• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna Carkitt Market [10.09.72] She give me life, twice

[10.09.72] She give me life, twice
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#1
18.10.2025, 00:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.10.2025, 14:53 przez Savaš Gregorovitch.)  

Różdżki Gregorovitcha



Pamiętał moment swojej śmierci. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek przestał istnieć. Może to tylko przerwa między oddechami z której nigdy go nie wypuściła? No właśnie. Czy to była jej decyzja, czy kogoś innego. Była wściekła, w to mógł uwierzyć. Nie pochwalała takich czynów, wręcz zakazywała. Wiedział to zanim do tego doszło, wiedział że nie wolno mu było. Jednak był już dorosły, mógł sam za siebie odpowiadać. W razie konieczności odejść, skazany na banicję i porzucenie nazwiska. Bardziej niż rodziny, brakowałoby mu sklepu, warsztatu i pracy. To nie tak że tego chciał. To nie byłaby jego decyzja. Nie zrezygnował z rodziny. To matka rezygnowała z niego takim jakim był. Nigdy nie było to jego celem, aby postępować wbrew jej zakazom. Ale czy można było mu się dziwić skoro po raz pierwszy odnalazł ciepło, którego w domu nigdy nie poznał? Ktoś kto chciał go takim jakbym był, a nie kazał wciskać się w strój uszyty z czarciej fantazji. Wielokrotnie był karany, wiele razy bolało. Do tego zdążył przywyknąć. Jednak nigdy nie sądził, że jest zdolna do tego. Może dlatego, że to nie ona.

– To on kazał Ci to zrobić? Zapytał, niemalże szeptem. Zerkał tylko ukradkiem, nie mając odwagi podnieść na nią wzroku kiedy mówił do niej o nim. Nie lubił o nim rozmawiać, bał się jej, kiedy o nim wspominano. Wtedy była zdolna do wielu rzeczy, które przypisywał tylko najbardziej dzikiej bestii z magicznych odludziu Jednak niepokorna ciekawość nie pozwała mu przemilczeć tego co się stało. Przez całe swoje życie, jak i to kolejne, był przekonany, że głos mieszkający w jej głowie był tam tylko po to żeby krzywdzić go. Krzywdzić innych, kiedy nie postępowali według jej i jego woli. Nigdy go nie usłyszał, chociaż dobrze widział na dnie jej oczu. Nie był krzykiem, ani ciszą. Może brakiem ciszy. Ona to wosk, on to ogień. Dźwięk to jedynie rozgrzane krople parafiny, które wypalały go na nowo do formy której od niego pożądała. Zawsze tak było, do teraz. Tym razem uratował ich, jej rękoma. Nie wiedział tego, nie miał całkowitej pewności. Jednak ruda madonna nie miała prawa znać tych symboli. Symboli których nie widział nikt poza nią.

Toska
I am the patron saint
of your demise.
wiek
44
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Wytwórca różdżek
Przeciętnego wzrostu kobieta (175cm) o srebrnych oczach i burzy rudych włosów.

Larisa Gregorovitch
#2
20.10.2025, 05:19  ✶  
Śmierć to był dopiero początek.
Śmierć, była także patronką ich rodziny, tą samą istotą, która obdarowała świat Czarną Różdżką. To przez nią teraz Gregorovitchowie gonili za tym rzemieślniczym ideałem, wokół którego budowali swoją legendę. Śmierć przyszła też prawie tej nocy, kiedy coś nieustępliwego ciągnęło do ich sklepiku. Coś, co równało wszystko inne z ziemią, zamieniając w popiół, który następnie rozdmuchiwało przez wiatr.

To samo, czego obawiał się jej syn, uchroniło ich przed dotkliwą stratą, która odebrałaby im miejsce do pracy i lata zgromadzonych tutaj zasobów. Wystarczyło zaledwie parę tajemniczych znaków. Gestów, które stanowczo stanęły na przeciwko magii Czarnego Pana, a które wyszeptał jej głos Salazara.

- Tak - padła krótka, cicha odpowiedź, wyszeptana gdzieś na granicy snu i szmeru czającego się na zewnątrz sklepu. Cokolwiek chodziło teraz Svasiowi po głowie, jego matka jak zwykle nie miała do tego dostępu - już dawno odeszła z planu, na którym zdawało się znajdować jedynie jej ciało, a mimo tego teraz trwała, wpatrując się w miejsce gdzie ostatnio widziała rozjarzoną runę.

Nie podobało jej się to.

Było obce i poza jej zasięgiem, jakby złośliwie stawiając jej wyzwanie. Do tego znak znikał, dokładnie w momencie kiedy chciało się nim podzielić z kimś innym i trzeba było wierzyć sobie na słowo, że faktycznie się go widziało. A te były przecież tak ulotne - umowne koncepty, opierające się na dawno przyjętym porozumieniu. Ciężko było im ufać, kiedy jej własne zdawały się wylewać z niej tylko pod wpływem kogoś, kogo nie słyszał nikt inny.

Odwróciła głowę, spoglądając na syna srebrzystym, przenikliwym spojrzeniem, jakby oczekiwała od niego... czegokolwiek. Była jednak w swojej obecności odległa i nie do końca tutaj, nie taka jak wtedy kiedy podnosiła na niego głos lub krzywdziła go bezdusznie. Nie była sobą, a może wręcz przeciwnie - była najbardziej, na ile tylko mogła w tym momencie.
- Czemu pytasz? - przekrzywiła głowę, niczym zaciekawiona ptaszyna nie odrywając od niego niewidzących oczu.
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#3
26.10.2025, 15:55  ✶  

- Boję się, że przestaniesz pytać. Głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego. Nie wiedział, czy chciał to powiedzieć, czy tylko wypowiedział myśl, zanim zdołał ją zatrzymać. Czuł, jak z każdym słowem powietrze w gardle staje się gęstsze, a język cięższy. Miał wrażenie, że mówi w miejscu, w którym dźwięk nie powinien istnieć. Nie potrafił utrzymać spojrzenia. Oczy błądziły po przestrzeni, zatrzymując się na drobiazgach. Na krawędzi stołu, rysie w desce, odprysku lakieru na ladzie. Zawsze tak robił, kiedy nie wiedział, czy patrzy na człowieka, czy na cień po człowieku. Palce drgnęły, zanim pomyślał. Sięgnął po księgę. Ciężar okładki był znajomy, uspokajający. Ciepło skóry pod palcami wydało mu się jednak zbyt żywe, jakby dotykał czegoś, co właśnie przestało oddychać. Otworzył tom ostrożnie, starając się, by dźwięk nie był zbyt głośny. Papier pachniał kurzem, olejem i czymś słodki, może klejem, może rozkładem.

Prześlizgnął spojrzeniem po liniach run. Kiedyś znał ich znaczenie, teraz widział tylko układ kresek, zbyt symetrycznych, zbyt idealnych, żeby nie drżeć. Niektóre znaki zdawały się poruszać, ale wiedział, że to strach. Oczy piekły, oddech miał płytki. - Powiedziałaś, że kazał ci coś zrobić. - szepnął. - Runę? Przez chwilę wsłuchiwał się w echo własnego głosu. Zawsze wydawało mu się, że mówi za głośno. Każde słowo mogło coś obudzić. Wspomnienie, obraz, dźwięk, który nie należał do niego. Podniósł wzrok na pergamin. Wzory przypominały mu coś, czego nie potrafił nazwać, może rysunek z dzieciństwa, może bliznę. Zmarszczył brwi i spróbował przypomnieć sobie, gdzie wcześniej widział podobny kształt. Nie potrafił. Myśli mieszały się z obrazami, które nie należały do teraźniejszości. - Była jak ta? - wymówił prawie bezgłośnie, jakby testował brzmienie pytania. Poczuł, jak w kark wpełza chłód. To nic, zwykły przeciąg; uspokajał się we własnych myślach. Ale powietrze nie poruszyło płomienia. Zacisnął palce, by przestały drżeć. - On ci to kazał - powiedział znów, już ciszej, bardziej do siebie. Teraz już nie pytał, teraz już widział. - Ale po co? Słowa rozeszły się po sklepie jak para, powoli, bez echa. Wertował strony, patrząc i licząc kolejne paginy. Treść tych tych wielkoruskich ksiąg miał wtłoczoną w pamięć, jedynie szukał właściwego rozdziału. Wskazywał na kolejne symbole, cichym pomrukiem pytając jakby czy może przypominała tę, albo chociaż tę? Dociskając wciąż czerwone od gęstej zawiesiny, którą go oblali, dłonie do okładki, jakby chciał zatrzymać coś w środku. Chciał przestać o tym myśleć, ale obrazy nie znikały. Zawsze wracały, dźwięk, zapach, gest. Nigdy nie był pewien, co z tego jest wspomnieniem, a co snem. Spojrzał na swoje dłonie. Były zbyt blade, zbyt spokojne. Czasem wydawało mu się, że już dawno powinny przestać drżeć, a jednak drżały. Nie był pewien, czy wciąż się bał jej, czy jego.

Toska
I am the patron saint
of your demise.
wiek
44
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Wytwórca różdżek
Przeciętnego wzrostu kobieta (175cm) o srebrnych oczach i burzy rudych włosów.

Larisa Gregorovitch
#4
28.10.2025, 02:46  ✶  
Boję się, że przestaniesz pytać.
A ona nie pytała dalej. Wpatrywała się tylko przez dłuższą chwilę, tymi swoimi srebrzystymi oczami, uważnie lustrując jego twarz, jakby oczekując że znajdzie tam cokolwiek. Może samą siebie. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy, jakby panująca tam mgła na moment zgęstniała, uniemożliwiając jej dalsze podchwycenie tematu i wyjście z inicjatywą. Ale tak wyglądała z nią większość rozmów - kryła się za woalką wycofania i mętnego spojrzenia, które zdawało się patrzeć na wszystko to, czego nie dało się zobaczyć w fizycznej formie. Jakby wciąż znajdowała się w głębokim śnie, który wciąż w dziwaczny sposób pozwalał jej funkcjonować w świecie żywych.

- Nie - odpowiedziała również szeptem, znowu się od niego odwracając. Błądziła już nie po jego twarzy, a po kątach i czających się w nich cieniach, jakby na nowo oczekując że może gdzieś uda jej się dostrzec umykającą runę. Była tu, na wyciagnięcie ręki - doskonale sobie z tego zdawała, ale im dłużej towarzyszył jej Svaś tym większa irytacja ją dopadała, bo tajemniczy znak wcale nie chciał się na nowo ujawnić. A on zadawał jej na jego temat pytania.

Obcasy zastukały powoli na deskach, kiedy zbliżyła się do jednej ze ścian, gdzie ostatni raz widziała żarzącą się runę. Teraz ściana była tak samo ciemna i nudna, a mimo tego wyciągnęła do niej rękę i przetarła ją, jakby oczekując że znajdzie tam zgubę. Ale może ta czaiła się tylko w jej własnej głowie?

Odwróciła się nagle, gwałtownie zwracając na syna twarz i unosząc dłoń z różdżką, ale kiedy machnęła nią nie nadeszła pewnie spodziewana kara, za żmudne drążenie tematu. Zamiast tego przed Larisą rozjarzył się znak, zapisany w powietrzu końcem różdżki, gotowy do dowolnego zinterpretowania.

- Po co - powtórzyła po nim głucho, równie cicho co wcześniej. - Po co, po co... Bo kocha swoje dzieci i ich dzieci, jeśli tylko te są warte kochania - objęła sama siebie, zanim znowu się nie odwróciła, powolnym krokiem krążąc powoli i nucąc pod nosem jakąś starą kołysankę.

Nigdy nie była pewna, czy tego kochania była warta, ale kiedy usłyszała szept Salazara w swojej głowie, kiedy przyszło się im zmierzyć z pożarem, najwyraźniej wychodziło na to że może jednak tak. Że te wszystkie lata spędzone we mgle, były warte łaski tak potężnego przodka, który teraz pozwolił obronić ich dziedzictwo i pracownię.
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#5
31.10.2025, 13:05  ✶  

Nieobecność matki powinna go uspokajać. Kiedy traciła ostrość, kiedy srebrzyste oczy matowiały i przestawały śledzić jego ruchy, wiedział, że rozmawia z nią, nie z nim. Powinno to wystarczyć. A jednak ta cisza zawsze pachniała napięciem. Miała w sobie coś z momentu przed burzą, z chwili, w której wiatr jeszcze stoi w miejscu, ale w powietrzu czuć już ładunek, niewidzialny i gotowy do wyładowania. Czasem czuł to niemal fizycznie w karku, w dłoniach, w przyspieszonym rytmie serca. Jakby to puste naczynie, którym teraz była, miało za chwilę znów się wypełnić czymś, co nie zna czułości. Kiedy uniosła różdżkę, jego ciało zareagowało szybciej niż myśl. Zrobił pół kroku w tył, gotów na ból, na szept, na wyrok. Ale tym razem nie przyszło nic. Powietrze przeciął miękki świst, a potem zawisło przed nim światło, drżące, łukowate, rozlewające się w eterycznym błękicie. Znak. Runiczny symbol. Doskonały w swojej prostocie, niepokojący w harmonii.

Savaš nie potrafił oderwać wzroku. Piękno zawsze przychodziło tu z bólem. Czuł, że nie powinien na to patrzeć, że to nie jest dla jego oczu ale jego ciekawość była starsza od rozsądku. Runy były częścią jego życia tak długo, że ich język wplótł się w jego krew. W każdej linii widział sens, intencję, obietnicę magii, której nigdy do końca nie rozumiał. Ale ten znak był inny. Patrzył na niego zbyt długo, aż zaczął mieć wrażenie, że to nie on go odczytuje, lecz że symbol bada jego, śledzi drżenie jego źrenic, puls pod skórą, myśl, którą próbował od siebie odepchnąć. Sięgnął po pergamin. Dłoń drżała. Otworzył kałamarz, zanurzył pióro, odruchowo strzepnął nadmiar atramentu. Linia po linii odwzorowywał symbol z pamięci, każdą krzywiznę, każde przecięcie, każdą asymetrię, która była tylko pozorna. Czuł, jak napięcie przenosi się na ruch jego dłoni, mięśnie bolały, jakby ten prosty gest był wysiłkiem większym niż powinien. Kiedy skończył, odsunął się o krok. Atrament połyskiwał matowo, a znak, zamiast gasnąć, zdawał się tlić pod powierzchnią pergaminu. Przetarł oczy, ale to nie pomogło.

Przeszedł między półkami. Cień palił się jeszcze w jego oczach. Przesuwał palcami po grzbietach ksiąg, po popiołowych smugach, po śladach dawnych tytułów, które pożar starł z okładek. Niektóre tomy pachniały dymem, inne starym woskiem i wilgocią. Znał ten zapach, mieszaninę przetrwania i straty. Każda książka była jak człowiek, który wyszedł z pożaru, ale nie wrócił już taki sam. Szukał w nich czegoś, czegokolwiek, co mogłoby mu powiedzieć, do kogo należał ten symbol. Runa więzi? Pieczęć ochronna? Znak wywołania? Żadne słowo nie pasowało. Wszystko wydawało się zbyt płaskie, zbyt proste. Zatrzymał się dopiero, gdy usłyszał jej głos. Cichy, pusty, jakby mówiony przez kogoś, kto cytuje zapamiętane zdanie. "Bo kocha swoje dzieci i ich dzieci, jeśli tylko te są warte kochania." Słowa wbiły się w niego głębiej, niż się spodziewał. Miłość wypowiedziana tym tonem brzmiała jak szyderstwo. Poczuł, jak gardło ściska mu suchość, a powietrze staje się zbyt ciężkie, by je połknąć. - A ja, matko…? - wyszeptał. - Czy ja jestem warty? Nie wiedział, czy liczył na odpowiedź. Czuł tylko to samo ukłucie, które wracało zawsze, gdy próbował przypomnieć sobie tamten moment, jej twarz, jej decyzję. Strach i tęsknota mieszały się w nim jak dwie trucizny, które razem nie zabijają, ale nie pozwalają oddychać. Odwrócił się do stołu. Pergamin leżał tam, gdzie go zostawił, czarny, ciężki od atramentu. Obok niego coś innego, księga, której nie pamiętał, by ją brał. Skórzana, ciemna, tłoczona w prosty, niemagiczny sposób.

Zamarł.

Lemegeton. Mniejszy Klucz Salomona. Krew odpłynęła mu z twarzy. Wiedział, co to znaczy. Mugolska księga. Zakazana. Obca. Jak znalazła się w jego dłoniach? Nie wiedział. Czy w swoim żalu i żałości bezwładnie wracał do tego co choć trochę dawało uspokojenie? Podążanie za nieprzeniknionym, tym co za pozornie zakazane, pozyskiwanie nowej wiedzy? Nie wiedział. Ale wiedział, co stanie się, jeśli ona ją zobaczy. Ręka drgnęła. Zbyt gwałtownie. Kałamarz uderzył o stół, atrament rozlał się szeroką smugą, wsiąkając w pergamin. Znak rozpłynął się, jakby pił czerń, zamiast w niej ginąć. Odruchowo cofnął się, potknął o skrzynkę z narzędziami, aż metaliczny dźwięk przełamał ciszę. - Cholera… - wymknęło mu się przez zęby. Patrzył na księgę, na pergamin, na własne dłonie pokryte plamami atramentu. Każdy z tych śladów był winą. Wiedział, że wystarczy jeden jej ruch, jedno spojrzenie, by znów zobaczyć ten chłód, który wypełnia ją od środka. I wtedy zrozumiał, że boi się nie tego, że go zniszczy. Boi się, że znów spojrzy na niego tak, jak wtedy, gdy pierwszy raz uznała, że już nie jest jej dzieckiem.

Toska
I am the patron saint
of your demise.
wiek
44
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Wytwórca różdżek
Przeciętnego wzrostu kobieta (175cm) o srebrnych oczach i burzy rudych włosów.

Larisa Gregorovitch
#6
08.12.2025, 00:55  ✶  
Czy był warty?

Prawdziwym pytaniem było, czy ona była warta. Ileż to razy patrzyła w lustro, lustrując krzywizny swojej twarzy i zastanawiając się, czy była warta miłości. Nie Mykewa, nie jej rodziców, nie w końcu i własnego syna - jakiejkolwiek. Chociażby jej najmniejszej odrobiny, która rozświetliłaby jej ponure, zamglone życie. Zadawała sobie to pytanie już jako mała dziewczynka, kiedy widziała ponure spojrzenie ojca i jakieś wyczekiwanie w oczach matki. Napięcie, które zawsze snuło się za Gauntami w niemym wyczekiwaniu na następne słowa przodka.

Potem zdała sobie sprawę, że nie pyta samej siebie o wartość własnego życia - sama nie wyceniała siebie na zbyt wiele, dostrzegając za dużo swych wad, potknięć i błędów, z czego najstraszliwszym był ten, że w ogóle wzięła pierwszy oddech. Za prostym pytaniem, czy była warta miłości, kryło się coś innego. Czy w ogóle tej miłości doświadczała?

W niezliczonej rzeszy książek można było wyczytać słowa, które opiewały siłę najwyższego i najczystszego uczucia. Miłość zwyciężała wszystko i wiedzieli to nawet najstarsi czarodzieje. W swojej sile dorównywała samej śmierci, a czasem nawet ją przewyższała. Pozostawała jednak dokładnie tak samo niezbadana, bo gdyby nie to, nie poświęcono by jej osobnej sali w Departamencie Tajemnic.

Dlaczego więc ta miłość, wielka i gloryfikowana, ta którą podobno każdego człowieka obdarza chociażby Matka, nie była w stanie sprawić że w jej własnej głowie robiło się jasno i dźwięcznie? Dlaczego nie mogła zwyciężyć tej niekończącej się mgły i zdominować słów Salazara?

Nie chodziło o bycie dobrym, bo taka Larisa nigdy nie była. Za dużo w niej było potrzeb i ambicji. Za dużo zmienności i wyższości. Gdyby mogła, połknęłaby samo słońce, ale do czego zawsze trochę tęskniła, w tych krótkich momentach wyraźności, to poczucie że decyzje były jej własnymi.

- Najwyraźniej tak - odparła cicho, patrząc na niego spod sennie uchylonych powiek i przechylając głowę. Stopniowo, lekko, aż wreszcie wsparła policzek o ramię, wciąż zamykając samą siebie w uścisku. Patrzyła; na niego i przez niego, przynajmniej do momentu kiedy nie pojawił się jakiś strach. On natomiast wyostrzał zmysły i nakazywał czujność. Nakazywał, by zwrócić uwagę na to, od czego można było uciekać. Pewnie gdyby Savaš zachował odrobinę więcej spokoju, to nie obudziłby swojej matki.

Może nie była warta kochania, bo miała takiego syna?

Uniosła różdżkę, tym razem o wiele szybciej, ale był to gest krótki i precyzyjny; na tyle by wycelować i odpowiednio poruszyć nadgarstkiem, wprawiając w ruch magię, która wystrzeliła i łapczywie rzuciła się na tajemniczą księgę. Płomienie strzeliły w niewielkiej kuli ognia, która otworzyła paszczę, by zacisnąć zęby na papierze.
- Dlaczego mi to robisz, kochany? Dlaczego tak bardzo nalegasz by mnie krzywdzić swoim zachowaniem? - wyprostowała się, różdżkę trzymając teraz przed sobą, bawiąc się nią między dłońmi, a jej głos był zwyczajnie chłodny i nagle o wiele bardziej ostry.
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#7
13.01.2026, 03:23  ✶  

Papier nie zdążył nawet krzyknąć.

Ogień połknął księgę zachłannie, jakby od dawna na nią czekał. Litery skręciły się w czarne owady, skóra oprawy pękła z cichym trzaskiem, a zapach palonej wiedzy uderzył go w twarz szybciej niż strach. Savaš cofnął się o pół kroku, odruchowo, zbyt wolno, jak zawsze. W tym jednym geście było wszystko: jego niezdarność, jego spóźnienie, jego wieczne “gdybym tylko”. Przez krótką, okrutną chwilę nie czuł nic. Dopiero potem przyszło to znajome uczucie, jakby coś w środku zapadało się w sobie, jak drewno nadżarte ogniem, które jeszcze trzyma formę, ale już nie ma siły. To nie była złość. Złość wymagała odwagi. To był żal zmieszany z lękiem i tą chorą, wstydliwą potrzebą, by mimo wszystko ją zrozumieć. To nie ona, powtarzał w myślach uparcie, niemal rozpaczliwie. To nigdy nie jest ona.

Patrzył na nią i widział puste naczynie, w którym coś kiedyś było, a teraz tylko odbijało cudze słowa. Jej ruch był zbyt czysty, zbyt precyzyjny, jakby należał do kogoś, kto od dawna ćwiczył ten gest. Larisa zawsze taka była, gdy działo się coś strasznego: chłodna, wyprostowana, doskonała w destrukcji. Jak narzędzie, które nie zadaje pytań. To głos, tłumaczył ją w sobie gorączkowo, jakby sam stał przed sądem. Salazar. Przodek. Cień, który wpełzł jej do głowy, zanim nauczyła się odróżniać własne myśli od cudzych. Bo jak inaczej nazwać tę siłę, która niszczyła wszystko, czego on próbował dotknąć z ostrożnością? Księgi, pytania, wątłe próby zrozumienia zawsze kończyły tak samo. W popiele. W ciszy po krzyku. W chłodzie, który zostawał po niej, gdy już przestawała być “nieobecna”, a znów stawała się kimś ostrym i czujnym.

I właśnie wtedy wróciła ta ciekawość, nie jasna, nie twórcza, nie ta, która kazała mu ślęczeć nad runami. To była ciekawość instynktu. Przetrwania. Chciał wiedzieć, co dzieje się w jej głowie, nie po to, by ją pojąć, lecz by nauczyć się unikać. By rozpoznać moment, w którym coś się w niej przestawiało: ledwie zauważalne napięcie w barkach, spłycenie oddechu, to szczególne skupienie, które zawsze poprzedzało katastrofę. Jeśli zrozumie schemat, może zniknie, zanim podniesie różdżkę. Jeśli nauczy się rytmu głosu Salazara, może wyjdzie z pomieszczenia, zanim ten znajdzie ujście. Ale ta myśl niosła ze sobą lęk jeszcze głębszy. Bał się, że gdyby spróbował zajrzeć za daleko gdyby naprawdę spróbował wyobrazić sobie jej myśli, jej mgłę, jej wewnętrzną ciszę, już by nie wrócił. Że w jej głowie nie ma chaosu, lecz porządek tak obcy, że mógłby go wciągnąć bez reszty. Że to nie jest pustka, lecz labirynt zbudowany z ambicji, gniewu i cudzych szeptów, w którym łatwo zgubić samego siebie. Czasem wydawało mu się, że znalazłby tam świat bez hamulców, miejsce, gdzie każda krzywda jest środkiem, a każde pragnienie usprawiedliwione. Bał się, że zbyt długie patrzenie w ten mrok odebrałoby mu zdolność powrotu do prostych rzeczy; do zapachu drewna, do ciszy warsztatu, do tej kruchej normalności, która jeszcze trzymała go przy rzeczywistości.

Dlatego balansował. Zawsze balansował. Wystarczająco blisko, by przewidzieć uderzenie. Wystarczająco daleko, by nie stracić siebie. Nie chciał jej zrozumieć, chciał ją przeżyć. A pod tym wszystkim tliła się myśl najbardziej niebezpieczna ze wszystkich: że jeśli kiedyś naprawdę pojąłby, co kryje się w jej głowie, odkryłby, że ta ciemność nie jest jej obca. Że jest dziedziczna. I że czeka także na niego. -Gdyby nie on, nie byłabyś taka. Wiem to. - Dodał szeptem, niemal zaklinając rzeczywistość, by nie pękła pod ciężarem tej myśli.

Toska
I am the patron saint
of your demise.
wiek
44
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Wytwórca różdżek
Przeciętnego wzrostu kobieta (175cm) o srebrnych oczach i burzy rudych włosów.

Larisa Gregorovitch
#8
14.01.2026, 04:02  ✶  
Różdżka spokojnie kołysała się między długimi, szczupłymi palcami dłoni, a ona sama przyglądała się Savasowi z nagle zyskaną ostrością. Mgła na moment rozwiała się, ukazując to co kryło się pod nią, ale nie było to chyba nic, co można było uznać za lepsze w swojej naturze. Było gwałtowniejsze, wyraźniejsze i precyzyjne, jakby faktycznie prawdziwa Larisa została zepchnięta gdzieś w tył lub wreszcie ułożyła się do upragnionego snu.
Pytanie chłopaka zawisło w powietrzu i przez kolejny długi interwał, nie było między nimi niczego innego. Nawet oddech wydawał się u niej nieco płytszy, jakby nie chciała pod żadnym pozorem przerywać tej ciszy. A wreszcie stukot - powolny, miarowy, kiedy obcasy obijały się o posadzkę, a ona stawiała kolejne kroki w jego kierunku.
Uniosła dłonie, kiedy znalazła się przed nim i ujęła jego twarz, w palcach prawej ręki wciąż trzymając swoją różdżkę. Swoje dziedzictwo i swoje przekleństwo, którego fizycznym dowodem była - Salazar sam wyszeptał jej, czego od jej różdżki potrzebował, a teraz miała wrażenie, że cis i róg bazyliszka same czasem do niej szeptały. Nikomu jednak o tym nie mówiła, spodziewając się kolejnego źródła napięcia i wątpliwości.
- A kim bym była, gdyby nie on, moje kochanie? - zapytała szeptem, wpatrując się srebrzystymi tęczówkami w oczy syna.
Sama nie raz zastanawiała się, gdzie prowadziłaby jej ścieżka bez głosu przodka w głowie. Kim właściwie by była? Jaka by się stała? Ale nie ważne, ile się nad tym roztrząsała, była absolutnie pewna że niektóre rzeczy pozostałyby niezmienne; wciąż wyszłaby za Mykewa, wciąż powiłaby mu dzieci i wciąż spędziłaby u jego boku całe swoje życie. I dokładnie tak jak teraz, trzymałaby w swoich dłoniach syna, który kwestionował to gdzie kończyła ona, a zaczynało szaleństwo.
Głosy Salazara potrafiły być uciążliwe i absolutnie przejmujące, ale Gauntówna odnosiła czasem wrażenie, przynajmniej w tych bardziej wyraźnych dla niej momentach, że jej rodzina była zwyczajnie słaba. Ich krew była zbyt gęsta, by płynąć wartko i kontynuować swój bieg przez karty historii. Powoli obumierali, niczym źle nawożone drzewo, rodząc same córki które nie mogły dalej przekazać nazwiska. Ona była tego idealnym dowodem, bo tak sama krew, która nie uczyniła jej chłopcem, mieszała w głowie i zabierała z niej tlen. Gdyby nie ten, o którym wspominał Savas, byłaby tylko szaloną kobietą, którą należało zamknąć w Lecznicy Dusz.
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#9
01.03.2026, 23:12  ✶  

Jej dłonie były chłodne. Nie jak lód. Lód jest czysty, uczciwy w swojej zimie, lecz jak coś, co dawno zapomniało, czym jest ciepło. Kiedy ujęła jego twarz, nie cofnął się. Nie dlatego, że się nie bał. Bał się tak bardzo, że ciało odmówiło mu ruchu. Różdżka kołysała się między jej palcami. Cis i róg bazyliszka. Dziedzictwo i przekleństwo. Patrzył na nią kątem oka i poczuł coś irracjonalnego, niemal dziecinnego. Lęk tak nagły, że przez moment zapomniał, iż już umarł. Śmierć nie uodparnia. Śmierć nie daje odwagi. Daje tylko pamięć bólu. Wystarczyłby jeden ruch nadgarstka. Jeden. I znów zapadłaby ciemność. Serce, to, które już nie powinno bić, zadrżało w nim jak spłoszone zwierzę. Przez ułamek sekundy zobaczył siebie z tamtej nocy: światło, które rozdarło powietrze, smak krwi w ustach, długie, przeciągłe sekundy, w których nie był już synem, tylko ciałem do ukarania. A przecież nie była to ta różdżka. Nie cis. Nie róg bazyliszka.

Zabiła go różdżką jego ukochanego. Ta myśl wróciła z taką siłą, że musiał zacisnąć zęby. Nie jej narzędzie go odesłało. Nie jej dziedzictwo. Zrobiła to obcą magią, wyrywając ją z dłoni chłopaka, którego miał czelność pokochać. Jakby chciała, żeby nawet w śmierci czuł winę. Jakby chciała, żeby ostatnie, co zobaczy, było dowodem zdrady. I teraz ta sama ręka trzymała inne drewno. Swoje. Rzekomo potężne. Rzekomo wybrane. A on, głupi i naiwny, przez lata wierzył, że to głos jest winny. “A kim bym była, gdyby nie on, moje kochanie?” Słowa wniknęły w niego powoli, jak zimno wsiąkające przez przemoczone ubranie. Nie było w nich wahania. Nie było wstydu. Nie było pragnienia uwolnienia. Była pewność. Nie chce być bez niego. To odkrycie nie przyszło gwałtownie. Nie rozdarło go jak zaklęcie. Złamało go powoli, jak wilgoć, która dzień po dniu podkopuje fundamenty domu. Cała jego misterna konstrukcja, że to nie ona, że to przodek, że to obce, zaczęła pękać. Jeśli głos nie jest więzieniem, lecz filarem, to kogo próbował bronić?

Może nikogo. Może ona wcale nie była ofiarą. W jego gardle wezbrała gorycz, gorzka jak popiół. Przez jedną niebezpieczną chwilę chciał powiedzieć wszystko. Wytknąć jej, że to nie głos ją wzmacniał, tylko usprawiedliwiał. Że gdyby naprawdę była tak wielka, jak wierzyła, wskrzesiłaby go bezbłędnie. Że to nie zły los, nie zakłócenie, nie przypadek uczynił go ghoulem. To ona. Bo cis nie jest drewnem dla każdego. Bo głóg nie wybiera dłoni niegodnych. Bo magia nie klęka przed ambicją. Chciał jej powiedzieć, że to nie praktyka zawiodła. Że od pierwszej drzazgi nie była tą, którą drewno uznało za właściwą. Że może to nie on był nie dość dobry, może to ona nie była wystarczająca. Ale nie powiedział. Bo nawet w tym rozpadzie, nawet z tą gorzką prawdą pod językiem, bał się bardziej jej utraty niż jej gniewu. Spojrzał w jej srebrzyste oczy. Były wyraźne. Nie było w nich mgły. To była ona. Taka, jaką wybrała być. - Byłabyś… sobą - powiedział w końcu cicho, głos miał chropawy, jakby przeszedł przez ogień. Słowo zawisło między nimi ciężkie jak wyrok. - Byłabyś kobietą, która nie potrzebuje szeptu, żeby wiedzieć, kim jest. - jego palce zadrżały, choć twarz starał się utrzymać w bezruchu. - Byłabyś matką, która nie musi zasłaniać się przodkiem, gdy podnosi różdżkę. Nie cofnął się. Nie tym razem. W powietrzu nadal unosił się zapach spalenizny. I po raz pierwszy od dawna Savaš nie był pewien, czy bardziej boi się jej różdżki, czy prawdy, którą właśnie wypowiedział.

Toska
I am the patron saint
of your demise.
wiek
44
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Wytwórca różdżek
Przeciętnego wzrostu kobieta (175cm) o srebrnych oczach i burzy rudych włosów.

Larisa Gregorovitch
#10
30.03.2026, 06:43  ✶  

Nie zastanawiała się, dlaczego nie był w pełni żywy. Kiedy nabrał swój drugi pierwszy oddech, poczuła ukłucie ulgi. Kiedy natomiast poruszył się, przyszła pewność że wszystko już było lepiej. Nie idealnie, ale wciąż znośnie, bo surowe spojrzenie Mykewa nie mogło być już aż tak ciążące. Wciąż miał swojego syna, który mógł pochylać się razem z nim w warsztacie.

Ale pomimo tych drobnych drzazg dobrych emocji, wciąż dookoła panowała pożoga, która w pierwszej kolejności popchnęła ją do najwyższej zdrady, jakiej każda matka mogła się dopuścić. Tak jak jego powoli podmywały fale realizacji, tak ją wtedy w całości pochłonął ogień, zaślepiając w każdym calu. Nie było jej i nie było Salazara, bo granice zatarły się gwałtownie, tworząc bezbarwną i bezosobową masę. Był tylko gniew. Gniew, który miał ranić i niszczyć. Taki, który minie tylko wtedy, kiedy nastąpi kres u źródła problemu.

Przejechała wierzchem dłoni po jego bladym policzku. Była chłodna, a ona odwzajemniał ten stan, martwy już na zawsze. Krew krążyła w jego ciele, ale była tak strasznie powolna, a kiedy przyłożyć ucho do klatki piersiowej, to biło powolnie. Wystarczająca imitacja życia, nad którą on zdawał się ubolewać. Ona nie potrzebowała niczego więcej, nawet jeśli jej mąż mógł czuć na ten temat posmak goryczy na języku. W takim stanie Savaś nie zawiedzie już bardziej. Jego ciało nie przywoła na ten świat potomków i nie sprawi, że jego skaza popłynie dalej, niesiona nadpsutą krwią.

- Jestem sobą - odpowiedziała z pewnym zastanowieniem, jakby musiała sobie tę deklarację przemyśleć. Ruch był jednak gwałtowny, kiedy szczupłe palce dłoni wbiły się w policzki, a jej spojrzenie stwardniało jeszcze bardziej. - Nikt z nas nie jest niczym więcej niż krwią, która w nim płynie. Bez niej jesteśmy nikim. Jesteś tutaj dzięki swojej krwi. Mojej krwi i mojego przodka - zauważyła sucho, nie spuszczając z niego spojrzenia. Może tym czego brakowało w zaklęciu, którym przywołała go do życia, wcale nie była pewność siebie czy wielkość. Może brakowało w nim odrobiny więcej miłości.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Larisa Gregorovitch (1852), Savaš Gregorovitch (3138)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa