszcze chwilę - tak, co najmniej kilka minut w oczekiwaniu na potwierdzenie swoich przemyśleń.
Dopalanie się kadzideł było powolnym procesem, nie należało go pospieszać. Równie dobrze mogli nie siedzieć jak zaklęci. To i tak niewiele zmieniało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
06.08.2025, 13:12  ✶  

Zapewne kilkanaście lat temu nie spodziewałaby się, że akurat te osoby będą znajdować się całkiem blisko niej w dorosłym życiu. Świat był jednak całkiem mały, zwłaszcza, kiedy zainteresowania były podobne. Nie dało się uniknąć kontaktów, ba nawet oficjalnie współpracować. Z Corneliusem była jeszcze bliżej, bo przecież stał się jej szefem, w dorosłym życiu zupełnie nie przeszkadzała jej ich obecność. Ona sama nieco spokorniała, a oni wydorośleli. Okazało się, że mieli ze sobą więcej punktów wspólnych niż mogła zakładać. Warto było dawać drugie szanse, zmieniać nastawienie. Nie była przecież krową, która miała stałe poglądy.

Nie widziała nic złego w tym, że była raczej powściągliwa, nie wszyscy musieli wiedzieć, co siedzi w jej głowie. Bardzo skrupulatnie pilnowała tego, aby pokazywać większą część siebie tylko osobom, którym faktycznie ufała. Zresztą tak naprawdę bardzo nielicznych do siebie dopuszczała. Wolała nie robić sobie problemów, nie opowiadać o wszystkim głośno, bo wiedziała, że mogło to prowadzić do niepotrzebnego zainteresowania jej osobą, zresztą Ambroise również miał swoją kreację, właściwie wszyscy na swój sposób dbali o to, jak widzieli ich inni. Tak było bezpieczniej.

Nie musiała się w pełni spoufalać z Greengrassem, aby wiedzieć, że mają wiele wspólnego. Ich interakcje przez te kilkanaście lat jej to udowodniły, zresztą dobrze im robiło zachowanie znajomości w takiej formie. Byli sojusznikami, mogli na siebie liczyć, ale nie musieli utrzymywać ze sobą jakiejś bliskiej relacji towarzyskiej. Raczej trudno było ich ze sobą połączyć, bo pochodzili z różnych światów. To mogło być w tym przypadku ich zaletą, szczególnie kiedy razem badali te najmniej mile widziane wśród społeczeństwa dziedziny magii.

- Właściwie, to czemu nie. - Nie oderwała nawet na moment wzroku od dymu, który ciągle tworzył nowe kształty. Mogli to zrobić, może nie czuła się pewnie zaczynając, jednak to był tylko Ambroise, wiele razy w przeszłości próbowali podobnych rzeczy. Łączyło ich to, że widzieli więcej od wszystkich, mieli naprawdę dużo punktów wspólnych, byli do siebie podobni, chociaż kiedyś na pewno niezbyt chętnie podzieliłaby się tą myślą. Na szczęście to już było za nią, przez lata zauważyła, że czasem warto dać szansę ludziom, których kiedyś uważało się za niekoniecznie mile widzianych w swoim otoczeniu.

Wyciągneła dłoń, aby nakreślić znak w powietrzu. Robiła to bardzo ostrożnie, aby na dystans pokazać Roisowi to, co udało jej się dostrzec. - Dmuchawiec. - Powiedziała cicho, przeniosła wzrok na mężczyznę, chcąc dostrzec jego reakcję. Nie miała pojęcia, czy też to widział, czy przed jego oczami pojawiało się coś innego. - Coś się kończy, a coś zaczyna. - Dmuchawce były bowiem jednym z symboli nowego początku, a przynajmniej tak się jej wydawało.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
06.08.2025, 13:56  ✶  
Niezbadane były ścieżki losu. Im dłużej chodził zaś po tym świecie, tym bardziej dostrzegał to, że ich rzeczywistość w istocie nie była ani przesadnie prosta, ani też nazbyt skomplikowana. Była zwyczajnie chaotyczna. Nawet jeśli czasami w tym chaosie dało się znaleźć pewną powtarzalność i coś na kształt reguł, one także zmieniały się praktycznie bezustannie.
Swego czasu powiedziałby, że nigdy nie zrobi wielu rzeczy. Bliższe zadawanie się z kimś takim jak Bletchleyówna zdecydowanie znajdowało się wtedy na tej liście. A jednak oto byli tu i teraz, traktując się znacznie bardziej naturalnie i bliżej niż mógłby kiedykolwiek zakładać.
Lubił mieć kontrolę nad własnym życiem. Zabiegał o to, aby być jego panem, jednak nawet on musiał czasem przyznać, że nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego. W końcu nie był jasnowidzem. Nie. Nie to przypadło mu w jego części spuścizny po rodzinie matki.
Ale może to i dobrze? Czasami lepiej było nie wiedzieć wszystkiego. Czasem wystarczało dokładnie to, co i tak widziało się bardzo jasno. Czasem miało się dostatecznie dużo wskazówek do interpretacji, aby nie potrzebować żadnych dodatkowych znaków. Chodziło o to, w jaki sposób podchodziło się do posiadanej wiedzy. A nie wszyscy robili to dokładnie tak samo.
Powiódł wzrokiem za ruchem ręki Prue, wbijając spojrzenie w miejsce, w którym dostrzegła dmuchawca.
- Mi to bardziej przypomina pąk chryzantemy - stwierdził po namyśle; cicho, gładko, raczej nie kwestionując słów Bletchleyówny, tylko wdając się z nią w dialog. - Choć w gruncie rzeczy, znaczenie będzie takie samo. Przemijanie i odrodzenie - kiwnął głową, jednocześnie rysując dłonią kształt w powietrzu. - Pajęczyna i martwy pająk - zasugerował, zwracając uwagę na położenie drugiego kształtu; odnóża do góry...
...ciekawe.
Jednocześnie zgodnie z tym, o co spytał moment wcześniej, bez słowa wyciągnął drugą rękę w kierunku Bletchley, przekazując jej skręta trzymanego między palcami. Całego. Sam zamierzał sięgnąć do papierośnicy po drugą sztukę. Mimo wszystko, nie musieli dzielić się jednym, nie było w tym towarzyskiego rytuału.
Chociaż... ...wbrew pozorom (a może wręcz przeciwnie?) może tak? W końcu nie był typem człowieka, który chętnie dzielił się tego typu rzeczami. W rzeczywistości trudno było wysępić od niego choćby nawet najzwyklejszego papierosa. Należało być w jego bliskim kręgu albo znaleźć się w naprawdę wyjątkowej sytuacji, aby spotkać się z propozycją podobną do tej, jaką złożył Prudence.
Zarówno w czasach wczesnej młodości, kiedy popalał, co popadło i było pod ręką (a więc musiał pilnować własnych zapasów), jak i później. Sam zwijał swoje fajki, sam uprawiał własny tytoń w szklarniach i poza nimi. Tak, inne wykorzystywane przez niego rośliny również były jego własnej hodowli. Przynajmniej te na własny użytek. Lubił mieć kontrolę nad tym, co pił, wcierał lub... ...jak w tym wypadku... ...palił i wdychał.
To były naprawdę dobre susze. Jakościowe, mocne, praktycznie bez skazy. Nie to, co zazwyczaj znajdowało się na rynku i było to raczej odczuwalne nawet dla największych ignorantów. A łatwo było przyzwyczaić się do dobrego, prawda?
Gdyby zatem chciał dzielić się ze wszystkimi dookoła, to abstrahując od problemów z legalnością niektórych roślin, musiałby przeznaczyć naprawdę wiele czasu na zwiększenie ilości swoich upraw a następnie również na ich suszenie i przerabianie. Nie zamierzał tego robić.
Wystarczyło mu to, że Greengrassowie i tak na ogół dosyć luźno podchodzili do obdarowywania otoczenia zawartością swoich największych grządek, poletek i szklarni. Idąc za tą myślą, znacznie prędzej miał udostępnić komuś rodowe zapasy kozłka lekarskiego, aniżeli tak po prostu wręczyć mu coś, co znalazło się w jego prywatnej saszetce albo w papierośnicy.
To był wyjątek. Naprawdę miał ostatnio dobry nastrój...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
06.08.2025, 14:29  ✶  

Bletchley wraz z upływem lat i coraz dłuższą egzystencją na tym świecie nauczyła się by nie zakładać pewnych rzeczy. Nigdy nie wiadomo, co może się przydarzyć, z kim można złapać całkiem niezły kontakt. Niemożliwe bywało możliwe, czy tego chciała, czy nie. Nigdy nie można mieć pewności, że poglądy, podejście, i cała reszta będą stałe. Pojawiały się czynniki, których nie dało się przewidzieć, powodowały one zmianę nastawienia. Nie pozostawało nic innego jak to zaakceptować, bez sensu bowiem było się trzymać jakichś przekonań, które w tej chwili nie miały żadnego sensu. Nie widziała w tym niczego złego, wręcz przeciwnie, dostosowywanie się do nowych sytuacji wydawało się być nie najgorszym podejściem. Jasne, można by zaciekle bronić jakichś dawnych przekonań, tylko po co? Mogły one odbierać możliwości, ograniczać rozwój.

Zmrużyła oczy, by nieco bardziej przyjrzeć się kształtowi, który znajdował się przed nimi. Nadal wydawało jej się jednak, że widzi dmuchawce. Jak widać wiele zależało od interpretującego.

- Znaczenie mają podobne, to prawda, można widzieć coś innego, a i tak skończyć z takim samym wnioskiem. - W końcu liczył się efekt końcowy, interpretacja, a w tym wypadku dochodzili do podobnych wniosków.

Przechyliła głowę w prawo, by spróbować znaleźć tę pajęczynę i pająka, zajęło jej to chwilę, ale chyba w końcu odnalazła to czego szukała. - Też to widzę. - Dodała jeszcze. Tym razem patrzyli na to samo, no chyba...

Dostrzegła ruch, który wykonał w jej kierunku. Skręt, cóż, nie, żeby zdarzało jej się to często, ale w tej chwili nie widziała żadnych przeszkód stojących na tym, aby nie pozwoliła sobie na lekki haj. Były to tylko zioła, nic strasznego.

Przejęła więc od niego tego magicznego papierosa, złapała go między palcami i przysunęła do ust. Pociągnęła kilka wdechów, dym przyjemnie drapał ją w gardło, był dużo smaczniejszy od zwyczajnych papierosów, które normalnie paliła. Przymknęła przy tym oczy, na krótki moment, czuła się lekko, z każdym zaciągnięciem dymem coraz bardziej lekko.

Nie wnikała skąd Greengrass miał te zioła, ba, podejrzewała, że możliwe, że ze swojej osobistej hodowli, zdawała sobie przecież sprawę z tego, że znał się na zielarstwie jak mało kto, zresztą tak jak cała jego rodzina, nie zdziwiłoby jej gdyby faktycznie tak było.

Zaciągnęła się kilka razy, po czym zwróciła własność Ambroisowi. Nie potrzebowała wiele, niezbyt często raczyła się podobnymi używkami, wolała więc pozostać przy małych ilościach, które miały ją tylko nieco lekko oderwać od rzeczywistości, wprawić w dobry nastrój. Zresztą już powoli zaczynała wyczuwać to w powietrzu.

- Widzisz bociana? - Zawisiła wzrok na chmurze dymu, która znajdowała się przed nią. Całkiem zabawne było to wróżenie z dymu, nim kadzidła się dopalą minie jeszcze chwila, więc mogli sobie przez chwilę jeszcze poodczytywać te różne symbole.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#16
06.08.2025, 16:33  ✶  
Czytanie z dymu nie było tak oczywiste jak obserwacja chmur na niebie, lanie wosku przez dziurkę od klucza albo wróżenie z fusów od kawy czy herbaty. Dym rozwiewał się znacznie szybciej, zwłaszcza w tak starych domach jak rezydencja Ursuli, gdzie przeciągi mimo wszystko należały do raczej powszechnych zjawisk. Wystarczyło zaledwie jedno poruszenie się powietrza, drobny wiaterek, nawet ruch ręką, aby zmienić kształt widzianego obrazu. Nie dziwił się zatem, że zarówno on, jak i Prudence zobaczyli coś zupełnie innego.
W gruncie rzeczy, ostateczny wniosek wyciągnęli jednak identyczny, więc bez wątpienia coś w tym było. Musiało być, nawet jeśli jeszcze wiele lat wcześniej stwierdziłby, że to zupełnie niepotrzebnie zawracanie sobie głowy. Co prawda, już za młodu interesowały go rytuały i praktyki magiczne, zwłaszcza te mniej standardowe, ale z pewnością nie siedziałby z nikim w ten sposób i nie gapiłby się w przestrzeń przed sobą, wymieniając spostrzeżenia. A przecież jeszcze nie był ujarany.
No cóż, ewidentnie podejście zmieniało się z wiekiem. Nawet u tych z pozoru najbardziej zatwardziałych, pewnych swego ludzi. Teraz sprawiało mu to bowiem coś na kształt frajdy. Nawet jeśli on widział chryzantemy, zaś Prudence dmuchawce. Niby podobne, niby inne. W ostateczności znaczyły to samo i chyba właśnie tego się teraz trzymali.
- Akromantula, nie? - Spytał, jednocześnie zaciągając się głęboko.
Tak, to miało znaczenie. Na jego oko, to nie wyglądało po prostu jak kształt zwyczajnego pająka. Zastanawiał się, czy dziewczyna też to dostrzegała.
Przelotnie spojrzał na skręta, którego Prudence wyciągnęła w jego stronę, najwidoczniej z zamiarem oddania mu go, po czym przecząco machnął głową.
- Zostaw go sobie - rzucił luźno, bez zbytecznej łaski, ale też zupełnie bez potrzeby tłumaczenia się z takiej a nie innej odpowiedzi.
Nie zamierzał też sprowadzać tego do żadnych bezsensownych dyskusji na temat nikłego sensu oddawania mu towaru. Wbrew pozorom, wcale nie miał nic na tym stracić. Zyskać też nie, ale przecież nie o to dziś chodziło, prawda? Całkiem przyjemnie spędzało mu się czas w bibliotece w towarzystwie Prudence, miał ogólnie ujmowany dobry humor, nie odczuwał tego całego stresu, jaki towarzyszył mu gdzieś z tyłu głowy przez te wszystkie ostatnie miesiące.
Mógł być po prostu miły i zostawić tę jedną sztukę palenia w rękach dziewczyny, nie mówiąc nic o tym, że Prue potrzebuje tego bardziej od niego, jak nie teraz, to w przyszłości. Nie zawsze musiał być niepotrzebnie uszczypliwy. Szczególnie w stosunku do kogoś, z kim miło siedziało mu się w zadymionym pomieszczeniu, spoglądając na kadzidłowe chmury.
To była teraz jej własność. Mogła z nią robić dokładnie to, co chciała. Wypalić za jednym zamachem, aby ujarać się w trzy dupy albo zostawić to sobie na później. Dla siebie samej albo po to, żeby zapalić w czyimś innym towarzystwie. Greengrassowi nie robiło to już zupełnie żadnej różnicy.
Jeśli w tym momencie nie zamierzała więcej korzystać z używek, miał dla niej jednak dosyć średnie wieści: oboje w dalszym ciągu siedzieli w chmurze, a on nie zamierzał przestać popalać. Dwa machy, jakie dotąd pociągnął nie miały być dla niego odczuwalne w jakikolwiek sposób, nawet jako to pierwsze przyjemne wyluzowanie. Potrzebował znacznie więcej niż typowy czarodziej, by cokolwiek poczuć. Kwestia genów, może bycia dużym, może uodpornienia i zbudowania sobie tolerancji albo jeszcze czegoś innego. Najważniejsze, że tak po prostu było. Nie drążył.
Odchylając głowę do tyłu, zaciągnął się skrętem, tym razem trochę dłużej przytrzymując dym w płucach i skupiając się na tym, aby przy wydechu wypuścić coś znacznie bardziej kształtnego niż po prostu siwą chmurę. Jednocześnie wbił wzrok w miejsce, w którym Prudence widziała bociana, starając się rzeczywiście dostrzec tam cokolwiek poza paroma krzywymi mszami.
- Powiedzmy - stwierdził wreszcie, jeszcze bardziej mrużąc oczy i przekrzywiając głowę. - Nie jestem jeszcze aż tak zjarany, mi to bardziej przypomina dziób statku i kawałek żagla - zawyrokował po chwili namysłu, wykonując bliżej nieokreślony ruch palcami trzymającymi dymiącego się skręta. - Chociaż symbol dobrobytu i ochrony też brzmi nieźle. Do podróży nam się nie spieszy - zupełnie celowo pominął najbardziej odruchowo przychodzące na myśl znaczenie bociana, tego raczej żadne z nich nie uwzględniało w swoim życiu, więc mogli przeskoczyć dalej.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#17
06.08.2025, 22:41  ✶  

Tak, odczytywanie tych obrazów z dymu nie było najprostszym zadaniem, dość szybko bowiem się rozmywał, przekształcał, jednak nie przeszkadzało im to w tych próbach. Swoją drogą było to całkiem niezłą zabawą.

Miało to nawet swój urok, że każdy był w stanie dostrzec coś zupełnie innego, mimo tego, że minęła ledwie chwila. Zresztą odczytywanie znaków zależało od wielu czynników, a przynajmniej tak się wydawało Prue. Zresztą tak właściwie ona i Ambroise mieli podobne skojarzenia, więc wcale nie było tak źle.

Bletchley od najmłodszych lat wykazywała zainteresowanie podobnymi rytuałami, nawet jeśli to czytanie z dymu nie należało do jakichś standardowych tradycji, które były praktykowane to nie widziała w tym nic złego. Mogli sobie pogdybać, powymieniać się swoimi wizjami. Widać z wiekiem frajdę zaczynały sprawiać coraz bardziej abstrakcyjne rzeczy.

- Nie wiem, one nie są większe? Trudno to określić w ten sposób. - Była w stanie dostrzec kształty, jasne, nie sprawiało jej to, aż tak wielkiego problemu, ale określać gatunek pająka? No bez przesady, zapewne każdy wyglądałby podobnie pod tym kątem, osiem nóg i odwłok. Może Roise znał się na nich bardziej... kto go tam wiedział, ona na pewno nie była w stanie zidentyfikować tego osobnika.

- Jasne. - Nie zamierzała się z nim kłócić. Miała zostawić sobie skręta na później, to zamierzała to zrobić. Kto wie, kiedy ją ponownie najdzie na to, aby nieco odpłynąć. Skoro miała taką możliwość, to na pewno z niej skorzysta. Przygasiła magicznego papierosa delikatnie, a później ruszyła się z miejsca, aby schować go do swojej papierośnicy, która znajdowała się w kieszeni jej płaszcza. Oby nie zapomniała o tym, że taki wyjątkowy papieros się w niej znajduje, słabo by było gdyby podczas dyżury przypadkiem go zapaliła... Nie, raczej nie powinna popełniać podobnych błędów, Prue była w końcu bardzo uważna, czasem aż nazbyt przesadnie.

Nie zamierzała palić teraz więcej trawy, bo trochę obawiała się swojej reakcji. Była drobna, nie paliła często, nie potrzebowała wiele do tego, aby poczuć się lżejszą. Nawet do takich rzeczy podchodziła z rozsądkiem, tak już miała. Wolała nie prowokować sytuacji, które mogłyby jej sprawić jakikolwiek dyskomfort. Te trzy buchy wystarczyły, by wprawić ją w wyśmienity nastrój. Oczy zrobiły jej się czerwone, a źrenice rozszerzyły, widać było po niej, że coś zażywała - naprawdę nie potrzebowała wiele, aby można było wyczytać to z jej twarzy. Rozluźniła się również, jej mięśnie nie były tak spięte, jak zazwyczaj, a do tego usta jej się uśmiechały.

- Statek i bocian mają dziób, są części wspólne, znowu trafione. - Jakby nie patrzeć, coś tam w tej ich wizji się jej zgadzało, więc znowu mogli uznać, że widzą coś podobnego.

- Dobrobyt i ochrona się przydadzą, chociaż szkoda, że dopiero teraz przyszła ta wizja, może gdyby trafiła się z dwa tygodnie wcześniej to nie doszłoby do pożarów. - Mruknęła cicho, rychło w czas im się trafiły te symbole, nie ma co.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#18
06.08.2025, 23:22  ✶  
Prawdę mówiąc, nie miał zielonego pojęcia, czy wielkość dostrzeganych kształtów miała aż takie znaczenie. Pewnie tak? Miało to pewien sens, czyż nie? Ten rodzaj wróżenia nie był jednak w żadnym stopniu czymkolwiek bliskim jego domeny, toteż Ambroise bardzo lekko wzruszył ramionami.
- No, mały to on nie jest - stwierdził, jeszcze raz przyglądając się temu, co pozostało po rozmywającym się dymnym pajęczaku. - Akromantule są większe, ale - urwał na sekundę czy dwie, żeby zaciągnąć się skrętem, po czym wzruszył ramionami - wizualizacja takiej jednej w skali jeden jeden pewnie zabrałaby nam całą chmurę - a to już wymagałoby faktycznego działania jakichś mistycznych sił, które wyjątkowo mocno chciałyby do nich przemówić.
Tyle, że żadne z nich nie było jasnowidzem, a to raczej zdarzało się wyłącznie takim typom. Zadufanym w sobie bubkom, tak swoją drogą, wielkim Mistykom przez duże M. Samozwańczemu crème de la crème ludzi z wrażliwszym Trzecim Okiem. Pozerów, kurwa.
Im natomiast pozostawał raczej mniej oklaskiwany zakres działalności ezoterycznej, nawet jeśli bywali zdecydowanie dużo bardziej przydatni od typów, którzy bazowali wyłącznie na swoim Przeczuciu, często gęsto osiadając na laurach i wszystkie wizje interpretując na jedno kopyto. No, właśnie...
...nawiasem mówiąc...
- Siwy wizjokleta pierdolił o niej mniej więcej miesiąc temu - rzucił tak gładko, jakby w istocie przypomniał sobie coś odnośnie długoterminowej prognozy pogody, która jakimś trafem tym razem rzeczywiście się nie myliła.
Być może nie był jeszcze w stanie zbliżonym do tego, w jakim znalazła się Prudence, a którego mógłby jej pozazdrościć, gdyby nie to, że zamierzał wkrótce zmienić ten stan rzeczy. Podejmował ku temu raczej bardzo konkretne, świadome działania, w dalszym ciągu nie wygaszając swojej działki zielska, a wręcz bardzo regularnie dbając o to, aby biblioteki nie przestały wypełniać kłęby dymu.
Odchrzaknął, kolejny raz zaciągając się skrętem i dopiero wtedy powoli posunął się do rozwinięcia myśli. Nie pamiętał, czy rozmawiał o tym z Bletchleyówną. Wydawało mu się to równie prawdopodobne, co pozwalające zakwestionować się w bardzo łatwy sposób, niemal bez wysiłku. W tamtym nieszczęsnym okresie miał naprawdę dużo różnego gówna na głowie. Począwszy od sytuacji mającej miejsce w nocy w Kniei, jak i później.
Do tego ten przeklęty doppelganger, cała masa innych kwestii, kolejne niepokojące sytuacje na Ścieżkach i na Nokturnie, sprawa z Astarothem i Siostrami. Nie, nie wydawało mu się, by miał okazję powiedzieć Prue coś więcej na temat osobistego nawiedzenia jego rodziny przez Siwego Zgreda z Departamentu Tajemnic, jakie miało miejsce w połowie sierpnia.
No cóż. Tamte informacje i przestrogi ewidentnie chuja dały, skoro tak czy siak wylądowali w mieście pełnym ognia. Zajebiście przydatna wizja, nie ma co. Tylko jeszcze byłoby warto, aby Ministerstwo postanowiło coś z nią zrobić.
- Oczywiście, wcześniej wypytywał o szereg zupełnie absurdalnych rzeczy, wyraźnie próbując czytać między wierszami - nie musiał mówić, że kiepsko to wyszło, prawda? Jego ton był raczej dostatecznie wymownie przekpiewczy. - Natomiast później uraczył nas, jakże przydatnym, gdy kiedyś z drzew zaczną spadać płonące liście, wiedzcie, że kurwa, nie będzie zajebiście - przydatne, prawda?
Parsknął cicho, z ironicznym uśmieszkiem, kręcąc przy tym głową. Kolejny raz zaciągnął się magicznym papierosem. Ministerstwo w formie, a jakże. Chronić i dbać o dobrobyt obywateli. Mhm.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#19
07.08.2025, 10:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2025, 10:51 przez Prudence Fenwick.)  

- Jest to prawdopodobne, możemy uznać więc, że to była akromantula. - Kto im bronił? No nikt, mogli sobie zakładać, co tylko im się żywnie podobało, były to ich własne próby interpretacji tego co mogło zostać ukryte w dymie. Mogli sobie zakładać, co chce im przekazać, nawet jeśli nie znaczyło to nic.

- O, to ciekawe, pierdolił, pierdolił i nic to nie dało? - Prue zrobiło się lżej, przestała zupełnie przejmować się słowami, które padały z jej ust. Nogi zrobiły jej się miękkie, postanowiła więc usiąść na chwilę na jednym z tych foteli, wyglądał na bardzo wygodny. Dość szybko się przy nim znalazła, właściwie to usiadła, a może nawet zapadła się w siedzisku. Przymknęła na moment oczy, było jej błogo, naprawdę błogo. Co za fantastyczny dzień.

Co do jasnowidzów, to miała o nich swoje zdanie. Było ono całkiem podobne to tego Greengrassa, wznoszono ich na piedestał, chociaż tak sobie klepali trzy po trzy, mało co z tego, co mówili faktycznie się sprawdzało, zresztą nie byli w stanie dokładnie określić dnia, czy godziny, często te wizje były próbą interpretacji czegoś. Nie to co oni, potrafili odczytywać przeszłość, mieli dokładne informacje, a patrzono na nich spode łba, bo otaczała ich aura śmierci, jakby to znaczyło coś złego. Nigdy nie potrafiła tego zrozumieć, oczywiście, że każdy wolał słyszeć miłe kłamstewka o swojej przyszłości, ale najistotniejsze były fakty.

Parsknęła śmiechem, nie panowała nad tym. Nie mogła się uspokoić, słowa Ambroisa okropnie ją bawiły. Miała zakmnięte oczy, ale z jej ust wydobywał się chichot, jej ciało trzęsło się ze śmiechu. Trwało to dłuższą chwilę, spróbowała złapać oddech i nieco się uspokoić, ale znowu się to stało. Śmiała się, miała nadzieję, że wybaczy jej ten stan, ale najwyraźniej te jego zioła faktycznie dość mocno na nią działały.

W końcu udało jej się zacisnąć usta, nie mogła przecież w nieskończoność się śmiać. Otworzyła też oczy, Ambroise mógł zauważyć, że Bletchley popłakała się ze śmiechu, cóż najwyraźniej jej komentarz naprawdę mocno rozbawił kobietę.

- Kto by się spodziewał, że nie będzie zajebiście, kiedy z drzewa będą spadać płonące liście... - Okropnie bawiła ją ta sentencja, ramiona znowu zaczęły jej drżeć, próbowała powstrzymywać rozbawianie.

- Czyli trochę wiedział, a trochę nie, jak zawsze, czy oni kiedykolwiek sięgają po konkrety, czy tak sobie rzucają te swoje złote myśli, żeby nie było, a gdy się spełnią, to tłumaczył się, że nie wiedział... - Próbowała się skupić, miała nadzieję, że Ambroise rozumiał o co jej chodzi, ale myślała teraz wyjątkowo wolno jak na siebie, słowa też składała dość topornie. Nie, żeby jej to przeszkadzało, było nawet całkiem ciekawym doświadczeniem, bo była przyzwyczajona do tego, że jej mózg działał bardzo szybko, tak szybko, że nie była za nim w stanie nadążyć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
07.08.2025, 11:29  ✶  
Kiwnął głową, słysząc odpowiedź ze strony Prudence. Miała sens, tak. Ich ogólne podejście tego dnia było wręcz zadziwiająco zbliżone, co sprawiało, że znacznie luźniej podchodził do prowadzonej rozmowy. Skoro nie musiał nic udowadniać dziewczynie, sprzeczając się z nią o byle światopoglądowe pierdoły i przechodząc na tryb rywalizacyjny stosunkowo często odpalający mu się w jej obecności (wbrew teoretycznemu powtarzaniu, że są sojusznikami), w tym momencie niemal całkowicie rozwalił się w zajmowanym miejscu, obracając skręta w palcach i patrząc w przestrzeń. Był coraz bardziej rozluźniony, nawet nie próbował tego ukryć.
Bardzo łatwo przyszło mu przy tym poruszyć temat starego dziada, który postanowił naruszyć im mir domowy, rzekomo posiadając naprawdę przydatne i konieczne do przekazania informacje, jednak w praktyce bez wątpienia pragnąc ich wybadać. W oczach Greengrassa, tamta wizja była wyłącznie pretekstem do pojawienia się przedstawiciela Ministerstwa w posiadłości i możliwości węszenia wokół normalnie niedostępnych przestrzeni. Przy tym, co działo się z Knieją i aktualnym nieoficjalnym konflikcie jego rodu z przedstawicielami władz, było to raczej pierwsze, co nasuwało się na myśl.
- Pierdolił, pierdolił i pierdolił, a nic z tego nie wyszło - parsknął pod nosem, kolejny raz machając ręką z magicznym papierosem i wyciągając nogi przed siebie, aby przyjąć jeszcze wygodniejszą pozycję.
Oczywiście, nie umknął mu stan, w jakim znalazła się Prudence, jednak niemal odruchowo i tak machnął skrętem w jej stronę, bez słowa oferując dziewczynie jeszcze jedno pociągnięcie. Tym bardziej, że przecież schowała swojego, drepcząc przez pokój w kierunku fotela. Nie był aż tak samolubny.
- Jak na taką ilość pierdolenia, koleś ewidentnie ma problemy z dojściem - do czegokolwiek, tak naprawdę, czy to do meritum sprawy, w której memlał językiem, czy to do rozwiązania problemu, zanim ten zaistnieje.
Niby dostawał ostrzeżenia, tak? Widział rzeczy, zanim się wydarzyły. Miał czas na reakcję, mógł wyciągać wnioski i podejmować akcje. Tymczasem tylko łaził i ględził, starając się dociekać tego, kiedy jakie liście spadają z drzew a nie wywnioskować, że technicznie rzecz biorąc wszystkie miały to robić pod wpływem ognistych wiatrów i wysychania soków, podczas gdy pnie i konary trzeszczały jak płonące zapałki.
Noż kurwa mać.
Kolejny raz zaciągnął się głęboko, parskając na samą myśl o tamtej rozmowie. Tym razem z czymś na kształt wewnętrznego ironicznego niedowierzania. Tak, to była zajebiście potrzebna wizyta, zwłaszcza w tamtym czasie. Przyniosła dokładnie tyle, ile trzeba im było do szczęścia. Szczególnie Prue wyglądała na wyjątkowo szczęśliwą z tego powodu. Spojrzał na nią rozbawiony, lekko potrząsając głową. Nie dało się ukryć, że w tym stanie wyglądała zupełnie inaczej. Tak, jakby ktoś postanowił całkowicie ją podmienić. I to po zaledwie paru buchach trawy. Imponujące.
On zdecydowanie podchodził do tego zadaniowo. Nie dało się tego nie dostrzec, nie przy tej ilości dymu, jaka wypełniła bibliotekę. Pomieszczenie, które (jak na nie przystało w dobrej rodzinie) wcale nie było aż tak niewielkie, nawet jeśli pośród stałych bywalców tego domu przyjęło się nazywać je małym i kameralnym. No cóż. Samo w sobie wydawało się całkiem duże, nie było takie wyłącznie w zestawieniu z innymi bibliotekami, choćby takimi jak ta w rezydencji Greengrassów albo w oficjalnym miejscu zamieszkania Ursuli w Londynie, które...
...ponownie: no cóż. Chyba nie powinno być brane pod uwagę po ostatnich wydarzeniach. Już nie. Księgi, woluminy i wysokie regały z drewna bez wątpienia stanowiły wyjątkowo doskonałą pożywkę dla rozprzestrzeniającego się ognia. Stare podłogi o suchych deskach, dobre jakościowo tapety z materiałów, które płonęły jasnym, eleganckim płomieniem, kołdry i poduszki z pierzem. Jeśli mieszkanie Ambroisa przy Horyzontalnej spłonęło w zaskakująco szybkim czasie, londyński dom ciotki Corneliusa zrobił to w rekordowym.
Czy dało się tego uniknąć? Cholera wiedziała. Być może tak, być może nie. Roise naprawdę nigdy nie wnikał w to, w jaki sposób działają wizje przyszłości, jasnowidze mieli zresztą to do siebie, że wyjątkowo mocno lubili owiewać swój talent nadmierną tajemnicą i mistycyzmem, nie chcąc dzielić się technicznymi informacjami na ten temat. Woleli zachowywać się zupełnie tak, jakby byli lepsi i posiadali więcej przywilejów związanych z byciem pobłogosławionymi przez siły komunikujące się z nimi zza Zasłony.
- Chuja tam wiedział - stwierdził w wybitnie bezpośredni sposób, w tym momencie czując się już dostatecznie odprężony, żeby nie czuć potrzeby ubierania tego w jakieś wyższe słowa. - Do takich złotych myśli nie trzeba być samozwańczym Prorokiem Pokolenia. Założę się, że kurwa, każde z nas tak potrafi - stwierdził bez krzty zawahania, prostując plecy, odchrząkując, a następnie przyjmując naprawdę poważny wyraz twarzy. - Gdy mleko zacznie psuć się po udoju, nie pytaj, co dalej... ...zesrasz się z niepokoju. Widzisz? - Tak, to wcale nie było takie trudne.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (6688), Prudence Fenwick (4831)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa