• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[koniec kwietnia 1966] (nie) mogło być prościej | Ambroise & Geraldine

[koniec kwietnia 1966] (nie) mogło być prościej | Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
29.09.2025, 23:26  ✶  
Był całkiem ładny kwietniowy wieczór. Na zewnątrz panowała przyjemna aura zwiastująca całkowite pożegnanie z zimowymi przymrozkami i pełny rozkwit wiosny. Było ciepło, zwłaszcza jak na tę porę roku, gdy nietypowo ślamazarnym krokiem pokonywał drogę od szpitala do konkretnego mieszkania.
Nie spacerował. Nie napawał się pogodą. Raczej zbierał myśli, zdecydowanie niezbyt zadowolony z tego, co mu podsuwały. Wnioski, jakie wyciągał wcale nie ułatwiały mu życia. Wręcz przeciwnie, czuł się coraz bardziej skołowany. A został mu już tylko niezbyt duży kawałek trasy do przebycia.
Nie za bardzo wiedział, w jaki sposób powinien podejść do całej sprawy. W teorii to powinno być wyjątkowo proste, całkowicie nieskomplikowane. W końcu widywali się praktycznie na co dzień, spędzając liczne godziny w swoim towarzystwie i prowadząc rozmowy na naprawdę różne tematy. Całkowicie swobodne rzucenie jasnego pytania nie powinno sprawić mu zatem żadnych trudności.
Tyle tylko, że gdyby rzeczywiście tak było, czy wahałby się nad tym od blisko miesiąca? Ba, być może nawet jeszcze dłużej, bowiem o całym wydarzeniu wiedział przecież od ponad pół roku, a ta myśl też nie pojawiła się u niego po raz pierwszy. Dowiedział się praktycznie jako pierwszy, niemalże w tym samym momencie, co reszta rodziny pana młodego, jednocześnie otrzymując bardzo proste pytanie, na które powiedział wtedy nie tak symboliczne (bo związane z wieloma obowiązkami; z wieloma więcej niż mógłby się spodziewać) jasne.
Miał być świadkiem na ślubie swojego przyjaciela, jednego z najbliszszych, praktycznie nierodzonego brata. Na ślubie, który miał mieć miejsce w sierpniu tego roku. Za trzy miesiące z kawałkiem. Mieli już w końcu koniec kwietnia.
I choć nie zwykł unikać konieczności dopięcia wszystkich spraw na ostatni guzik, z jakiegoś przedziwnego powodu nie tylko całkowicie odwlekł znalezienie sobie pary na uroczystość. Lecz także w momencie, w którym pojął, kto powinien nią być... ...z kim tak naprawdę chciałby pojawić się na weselu, spędzając wspólnie wieczór... ...no cóż... ...nie ogarnęła go ulga. Wcale a wcale.
Po prawdzie mówiąc, nie poznawał samego siebie, bowiem miał obawy.
Tak. On.
Człowiek, który na ogół nie przykładał praktycznie żadnej wagi do tego, z kim pojawiał się w towarzystwie, byleby tylko nie przynieść rodzinie wstydu i nie czuć się nazbyt osaczony, co ostatnie też niezbyt często się zdarzało. Ktoś, kto zazwyczaj machał ręką, przyjmując informację, że macocha umówiła go z kolejną panną w ramach bycia towarzyszem podczas sabatu, wieczorku muzycznego, oficjalnego lunchu i tak dalej, i tak dalej.
Tak. On. Miał obawy.
Obawy, że jego oferta zostanie omylnie odebrana. Obawy, że sam nie do końca wiedział, na czym miałaby polegać ta omylność. Na tym, że zostanie odebrany jako ktoś, kto chce czegoś więcej, chociaż nie powinien tego chcieć? Czy może jednak na tym, że jego pytanie zostanie odebrane zupełnie normalnie, niewinnie i jako pozbawione innych intencji niż te towarzysko-przyjacielskie? Która z opcji była gorsza? Tak naprawdę?
Stwierdzenie, że nie chciał przy tym bawić się w jakiekolwiek podteksty byłoby nadużyciem i to zupełnym. Oczywiście, że tego chciał. Już od dłuższego czasu pragnął tak bardzo rozciągnąć granicę pomiędzy tym, co mu wypadało a tym, co najchętniej by zrobił, żeby wreszcie pękła, odsłaniając całą prawdę.
Tyle tylko, że nie chciał tego skopać. To była ta jedna sytuacja, w której był praktycznie całkowicie pewien, że gdyby nadmiernie przychojraczył, nie byłoby żadnej pośredniej opcji. Nie istniałoby ani jedno polubowne rozwiązanie. Wóz albo przewóz. Być albo nie być.
I jeśli na ogół spytanie wolnej, towarzyskiej, atrakcyjnej panny o to, czy zechce spędzić z nim wieczór, idąc razem na duże przyjęcie pełne alkoholu i kończące się idealnie w momencie, by przeciągnąć wspólny czas aż do brzasku nie byłoby dlań żadnym problemem. Ponownie bowiem: podteksty nie byłyby bowiem szkodliwe, ale wręcz pożądane. Tym razem tak nie było.
Nie dlatego, że nie był zainteresowany. Dlatego, że był zainteresowany. A poprawniej: dlatego, że jednocześnie nie wiedział, czy tylko on był zainteresowany.
Jeśli tak. Jeżeli to, co było między nimi i wykraczało poza granice prostej przyjaźni, istniało wyłącznie w jego głowie. Mógł nie robić z tego sprawy. Oczywiście, że mógł być kulturalny i szarmancki. Jasne, że mógł już na samym wstępie zaznaczyć, że w jego propozycji nie ma żadnych zdrożnych intencji (choć były, mogły być, zdecydowanie by tego chciał) i że to tylko chęć wspólnej zabawy w gronie jego znajomych, w którym nie zamierzał bawić się z byle kim i byle kogo zapraszać. Nic więcej.
Tyle tylko, że wtedy dosyć beznadziejnie by skłamał, jednocześnie jeszcze bardziej komplikując swoją i tak skomplikowaną sytuację lub, co gorsza, odbierając sobie wszelkie dalsze szanse i prawdopodobnie nigdy nie dowiadując się, a co byłoby, gdyby. Dając dziewczynie do zrozumienia, że patrzy na nią wyłącznie jak na naprawdę dobrą koleżankę, najlepszą przyjaciółkę, blabla, gówno prawda, nie życząc sobie niczego więcej, byłby brutalnie nieszczery w przekazie. A przecież nie chciał taki być.
Tak. Ostatnio sam siebie nie poznawał. Nabrał ciężko powietrza w płuca, zanim po kilka stopni na raz pokonał schody prowadzące na właściwe piętro kamienicy, zatrzymując się pod drewnianymi drzwiami. Miał mało czasu. Powinien podjąć decyzję, wyhodować jaja i wreszcie naruszyć ten rzekomy porządek rzeczy, który w ostatnim czasie wyglądał dla niego bardziej jak ciaśniejąca cela. Chwilowo jednak uniósł tylko rękę, zwijając palce w pięść i łomocząc w drzwi. Nie wiedział, czemu to zrobił, nawet nie zauważył tego momentu, ale zdmuchnął luźny kosmyk włosów z czoła, przybierając uśmiech na twarz.
Chciał, żeby to był dobry wieczór. Przede wszystkim dobry wieczór. Co do reszty, liczył, że poniekąd wyklaruje się sama. Jak zwykle, prawda? Czy to było naiwne?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
24.10.2025, 18:57  ✶  

Końcówka kwietnia niosła ze sobą coraz dłuższe dni, wyższą temperaturę, przyjemniejszą aurę - co wiązało się w przypadku Yaxley z powrotem do tego, co kochała najbardziej. Całodziennych wypraw, czasem nawet dłuższych, trwających kilka dni, spędzonych na polowaniu na najbardziej okrutne bestie. Zima nie była nigdy jej ulubionym czasem w roku. Okropnie jej się dłużył, nie do końca wiedziała, co miała ze sobą zrobić, kiedy nie wyjeżdżała na dłuższe wyprawy za granicę.

Ostatnio jakoś bardziej trzymała się Londynu, raczej unikała tych czasochłonnych wypadów, jakby coś zaczęło ją tutaj trzymać. Trochę tak było, a przynajmniej ona odczuwała zmianę. Jasne, miała przyjaciół, z którymi relacje trwały niemalże od samego początku nauki w Hogwarcie, ale to nie była taka przyjaźń, jak ta która narodziła się ostatnio między nią, a pewnym uzdrowicielem.

Nie chciała znikać na dłużej, nie ciągnęło jej do tego. Nie kiedy mogli na siebie wpadać, albo do siebie wpadać nawet kilka razy w tygodniu. Przyzwyczaiła się bardzo łatwo do jego obecności w swoim życiu. Nie chciała tego psuć, pozwolić na to by się od siebie oddalili, wiadomo, że aby relacje przetrwały należy je pielęgnować. To właśnie starała się robić.

Od jakiegoś czasu docierało do niej, że to chyba nie jest tylko przyjaźń, przynajmniej z jej strony, próbowała jednak odsuwać od siebie te myśli, nie chciała popsuć tego, co udało im się stworzyć. Niby niczego się nie bała (no, może poza szpitalami), raczej nie miała problemu z dzieleniem się swoimi myślami, w tym jednak jednym, wyjątkowym przypadku było trochę inaczej. Obawiała się, że popsuje wszystko jednym wyznaniem, jednym słowem, że Ambroise popatrzy na nią, jak na wariatkę i uzna, że niestety w takim wypadku nie powinni kontynuować tej znajomości. Wybrała więc tę nie do końca wygodną opcję - udawała, że nic takiego się nie dzieje, że są wyjątkowo zgranymi kumplami, bo przecież przyjaźń damsko-męska istniała i była całkiem naturalna. Ta, jasne.

Dzień spędziła polując na hipogryfa, nie miała go zabić, zwierzę uciekło znajomym jej ojca. Obiecał im, że zajmie się tym jego najlepszy człowiek, by mieli pewność, że sprawa zostanie załatwiona od ręki i tak właśnie się stało. Nie, żeby była z tego powodu jakoś szczególnie zadowolona, mimo pochwał, które usłyszała - zdecydowanie wolałaby się zajmować innymi przypadkami, bardziej niebezpiecznymi, takimi, gdzie adrenalina buzowałaby jej w żyłach. Nie był to jednak ten dzień, cóż - na szczęście sezon dopiero się rozpoczynał, na pewno miała go dobrze wykorzystać.

Siedziała na parapecie w kuchni, paliła szluga, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk pukania do drzwi. Nie spodziewała się gości, a jeśli się ich nie spodziewała, to mogło oznaczać jedno - Roise postanowił ją odwiedzić wracając z pracy. Była to godzina, kiedy powinien kończyć (powinien, ale zdarzało się to rzadko kiedy, bo miał tendencje do przesiadywania w Mungu, próbowała wybić mu to z głowy, ale jej nie słuchał).

Przygasiła peta w popielniczce, najchętniej od razu pobiegłaby w stronę drzwi, ale nie chciała wyjść na wariatkę. Postanowiła więc poczekać pięć sekund, po czym powoli ruszyć w stronę wejścia do mieszkania (przynajmniej nie będzie wyglądało, jakby stała pod drzwiami i czekała, żeby je otworzyć).

Otworzyła drzwi na oścież, nie zdziwiło ją to kogo za nimi zastała, uśmiechnęła się szeroko, cieszyły jej się również oczy, a to nie zdarzało się często. - Kogoż to do mnie przywiało? - Przesunęła się w progu, aby wpuścić go do środka, przecież nie będą rozmawiać w drzwiach, bo sąsiadki znowu będą plotkowały.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
27.10.2025, 14:04  ✶  
To nie było nic takiego. Nie musieli się sobie nawzajem anonsować, zamiast tego po prostu pojawiając się u progu drzwi drugiej osoby i sprawdzając, czy akurat miała czas. Po prawdzie mówiąc, on zazwyczaj miał, co pewnie nawet głupi mógłby zauważyć, ale jakimś cudem udawało im się unikać tej rozmowy.
Co z tego, że nie miał wolnego w tak niewymuszony sposób, w jaki twierdził, że go ma? Co z tego, że w rzeczywistości starał się manewrować datami i dyżurami w taki sposób, aby widywać się przynajmniej kilka razy w tygodniu? Dopóki nie mówili o tym na głos, dopóty mógł udawać, że to po prostu zrządzenie losu. Ot, te wszystkie miesiące były dla nich akurat całkiem łaskawe i wygodne.
W przeciwieństwie do sytuacji, w jakiej się znaleźli, czyż nie? Przynajmniej z jego strony, nawet jeśli na widok dziewczyny, na ustach Greengrassa pojawił się całkiem szeroki, dosyć odruchowy uśmiech. Nieświadomie przeczesał włosy palcami, jednocześnie wzruszając ramionami.
- No hej. Uwierzysz, że po prostu byłem w okolicy? - Spytał, teoretycznie żartując, co było jasne, ale jednocześnie był aż nazbyt świadomy drugiego dna tej odpowiedzi; to właśnie dlatego odruchowo pospieszył z dodaniem drugiej części. - Za kilkanaście godzin wracam na dyżur, nie opłacało mi się wracać do Doliny, bo muszę wcześniej zmienić kolegę w pracy. Stwierdziłem, że zostanę w Londynie, wiesz. To całkiem wygodne - jak zupełny ćwok, kolejny raz wzruszył ramionami, po czym skorzystał z niewerbalnego zaproszenia, wchodząc do mieszkania.
Z trudem powstrzymał się przy tym przed zrobieniem czegoś, co we wnętrzu jego głowy było równocześnie bardzo głupie i zadziwiająco naturalne. Przeszedł po prostu przez próg, bezwiednie muskając przy tym palcami ramię Geraldine, gdy mijał się z nią w ciasnawym przejściu. Nie ścisnął jej jednak, by ją przywitać.
Dla większości ludzi uściskanie przyjaciółki na przywitanie nie stanowiłoby zresztą żadnego powodu do głębszej analizy myślowej. Po prostu zrobiliby to i już, przy okazji może muskając wargami jej policzek, bo to także nie należało do żadnych nietypowych gestów. Ot, normalka. Więc czemu tego nie zrobił? Bo za dużo myślał. I to nie były zbyt racjonalne myśli, nawet jeśli nie zamierzał tego mówić.
Teoretycznie nigdy nie należał do przesadnie wylewnych ludzi, raczej nie mając w zwyczaju samemu zbyt często inicjować fizycznego kontaktu, jednakże w tym wypadku już dawno zaczął godzić się z myślą, że nic nie było takie jak zwykle. Nie przy nich, nie z nimi. Nawet jeśli trudno byłoby powiedzieć, czy w ogóle mogli być jacyś oni. W końcu tylko się przyjaźnili, czyż nie?
Niby nie za bardzo przejmował się plotkującymi sąsiadkami, a jednak myśl o byciu na świeczniku pośrodku korytarza jego także nie napawała zbytnim entuzjazmem. Gdzieś tam pod skórą wiedział bowiem, że w żadnym wypadku nie chciałby usłyszeć na głos tego, co i tak już podejrzewał. Jego przyjaciółka nie była nim zainteresowana. Nie w ten konkretny sposób, jakiego mógłby pragnąć.
Czym innym było jednak duszenie się z tą świadomością w skrytości własnego umysłu, czym innym natomiast usłyszenie na własne uszy tego, jak Geraldine zaprzecza, jakoby cokolwiek mogło ich ze sobą łączyć. Tak, ten moment zapewne i tak miał nastąpić. Prędzej czy później ktoś musiał skomentować ich częste wizyty, siedzenie do późna lub też zostawanie na noc. To mogło wyglądać dosyć jednoznacznie. Przynajmniej dla kogoś, kto nie znał prawdziwej historii.
W rzeczywistości nie przekraczali granic. Mhm. No, dobrze. Nie robili niczego, co można byłoby uznać za nazbyt zdrożne, nawet jeśli ostatnio nieświadomie łapał się na czynieniu coraz głębszych dwuznaczności. Jednocześnie manewrował pomiędzy czymś, co można było uznać za zwykłe przywyknięcie do czyjejś obecności na tyle, aby naturalnie pokazywać temu komuś swoje bardziej osobiste strony. A może, być może, z bardzo dużym prawdopodobieństwem, praktycznie niezaprzeczalnie tym, że momentami uciekał się do zagrywek mających zbyt wiele drugiego dna, aby uznać je za zupełnie niewinne.
Tyle tylko, że najwyraźniej były takie wyłącznie w jego oczach. Miał bowiem nieodparte wrażenie, że sama Geraldine nie chciała widzieć w nich więcej niż tej przyjacielskiej strony, już niemalże siostrzanej bliskości. W innym wypadku...
...cóż. Ale nie było innego wypadku, nieprawdaż? Fakt, że już się kiedyś całowali. Że był cholernie blisko przekroczenia wtedy tamtej cienkiej granicy pomiędzy towarzyskim flirtem a sugestią spędzenia wspólnie nocy. Czy to, że w momencie, w którym ich relacje można było uznać za co najmniej napięte, zdecydowanie zbyt często myślał o zamknięciu jej ust i zamgleniu oczu rzucających w niego gromami. Ba, nawet ta nieco gorzka, odrobinę śmieszna świadomość, że od wielu tygodni nie zaciągnął nikogo do łóżka (ani w żadne inne miejsce, jeśli już miałby być dokładny), znów czując się jak nastolatek.
Nic z tego nie miało najmniejszego znaczenia w obliczu czystości ich przyjaźni. To jego myśli były brudne. Ich relacja teoretycznie powinna spełniać wszystkie kryteria doskonałości. Z nikim innym nie był bowiem w stanie tak szybko znaleźć wspólnych tematów, prowadzić tak lekkich rozmów, kończyć za siebie zdań, zgadywać myśli. Nikt inny nie był w stanie tak szybko znaleźć się na samym szczycie jego hierarchii.
A już z pewnością nikt inny nie wyglądał tego wieczoru tak ładnie. Jak miał się przy niej nie wygłupić? Wizja zaproszenia na ślub powinna przyjść mu całkiem naturalnie i sprawić mu całkiem dużo radości, jednak z sekundy na sekundę stawała się coraz trudniejsza do dźwignięcia. A przecież był człowiekiem, który nigdy się nie denerwował. Nie miewał tremy ani nie obawiał się mówić o własnych oczekiwaniach. To było skrajnie głupie, że teraz nagle właśnie to robił.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
29.10.2025, 15:55  ✶  

Całkiem łatwo było przywyknąć do tej świadomości, że jeśli ma ochotę, to może pojawić się przed jego drzwiami z butelką czegoś mocniejszego, czy czymś do jedzenia, nie tłumącząc powodu swojej wizyty. Nie spodziewała się, jakie to miłe, posiadać niedaleko kogoś do kogo może się odezwać, podzielić swoimi głupimi przemyśleniami, czy po prostu sobie razem pomilczeć, co też się zdarzało. Jak dotąd nigdy nie przywykła, aż tak do obecności drugiej osoby. Wolała zbyt wiele na ten temat nie myśleć, bo trochę obawiała się wniosków, które mogły się pojawić, bo przecież byli tylko przyjaciółmi, to powinno być całkiem jasne. Nic wielkiego, nic głębszego, tylko przyjaźń. Nie wiedzieć czemu jednak nie mogła przestać myśleć o tym, co by się stało gdyby spróbowała czegoś innego, czy by ją wyśmiał, odrzucił, powiedział, że zwariowała? Każda z opcji była prawdopodobna, nie mogła jednak nie myśleć o możliwościach. Nie, gdy od jakiegoś czasu czuła przyspieszone bicie serca, kiedy znajdował się obok.

- Dlaczego miałabym nie uwierzyć? - Odparła z uśmiechem, to było przecież całkiem prawdopodobne. Dosyć często bywał w tej okolicy, tak samo jak ona dziwnym trafem bywała w jego. Dziwny zbieg okoliczności, nieprawda?

- To faktycznie bez sensu, żebyś wracał do Doliny. - Mimo wszystko znalazł się przed jej drzwiami, nie swojej kawalerki, co tylko ją ucieszyło. Nie musiał się tu pojawić, mógł pójść do siebie, aby odpocząć, a jednak znalazł się przed jej drzwiami, ciekawe dlaczego... znaczy, nie musiał mieć przecież powodu, ale nie najgorzej byłoby mieć świadomość, że również nie może doczekać się kiedy ją zobaczy. To jednak chyba nie było to.

Minął ją w drzwiach, wszedł głębiej do jej mieszkania, poczuła dreszcz przechodzącym po swoim ciele, kiedy musnął jej ramie, to by było na tyle. Nie przytulili się na powitanie, jak miała w zwyczaju większość normalnych przyjaciół, po prostu wszedł do środka. Zamknęła za nim drzwi i sama ruszyła się za nim.

- Salon, czy kuchnia? - Zapytała jeszcze, bo były to główne pomieszczenia, w których razem przesiadywali. Tak właściwie było jej to całkiem obojętne, właściwie Ambroise znał jej mieszkanie jak własną kieszeń, często tutaj bywał, wiedział, w której szafce co można było znaleźć.

- Napijesz się czegoś? - Skoro miał klikanaście godzin do kolejnego dyżuru to pewnie mógł sięgnąć po kieliszek, czy dwa czegoś mocniejszego, ona sama zresztą miała ochotę coś wychylić. Obawiała się, że jeśli tego nie zrobi to zacznie rozważać różne możliwości, o których raczej nie powinna myśleć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
29.10.2025, 16:55  ✶  
To było wyjątkowo rozsądnie zadane pytanie, którego jednak zupełnie nie spodziewał się ze strony Yaxleyówny. Nie, nie dlatego, że nie podejrzewał jej o podobny rok myślowy. Doskonale wiedział, że Geraldine lubi drążyć, jednakże on sam po prostu nie przemyślał, jak to wszystko zabrzmi.
A brzmiało niewinnie, prawda? Dokładnie tak jak to podłapała: dlaczego miałaby mu nie uwierzyć? Przecież to było coś zupełnie zwyczajnego, pewna forma ich nowej normy. Wpadali do siebie nawzajem, gdy byli w okolicy, zazwyczaj nie mając najmniejszych problemów z tym, żeby dopasować do tego plany. Jak do tej pory, jeszcze nie odbił się od drzwi mieszkania przy Horyzontalnej, więc...
...wzruszył ramionami, mrucząc coś pod nosem, co nawet dla jego własnych uszu zabrzmiało, jakby brakowało w tym jakiegokolwiek jasnego, zrozumiałego słowa. No. Po prostu, tak? Był w okolicy, nie wydawało mu się, by powinien wracać do Doliny, co zresztą zaczynało coraz bardziej wchodzić mu w krew. Nie był to pojedynczy przypadek sprzyjających okoliczności, stąd chyba to jego pytanie, ale skoro nie zostało mu to wytknięte, on także nie zamierzał tego robić.
Zamiast tego wszedł głębiej do mieszkania, starając się ukryć reakcję na ten z pozoru przelotny, ale jednak wcale nie aż tak nieświadomy kontakt fizyczny.
Całe szczęście, zdążył minąć Geraldine i stanąć tyłem do niej, gdy padły te następne słowa, bo był niemalże całkowicie pewien tego, co na ułamek sekundy pojawiło się w jego oczach. Salon czy kuchnia? Niby znał rozkład pomieszczeń, niby to było coś normalnego, zwyczajny wybór miejsca, żeby spędzić razem trochę czasu, ale...
...jak zatrważająco proste byłoby niegdyś dla niego pociągnięcie wątku i odbicie pytania w ten szczególnie niedwuznaczny sposób. Wtedy, kiedy tak po prostu uniósłby brodę, uśmiechając się kącikiem ust i posyłając jej przeciągłe spojrzenie. Wszędzie, gdzie chcesz, prawda?
Mogliby zacząć od kuchni albo nawet tego cholernego korytarza, bo były najbliżej, przejść do salonu, kończąc w sypialni, a potem kontynuując w wannie w łazience lub pod prysznicem. Mogliby spędzić resztę wieczoru na skórze przed rozpalonym kominkiem, leżąc nago w swoich objęciach, wpatrując się w pęknięcia na suficie i śledząc ruch światłocienia wpadającego przez zasłony.
Rano wcale nie byłoby inaczej. Uniknęliby niezręczności, niepewnych spojrzeń. Po prostu wypiliby razem kawę, a potem parokrotnie zagarnąłby usta Geraldine w pocałunku, mamrocząc przez zduszony oddech coś o tym, że nie powinien się spóźnić na dyżur, mimo to nie przestając całować dziewczyny. Kilkanaście minut później założyłby jej kosmyk rozczochranych włosów za ucho, naciągając spodnie i zapinając pasek.
A po pracy kupiłby jej bukiet specjalnie wybranych kwiatów, których znaczenie byłoby nie do końca jasne dla niej, wyjątkowo jasne dla niego, ale mimo to, tak czy siak otrzymałby uśmiech i kolejny, tym razem nie kradziony pocałunek. Od tego momentu wszystko byłoby dużo prostsze, znacznie bardziej jasne i pozbawione zbędnego napięcia, które w tym momencie nocami potrafiło doprowadzać go na skraj szaleństwa.
- Jadłaś coś? - Spytał zamiast tego, mrugając i powracając do rzeczywistości, od której oderwał się na ułamek sekundy. - Jeśli tak, możemy przejść do salonu - tak, jego odpowiedź była dwojaka, ale Yaxleyówna przecież mogła się tego spodziewać, nieprawdaż?
Rzadko kiedy był przy niej bardzo prostolinijny, ich relacja miała w sobie zdecydowanie zbyt wiele pobocznych wątków, tych wszystkich wykorzystanych i niewykorzystanych , i skutecznie zamiatanych pod dywan przez niego możliwości.
- Niby to ekonomiczne, ale lepiej nie pić na pusty żołądek, nie? - Stwierdził, wzruszając ramionami na wspomnienie własnej kanapki zjedzonej przed paroma godzinami tylko dlatego, że na oddziale oraz w kafeterii panował wyjątkowy spokój i porządek.
W ostatnim czasie to Geraldine zwykła gonić go do jedzenia. Teraz mogli to trochę obrócić. Mimo wszystko, miał ochotę na coś mocniejszego, całkiem poważnie rozważając, na ile mogłoby mu to ułatwić zebranie myśli i tę jedną wypowiedź. Powinien zadać to pytanie, lepiej byłoby mieć to już z głowy, ale do tego chyba wyjątkowo potrzebował zewnętrznej pomocy.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
29.10.2025, 20:10  ✶  

Nie do końca zrozumiała odpowiedzi Ambroise'a. Najwyraźniej skupiona była na oglądaniu jego tyłów... zbyt bardzo, że zwrócić uwagę na to co powiedział. Oby to nie była jakaś istotna odpowiedź, bo jeszcze będzie musiała się tłumaczyć z tego, że coś przegapiła, a nie za bardzo miała ku temu argumenty. W końcu znajdowali się w mieszkaniu, gdzie było całkiem cicho, a ona miała wyczulony słuch, tyle, że nie do końca skupiona była na jego odpowiedzi. Bywa. Musiała się nieco bardziej pilnować.

Pytanie które zadała należało do tych typowo grzecznościowych, chciała pozwolić, aby jej gość wybrał miejsce, w którym przyjdzie im spędzić czas. Zapewne prędzej, czy później i tak skończyliby w jej salonie, gdzie każde rozłożyłoby się na swoim fotelu, czy też kanapie, jaraliby szlugi i rozmawiali do rana. To nie było niczym dziwnym. Nie miałaby jednak problemu z tym, gdyby któregoś razu wyraził chęć zwiedzić pozostałą część jej mieszkania... ale póki co się na to nie zapowiadało.

- Czy pół paczki fajek się liczy? - Zapytała niewinnie, bo to było jej główny posiłek. Miewała problem z regularnym odżywianiem się, nie ona jedna, wiedziała, że Ambroise również zapominał o jedzeniu.

- Triss coś przyniosła, jeśli masz chęć możemy to zjeść razem. - Spodziewała się, że i on nie zdążył nic zjeść podczas dyżuru. Skrzatka chyba zauważyła, że u niej bywa, bo ostatnio transportowała ze Snowdonii podwójne porcje posiłków, mimo, że Geraldine jej o to nie prosiła. Triss była naprawdę bardzo uczynnym stworzeniem, które dostrzegało najdrobniejsze niuanse. Powinna poprosić ojca, żeby ją do niej oddelegował na pełen etat, zajmie się tym kiedyś, chociaż i to doraźne wsparcie dosyć mocno ją odciążało. Pilnowała jej mieszkania, gdy Yaxley znikała na dłużej, dbała o to, aby było tu ciepło i przytulnie gdy wracała do domu, no i aby miała pełną lodówkę...

- Niby tak, ale to nie byłoby nic nowego. - No nie w jej przypadku, rzadko kiedy bowiem przejmowała się takimi drobiazgami, jak to, czy lepiej, czy nie pić na pusty żołądek.

- Zaraz przyjdę. - Tak, to była sugestia, aby poszedł do salonu. Yaxley zaś ruszyła do kuchni, na jednym z blacie stały dwie porcje idealnie zrobionej dziczyzny, właściwie to były jeszcze ciepłe, z odrobiną warzyw - skrzatka próbowała wprowadzić je do jej diety, nie miała pojęcia o tym, że Geraldine wszystkie te drobne, roślinne dodatki skrupulatnie wygrzebywała z posiłku i odkładała na bok. Nigdy nie przepadała za warzywami i raczej nie miało się to zmienić.

Po krótkiej chwili wkroczyła do salonu, wręczyła jeden z talerzy Greengrassowi, sama zaś rozsiadła się na swoim ulubionym fotelu, aby również skonsumować posiłek. - Nie wiem co to, ale powinno smakować dobrze. - Dodała jeszcze, bo nie miała pojęcia, czego tym razem powinna się spodziewać po Triss. Wzięła sobie jednak do serca słowa Ambroise'a o tym, że nie powinni pić na pusty żołądek, co by tu dużo nie mówić, docierały do niej jego słowa, chociaż z pozoru mogło się wydawać, że jest inaczej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
30.10.2025, 02:46  ✶  
Być może nie zdawali sobie z tego sprawy, ale byli zupełnie kwita. Ironia losu, czyż nie? Każde z nich skupiało się na trochę innym spojrzeniu na początek ich spotkania, a jednak w jakimś sensie postępowali zgoła podobnie, nie do końca skupiając się na właściwych detalach. Niby nie robili niczego nietypowego, ale...
...gdyby to była aż tak prosta, zupełnie nieskomplikowana sprawa i znajomość nie podszyta niczym więcej, czy nie postępowaliby trochę inaczej? Począwszy od tamtego unikalnego przytulenia na powitanie, którego tak naprawdę, tak właściwie nigdy nie mógł przewidzieć nawet z własnej strony.
Raz wychylał się, aby ją objąć, raz tego nie robił. Czasami traktował ją wręcz niczym kolegę, wyciągając rękę, aby przybić jej żółwika, czasem jednak nachylał się do paru pocałunków składanych na miękkich, ciepłych policzkach dziewczyny. Zdecydowanie nie był w tym stały. Odnosił całkiem niewygodne wrażenie, że wystarczyło, aby trochę inaczej zawiał wiatr.
Co nasuwało mu myśl, że salon być może był najlepszym rozwiązaniem, bo stamtąd mógł wyjść na taras, aby zapalić. Niedługo zdecydowanie musiał to zrobić, nawet jeśli jeszcze w tej chwili udawał, że wybiera jedzenie ponad nałóg.
- Tak - odparł w pierwszej chwili, nie namyślając się nad tym za bardzo, co nie było specjalnie dziwne również przy jego zwyczajach żywieniowych; dopiero po kilku sekundach zorientował się, że może nie do końca powinien temu przyklaskiwać, toteż trochę bardziej energicznie potrząsnął głową, uderzając językiem o podniebienie. - Nie - poprawił się, nawet jeśli nie było już raczej najmniejszego sensu, aby to robił.
Niby powinien być przekonujący. Gdyby brać pod uwagę sam zdecydowany ton głosu, jaki towarzyszył temu nie, raczej nie sposób byłoby mu tego odmówić. Tyle tylko, że to była Geraldine. A kto jak kto, ona zdążyła go już całkiem nieźle poznać i raczej niespecjalnie miała kupić ściemę z tym, że nagle stał się przodownikiem regularnego odżywiania.
Wzruszył więc ramionami, posyłając spojrzenie w kierunku kuchni, gdy usłyszał o jedzeniu, jakie przygotowała Triss. Zazwyczaj mijał się ze skrzatką rodziców Yaxleyówny, ale nie dało się ukryć, że bardzo doceniał to, co robiła. W końcu nie był zupełnie ślepy. Może jeszcze wcale nie tak dawno nie spędzał wspólnie czasu ze swoją przyjaciółką, ale wydawało mu się, że Rina raczej nie miała w zwyczaju jeść za trzy osoby. Tymczasem zdążył zorientować się, że gdy oferowała mu posiłek przygotowany przez skrzatkę, nigdy nie musiała dzielić skromnej porcji na pół. Zazwyczaj były to dwie odrębne porcje, obie całkiem pokaźnych rozmiarów, jakby Triss (lub ktoś wydający jej polecenia, choć Roise świadomie wybierał wersję, że była to sama skrzatka) celowo tak to wszystko planowała. To było...
...miłe, naprawdę miłe. Ale również na swój sposób bardzo wymowne. Nie dało się ukryć, że jeśli do tego doszło, nieodmiennie świadczyło to o ilości wspólnie spędzanego czasu.
- Wiem - niby tylko uśmiechnął się pod nosem, jednakże w praktyce nawet nie próbował kryć się z tym, w jaki sposób to zrobił.
Nie, nie był ironiczny ani pobłażliwy. Za tym uśmieszkiem nie kryła się także żadna złośliwość bądź też chęć wywrócenia oczami i machnięcia ręką. Może nigdy nie przyznałby tego na głos, ale wyraz, który pojawił się na jego twarzy był na swój sposób miękki, nadzwyczaj czuły.
- Chętnie - przytaknął, orientując się, że chyba zapomniał to zrobić, po czym odprowadzając wzrokiem dziewczynę w kierunku kuchni, zanim sam ruszył do salonu.
Tak, oczywiście, że Roise wiedział, jakie zwyczaje miała jego najdroższa przyjaciółka. Wydawało mu się, że z miesiąca na miesiąc dostrzega coraz więcej detali, zapamiętuje kolejne szczegóły, tylko po to, żeby...
...no właśnie. Po co? Chyba po to, aby uśmiechnąć się w ten sposób, kiwając głową i mając wrażenie, że nie musi nawet dodawać nic więcej. Jeśli on zwykł zapominać o posiłkach, nie przywiązując do nich wagi, Yaxleyówna w niektórych momentach ewidentnie była w stanie mu w tym dorównać. A może to on równał do niej? Ostatnio mieli całkiem zgodny rytm, zwłaszcza jak na ich wcześniejsze realia.
Tak czy siak, nawet jeśli nie uważał picia na pusty żołądek za zbyt zdrowe, jemu również zdarzało się to robić. Mimo to, odkąd zaczęli przywiązywać głębszą wagę do dobra i komfortu tej drugiej osoby, Ambroise czuł się jakby bardziej odpowiedzialny. Może nie od razu mógł powiedzieć, że stał się jakoś znacznie bardziej poważny. Zdecydowanie nie, jednak przynajmniej starał się dostrzegać coś poza czubkiem jego własnego nosa.
Chyba mu to nawet wychodziło, bo Geraldine postanowiła wziąć pod uwagę jego zdanie, przynosząc im posiłek już chwilę po tym, gdy usiadł na swoim fotelu. No, właśnie. Jego fotel w jej mieszkaniu. Zważywszy na to, że Ambroise nie miał nic wspólnego z kupnem żadnego ze znajdujących się tutaj mebli, sam ten fakt również był całkiem wymowny.
- Wygląda smacznie. Dzięki - rzucił lekko, przyjmując talerz, aby rzucił również szybkie. - Smacznego - i na krótką chwilę zająć usta czymś, przy czym nie musiał gadać.
To dobrze, naprawdę dobrze, nawet jeśli nie zwykł tak robić, zazwyczaj nie unikając gadki.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
08.11.2025, 23:07  ✶  

Ambroise wydawał się być dzisiaj dziwnie milczący. Odpowiadał jej półsłówkami. Geraldine nie do końca wiedziała, czym było to spowodowane. Zrobiła coś nie tak? Nie miała pojęcia, być może? Próbowała odtworzyć w pamięci ich ostatnie interakcje, ale nie wydawało się, aby popełniła jakiś błąd. Cóż, musiała uważać, pilnować się, by przypadkiem nie przekroczyć granicy, nie zacząć go wypytywać zbyt mocno o to, co się działo. W końcu byli tylko i wyłącznie przyjaciółmi, może trafiły mu się jakieś inne problemy, o których nie chciał z nikim rozmawiać.

Zrobiła więc to, co wydawało jej się słuszne. Zaproponowała mu posiłek, właściwie niepotrzebnie pytała o to, czy jadł, wiedziała, że nie. Jak ona nie należał do osób, które jakoś szczególnie pilnowały tego, aby jeść regularnie, co nie było do końca zdrowe. Na szczęście mieli Triss, która o nich dbała. Skrzatka wiedziała, że u niej bywał, więc zaopatrywała ich w większe porcje jedzenia. Yaxley nie miała pojęcia, czy przekazała rodzicom dlaczego ostatnio wynosi z domu więcej jedzenia, w sumie średnio ją to interesowało, najważniejsze było to, że zawsze mieli co włożyć do ust. Gdyby ona sama miała o to dbać... cóż, to zakończyłoby się naprawdę źle. Pewnie siedzieliby przy butelce whisky i paczce fajek, nigdy nie ciągnęło jej do kuchni, nie odczuwała potrzeby by przygotowywać dla siebie jedzenie.

Zrobiła to, co akurat umiała. Podgrzała jedzenie, by za chwilę pojawić się z nim w salonie. Dostrzegła Roise'a na jednym z foteli, miała wrażenie, że zawsze go wybierał. W sumie w jej głowie trochę istniał jako jego miejsce w tym pomieszczeniu, zabawne - nie powinna tak na to patrzeć, bo przecież równie szybko jak pojawił się w jej życiu, mógł z niego odejść. Przyjaźnie miały to do siebie, że nie trwały wiecznie. Zdecydowanie nie chciałaby tego, aby nagle przestał ją odwiedzać, ale na to nie mogła mieć wpływu. Łatwo było jej przywyknąć do jego obecności, do tego, że pojawiał się tutaj niezapowiedziany, na pewno zabolałoby ją mocno, gdyby się to skończyło.

[a[Ona wybrała swoje ulubione miejsce, fotel na przeciwko, rozsiadła się w nim wygodnie i zaczęła jeść. Nie zwracała zbytnio uwagi na to, co właściwie wsadzała do ust, czuła mięso, tylko to było istotne.[/a]
[a] - Jesteś dzisiaj jakiś milczący. - Zagaiła rozmowę, może nie powinna w ten sposób, ale cóż, Yaxley nigdy nie patrzyła na to, co wypada. - Coś się stało? - Musiała o to zapytać, żeby mieć pewność, że nie. Miała nadzieję, że nieco rozwiąże mu się język, jeśli nie teraz, to być może po alkoholu, który za chwilę zamierzała postawić na stół.[/a[
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
11.11.2025, 00:55  ✶  
Nie do końca wiedział, dlaczego tak to wyglądało. Nie akurat tego konkretnego dnia, chociaż jeśli miałby być ze sobą całkowicie szczery (a niekoniecznie chciał, aby tak było) odnosił wrażenie, że wraz z upływem czasu na idealnie wypolerowanej warstwie ochronnej zaczynało pojawiać się coraz więcej drobnych pęknięć. Z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień coraz trudniej było mu utrzymać złudzenie tego, że ta cała sytuacja układa się dokładnie tak jak mógłby sobie tego życzyć. Coraz ciężej było mu sprawiać wrażenie przypadkowości niektórych słów bądź gestów, podczas gdy tak naprawdę nic, żadne z nich nie było całkowicie przypadkowe.
No, może poza tym dzisiejszym wyjątkowo wyraźnym milczeniem, ale i o nim z początku niespecjalnie myślał. Nie rozważał go w kontekście tego, że mogło być jakoś szczególnie dziwne, osobliwe czy nietypowe. Geraldine była jedną z tych osób, przy których niezmiernie łatwo było mu porzucić tę towarzyską tarczę. Nie gadać dla samego gadania, nie czarować, nie szukać sposobów, aby zabłysnąć. Była dla niego tym rodzajem towarzystwa, które zdarzało się raz na...
...nie chciał tego przyznawać, ale w ostatnim czasie zaczynał odnosić wrażenie, że raz na całe życie. Miał bowiem bliskich mu ludzi. Przyjaciół, nie tylko rodzinę związaną z nim więzami krwi, lecz także tych, których wybierał znacznie bardziej świadomie. Niektórych uważał wręcz za bliższych mu niż biologicznych krewniaków. A jednak przy żadnej z tych osób nie potrafił aż tak bardzo się zapomnieć.
I jednocześnie tak bardzo próbować utrzymać skrajnie inną pozę do tej, jaką zazwyczaj przybierał. Tym razem naprawdę nie chciał zachowywać się zupełnie tak, jakby na niczym mu nie zależało, ale jednocześnie wiedział, że zachowywanie się, jakby zależało mu za bardzo również nie było wskazane. Tak, to było skomplikowane. Chyba jeszcze nigdy nie mierzył się z aż tyloma ograniczeniami w obie strony, jakie teraz mimowolnie sobie narzucał.
Miał zachowywać się naturalnie, jednocześnie czując i nie czując się w ten sposób. Po prawdzie mówiąc, sam nie wiedział, czemu tak było. Dlaczego to właśnie w tym miejscu postanowili postawić granicę, podczas gdy kilka miesięcy wcześniej, zanim jeszcze przeszli przez etap wzajemnej niechęci, wszystko znajdowało się raczej na dobrej drodze do tego, czego mógłby chcieć.
Ba, czego chciał.
Ale czuł się jak dzieciak. Młokos. Jak szczeniak, który przechodził teraz przez coś, z czym na ogół mierzyli się szesnastolatkowie w Hogwarcie przed pierwszym zimowym balem. Żałosne, naprawdę żałosne.
Przynajmniej przez chwilę mógł zająć się jedzeniem, które jak zwykle smakowało naprawdę, ale to naprawdę dobrze. Skrzatka domowa Yaxleyów zdecydowanie nie próżnowała w kuchni, przyrządzane przez nią potrawy naprawdę nieczęsto nie były wybitne, tego dnia również pozwalając mu na chwilę tak po prostu zapomnieć o własnym szczeniactwie i zająć się jedzeniem.
Co prawda, nie zajęło mu to zbyt dużo czasu, ale gdy wreszcie praktycznie opróżnił podany mu talerz, odkładając go na stolik, czuł się trochę bardziej w stylu standardowego siebie. Może to była kwestia głodu? Zmęczenia po dyżurze? Może po prostu potrzebował tak sobie powiedzieć? Najważniejsze, że gdy dotarło do niego spostrzeżenie wysnute przez dziewczynę, spojrzał wprost na nią, wzruszając ramionami.
- Czy ja wiem? Może i jestem trochę milczący, ale czy nie dalej niż dwa dni temu sama nie życzyłaś sobie, żebym zamknął japę? - Odbił pytanie, wracając do tego standardowego, lekko pochwytliwego tonu głosu i unosząc brew. - Za dużo gadam. Źle. Za mało mówię. Źle. Powinnaś się zdecydować, wiesz? Jakiego mnie chcesz - źle.
Oj, bardzo źle.
I dobrze.
Może?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
12.11.2025, 23:18  ✶  

Yaxley naprawdę cieszyła się z jego towarzystwa, tyle, że ostatnio nie do końca wiedziała, jak powinna się zachowywać. Niby byli przyjaciółmi, niby spotykali się bardzo często, całkiem prosty układ, tyle, że jako przyjaciółka nie powinna chyba wpatrywać się w niego w ten specyficzny sposób i zastanawiać nad tym, jakby to było, gdyby przekroczyli granice przyjaźni. Od samego początku za bardzo ją do niego ciągnęło, szczególnie po tym, jak na jednym z pierwszych spotkań poznała smak jego ust. Był to tylko jeden, całkiem niewinny pocałunek, przedstawienie na które pokusili się przed salą bankietową pełną ludzi. Nie powinna chcieć tego powtórzyć, prawda? Nie, kiedy nazywali się przyjaciółmi, ale jakoś nie potrafiła przestać o tym myśleć. Być może w między czasie ich relacja nie układała się najlepiej, co było całkiem zrozumiałe, dość szybko przyszło im razem zakopać trupa w lesie, co raczej nie należało do prostych sytuacji. Miała wrażenie, że mogło to skomplikować nawet dużo bliższe relacje, jednak jakoś udało im się wrócić na tę przyjacielską stopę, miała jednak wrażenie, że przestaje jej ona wystarczać. Niekoniecznie chciała wiedzieć, co on o tym myślał, a raczej bała się tego, że nie odwzajemni jej uczuć, które istniały, i bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Widziała jak reaguje na jego wizyty, nie potrafiła powstrzymywać tych odruchów ciała, liczyła tylko na to, że nie usłyszy, że serce bije jej szybciej na jego widok. Tak, na pewno nie mógł tego ogarnąć. Nie dało się usłyszeć przecież bicia serca, bez tego specjalistycznego sprzętu...

Jedli więc posiłek przygotowany przez Triss. Nie mogła narzekać. Skrzatka dbała o to, by Geraldine nie umarła z głodu, w sumie teraz już nie tylko Geraldine, dbała również o to by jej towarzysz mógł się u niej posilić. Triss była bardzo bystra, szybko łączyła fakty, nie trzeba było jej o nic prosić, zazwyczaj sama reagowała przed czasem. Yaxley doceniała to stworzenie, powtarzała jej, że jest niezastąpiona, przez co chyba stała się jej ulubienicą, no, może poza ojcem, Gerard odkąd pamiętała miał swoje miejsce, oczywiście pierwsze w hierarchii ich uroczej skrzatki.

Geraldine nie zjadła wszystkiego, zostawiła na talerzu jakieś warzywa, za którymi nie przepadała. Postawiła talerz na stole. Mieli za sobą posiłek, teraz mogli sięgnąć po alkohol. Wspaniale, potrzebowała czegoś mocniejszego, Ambroise wydawał się dzisiaj jakiś taki wyciszony, przeniosła na niego wzrok, wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę, ciekawa, o czym myśli. Pewnie miała się tego nigdy nie dowiedzieć.

- To było dwa dni temu, teraz chcę żebyś gadał. - Wzruszyła jedynie ramionami. Prosta sprawa, czyż nie? Nie było sensu się nad tym rozdrabniać. Oczywiście, że wiedziała, że Roise nie miał w zwyczaju wykonywać poleceń, robił tylko to na co miał ochotę, ale naprawdę mógł się do niej odezwać, nie miałaby nic przeciwko temu. Ta cisza dzisiaj była dla niej nieco niewygodna.

- Wezmę Cię każdego, tak właściwie to już chyba jesteś mój? - Przyjaźnili się od kilku miesięcy, mogła sobie rościć do niego prawa, czyż nie? - Musisz tylko znaleźć złoty środek, nie milczeć zbyt wiele, ale też nie paplać za dużo, bo wtedy zaczyna boleć mnie głowa. - Szczególnie, jak się na czymś fiksował i zaczynał jej o tym opowiadać, kilka minut nie było problemem, gdy trwało to zbyt długo.. zaczynała gubić wątek i przestawała się skupiać, przez co nie do końca była w temacie.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (3747), Geraldine Greengrass-Yaxley (2366)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa